„Dzwonki, gwiazdki i słomki”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2021). Ebook.

Pisząc recenzję na temat najnowszej książki z tematyką około świąteczną Joanny Szarańskiej wspomniałam, że obecnie przy mnogości tego typu książek mam swoje ulubione autorki, po których książki w tej tematyce sięgam z tak zwaną „pewnością”. I właśnie tak jest z książkami Renaty Kosin. 
Muszę powiedzieć, że po poprzedniej świątecznej książce tej Renaty Kosin zastanawiałam się czym zaskoczy mnie w kolejnej w tej tematyce. I oto, udało się ! Bowiem książka okazała się (co jest świetne) zupełnie inna niż to, czego się po niej spodziewałam. 
Po pierwsze, jest utrzymana w tematyce lżejszej, jest w niej mnóstwo poczucia humoru, nie dzieją się wielkie dramaty, ot, zwykłe życie. Ale i w ten sposób jak najbardziej można napisać o sprawach dla nas, ludzi, najważniejszych, nie popadając w zbędny patos czy wręcz łopatologiczne wyjaśnienia. 

Na samym początku książki poznajemy jedną z głównych bohaterek a mianowicie Matyldę. Matylda jedzie podekscytowana do domu swojej koleżanki z pracy, która to koleżanka zaprosiła ją na Święta Bożego Narodzenia do jej domu na Podlasiu. A konkretnie do wioski o nazwie Boguduchy.
Matylda to dziewczyna z miasta, która jednak od dłuższego czasu pragnie spełnić swoje może nietypowe marzenia a mianowicie właśnie pobycie na wsi. A już kiedy dowiaduje się, że to wieś na Podlasiu, w której ma nadzieję poznać masę starych zwyczajów i obrzędów kultywowanych z dnia na dzień, wprost nie może się doczekać. Już sobie obiecuje ile to pięknych stylizowanych zdjęć z chociażby sanny pojawi się na jej kontach społecznościowych. Na samym początku może przekonać się jak piękna jest okolica, w której przyjdzie jej świętować, gdy kolega koleżanki z pracy Matyldy,  Maciej, wiezie ją saniami zaprzężonymi w konie aż do domu gospodyni i jej rodziny. 

Gościnną koleżanką okazuje się być Halszka. Ponieważ  z przyczyn rodzinnych jej rodzice na Świętach w domu nie będą, tym weselej będzie w większej gromadzie. Na święta w domu Halszki oprócz niej zostaje jedynie babunia Fela i starszy brat Halszki, zatwardziały kawaler, Stefan. 

Na samym początku gdy autorka przedstawia nam postać Matyldy, zastanawiałam się nawet nad konwencją powieści jako komedii pomyłek. Szybko jednak okazało się, że nie, że nie taki był zamysł autorki a opowieść to historia wizyty dziewczyny z miasta na podlaskiej wsi, która to wizyta raz na zawsze zmieni życie wszystkich osób zainteresowanych. 

Podobał mi się klimat tej opowieści. Po pierwsze to, że Matylda, ku mojej radości, nie okazała się nieprzyjemną i nadętą paniusią  ani też nieporadną melepetą a fajną dziewczyną, z pomysłami. 
Podobało mi się wprowadzenie jako jednej z głównych postaci starszej pani, babci Feli, skarbnicy rodzinnych wspomnień i pamiątek. 

Wreszcie, podobało mi się to, że pod pozorem dość lekkiej w sumie opowieści po raz kolejny przypomniałam sobie, że w życiu największym skarbem są nasi bliscy, rodzina, przyjaciele, dzieci. To oni pomagają przetrwać największe burze w naszym życiu i to właśnie dla nich chce się żyć. 

Podobało mi się też motto pradziadka Januarego, którego dowiadujemy się już niemal na samym końcu książki. 

„Dzwonki, gwiazdki i słomki” to bardzo przyjemna opowieść o tym, co najważniejsze i to nie tylko w świąteczny czas. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Kraina Spełnionych Życzeń”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2021).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

„Kraina Spełnionych Życzeń” to kontynuacja losów i przygód bohaterów znanych nam z pierwszej części opowieści o miasteczku Świerczynki położonego nieopodal Krakowa. 
Można jednak czytać tę książkę bez znajomości części pierwszej noszącej tytuł „Kraina Zeszłorocznych Choinek”, chociaż osobiście radziłabym komuś, kto jeszcze jej nie zna, przeczytać i tę część bo zwyczajnie jest to również bardzo dobra książka. 

Lubię , ogromnie lubię książki Joanny Szarańskiej ale szczególne miejsce w moim sercu i na półce (to nieliczne kupione po rozpoczęciu przygody z czytnikiem ebooków książki papierowe, jakie są u mnie na regale) zajmują książki świąteczne. 
Wiem, że obecnie mamy na rynku istny zalew książek o tej tematyce i szczerze mówiąc, sama po pierwotnym zachwycie parę lat wstecz, zdecydowałam się na ostrą selekcję. Kupuję dosłownie parę książek ulubionych Autorek. Jednak owa selekcja zwyczajnie nie dotyczy książek Joanny Szarańskiej. Jej świąteczne książki po prostu muszę mieć. 

Ta książka została mi podarowana przez Autorkę, przez co oczywiście nabiera dla mnie dodatkowego znaczenia. Raz jeszcze za nią dziękuję.

„Kraina Spełnionych Życzeń” to książka, nad którą zarówno się pośmiałam (czytając co bardziej smakowite fragmenty Mężowi), wzruszyłam (końcówkę po prostu przepłakałam, a niech tam, nie ma co wstydzić się dobrych wzruszeń), zamyśliłam. Był moment, gdy bardzo się martwiłam jak potoczą się losy dalszych bohaterów ale też lekturę zakończyłam z wielką nadzieją na kontynuację opowieści ze Świerczynek. Mam nadzieję, że takowa powstanie bo pomysłów na dalszy ciąg niektórych znajomości, przyjaźni i losów bohaterów jest mnóstwo. 

