Rocznica.

 Dziesięć lat temu Odeszła od nas Emilka a dla mnie co za tym idzie, ostatecznie zamknął się etap jak to nazywam „pierwszego życia”. 
To już dziesięć lat a mnie wciąż wydaje się,że jednak dopiero co. 
Czas nie leczy ran, oczywiście ale jednak jego upływ nieco zmienia ból jaki jest w człowieku po takiej stracie. 
No i , co zawsze podkreślam, cudownie, że na świecie pojawił się Jaś. Bez Niego nasze życie naprawdę byłoby o wiele, wiele inne, na pewno smutniejsze. 

Pomyślcie dzisiaj proszę o Emilce, małej, kochanej Dziewczynce, mojej dzielniej Wojowniczce. 

serialowo…

 Pomyślałam sobie, że dawno nie pisałam na blogu o filmach a raczej, jak w tytule postu, o serialach. 

A chętnie polecam Wam dwa, które oglądaliśmy ostatnio i które na tyle nam się spodobały, że chętnie je Wam polecę. 
Jako, że nie mamy Netflixa (tak, na świecie istnieją tacy ludzie 😛 ), bazuję na tym, co opłacamy czyli HBO GO i Amazon Prime Video. Na Amazon Prime ostatnio , trochę przypadkiem zresztą, obejrzeliśmy serial „Modern Love”. 
Powstał on na podstawie listów czytelników „The New York Times” i każdy z odcinków ( o ile się nie mylę, ośmiu ale nie chcę teraz skłamać ) opowiada osobną opowieść, które to opowieści na samym końcu znajdą małą, spinającą je klamerkę bo nawet nie klamrę. Mnie się ten serial bardzo podobał chociaż czytałam zarzuty w Internecie, że jest on za słodki, za gładki i za ładny i że nie podnosi prawdziwych problemów współczesnego życia i ludzi. Nie wiem, mnie się wydaje, że jeśli to były listy czytelników o ich miłości , które ktoś potem wybrał, to trudno jest zarzucać tym ludziom kłamstwo i brak dramatyzmu. Najwyraźniej tęskniąca za zmarłym mężem pani w poważnym wieku, która to zakochała się w nim w owym wieku będąc wydała się komuś za nudna, za zwyczajna, nie wiem w sumie za jaka. Może to, że opisuje, że tęskni i że kochali się już jako ludzie starsi a nie nastolatki z motylami w brzuchu nie wystarczyło. Może teraz faktycznie wszystko jest na sprzedaż i należy epatować skrajnie każdą emocją , bo takie zwykłe, codzienne opowieści o miłości, która może się zdarzać bez dramatów i nie wiadomo jakich fajerwerków, nie wystarczy. Mnie wystarczyło. Tak więc tak, mnie „Modern Love” bardzo się podobał i chociaż moim ulubionym odcinkiem okazał się pierwszy, otwierający serial, to w każdym znalazłam coś co mnie rozbawiło, wzruszyło, przyniosło pokrzepienie lub nadzieję. Moja ocena to 6 /6.

