„Śmierć pięknych saren”. Ota Pavel.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2021). Ebook. 

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Tytuł oryginalny Smrt krasnych srncu, Jak jsem potkal ryby.

Stara Szkoła zrobiła wielki prezent miłośnikom literatury dobrej, niebanalnej, pięknej po prostu i wznowiła „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla. Nie ukrywam, o książce przez ostatnie wiele lat nasłuchałam się tyle dobrego, że gdy usłyszałam, że wydawnictwo ją wyda, wiedziałam, że chcę ją przeczytać.

A jest to książka specyficzna. Chory na chorobę psychiczną autor pisał ją w czasie gdy zdiagnozowano u niego chorobę i gdy gros czasu spędzał w szpitalach psychiatrycznych. A mimo tego powstała książka piękna, dobra i spokojna. Taka z gatunku, który kocham najbardziej a mianowicie , książka wspomnieniowa. Przypuszczam, że pisanie stało się czymś na kształt terapii dla autora, który w ten sposób chciał jakoś poradzić sobie z tym co na niego jakby nie było, spadło znienacka ale również aby przetrwało na zawsze to, co kiedyś stanowiło piękno jego życia i co pozwalało mu przetrwać. 

„Śmierć pięknych saren” opisuje wyrywki wspomnień narratora. Opowieści te są o jego rodzinie i osobach bliskich ale przede wszystkim skupiają się na tym, co Pavel kochał robić i co robił przez wielką część życia a mianowicie, łowił ryby. Te ryby czy raczej ich łowienie to oczywiście nie tylko sama czynność ale i wszystkie te okoliczności z działaniem tym powiązane. Organizowanie wyprawy, zbieranie znajomych lub członków rodziny (albowiem rodzina Pavel łowiła rodzinnie, można tak powiedzieć). 

W tych wspomnieniach nie brakuje też opowieści o dzieciństwie autora przypadającym na czas IIWŚ a mimo to jest to opisane nie w dramatyczny sposób. W ogóle „Śmierć pięknych saren” to ogromna dawka czułych, dobrych wspomnień, naznaczonych ciepłą nostalgią a nie martyrologicznym wywlekaniem swojego bólu. Czy na taki wybór stylu mogła mieć wpływ ciężka choroba Oty Pavla? Sądzę, że jak najbardziej tak. W chwilach dramatycznych porządkujemy własne odczucia i wspomnienia. Być może czasem jawią się one nam jako lepsze niż miało to faktycznie miejsce w przeszłości ale czyż nie jest to właśnie to, co wielokrotnie może ratować nas od zapaści ?

Pisząc na temat książek autorów czeskich podkreślałam wielokrotnie, że czeską literaturę lubię ogromnie za jej umiejętność pisania o człowieku i skupianiu się na człowieku w jakiś niezwykle mądry i nienachalny sposób. Nie inaczej jest w tej książce złożonej tak naprawdę z dwóch książek gdyż u nas wydaje się we wspólnym tomie „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami”. Opowiadania nie są długie ale jednocześnie każde z nich ma w sobie jakąś opowieść, mniej lub bardziej zabawną, ciekawą, wzruszającą. Mnie wzruszyło opowiadanie o tym jak ojciec narratora naszykował dla niego specjalnego węgorza. Był to, śmiem powiedzieć, najważniejszy węgorz w życiu Oty Pavla. 
Są tu opowieści do wzruszenia się jak ta o uszykowanym dla syna przez ojca węgorzu ale również powodujące salwy śmiechu jak ta o przewozie karpia spojonego alkoholem na tylnej kanapie auta. 

Czy opowieści, sięganie do wspomnień stać się może terapią w leczeniu choroby psychicznej? Nie znam się na teorii, podejrzewam jednak, że w tym przypadku z pewnością było to ogromną jej częścią. 

Jeśli cenicie sobie literaturę spokojną, piękną, podkreślającą to co najważniejsze w życiu, powinniście jeśli nie znacie tej książki, koniecznie po nią sięgnąć. 