Tym razem akcja książki rozpoczyna się na dwa tygodnie. Józef i Józefina Pawłowscy, emerytowane rodzeństwo, ponownie otwiera swój niezwykły sklepik ze świątecznymi oryginalnymi ozdobami. Sklepik ten nosi nazwę „Kraina Zeszłorocznych Choinek” i jak rok temu, za jego sprawą, również dziać się będą rzeczy niezwykłe, piękne i dobre. 

Cieszy mnie gdy „znam” bohaterów książki. I tak, z radością kibicuję młodej Ninie i jej związkowi z Danielem. Ucieszyła mnie informacja o ślubie jej mamy, Beaty, który to ślub zaplanowano na Święta Bożego Narodzenia. 
Dorota, mama Antka, co prawda pozostaje w poprawnych układach z byłym mężem ale też rozwija swój fryzjerski biznes i ma nadzieję na wejście do znanej i popularnej sieci fryzjerskiej „Błękitny Loczek”.
W tej części pojawią się też nowi bohaterowie. Filip Lisowicz i jego dwie córki, z których jedna stanie się bliska pewnemu małemu chłopcu, któremu brak rodzeństwa. 

A tymczasem już na początku książki Józef otrzymuje propozycję na kształt propozycji życia i zamierza z niej skorzystać. Jedzie więc za granicę a sklepik pozostawia na głowach Józefiny, dawnej miłości Heleny, która wróciła do Świerczynek i Antosia. Czy ta trójka, której relacje nie zawsze do tej pory były łatwe da radę przemóc wzajemne animozje i pogodzi się aby razem kierować sklepikiem a przede wszystkim aby „Kraina Zeszłorocznych Choinek” nie była zagrożona?

Każdy z bohaterów tej części ma kogoś lub coś, co kocha i kogoś lub coś, o co gotów jest walczyć do ostatka sił. Strata kochanych osób lub miejsc powoduje, że człowiek albo apatycznie poddaje się trwodze i obawie albo podejmuje walkę o najdroższych. O tym i o tym, co tak naprawdę najważniejsze jest w życiu, opowiada książka „Kraina Spełnionych Życzeń”.

Jestem zachwycona tą książką. Jest jak kojący plaster na wszystkie smutki i troski. Pięknie i bez zbędnego słodu czy moralizatorstwa opowiada o życiowych priorytetach, o radości z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, o sile miłości i przyjaźni. Miłości również tej do drugiego człowieka, po prostu. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Chłopiec zwany Gwiazdką”. Matt Haig.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021). 

Przełożyli Ernest Bryll i Marta Bryll.

Tytuł oryginału A Boy Called Christmas.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Chłopiec zwany Gwiazdką” to kolejne wydanie tego tytułu, tym razem z filmową okładką, jako, że zostanie ona zekranizowana ale ja sięgnęłam po nią pierwszy raz. I szczerze się sobie samej dziwię, że zdecydowałam się na to dopiero teraz. Stali czytelnicy mojego blogu lub też zwyczajnie moi znajomi i bliscy wiedzą, że bardzo lubię motyw Świąt Bożego Narodzenia w książkach i filmach i chętnie po nie sięgam. Ostatnio jest ich tyle, że w sumie zdecydowanie ograniczyłam wybór i czytam jedynie te naprawdę lubianych przeze mnie autorek i autorów lub jak w tym przypadku, decyduję się na książki dla dzieci. Albowiem nie ma to jak dobra książka dla dzieci. W „Chłopcu zwanym Gwiazdką” w ogóle nie ma się wrażenia, że autor traktuje czytelników z jakąś taką pobłażliwością dorosłego względem dzieci i czyta się tę książkę z wielką przyjemnością. Tym bardziej, że oprócz wartkiej akcji książki, niesie ona ze sobą mądre przesłania i dobre, ciepłe myśli i rady, które warto wcielać w życie nie tylko gdy się jest dzieckiem. 

„Chłopiec zwany Gwiazdką” to można by powiedzieć, preaquel losów i działalności Świętego Mikołaja. Ale nie tego Świętego z Miry, znanego z hagiografii lecz tego nie zważającego na dietę i zdrową żywność, wiecznie uśmiechniętego, brodatego mężczyznę w czerwonej czapce, który raz w roku z zaprzęgiem reniferów organizuje podniebny rajd po świecie, w czasie którego rozdaje dzieciom prezenty. 

Mikołaja poznajemy jako półsierotę. Mieszka on w chatynce w wioseczce gdzieś w Finlandii wraz ze swoim tatą, drwalem Joelem. Mama Mikołaja zginęła w tragicznych okolicznościach ale mimo ubogości chłopiec czuje się kochany przez tatę. Ten jedenastolatek mimo, że nie ma zbyt wiele dóbr materialnych w swoim życiu, lalkę wyrzeźbioną z rzepy przez jego mamę i sanie z wyrzeźbioną ich nazwą „Gwiazdka” jest chłopcem szczęśliwym i kochanym. A ponadto, urodzonym w Święta Bożego Narodzenia, stąd, nadana mu jeszcze przez mamę czuła nazwa czy raczej czułe przezwisko. 

Niezbyt bogatą ale spokojną i dobrą egzystencję ojca i syna przerywa nagła decyzja taty. Joel decyduje się dołączyć do ekspedycji na Daleką Północ, mającą za celu znalezienie wioski Elfów. Decyzja zostaje przez mężczyznę podjęta ze względu na brak finansów i rozpaczliwą próbę ich podratowania. Ojciec ma dość ich dotychczasowej egzystencji, wiecznej zgryzoty o finanse i braku kupienia synowi prezentów zarówno na Święta jak i na przypadające w tym samym czasie urodziny chłopca. 