Jeśli jednak dla kogoś „Modern Love” jest za słodkim ulepkiem, w którym nie odnalazł prawdziwego życia, zapraszam go na norweską Północ, a konkretnie do obejrzenia serialu „Witamy na odludziu” (tytuł oryginalny „Welcome to Utmark”), który jest na HBO GO. O, tu słodu i miodu w nadmiarze nie znajdziemy, o nie ! Znajdziemy natomiast bardzo dobrze nakręcone osiem odcinków o życiu paru osób w jednej z mniejszych norweskich miejscowości. Miejscu, w którym słońca chyba często się nie widuje, w którym każdy ma ogromny bagaż problemów (co bardziej okrutne w sądach jednostki stwierdziłyby, że w Utmark zamieszkują przegrywy ). Natomiast muszę Wam napisać, że dawno nie widzieliśmy czegoś, co aż tak nam się podobało. Według mnie „Witamy na odludziu” pokazuje świetnie życie takim, jakie jest. Z jego lepszym i gorszymi stronami. Z tym, że czasem potrafimy opuścić toksyczną rodzinę a czasem wpadamy jak śliwka w kompot. Że niektóre kobiety są silniejsze a inne nieco mniej. Że nałogi to nie problem jedynie „innych”. To, co z kolei a propos tego serialu wyczytałam, co mnie rozbawiło, to porównanie „Witamy na odludziu” z „Przystankiem Alaska”, tylko że w norweskiej wersji. No więc nie, seriale te nie mają ze sobą żadnej wspólnej (przypominam, że piszę o własnych odczuciach 🙂 ) oprócz tego, że akcja obu dzieje się w bardzo małych miejscowościach z gatunku „wszyscy znają wszystkich”. Nie jest to serial delikatny, nie pokazujący brudów i brzydkich stron życia ale też w genialny sposób pokazuje życie takim, jakie często jest. Nawet widoki nie są zachwycające, na ogół przybijają (mnie 🙂 ) ale o dziwo, ja, która zdecydowanie wolę w filmach pogodność i weselsze strony życia, jestem tym serialem zachwycona. Genialnie zagrany, każda postać zagrana tak prawdziwie, że aż czasem ciarki chodzą po plecach. Oglądając go zżymałam się nad postawą niektórych dorosłych, ubolewałam nad losem dziecka, śmiałam podczas niektórych wydarzeń ale i zdarzyło mi się mocno wzruszyć. I , co ciekawe, nie ma tu tak hojnie polewanego w niektórych filmach lukru a pomimo tego okazuje się, że serial jest o wiele bardziej wiarygodny chociaż nie ukrywam, czasem potrafił mnie przybić swoją dosłownością. Czytałam o tym serialu, wywiady z osobami odgrywającymi poszczególne role pokazuje, że na planie panowała świetna atmosfera i muszę powiedzieć, że tę atmosferę odczuwa się podczas oglądania „Witamy na odludziu”. 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Wiatr”. Josef Karika.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2021).

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Smrst.

Dzisiaj będę trochę narzekała. 🙂 
Wiele sobie narobiłam apetytu w związku z kolejnym horrorem Słowaka Josefa Kariki, który ukazał się na naszym rynku wydawniczym (horror, nie Josef Karika 🙂 ). 
Bo, co dobrze wiedzą ci, którzy regularnie czytają mój blog, lubię dobry horror czy ogólnie po prostu książki grozy. Takie klasyczne właśnie. I początkowo „Wiatr” taką dobrą książką grozy był. Jednak teoria, która została wykuta pod jej koniec i samo zakończenie sprawiła, że całość nie podobała mi się aż tak jak spodziewałam się, że spodoba mi się na początku książki. Tak więc ogólnie czuję się jednak nieco zawiedziona 😦 
A szkoda, bo naczekałam się na najnowszą książkę jednego z ulubionych autorów.

Zaczyna się jednak obiecująco. Narrator, którego imienia nie poznajemy , to księgowy, który wracając pewnej soboty od jednego z klientów , zatrzymuje się na leśnym parkingu. Jednym z wielu, jakie mijamy podczas podróży przez każdy kraj. Na owym parkingu znajduje kamerę samochodową. Nasz bohater to człowiek uczciwy. Nigdy się nie połasił na nic co do niego nie należy i w sumie zabierając z parkingu tę kamerę nie myśli o jej zatrzymaniu a przynajmniej tak sobie wmawia. Wpada na pomysł, że być może uda mu się namierzyć właściciela kamery oglądając nagrany przez kamerę materiał. Jednak jest to najgorszy z możliwych pomysłów na jakie wpada albowiem od obejrzenia tego filmu nic już w życiu mężczyzny nie będzie takie same. Może zapomnieć o spokoju i stabilizacji jaką do tej pory mógł odczuwać. 

Obejrzany film jest dość dziwny i budzi niepokój. Widać na nim powrót z ryb dwóch mężczyzn, z których kamera uchwyciła obraz tylko jednego z nich. Podróż odbywa się w czasie wietrznej pogody więc logiczne, że z ryb nici. Początkowo ruch drogowy odbywa się zwyczajnie, na nagraniu widać to, co zawsze w takich nagraniach, nawet idącą drogą staruszkę w czerni, potem jednak nagle, bez żadnego jasnego powodu w kierującego autem coś jakby wstępuje. Rozpoczyna się szaleńczy rajd po okolicznych drogach. Nagranie nie daje żadnej odpowiedzi  a raczej powoduje wiele pytań, co się stało, że dwóch mężczyzn ruszyło w przedziwną podróż, która zresztą nie zakończyła się szczęśliwie. 