I na koniec, cytaty, którymi chcę się z Wami podzielić:

„(…) Ciekawe było to, że wiele rzeczy z mojego życia zniknęło, ale ryby w nim pozostały”.

„(…) Łowienie ryb to przede wszystkim wolność. „

„(…) To wędkarstwo nauczyło mnie cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć”. 

Moja ocena tej pięknej, dobrej książki to 6 / 6. 

Dzisiaj…

 …jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu przypada Dzień Dziecka Utraconego. 

W tym Dniu myślę nie tylko o Emilce (jak każdego innego dnia i to wielokrotnie) ale też o wszystkich innych Dzieciach, o których wiem, że powinny żyć, być tu z nami i mieć się dobrze. 
Wielokrotnie o tym pisałam, że nie pojmę, nie zrozumiem, dlaczego tak się dzieje, że na świecie zostaje odwrócona naturalna kolejność i to rodzic chowa swoje dziecko. I najgorzej, że to się wciąż dzieje. 
Czy czas leczy rany? Nie ale pozwala w jakiś sposób stanąć na nogi i ruszyć dalej. 
Dziękuję Wszystkim Tym, którzy o Emilce wciąż pamiętają i którzy o Niej mówią. Była z nami krótko tu na ziemi ale została na zawsze w naszej rodzinie, Jest przecież jej częścią. 

Mam dzisiaj w sercu i w pamięci Dzieci, ich Rodziców i Bliskich. 

„Jeżeli jesteś”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021). Ebook. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Myślę, że osoby stale czytające mój blog pamiętają, że parę miesięcy temu czytałam pierwszą część tej dylogii a mianowicie „Trogirskie wakacje”. Tamta część kończyła się ewidentnie zapowiadając kontynuację i oto ona. 
Zanim jednak napiszę moje wrażenia na temat „Jeżeli jesteś”, małe przypomnienie o co chodziło w poprzedniej części. Olga, matka maturzystki jedzie z córką do Chorwacji na wymarzone przez nie obie, wakacje. Olga całe swoje życie podporządkowała córce Natalii, nawet ze szkodą dla siebie bo gdy jej partner Igor marzył o ślubie z nią, ona nie chciała wiązać się z nim aż tak mocno ze względu na córkę. Po powrocie do domu z Chorwacji jej córka znika i oto wychodzi na to, że popełniła samobójstwo. Osierocona i zrozpaczona matka jedzie do Chorwacji, dokładnie tam gdzie spędziły jak jej się wydawało, jeden z najpiękniejszych wspólnych wyjazdów. Jedzie popełnić samobójstwo. Jednak los zsyła jej kogoś w rodzaju opiekuńczego Anioła w postaci ni mniej ni więcej a noszącego literackie imię i nazwisko, Stanisława Wokulskiego, z którym kobieta początkowo wdaje się w niezobowiązujący romans a potem zakochuje się w nim. Brzmi jak romans, którym, zapewniam, nie jest. Wokulski staje się jej dobrym duchem i to on po tym jak Olga dowie się w Chorwacji, że jej córka padła tam ofiarą gwałtu, pomoże jej pozbierać się a także stanąć na nogi. Mało tego, dzięki Stanisławowi, Olga zostanie na dłużej w Chorwacji i będzie pomagać innej ofierze gwałtu, Sanji. Dziewczyna padła ofiarą prawdopodobnie tej samej grupy przestępczej, która skrzywdziła córkę Olgi. 

Dni mijają, wakacje również. Olga pracuje jako wolny strzelec prowadząc korekty książek ale jest też pomocą dla Sanji, z upoważnienia i finansowania Wokulskiego, który na stałe mieszka w Berlinie. 