Decyduje się więc na wyprawę a w tym, jak się początkowo wydaje, krótkim czasie , synem ma się opiekować ciotka Karlotta, postać rodem ze złej bajki. Nie lubiąca nikogo, oprócz samej siebie, zła i zgorzkniała osoba. W dodatku pazerna na pieniądze. Z kimś takim Mikołaj , wygoniony właściwie z własnego domostwa, nie jest w stanie wytrzymać z kobietą i kiedy wyprawa ojca z towarzyszami przeciąga się nadmiernie, Mikołaj wyrusza w drogę aby odnaleźć tatę. A towarzyszy mu zaprzyjaźniona z nim Mysz Miika. Po drodze zaś wędrowcy napotkają renifera, którego chłopiec nazwie Błyskiem. 

I tak oto ta trójka, pokonując przeszkody wyruszy na ową osławioną Daleką Północ, w którym to zakątku kraju podobno żyją Elfy. 

Akcja książki, jak już wspominałam, nie stoi w miejscu, toczy się wartko i Mikołaj wraz z towarzyszami przeżywają sporo na kartach tej okraszonej ładnymi ilustracjami Chrisa Moulda książki. 
Trafiają w rezultacie do wioski Elfów, a jakże. Tylko, że spotkanie z mieszkańcami owej wioski przebiegnie zupełnie inaczej niż to sobie początkowo Mikołaj wyobrażał. Mając na myśli Elfy sądził, że są to gościnne, ciepłe, dobre istoty i zapewne w ostatnich snach śnił, że zostanie przez nie …wtrącony do więzienia , gdzie spotka Wróżkę Prawdy i Trolla Sebastiana. 

Co mnie urzekło w tej książce, to jej ciepło, to że zło zostanie pokonane. Że autor przypomni nam o niby oczywistych prawdach ale jednak tak często zapominanych, że powinniśmy być dla siebie wzajemnie dobrzy, serdeczni, powinniśmy o sobie wzajemnie myśleć. Że absolutnie nie powinniśmy nikomu dać odebrać sobie wiary w dobro, w to, że po czasach strasznych i mrocznych na pewno kiedyś nadejdą te dobre, lepsze, dające otuchę. Wreszcie, co warto podkreślić, spodobało mi się w tej książce to, że autor przypomina, że nasi rodzice, cóż, są tylko ludźmi , którzy popełniają błędy, nie są nieomylni ale tak naprawdę jednak w większości przypadków, zależy im przede wszystkim na nas i naszym dobru. 

Ogromnie ujął mnie też pomysł wykreowania tego, co stało się z Mikołajem, który jednak w wiosce Elfów pozostanie i który dopiero po kilkudziesięciu latach od przybycia do niej, wymyśli swój pomysł na życie, że się tak wyrażę. 
Jeśli chcesz się dowiedzieć jak właściwie Mikołaj znalazł się w tym miejscu z Elfami, reniferami i innymi przyjaciółmi i jak to właściwie się dzieje, że co roku pędzi po niebie w swoim zaprzęgu renów wypełnionym podarkami, sięgnij koniecznie po tę książkę. Dodatkowo ucieszy Cię ta lektura jeśli lubisz książki ciepłe, pokrzepiające i nie masz w sobie zgorzkniałej marudy.
Ja ogromnie się cieszę, że mogłam ją przeczytać i teraz już się cieszę na ponowną lekturę wraz z Synem. 

Moja ocena książki „Chłopiec zwany Gwiazdką” to 6 / 6. 

„Stara Słaboniowa i Spiekładuchy”. Joanna Łańcucka.

Wydana w Wydawnictwie Oficynka. Gdańsk (2013). Ebook.
Ilustracje Joanna Łańcucka.

Nie mogłam sobie wybrać lepszej lektury na te minione dni niż „Stara Słaboniowa i Spiekładuchy” Joanny Lańcuckiej. Klimatem, nastrojem pasowały do tych dni przed wczoraj i dzisiaj niezwykle…Czas, kiedy świat „tamten” splata się niezauważanie ze światem „tym” pokazany jest w tej książce w sposób niezwykły.

Autorka skupia się w swojej książce na demonologii Słowian i postaci z tejże właśnie w niej występują i biorą aktywny udział.

Genialna to książka w swojej niby to prostocie a jednocześnie mająca konkretny plan. Wszystkie rozdziały, wydające się być osobnymi, łączą się w istocie ze sobą i tworzą spójną całość.

Oto we wsi noszącej ciekawą nazwę Capówka mieszka wdowa po Henryku, zwana Starą Słaboniową. Stara Słaboniowa wydaje się być kruchą, słabą staruszką ale niech nas nie zmyli pierwszy rzut oka na ową kobietę. Oto bowiem okazuje się, że ma ona wielkie umiejętności i możliwości władania siłami mogącymi pokonać złe duchy, strzygi, upiory i inne niedobre istoty, których odwiecznym celem jest zniszczenie siły i mocy, dobra człowieka i zawładnięcie nim.

Mnie ujęły dwa aspekty książki. Stworzenie postaci głównej, jej obraz i charakter, świetna, naprawdę świetna postać staruszki z siłą wielu ! jak również sama fabuła, jej zawiłości ale i konsekwencje fabularne, w które niby to od niechcenia a jednak jasno wprowadza nas autorka.

Nie spotkałam się ze złą oceną tej książki. Nie wiem też w sumie, dlaczego do tej pory jakoś od niej stroniłam? Gdyby nie to, że otrzymałam ją w prezencie, nie miałabym okazji poznać tej staruszeczki mieszkającej w stareńkiej chatynce gdzieś na zapomnianej przez ludzi i czas wioseczce, która jednak włada mocami niezwykłymi.
Stanowi niezwykłą przeciwwagę dla złych duchów i demonów, które chcą zawładnąć niewinnymi ludźmi czy raczej – ich duszami. Stara Słaboniowa to silna, mająca moc kobieta, której nie straszne żadne duszyska i ich groźbami.