Narrator korzysta z pomocy dwóch osób, przyjaciółki z podstawówki, Niny i jej partnera, policjanta Gabriela. Ale wcześniej rusza sam śladem z nagrania kamery. Nic mu to jednak nie daje, dlatego też potrzebuje bardziej zaawansowanej pomocy, stąd też nie bez znaczenia jest fakt, że policjant ma wgląd w dane, do których przeciętny człowiek zajrzeć nie może. Okazuje się, że w tamtych rejonach, na granicach dwóch powiatów dochodzi do ogromnej ilości śmiertelnych wypadków drogowych. Niewyjaśnionych i tajemniczych. 

Trójka bohaterów rozpoczyna prywatne śledztwo, które prowadzi ich nawet do jednej z ocalałych z takiego niewyjaśnionego wypadku osoby, byłego aktora, który w wypadku stracił bliskich. 

I w sumie do momentu spotkania z uczestnikiem owego wypadku, „Wiatr” jest klasycznym horrorem. Pojawia się dziwna postać staruszki w czerni, która mignęła na nagraniu wracających z ryb mężczyzn. Kim jest owa postać i dlaczego wydaje się, że to ona zapowiada nadciągające nieszczęście? 

Do tej pory książka bardzo mnie wciągnęła a poziom grozy był dokładnie taki jak lubię. Jak to u Kariki, który nie bierze jeńców. Jak coś ma pójść źle , to pójdzie źle. Nawet dwa razy gorzej niż może pójść źle. Od początku wiadomo, w tej opowieści happy endów nie będzie. Jednak nie wciągnęła mnie teoria, która ma wyjaśniać to, kim czy może czym jest owa staruszka w czerni, która pojawia się idąc wzdłuż drogi w tamtych okolicach. Zawsze w czerni, zawsze w tamtych stronach, zawsze w czasie wietrznej pogody. Wykorzystanie ludowych strachów i legend zawsze w cenie. Niestety, dalej autor ustami ocalałego z wypadku byłego aktora, podaje nam teorię, która mnie akurat nie przekonała, nie spowodowała, że pomyślałam „O, tak, to dobre wyjaśnienie”. No, nie i już. Jak dla mnie była ona zbyt wyśrubowana, nazbyt skomplikowana. Może dla miłośników filozofii jest ona ciekawa, nie mówię, że nie. Do mnie nie przemówiła i spowodowała, że nieco mnie znużyła końcówka tej książki a szkoda. 
Bo całość świetna. Jak to u Kariki, doskonale pokazuje narastające wciągnięcie bohaterów we wspólną sprawę, narastające też szaleństwo postaci. W pewnej chwili nie wiemy do końca, kto właściwie oszalał. Narrator? Jego przyjaciele ? Nikt ? Widać, że zło zdarzyło się nieco przypadkiem ale każdy, kto zostanie wciągnięty w jego spiralę, wpada w jego zaklęty krąg i koniec, nie ma zmiłuj. Już nic nie zdarzy się dobrze. 

No więc tak, ogólnie do pewnego momentu czytało mi się „Wiatr” bardzo dobrze bo lubię takie mroczne klimaty, strachy pobrane z podań ludowych itd, wykorzystanie naszych ludzkich lęków. Niemniej jednak skomplikowana teoria na końcu książki znużyła mnie i powoduje, że nieco obniżam jej ocenę. Ale, co zawsze podkreślam, sądzę, że każdy powinien przekonać się sam co o tym sądzi. Może innemu czytelnikowi takie wyjaśnienie sprawy się spodoba. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Obudzę się na Shibui”. Anna Cima.

 Wydana w Wydawnictwie Dowody Na Istnienie. Warszawa (2020). Ebook. 

Przełożył Krzysztof Wołosiuk. 
Tytuł oryginału Probudim se na Sibuji. 

Bardzo niezwykła książka, która praktycznie jest trzema książkami w jednej. Jedna to pamiętnik nieco egzaltowanej nastolatki, Jany Kupkovej, która nie do końca odnajduje się wśród rówieśników (chociaż ma wierną przyjaciółkę , Kristynę, której ojciec wybył w świat wieść życie buddyjskiego mnicha) i która rozpoczyna swoją fascynację Japonią. Druga część to opowieść, w której siedemnastoletnia Jana Kupkova jest w Japonii, a konkretnie w Tokio, w którym w swoisty sposób „utknęła”. Trzecia część to opowieść o Janie Kupkovej, która jest już na studiach doktoranckich, zajęła się gatunkiem mystery i usiłuje zająć się twórczością bardzo mało w zasadzie znanego autora jakim jest Kawashita Kiyomaru. Wraz z poznanym na wydziale innym japonistą, Victorem Klimą, usiłują tłumaczyć tekst tegoż autora. Tekst nosi tytuł „Kochankowie”. Pomiędzy tymi dwojga zaczyna się coś dziać ale jest to zobrazowane jak na najlepszym japońskim drzeworycie, delikatnie, bez niepotrzebnej nachalności. Miałam nawet wrażenie, że my, czytelnicy, domyślamy się tego, że coś między nimi zaiskrzy wcześniej od zainteresowanych 🙂