Olga, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, zaczyna żyć nie dla kogoś innego a dla samej siebie. Pracuje w tym co lubi, spaceruje, medytuje. Zaczyna rozumieć, że jej relacja z córką mogła polegać na tym, że zbytnio rozkładała nad pociechą ochronny parasol. Tworzyła chyba zbyt silną więź. 

Trudno pisze mi się o dylogii chorwackiej Hanny Dikty dlatego, że każda z części mimo niewielkiej może objętości (ufff, tu dzielę sympatie Olgi do książek niekoniecznie „grubych” , za to bogatych w treść i nieprzegadanych) nosi w sobie tyle treści właśnie a wydarzenia nieco jak w kinie akcji, dzieją się szybko i dosłownie co chwila dzieje się coś, co jest ważne ale o czym nie chcę pisać bo czego nie lubię, to spoilerowania treścią, którą każdy powinien poznać sam we właściwym czasie. 

W tej części dla mnie bardzo ciekawe były rozważania Olgi na temat relacji jej i Natalii jako matki i córki, jej oddanie się rodzicielstwu w stopniu aż nadto wykraczającym ponad to, czego dziecko potrzebowało i na pewno oczekiwało. Jak się ostatecznie okaże, nic co matka sądziła na temat ich relacji, nie jest do końca takie jak sądziła a przynajmniej mocno się zdziwi. Olga całe swoje samotne macierzyństwo, pomimo związku z Igorem i wielkim jego wsparciem, była aż nadto troskliwa, aż nadto chciała ochronić Natalię przed złem tego świata. Wydawało jej się, że Natalia jest mocno zdystansowana do tej nadopiekuńczości ale czy było tak na pewno? 

No i nie ukrywam, że i tym razem zakończenie autorka naszykowała dla czytelnika takie, że dosłownie wbiłoby mnie w fotel gdyby nie to, że na fotelu książki nie czytałam. Czy jest zaskakujące? Tak. Czy jest wzruszające? Oczywiście. Czy podczas czytania zakończenia popłakałam się? Nie zaprzeczam. 

„Jeżeli jesteś” to niezwykła opowieść o miłości matki do córki. Po prostu i aż tyle. O tym, jak mama wiele jest w stanie odpuścić dla dziecka i jak bardzo jest w stanie się dla dziecka poświęcić. To także opowieść o tym, że nawet jeśli ktoś nie żyje, to nasza miłość nie umiera wraz z nim i to jest zarówno piękne jak i może czasem stać się przyczynkiem do zgorzknienia, samotności i dystansu do świata. Ważna jest siła ducha i mocny charakter aby umieć w takich chwilach podjąć właściwe decyzje i nie zmarnować swojego życia. Jest ono przecież jedno i warto jest je pielęgnować i się nim cieszyć. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jeszcze jestem kobietą”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Fundacja Duży Format. Warszawa (2021).

Dzisiejszy wpis będzie o poezji. Lubicie? Ja – tak, o czym zresztą Czytelniczki i Czytelnicy mojego blogu, wiedzą. I to, że pomstuję na fakt, że czytam poezji zbyt mało, też wiedzą.
Dlatego też od razu gdy usłyszałam, że jedna z moich ulubionych poetek, Hanna Dikta, wydała nowy tomik wierszy pod rewelacyjnym tytułem i z genialną okładką zaprojektowaną przez Darię K. Kompf (okładka jest idealna do treści jaką otrzymujemy w trzydziestu sześciu wierszach), wiedziałam, że je przeczytam. 
Od razu uprzedzam (to znaczy dla mnie to nie jest zarzut ale być może dla kogoś?) , ta poezja jest mocno kobieca. W bardzo wprost sensie „kobieca”. W końcu sam tytuł zapowiada o tym, że tu poetka zdobędzie się na refleksje i manifesty nas, kobiet.