Autorka stworzyła w tej książce niezwykły świat. Świat starej kobiety, którą ludzie ni to szanują z obawy (mówi się, że Stara Słaboniowa ma niezwykłe umiejętności i moce, którymi potrafi się umiejętnie posługiwać) ni to lekceważą ze względu na wiek i jej wdowi status.
Jednocześnie , Joanna Łańcucka okraszając swoją książkę świetnymi ilustracjami, stworzyła niezwykłe uniwersum, w którym dwa światy, ten ziemski i ten pozaziemski, przenikają się i mają na siebie wzajemnie wpływ, często prowadzący do dramatów.

Jeśli macie chęć na lekturę niezwykłą, oryginalną i na pewno nie nudną, zachęcam Was, jeśli jeszcze nie znacie, do przeczytania właśnie tej książki.
Na pewno nie pożałujecie!

Moja ocena to 6 / 6.

„Wampir. Jak rodzi się zło. Epilog”. Magda Omilianowicz.

 Wydana w Kompania Mediowa. Warszawa (2021).

Tę książkę ze wstępem autorstwa Igora Brejdyganta wygrałam w konkursie Pocisku. Magazynu literacko-kryminalnego na stronie tegoż na Fb. 
Nie ukrywam, że lektura jest trudna a nawet -bardzo trudna. Jednocześnie, co za przykra świadomość, była jedną z tych książek, które trudno było mi odłożyć. Chociaż nie zaprzeczę, że po jej lekturze nie ma się spokojnych snów. 

Trudno jest mi określić Pękalskiego, którego dotyczy ta książka jej  „bohaterem”. Mimo wszystko z tym słowem mam jednak dobre skojarzenia. O tym człowieku trudno jest myśleć mi w ten sposób. 
I mimo, że co do jego morderstw wciąż toczą się rozmowy co do tego co Pękalski sobie przypisał a kogo niestety, zamordował on sam, jedno jest pewne. Mimo, że początkowo przyznawał się do bardzo wielu zbrodni, ostatecznie udało się go skazać za jedno morderstwo nastoletniej Sylwii. Niemniej jednak, autorka na końcu książki podkreśla, że sprawy, co do których nie zostało potwierdzone sprawstwo Pękalskiego, nigdy nie zostały rozwiązane. A więc nie wiemy do końca czy mordercą był on czy jednak ktoś inny. 

Dziwnie czyta się tego typu książkę bo i jak wspomniałam na początku, nie jest to lektura łatwa. Przykro jest czytać o takim nagromadzeniu zła. Nie tylko samych zbrodni mordercy ale również tego co spotykało w życiu i jego samego. Dopiero co słynny amerykański profiler FBI zastanawiał się w swojej książce, którą czytałam „Czy zbrodniarzem się rodzimy czy się nim stajemy?”. I tu również można zadać sobie to pytanie. Nie wiem, nie jestem psychiatrą czy psychologiem, nie czuję się żadnym znawcą w tej dziedzinie abym była w stanie na to pytanie sobie odpowiedzieć, niemniej jednak zawsze czytając tego typu książkę opowiadającą o tego typu osobie, zadaję sobie pytanie o to czy złu można było w ogóle zapobiec. Czy gdyby w odpowiednim czasie na drodze tego typu osoby stanął ktoś inny niż w rezultacie był w jego życiu, czy była szansa aby nie wyrósł ktoś taki właśnie? 

W swojej książce Omilianowicz pisze o sprawach, które na procesie usiłowano udowodnić Pękalskiemu i czego to w rezultacie jednak udowodnić się nie udało. 
W przypadku tej osoby pozostaje więc wiele pytań a odpowiedzi jest bardzo mało. Nie ukrywam, że ja po lekturze tej książki nie mam wątpliwości co do tego, że mógł on popełnić znacznie więcej zbrodni niż ta jedna, za którą go skazano i wtrącono na dwadzieścia pięć lat do więzienia. Niemniej jednak zdołano udowodnić mu jedynie to tę jedną. 

Sięgając po książki tego typu zawsze trochę obawiam się tego, że autorowi publikacji uda się zrobić ze zbrodniarza celebrytę. Tu na szczęście autorce udało się tego uniknąć. Przy każdej opisywanej przez Omilianowicz zbrodni duża część rozdziału dotyczy samej Ofiary. Co jest dobre bo nie oddaje większości książki zbrodniarzowi a jakiś rodzaj czci i pamięci Ofiarom właśnie. 

Igor Brejdygant w swojej przedmowie zaznacza, że autorka umiała dostrzec w zbrodniarzu człowieka. Ja niestety, nie byłam w stanie zbyt wiele człowieczeństwa w tej postaci się dopatrzeć. Dlatego też uważam, że dobrze, że autorka poświęciła dużą część książki Ofiarom właśnie, podkreślając tym samym, kto tak naprawdę podczas tych zbrodni stracił najwięcej. I kto poniósł największą ofiarę.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Śmierć pięknych saren”. Ota Pavel.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2021). Ebook. 

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Tytuł oryginalny Smrt krasnych srncu, Jak jsem potkal ryby.

Stara Szkoła zrobiła wielki prezent miłośnikom literatury dobrej, niebanalnej, pięknej po prostu i wznowiła „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla. Nie ukrywam, o książce przez ostatnie wiele lat nasłuchałam się tyle dobrego, że gdy usłyszałam, że wydawnictwo ją wyda, wiedziałam, że chcę ją przeczytać.

A jest to książka specyficzna. Chory na chorobę psychiczną autor pisał ją w czasie gdy zdiagnozowano u niego chorobę i gdy gros czasu spędzał w szpitalach psychiatrycznych. A mimo tego powstała książka piękna, dobra i spokojna. Taka z gatunku, który kocham najbardziej a mianowicie , książka wspomnieniowa. Przypuszczam, że pisanie stało się czymś na kształt terapii dla autora, który w ten sposób chciał jakoś poradzić sobie z tym co na niego jakby nie było, spadło znienacka ale również aby przetrwało na zawsze to, co kiedyś stanowiło piękno jego życia i co pozwalało mu przetrwać. 