Autorka książki „Obudzę się na Shibui” jest z wykształcenia japonistką i to się czuje na każdej stronie tej niezwykłej książki. Jako, że i mnie interesuje Japonia, wiadomo, że była ta książka dla mnie rarytasem. Ale sądzę, że i dla kogoś nie interesującego się tym krajem, wbrew pozorom książka może być ciekawa bo tak naprawdę to, co dzieje się na kartach książki dziać się może na swój sposób wszędzie. Bo chodzi tu o przedstawienie pasji człowieka związanej z czymś, opowiedzenie o sile miłości, sile miłości, która może przenosić góry czy w tym przypadku może kogoś (ale nie chcę pisać nic więcej bo nie chcę Wam zdradzać przyjemności czytania jeśli nie znacie tej książki ) ale i sile nienawiści, która chce ze wszystkich sił zniszczyć ową miłość. Jest więc po prostu o ludzkich pasjach, uczuciach, namiętnościach i o tym, że miłość, tak, może zmienić to, co wydaje się nie do zmienienia , tylko jest to opowiedziane z użyciem całkiem fajnego literackiego zabiegu. Ja doceniam elementy metafizyczne czy może inaczej, nadmiernie rozbudowane przenośnie zaklęte w postać ni to myśli ni to ducha, bo podobało mi się, że w ten sposób autorka również oddaje ukłon w stronę swojego wykształcenia. 

Mnie osobiście najbardziej podobała się ta część opowieści, w której Jana utkwiła w ukochanej do tej pory Japonii, którą ta się fascynowała i która stała się dla niej swoistego rodzaju więzieniem.
Uważajcie, o czym sobie myślicie i czego sobie życzycie, bo a nuż się spełni? Tak można odczytać to, co stało się z nastolatką, która siedząc podczas wycieczki do Japonii u stóp psa Hachiko, pomyślała sobie, że „Chcę tu zostać”. No i …została. Na o wiele dłużej niż przypuszczała. Wiodąc oryginalny żywot uczy się języka japońskiego, poznaje japońskie zwyczaje a także nawet zakochuje się w jednym niezwykłym muzyku. 

Trzy plany czasowe, trzy różne etapy życia Jany Kupkovej i różne niespodzianki jakie zdarzają się na kartach tej książki , to wszystko sprawia, że czyta się ją rewelacyjnie. Z wielką szkodą odłożyłam ją i po raz pierwszy, od bardzo dawna (chyba jedynie przy cyklu o Arystokratce Evzena Bocka mam takie myśli) miałam ochotę rozpocząć lekturę od początku. 

Wisienką na torcie jest fakt dotyczący samego Kawashity Kiyomaru ale nie chcę zdradzać zbyt wiele tym, którzy chcą przeczytać tę książkę.

Jednym słowem, „Obudzę się na Shibui” jest bardzo ciekawą i wciągającą opowieścią. Beletrystyką w najlepszym wydaniu (zazdroszczę autorce tak udanego debiutu) , na szczęście nie silącą się na wydumaną filozofię. Nie. Za to zapewniającą czytelnikowi ogrom przyzwoitej dobrej literatury. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Dziesięć lat temu…

 …na świat przyszła Emilka. 

Dla mnie w tym dniu rozpoczęło się moje „drugie” życie. Nie wiem, być może logika nakazywałaby aby jeśli już, rozpoczęło się te dwa tygodnie później, niemniej jednak ja liczę to właśnie tak.

Dziesięć lat to bardzo długo i wiele się w tym czasie wydarzyło i lepszego i gorszego i pięknego jak urodziny Brata Emilki, jednak na swój sposób zawsze w ten dzień Rocznicy Jej narodzin ponownie znajduję się w tamten wtorek. I opanowuje mnie wiele wspomnień, co oczywiste, nie są one niestety ani dobre ani szczęśliwe. 

Wielokrotnie już o tym pisałam, że nie pojmę nigdy dlaczego to wszystko potoczyło się tak a nie inaczej. Trudno jest też dopatrywać się sensu w takim dramacie, jaki spotkał tę słodką, walczącą do końca, Najdzielniejszą Dziewczynkę , jaką przyszło mi poznać. 