„Śmierć pięknych saren” opisuje wyrywki wspomnień narratora. Opowieści te są o jego rodzinie i osobach bliskich ale przede wszystkim skupiają się na tym, co Pavel kochał robić i co robił przez wielką część życia a mianowicie, łowił ryby. Te ryby czy raczej ich łowienie to oczywiście nie tylko sama czynność ale i wszystkie te okoliczności z działaniem tym powiązane. Organizowanie wyprawy, zbieranie znajomych lub członków rodziny (albowiem rodzina Pavel łowiła rodzinnie, można tak powiedzieć). 

W tych wspomnieniach nie brakuje też opowieści o dzieciństwie autora przypadającym na czas IIWŚ a mimo to jest to opisane nie w dramatyczny sposób. W ogóle „Śmierć pięknych saren” to ogromna dawka czułych, dobrych wspomnień, naznaczonych ciepłą nostalgią a nie martyrologicznym wywlekaniem swojego bólu. Czy na taki wybór stylu mogła mieć wpływ ciężka choroba Oty Pavla? Sądzę, że jak najbardziej tak. W chwilach dramatycznych porządkujemy własne odczucia i wspomnienia. Być może czasem jawią się one nam jako lepsze niż miało to faktycznie miejsce w przeszłości ale czyż nie jest to właśnie to, co wielokrotnie może ratować nas od zapaści ?

Pisząc na temat książek autorów czeskich podkreślałam wielokrotnie, że czeską literaturę lubię ogromnie za jej umiejętność pisania o człowieku i skupianiu się na człowieku w jakiś niezwykle mądry i nienachalny sposób. Nie inaczej jest w tej książce złożonej tak naprawdę z dwóch książek gdyż u nas wydaje się we wspólnym tomie „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami”. Opowiadania nie są długie ale jednocześnie każde z nich ma w sobie jakąś opowieść, mniej lub bardziej zabawną, ciekawą, wzruszającą. Mnie wzruszyło opowiadanie o tym jak ojciec narratora naszykował dla niego specjalnego węgorza. Był to, śmiem powiedzieć, najważniejszy węgorz w życiu Oty Pavla. 
Są tu opowieści do wzruszenia się jak ta o uszykowanym dla syna przez ojca węgorzu ale również powodujące salwy śmiechu jak ta o przewozie karpia spojonego alkoholem na tylnej kanapie auta. 

Czy opowieści, sięganie do wspomnień stać się może terapią w leczeniu choroby psychicznej? Nie znam się na teorii, podejrzewam jednak, że w tym przypadku z pewnością było to ogromną jej częścią. 

Jeśli cenicie sobie literaturę spokojną, piękną, podkreślającą to co najważniejsze w życiu, powinniście jeśli nie znacie tej książki, koniecznie po nią sięgnąć. 

I na koniec, cytaty, którymi chcę się z Wami podzielić:

„(…) Ciekawe było to, że wiele rzeczy z mojego życia zniknęło, ale ryby w nim pozostały”.

„(…) Łowienie ryb to przede wszystkim wolność. „

„(…) To wędkarstwo nauczyło mnie cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć”. 

Moja ocena tej pięknej, dobrej książki to 6 / 6. 

Dzisiaj…

 …jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu przypada Dzień Dziecka Utraconego. 

W tym Dniu myślę nie tylko o Emilce (jak każdego innego dnia i to wielokrotnie) ale też o wszystkich innych Dzieciach, o których wiem, że powinny żyć, być tu z nami i mieć się dobrze. 
Wielokrotnie o tym pisałam, że nie pojmę, nie zrozumiem, dlaczego tak się dzieje, że na świecie zostaje odwrócona naturalna kolejność i to rodzic chowa swoje dziecko. I najgorzej, że to się wciąż dzieje. 
Czy czas leczy rany? Nie ale pozwala w jakiś sposób stanąć na nogi i ruszyć dalej. 
Dziękuję Wszystkim Tym, którzy o Emilce wciąż pamiętają i którzy o Niej mówią. Była z nami krótko tu na ziemi ale została na zawsze w naszej rodzinie, Jest przecież jej częścią. 

Mam dzisiaj w sercu i w pamięci Dzieci, ich Rodziców i Bliskich. 

„Jeżeli jesteś”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021). Ebook. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Myślę, że osoby stale czytające mój blog pamiętają, że parę miesięcy temu czytałam pierwszą część tej dylogii a mianowicie „Trogirskie wakacje”. Tamta część kończyła się ewidentnie zapowiadając kontynuację i oto ona. 
Zanim jednak napiszę moje wrażenia na temat „Jeżeli jesteś”, małe przypomnienie o co chodziło w poprzedniej części. Olga, matka maturzystki jedzie z córką do Chorwacji na wymarzone przez nie obie, wakacje. Olga całe swoje życie podporządkowała córce Natalii, nawet ze szkodą dla siebie bo gdy jej partner Igor marzył o ślubie z nią, ona nie chciała wiązać się z nim aż tak mocno ze względu na córkę. Po powrocie do domu z Chorwacji jej córka znika i oto wychodzi na to, że popełniła samobójstwo. Osierocona i zrozpaczona matka jedzie do Chorwacji, dokładnie tam gdzie spędziły jak jej się wydawało, jeden z najpiękniejszych wspólnych wyjazdów. Jedzie popełnić samobójstwo. Jednak los zsyła jej kogoś w rodzaju opiekuńczego Anioła w postaci ni mniej ni więcej a noszącego literackie imię i nazwisko, Stanisława Wokulskiego, z którym kobieta początkowo wdaje się w niezobowiązujący romans a potem zakochuje się w nim. Brzmi jak romans, którym, zapewniam, nie jest. Wokulski staje się jej dobrym duchem i to on po tym jak Olga dowie się w Chorwacji, że jej córka padła tam ofiarą gwałtu, pomoże jej pozbierać się a także stanąć na nogi. Mało tego, dzięki Stanisławowi, Olga zostanie na dłużej w Chorwacji i będzie pomagać innej ofierze gwałtu, Sanji. Dziewczyna padła ofiarą prawdopodobnie tej samej grupy przestępczej, która skrzywdziła córkę Olgi. 

Dni mijają, wakacje również. Olga pracuje jako wolny strzelec prowadząc korekty książek ale jest też pomocą dla Sanji, z upoważnienia i finansowania Wokulskiego, który na stałe mieszka w Berlinie. 

Olga, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, zaczyna żyć nie dla kogoś innego a dla samej siebie. Pracuje w tym co lubi, spaceruje, medytuje. Zaczyna rozumieć, że jej relacja z córką mogła polegać na tym, że zbytnio rozkładała nad pociechą ochronny parasol. Tworzyła chyba zbyt silną więź. 

Trudno pisze mi się o dylogii chorwackiej Hanny Dikty dlatego, że każda z części mimo niewielkiej może objętości (ufff, tu dzielę sympatie Olgi do książek niekoniecznie „grubych” , za to bogatych w treść i nieprzegadanych) nosi w sobie tyle treści właśnie a wydarzenia nieco jak w kinie akcji, dzieją się szybko i dosłownie co chwila dzieje się coś, co jest ważne ale o czym nie chcę pisać bo czego nie lubię, to spoilerowania treścią, którą każdy powinien poznać sam we właściwym czasie. 

W tej części dla mnie bardzo ciekawe były rozważania Olgi na temat relacji jej i Natalii jako matki i córki, jej oddanie się rodzicielstwu w stopniu aż nadto wykraczającym ponad to, czego dziecko potrzebowało i na pewno oczekiwało. Jak się ostatecznie okaże, nic co matka sądziła na temat ich relacji, nie jest do końca takie jak sądziła a przynajmniej mocno się zdziwi. Olga całe swoje samotne macierzyństwo, pomimo związku z Igorem i wielkim jego wsparciem, była aż nadto troskliwa, aż nadto chciała ochronić Natalię przed złem tego świata. Wydawało jej się, że Natalia jest mocno zdystansowana do tej nadopiekuńczości ale czy było tak na pewno? 

No i nie ukrywam, że i tym razem zakończenie autorka naszykowała dla czytelnika takie, że dosłownie wbiłoby mnie w fotel gdyby nie to, że na fotelu książki nie czytałam. Czy jest zaskakujące? Tak. Czy jest wzruszające? Oczywiście. Czy podczas czytania zakończenia popłakałam się? Nie zaprzeczam. 

„Jeżeli jesteś” to niezwykła opowieść o miłości matki do córki. Po prostu i aż tyle. O tym, jak mama wiele jest w stanie odpuścić dla dziecka i jak bardzo jest w stanie się dla dziecka poświęcić. To także opowieść o tym, że nawet jeśli ktoś nie żyje, to nasza miłość nie umiera wraz z nim i to jest zarówno piękne jak i może czasem stać się przyczynkiem do zgorzknienia, samotności i dystansu do świata. Ważna jest siła ducha i mocny charakter aby umieć w takich chwilach podjąć właściwe decyzje i nie zmarnować swojego życia. Jest ono przecież jedno i warto jest je pielęgnować i się nim cieszyć. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jeszcze jestem kobietą”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Fundacja Duży Format. Warszawa (2021).

Dzisiejszy wpis będzie o poezji. Lubicie? Ja – tak, o czym zresztą Czytelniczki i Czytelnicy mojego blogu, wiedzą. I to, że pomstuję na fakt, że czytam poezji zbyt mało, też wiedzą.
Dlatego też od razu gdy usłyszałam, że jedna z moich ulubionych poetek, Hanna Dikta, wydała nowy tomik wierszy pod rewelacyjnym tytułem i z genialną okładką zaprojektowaną przez Darię K. Kompf (okładka jest idealna do treści jaką otrzymujemy w trzydziestu sześciu wierszach), wiedziałam, że je przeczytam. 
Od razu uprzedzam (to znaczy dla mnie to nie jest zarzut ale być może dla kogoś?) , ta poezja jest mocno kobieca. W bardzo wprost sensie „kobieca”. W końcu sam tytuł zapowiada o tym, że tu poetka zdobędzie się na refleksje i manifesty nas, kobiet.

Starzejemy się, wiecie? Ja wiem, że wiecie, ale wiem też, że jakoś od dawna współczesne media, środki przekazu mniej lub bardziej podprogowo usiłują nas przekonać o tym, że starzenie się to jakaś baaardzo odległa przyszłość. Powiedzmy sobie szczerze, że jednak nie. Starzejemy się w każdej sekundzie naszego życia i chociaż w krótkim odstępie czasu nie widzimy tego, to przeglądając zdjęcia czy spotykając się z kimś po latach, zauważamy czy to u siebie czy to u tej drugiej osoby, upływ czasu. 
Pojawiają się siwe włosy, zmarszczki, nasza skóra nie jest już taka elastyczna jak dawniej. Już częściej wybieramy dłuższy sen niż zarwanie nocy nawet nie tyle na imprezie co chociażby na ciekawej lekturze.
Podobno kobiety w pewnym wieku stają się dla świata transparentne. Prawdopodobnie tak  i dlatego niewykluczone, że aby sobie z tym faktem poradzić, niektórzy albo nas nie zauważają albo też wiele z nas otrzymuje łatkę „zołzy” , „czepiającej się o wszystko” albo „zdystansowanej” w najlepszym razie.
Tymczasem „Jeszcze jestem kobietą” to tytuł -transparent, który pokazuje o czym są wiersze w tym tomiku. Otóż o tym, że tak, pojawiają się zmarszczki i siwe włosy ale również zyskujemy coś co jest bezcenne -doświadczenie. Już nie musimy się przejmować „Co inni o nas pomyślą”, już śmiało możemy nareszcie myśleć i mówić wprost o tym co czujemy i czego oczekujemy od życia i od innych otaczających nas ludzi. Myślisz, że kobieta przed pięćdziesiątką jest osobą, która od nikogo nie oczekuje już niczego ? Nic bardziej mylnego. W pewnym wieku zyskujemy oprócz doświadczenia, również to, że nareszcie werbalizujemy nasze pragnienia a także zyskujemy siłę aby je realizować. 
Kobiety, o których można myśleć, że się starzeją i cóż, starzeją się, mogą wciąż pragnąć i cieszyć się życiem i o tym też są wiersze Hanny Dikty. Wraz z poczuciem, że może już mniej niż więcej zyskują jednak bardzo często to wspaniałe i dobre uczucie, że są w odpowiednim miejscu swojego życia z odpowiednimi osobami w tymże życiu. 