Kochamy Cię, Córeczko !!!

„Kuklany las”. Anna Musiałowicz.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (Ebook).

Sięgnęłam po tę książkę nieznanej mi w sumie autorki z dwóch powodów. Po pierwsze, to to, co wydaje Stara Szkoła nie zawodzi mnie a po drugie, oczekiwałam horroru i w sumie takie coś zdecydowanie otrzymałam.
Dużo wokół tej książki opowieści i trochę według mnie dorabiania teorii i może i nie jest to takie złe ale powiem szczerze, to po prostu dobry horror. Co uważam za bardzo dobre, że właśnie coś co chyba jednak ma być książką grozy , horrorem, spełnia te oczekiwania. Mnie to nie przeszkadza. A oprócz tego możemy oczywiście zwrócić uwagę na to, co jest esencją tej książki jak na przykład podkreślenie niewiarygodnie silnej miłości matczynej.

Miłości tak silnej, że jest w stanie przenosić góry czy wpływać na cudze życie, na przyszłość.

Akcja książki rozpoczyna się od dnia, w którym przedszkolak, Maciek wybiera się z tatą Karolem do lasu. Maciuś na chwilę znika ojcu z oczu kiedy bawią się w straszenie i gonienie. Szybko jednak udaje się ojcu odnaleźć chłopca, śpiącego spokojnie przy jednym z drzew. Wydaje się więc, że wszystko jest dobrze a Karol może spokojnie ruszyć następnego dnia w długą służbową delegację.
Wyjeżdża a z synem zostawia jak zawsze, żonę, Martynę. A ta szybko orientuje się, że nic nie jest takie jak powinno być. Coś stało się z jej synkiem, który zachowuje się skrajnie inaczej niż zwykle. Jakby z lasu wraz z ojcem wróciło nie to samo dziecko, które parę godzin wcześniej wybrał się z tatą na męską wyprawę do lasu. Las. Miejsce, w którym stało się COŚ. W którym, jak się szybko okazuje, cały czas coś się dzieje. To miejsce, w które nie każdy powinien się wybierać. A CO konkretnie się stało, o tym dowiadujemy się z dalszych stron książki.

To książka, która już pisałam, że śmiało może być czytana na różne sposoby. Wciąż upieram się,że ja przede wszystkim zamierzałam odczytać „Kuklany las” jako horror i tak czytana jest jak najbardziej spełniająca warunki do dobrej książki grozy. Atmosfera narastającej grozy jest, chociaż nie ukrywam,że pewne elementy były dla mnie zbyt wiele razy powtarzane i przez to, nieco nużące.
Natomiast ciekawą warstwą jest ta na swój przewrotny sposób opowiadająca o sile miłości rodzicielskiej czy raczej matki do córki. To ciekawe bo czytałam ją tuż po książce z zupełnie innego gatunku jakim jest sensacja Lee Childa ale i tam motyw miłości rodzicielskiej i poświęcenia się zupełnego, oddania się dziecku, jest wyszczególniony. Niemniej jednak pozostanę przy swoim, ja „Kuklany las” postanawiam jednak odczytywać głównie jako książkę grozy i jako taka spełnia moje oczekiwania.

Na plus jest dla mnie posłowie, w którym pani Anna Musiałowicz pisze, dlaczego powstała ta książka i kto tak naprawdę zainspirował Ją do jej napisania a ma z tym wiele wspólnego Syn autorki. Warto słuchać co do nas mówią nasze dzieci bo nigdy nie wiemy czy jedno powiedziane przez nie zdanie, nie stanie się przypadkiem początkiem dobrej prozy.

Moja ocena to 5 / 6.

„Zgodnie z planem”. Lee Child.

 Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożył Jan Kraśko. 

Tytuł oryginalny Blue Moon.

Ogólnie jak na fankę postaci Jacka Reachera, który jak wiedzą ci, którzy czytają cykl sensacyjny o nim na pewno wiedzą, jest tym, który sprząta świat i pomaga ubogim i wdowom , „Zgodnie z planem” przeczytałam z niezłym opóźnieniem. 

Po pierwsze, oceniam ją bardzo dobrze a jak wiedzą fani, jest to ostatnia książka napisana przez Childa w tym cyklu. Obecnie z tego co się orientuję cykl przejął brat autora chociaż na najnowszej książce widnieją nazwiska zarówno Lee Childa jak i jego brata więc może to kooperacja? Niestety, nie wiem. 