W wierszach Hanny Dikty, o czym wiedzą wszyscy czytający Jej poezję, pojawia się stały motyw. Choroba i śmierć Mamy. Poeci wierszami rozwijają swoje emocje i to jak one na nich wpływają. Uważam, że to też jest jakaś „cecha charakterystyczna” tej Poetki, która wciąż i na nowo zmaga się z tym, co nieodwracalnie wpłynęło na Nią i jej rodzinę. 
Dikta nie jest też oderwana od współczesności i w jej wierszach nie brakuje odniesień do współczesnych mediów społecznościowych, w których przecież na swój sposób jednak istniejemy, jak również nie brakuje poruszenia tematu pandemii czyli czegoś, w czym chcąc nie chcąc od niemal dwóch lat funkcjonujemy.

A które wiersze podobały mi się najbardziej?
„Pożar”, w którym poruszany jest pożar katedry Notre Dame ale i jak sądzę, nasze własne osobiste pożary, jakich w życiu nie brakuje. „Pieśń utraty”, niezwykle przejmujący manifest wciąż istniejącej kobiecości „(…) Gdybym chciała, mogłabym nawet urodzić ci dziecko”. Poruszył mnie wiersz o balsamistce zastanawiającej się nad tym jak przygotować po śmierci osobę, która przez całe życie robiła makijaż. „Vien”, za który to wiersz osobiście dziękuję Hannie Dikcie bowiem dzięki Niej właśnie poznałam to o czym tak naprawdę jest ta jedna z najsłynniejszych francuskich piosenek. Przejmujący jest wiersz „Jutro”, w którym pojawia się właśnie wspomniany przeze mnie powyżej motyw choroby Mamy bohaterki (podobnie zresztą tak wiersz „I w chorobie” i w wierszu „Początek lata”). Na mnie mocno wrażenie zrobił wiersz bez tytułu, który mówi o oddalaniu się, usamodzielnianiu naszych dzieci (kto z nas tego na swój sposób jednak nie przeżywa). „Pippi i miłość” to wiersz o tym o czym również pisała a mianowicie o szczęściu jakie płynie ze świadomości tego, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, porze, z odpowiednimi ludźmi. To wielki komfort. I wiersz „Kasi”, który na mnie osobiście z pewnych powodów zrobił bardzo duże wrażenie. 

Tradycyjnie już ten cienki relatywnie rzecz biorąc tomik wierszy pełen jest moich kolorowych karteczek, które zaznaczają te wiersze, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie wiem czy potrafię w piękny sposób pisać o poezji. Bardzo chciałabym pisząc zachęcić Was do sięgnięcia po wiersze, które czytam (nie czytam czegoś co mi się nie podoba, cóż, to jeden z tych komfortów, o których pisze Hanna Dikta) . Nie wiem czy mi się to udało ale wierzcie mi, warto jest czytać wiersze tej Poetki. 

Moja ocena (nie lubię oceniać poezji, to takie niemiarodajne) to 6 / 6. 

„Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X”. Iza Michalewicz.

 Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2018). Ebook.

Sięgnęłam po tę książkę bo po pierwsze, co już Wiecie, ostatnio pozostaję w lekturach w tematyce true crime, po drugie, Archiwum X rozwiązujące często sprawy wydające się niemożliwymi do rozwiązania, to coś, co mnie zaintrygowało. 
Część spraw znam z podcastów kryminalnych, część jak na przykład ta dotycząca morderstwa premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony, była medialna na tyle, że zapewne większość osób o niej w mniejszym bądź większym stopniu, słyszała. Parę spraw jednak było dla mnie nowością. 

W książce „Zbrodnie prawie doskonałe” autorka opisuje osiem spraw kryminalnych, które stały się na tyle trudne, że nie zostały rozwiązane i umorzone. I wtedy, często po wielu latach, do akcji wkraczają Oni. Policjanci z Archiwum X. Pierwsza taka jednostka powstała w Krakowie ale obecnie w wielu miastach parę osób siedzi i pieczołowicie czyta stare akta, pracuje często długo po godzinach aby dać bliskim ich Ofiar odpowiedź na pytanie, kto zamordował ich bliskich a także aby czasem zdążyć przed przedawnieniem się sprawy. Nawiasem mówiąc, nie rozumiem tego w polskim prawie, że morderstwo może się przedawnić. Nie rozumiem i nie zamierzam bo uważam, że powinno być tak, że zbrodniarz ma bać się do końca swojego marnego życia tego, że kiedyś ktoś uparty jednak wpadnie na jego ślad i zostanie on ukarany stosownie do swojego czynu. 

Każda z tych spraw jest przejmująca i osoby, które zostały tu żywe, na ziemi, zasługują na to aby poznać odpowiedź na pytanie kto zniszczył życie kogoś ich bliskiego (często kilku osób) ale również na swój sposób, kto zniszczył ich.