W tej części cyklu Jack Reacher tradycyjnie trafia do „środka niczego” , tym razem miasta dość licznie zamieszkanego, w którym panuje ścisły podział na to, którą część miasta pilnuje mafia albańska a którą – ukraińska. 

Jack Reacher nie wybrałby się nigdy do tego miasta gdyby nie fakt, że widzi jak podróżujący wraz z nim autobusem starszy pan, który wiezie ze sobą znaczną gotówkę, najprawdopodobniej padnie za chwilę ofiarą napadu planowanego przez kolejnego podróżującego tym samym autobusem młodego mężczyznę. 
Jednak Jack Reacher to nasze serduszko na dłoni, pomagający jak wspomniałam tym, którym nie pomaga zbyt wielu a często o których wręcz zapomina „system”. I tym razem budzi się w nim sprzeciw przeciwko temu co widzi, że za chwilę ma szanse się wydarzyć. Tak więc ten niemający nigdy konkretnego planu podróży dawny oficer żandarmerii wojskowej, wysiada na tym samym przystanku, co starszy pan (w dalszej części dowiadujemy się, że jest to pan Shevick ) i … jak to on, nie daje stać się złu. 

A przy okazji, poznaje żonę starszego pana. I dowiaduje się, dlaczego starsi państwo wplątali się w skomplikowaną finansową intrygę. Rodzice często są w stanie zrobić wszystko dla swojego dziecka. 

Przy okazji pomocy państwu Shevick Reacher zajmuje się też sprzątaniem miasta. Takim może trochę innym niż dosłownie z szufelką czy odkurzaczem, oczywiście. Jak to z Reacherem bywa. Denerwuje go nieustająco ludzka złość, wyzysk człowieka przez człowieka a nadto brak opieki ze strony silniejszych nad słabszymi. Jednak jest on i wraz z paroma poznanymi w mieście osobami rozprawia się ze złem działającym w mieście. 

Podobała mi się ta część opowieści o Reacherze, za to, że nie pozostał po raz kolejny obojętny na ludzką krzywdę i zaoferował swoją tradycyjnie szybką i konkretną pomoc. 

Moja ocena to 5 /6.

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

 Czyli również i moje święto bo książki stanowią dużą część mojego życia. 
Pandemia zdecydowanie zmieniła moje czytelnicze przyzwyczajenia. Czytam zdecydowanie mniej. Za to, podjęłam decyzję już wcześniej, jeszcze przed pandemią , staram się czytać to, co naprawdę jest dla mnie ważne. Nie musi być to najambitniejsza książka świata, oczywiście nie odmawiam nikomu przyjemności zgłębiania książek super ambitnych, nie nie, ale też , odkryłam, że tak jak nikt nie będzie za mnie żył, tak też nikt za mnie moich wrażeń czytelnicznych nie przeżyje. I kiedy mam, jak teraz , chęć poczytać sobie o jednym z ulubionych bohaterów literackich ,jakim jest Jack Reacher, to sięgam po te książki bez jakiegokolwiek wyrzutu sumienia. 
Życzę sobie, jako czytelniczka, więcej pokoju bo wtedy znajduję czas na lekturę i samych dobrych książek. 

Prawda, że książka jest jednym z najpiękniejszych prezentów, jakie można otrzymać?

„Trogirskie wakacje”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bardzo lubię poezję i prozę Hanny Dikty, stąd, pomimo że spodziewałam się bardzo trudnego klimatu książki , zdecydowałam się po nią sięgnąć. Nie zawiodłam się chociaż, nie ukrywam, że końcówka wpędziła mnie w lekki rodzaj zaskoczenia a nawet, nie ukrywam , coś na kształt irytacji. No, tego się nie spodziewałam !

Książka opowiada o czterdziestoparoletniej Oldze Pozimskiej. Olga jest w specyficznym miejscu i czasie życia. Jest równo rok odkąd spędziła wydawało się jej, udane wakacje ze swoją dwudziestoletnią córką Natalią w uroczym Trogirze w Chorwacji. Przyjechała więc w to samo miejsce aby … No właśnie, aby zakończyć swoje życie. 
Oto bowiem okazuje się,że Natalia niedługo po trogirskich wakacjach popełniła samobójstwo. 
Olga szybko orientuje się, że coś co zburzyło dotychczasowy spokój i szczęście jej młodej córki, musiało zdarzyć się podczas tych wspólnych wakacji rok temu. I nie może sobie darować, że nie udało się jej zawczasu zorientować, że coś się stało ale i również, że nie potrafiła zapobiec nadciągającej szybko katastrofie. 
Nie daje sobie rady z wyrzutami sumienia, czuje, że zawiodła córkę a więc nie jest też w stanie dalej żyć. 