Nie będę pisała o wszystkich poruszanych tu sprawach ale napiszę o tych, które najbardziej mną wstrząsnęły. Nie wiem na ile mogę zdradzić pewne sprawy komuś, przed kim jest lektura a kto nie zna rozwiązania spraw, stąd w tym momencie mój apel aby jeśli ktoś nie chce wiedzieć kto jest sprawcą zbrodni, może niech dalej nie czyta mojej recenzji. 

„Maska” to opowieść, w której sprawcy domyśliłam się niemal na samym początku czytania o tej sprawie ale nie byłam pewna motywu działania osoby, która stała za zaginięciem a potem jak się okazało, morderstwem kobiety z dwójką dzieci. Kobieta mieszkająca na wsi pewnego dnia wraz z dwójką małych synów po prostu zniknęła z domu, nie biorąc na przykład leków dla jednego z nich, chorującego na chorobę przewlekłą. Czy była to dobrowolna decyzja czy jednak ktoś stanął na drodz tej trójki? 
Pozostałe dzieci kobiety, z pierwszego związku, dwie starsze córki i nastoletni syn, niewiele mogli powiedzieć, co mogłoby stać za decyzją matki o oddaleniu się wraz z dwójką ich rodzeństwa z domu. Żmudna praca śledczych z Archiwum X trochę zaburzyło dotychczasowy schemat myślenia, że brakuje podstaw do wszczęciu sprawy o zabójstwo, skoro jest zaginięcie. Kolejne lata i zbrodnie pokazały, że zaginięcie to zaledwie początek śledztw, w których niestety, popełniono zbrodnię ale sądzę, że wiedza ta musiała przyjść z czasem i doświadczeniem.
Ta sprawa była przejmująca bowiem, jak przyszło mi do głowy gdy zaczęłam ją czytać a muszę przyznać, że to akurat jedna z tych, o których nie słyszałam wcześniej, sprawcą okazał się ktoś z najbliższego kręgu. A konkretnie trzecie dziecko Władysławy, jej syn Piotr. Jak zawsze gdy dziecko morduje rodzica , a w tym przypadku dodatkowo dwóch młodszych braci, rodzi się szereg pytań. Co działo się w tym domu, że całkiem niegłupi chłopak, kształcący się w zawodzie i raczej spokojny dopuścił się takiej zbrodni? Czy ktokolwiek zauważył, że z chłopakiem zaczyna dziać się coś złego? Czy można było zapobiec zbrodni?

Z kolei rozdział zatytułowany „Człowiek tysiąca śmierci” to przejmująca historia dwóch zamordowanych przez mordercę chłopców. Zbrodnie dwie, w dwóch różnych miejscach i w dodatku popełnione przez seryjnego mordercę, który po złapaniu go po popełnieniu drugiej zbrodni początkowo przyznał się do popełnienia pierwszego morderstwa innego chłopca a następnie, namówiony do tego przez swojego adwokata, wycofał się ze swoich zeznań. Tu z kolei ciężka praca śledczych z gdańskiego Archiwum X pomogła w rezultacie (pomimo różnych popełnionych po drodze błędów rozmaitych osób) oficjalnie powiązać dwie zbrodnie popełnione przez zbrodniarza jak i skazać go nie jedynie za drugie morderstwo ale również za pierwsze przez niego popełnione. Osieroconym rodzicom życia dziecka to nie wróci ale w tym przypadku jest coś na kształt satysfakcji, że ktoś tam nie odpuścił, że nie dał sobie spokoju, że każda z Ofiar była dla niego tak samo istotna. 

Siódmy rozdział „Strategia lwa” to dość znana osobom słuchającym podcastów kryminalnych historia dziwnej śmierci Małgorzaty Śnieguły. O odpowiedź co tak naprawdę stało się w owym mieszkaniu w Skierniewicach od lat walczą rodzice niespełna trzydziestoletniej Ofiary. Małgorzata została znaleziona w mieszkaniu i szybko orzeczono, że popełniła samobójstwo za pomocą cyjanku potasu, natomiast z tym orzeczeniem nigdy nie zgodzili się rodzice Małgorzaty. Działania prowadzone podczas tego śledztwa budzą sprzeciw rodziców, którzy od lat, pomimo rzucanych im pod nogi kłód walczą o to aby wyjaśnić tę tajemniczą śmierć, która orzeczona jako samobójstwo jest według nich morderstwem. Ta sprawa ogólnie wydaje się być sprawą z rozwiązaniem podanym na tacy a mimo tego, jasnego jej rozwiązania wciąż brak. Wstrząsająca jest zarówno sprawa, całokształt tego co działo się w życiu kobiety tuż przed jej ślubem, jak i zaraz po jak i to, co muszą czuć walczący o sprawiedliwość dla córki, zrozpaczeni, w wiecznej żałobie, rodzice. 

W książce poruszone są też sprawy bardziej znane, medialne, jak rozwiązana sprawa „Hakowego” z Zakopanego, nierozwiązana sprawa morderstwa Jaroszewiczów, sprawa o kryptonimie „Skóra”, z Krakowa, słynna historia morderstwa studentki Katarzyny Zowady, morderstwo dwójki studentów w Górach Stołowych, Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi. Niektóre z opisywanych spraw doczekały się rozwiązania, inne dopiero na nie czekają. Wreszcie, sądzę, że niestety, niektóre nigdy nie zostaną rozwiązane. Czy to z powodu braku dowodów, czy to braku chęci niektórych osób aby prawda ujrzała światło dzienne. 

To, co rzuca się w oczy to to, jak wielką chęć rozwiązania sprawy wykazują pracujący w Archiwum X policjanci. Często pracują niemal ponad swoje siły lub możliwości a przyznajmy, że praca ta jest na pewno z gatunku ogromnie stresujących i nie wierzę, że udaje się po zamknięciu drzwi gabinetu wyjść do domu z tak zwaną spokojną głową. Pewnie część spraw siedzi w ich głowach przez cały dzień a bywa, że i noc. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.