Już zaraz po samobójstwie córki przeorganizowała swoje dotychczasowe życie. Zmieniła pracę na taką, która pozwala jej spędzać czas głównie w domu a do tego, fizycznie upodobniła się do zmarłej córki. 
Najwyraźniej jej żałoba odbywa się właśnie tak a nie inaczej. Co oczywiście budzi zdziwienie czy niepokój osób dotychczas bliskich Oldze, niemniej jednak wygląda na to, że jest ona w stanie tak odizolować się od ludzi, że teraz ona sama pogrążona w skorupie bólu i żałoby, jest w stanie odejść niemal niezauważalnie. 

Na jej drodze stanie jednak postać niezwykła a mianowicie Stanisław Wokulski. Nie, nie postać książki Bolesława Prusa, a z krwi i kości, świetnie wyglądający a przede wszystkim prężny i ogromnie życzliwy innym ludziom, sześćdziesięciolatek. 

Tych dwoje połączy coś nagłego, nieco niespodziewanego a przecież ogromnie ważnego. To Stanisław sprawi, że Olga zobaczywszy na ulicy Trogiru kogoś, kto wpatruje się w nią w sposób wyraźnie wskazujący, że wie kim ona jest, zmieni swoje początkowe plany i zamiast popełnić kolejne samobójstwo w rodzinie, postanowi odnaleźć chłopaka z ust którego dowie się przynajmniej części opowieści o tym, co zdarzyło się Natalii rok temu. Będzie to początek śledztwa kobiety i Stanisława, jakie zaprowadzi je do innych ludzi, którzy pomogą wyjaśnić, przynajmniej po części co pchnęło młodziutką Natalię ku odebraniu sobie życia. 

„Trogirskie wakacje” to opowieść o przeżywanej na swój sposób żałobie. Na swój sposób, czyli nie tak jak sobie to może część osób wyobrazić a na pewno oczywiście nie te, które straciły swoje dziecko. Nie wiem jak określić swoje odczucia bo stwierdzenie, że „podobało mi się” to , w jaki sposób Hanna Dikta opisuje stan uczuciowy i psychiczny Olgi trudno określić słowem tak niepasującym do tego stanu ale po prostu uważam, że jest to dobrze oddane przeżywanie osieroconej matki. Hanna Dikta jest poetką i ja osobiście bardzo sobie te Jej „korzenie” cenię w Jej prozie. „Trogirskie wakacje” pozbawione są zbędnych ozdobników,nie ma tu miejsca na niepotrzebne barokowe dodatki. Jest czasami bardzo konkretnie i wprost ale osobiście uważam to za zaletę tej książki. Mimo, że dla mnie akurat to ciężki z powodów osobistych temat, chciałam przeczytać tę książkę dla nazwiska jednej z ulubionych autorek. 
Być może ktoś doszuka się w tej książce zbyt wielu zbiegów okoliczności jakie podczas drugiego pobytu w Trogirze spotykały Olgę. Chociażby samo spotkanie na swej drodze Stanisława można uznać za niezwykły zbieg okoliczności, który właściwie zmienia całkowicie życie Olgi, niemniej jednak sądzę, że w życiu dzieją się ludziom często tak niesamowicie dziwne rzeczy, dotykają ich tak wydawałoby się niewiarygodne zbiegi okoliczności, że ja osobiście nie uważam tego za jakieś rażące. 

Olga przeżywa ten drugi pobyt w chorwackim mieście w sposób zupełnie inny niż go sobie początkowo wyobrażała i zamiast zakończyć w nim życie, na swój sposób otwiera jego kolejny rozdział. Nie ma też zbytnio czasu na analizowanie i rozpamiętywanie czy wręcz rozdrapywanie ran bo wydarzenia i osoby pojawiające się w jej życiu pojawiają się w takim tempie, że zwyczajnie nie ma kiedy tego robić. Zajmuje ją śledztwo w sprawie tego, co zdarzyło się podczas wydawało się, udanego wspólnego z córką, urlopu. To, co do tej pory nie dawało jej spokoju, zacznie się wyjaśniać. 

Jedyne, co mnie zaskoczyło to zakończenie ale nie chcę robić żadnych nawet malusieńkich spoilerów więc nie mogę tak naprawdę napisać niczego więcej aby się przypadkiem nie wyrwało.  

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Czarne echo”. Michael Connelly.

 Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2017). Ebook.

Przełożyli Bogumiła Nawrot i Marcin Łakomski. 

Tytuł oryginalny The Black Echo. 

Szczerze, to dobrze, że mojego zeszłorocznego , wakacyjnego powrotu do kryminałów Michaela Connelly’ego o detektywie Harrym Boschu nie zaczęłam od pierwszej z cyklu książki jaką jest właśnie „Czarne echo” bo zwyczajnie nie wiem czy bym się nie zniechęciła. Dziwnie czytało mi się tę pierwszą część. Muszę powiedzieć, że w jej połowie odczułam na tyle silne znudzenie, że bez wyrzutów sumienia porzuciłam ją na rzecz thrillera, o którym niedawno pisałam. 
Wróciłam jednak i w sumie jestem zadowolona ze względu na to, że to w tej części odbywa się pierwsze spotkanie Boscha z jego późniejszą żoną i matką córki, Eleanor Wish. 

Książka rozpoczyna się w chwili gdy zostaje zamordowany Billy Meadows. Dawny żołnierz i jak się szybko okazuje, dawny kolega z wojska samego detektywa Boscha. Znali się z wojny w Wietnami, gdzie obaj wchodzili do piekła na ziemi jaką były podziemne korytarze, tunele, w których zostawiano ładunki wybuchowe i w których ogromnie łatwo było zginąć. Meadows do USA wrócił dość późno i szybko okazało się, że nie daje sobie rady w nowej, niewojennej rzeczywistości. Wszedł na drogę przestępczą jak również niestety, pokonał go też nałóg. Znaleziono go po przedawkowaniu. Tak się przynajmniej wydawało na początku bo szybko Bosch dowiaduje się tego, co my wiemy z początku książki czyli o tym, że dawny kolega z wojska został zamordowany. 

Bosch ma swoje własne zamieszanie. Jest na celowniku Wydziału Wewnętrznego, z którego do śledzenia go oddelegowano dwóch policjantów. Poza tym, udaje mu się mimo tego, że znał Meadowsa, zająć się śledztwem w sprawie morderstwa dawnego wojennego towarzysza. I tu z pomocą przychodzi mu Eleanor Wish, agentka FBI. Która to stanie się dla Boscha w tej części partnerką nie tylko w prowadzeniu tej zawiłej sprawy. 

Przyznaję, że nieco mnie ta część znużyła, o czym wspominałam na początku. W pewnej chwili obawiałam się też, że akcja książki będzie silnie związana z polityką a tego nie cierpię w książkach. Nie, nie, dziękuję, książki o skorumpowanych politykach, o jakichś międzynarodowych przekrętach nie są dla mnie . Na szczęście jednak okazało się, że tak nie jest, ufff.

Dla mnie ta część była ciekawa z paru powodów. Po pierwsze, poznałam pierwsze spotkanie Harry’ego i Eleanor. Po drugie, podobał mi się nienachalny zabieg autora a mianowicie ukazanie jak łatwo jest w czasie wojennej zawieruchy tak się zmienić aby potem działać niekoniecznie etycznie czy zgodnie z prawem. I jak cieniutka jest granica „pomiędzy”. Jak sam w pewnej chwili mówi do Wish detektyw, na przykładzie dawnego towarzysza w wojsku widzi, kim sam Bosch mógłby się stać, gdyby sprawy potoczyły się w naprawdę złym kierunku. Gdyby nie miał w swoim życiu tylu sprzyjających ostatecznie, okoliczności. Po trzecie, poznajemy w tej części również późniejszego partnera śledczego, Jerry’ego Edgara. 

Sama akcja kryminalna dość interesująca ale przyznam, że w późniejszych częściach według mnie są o wiele ciekawsze ale to oczywiście moje subiektywne odczucie. 

Tradycyjnie autor trzyma wiele spraw niemal do ostatniej strony, tu zdecydowanie nie zawodzi. Muszę powiedzieć, że ogólnie cieszę się, że zrobiłam sobie przerwę podczas lektury bo po niej wróciło mi się do książki łatwiej i jakoś poszło „z górki”. 

Moja ocena nie jest może tak entuzjastyczna jak ocena innych książek o Boschu niemniej jednak, co wiedzą wszyscy czytelnicy mojego blogu, z pewnością jest szczera a jest nią 4 / 6.