Starzejemy się, wiecie? Ja wiem, że wiecie, ale wiem też, że jakoś od dawna współczesne media, środki przekazu mniej lub bardziej podprogowo usiłują nas przekonać o tym, że starzenie się to jakaś baaardzo odległa przyszłość. Powiedzmy sobie szczerze, że jednak nie. Starzejemy się w każdej sekundzie naszego życia i chociaż w krótkim odstępie czasu nie widzimy tego, to przeglądając zdjęcia czy spotykając się z kimś po latach, zauważamy czy to u siebie czy to u tej drugiej osoby, upływ czasu. 
Pojawiają się siwe włosy, zmarszczki, nasza skóra nie jest już taka elastyczna jak dawniej. Już częściej wybieramy dłuższy sen niż zarwanie nocy nawet nie tyle na imprezie co chociażby na ciekawej lekturze.
Podobno kobiety w pewnym wieku stają się dla świata transparentne. Prawdopodobnie tak  i dlatego niewykluczone, że aby sobie z tym faktem poradzić, niektórzy albo nas nie zauważają albo też wiele z nas otrzymuje łatkę „zołzy” , „czepiającej się o wszystko” albo „zdystansowanej” w najlepszym razie.
Tymczasem „Jeszcze jestem kobietą” to tytuł -transparent, który pokazuje o czym są wiersze w tym tomiku. Otóż o tym, że tak, pojawiają się zmarszczki i siwe włosy ale również zyskujemy coś co jest bezcenne -doświadczenie. Już nie musimy się przejmować „Co inni o nas pomyślą”, już śmiało możemy nareszcie myśleć i mówić wprost o tym co czujemy i czego oczekujemy od życia i od innych otaczających nas ludzi. Myślisz, że kobieta przed pięćdziesiątką jest osobą, która od nikogo nie oczekuje już niczego ? Nic bardziej mylnego. W pewnym wieku zyskujemy oprócz doświadczenia, również to, że nareszcie werbalizujemy nasze pragnienia a także zyskujemy siłę aby je realizować. 
Kobiety, o których można myśleć, że się starzeją i cóż, starzeją się, mogą wciąż pragnąć i cieszyć się życiem i o tym też są wiersze Hanny Dikty. Wraz z poczuciem, że może już mniej niż więcej zyskują jednak bardzo często to wspaniałe i dobre uczucie, że są w odpowiednim miejscu swojego życia z odpowiednimi osobami w tymże życiu. 

W wierszach Hanny Dikty, o czym wiedzą wszyscy czytający Jej poezję, pojawia się stały motyw. Choroba i śmierć Mamy. Poeci wierszami rozwijają swoje emocje i to jak one na nich wpływają. Uważam, że to też jest jakaś „cecha charakterystyczna” tej Poetki, która wciąż i na nowo zmaga się z tym, co nieodwracalnie wpłynęło na Nią i jej rodzinę. 
Dikta nie jest też oderwana od współczesności i w jej wierszach nie brakuje odniesień do współczesnych mediów społecznościowych, w których przecież na swój sposób jednak istniejemy, jak również nie brakuje poruszenia tematu pandemii czyli czegoś, w czym chcąc nie chcąc od niemal dwóch lat funkcjonujemy.

A które wiersze podobały mi się najbardziej?
„Pożar”, w którym poruszany jest pożar katedry Notre Dame ale i jak sądzę, nasze własne osobiste pożary, jakich w życiu nie brakuje. „Pieśń utraty”, niezwykle przejmujący manifest wciąż istniejącej kobiecości „(…) Gdybym chciała, mogłabym nawet urodzić ci dziecko”. Poruszył mnie wiersz o balsamistce zastanawiającej się nad tym jak przygotować po śmierci osobę, która przez całe życie robiła makijaż. „Vien”, za który to wiersz osobiście dziękuję Hannie Dikcie bowiem dzięki Niej właśnie poznałam to o czym tak naprawdę jest ta jedna z najsłynniejszych francuskich piosenek. Przejmujący jest wiersz „Jutro”, w którym pojawia się właśnie wspomniany przeze mnie powyżej motyw choroby Mamy bohaterki (podobnie zresztą tak wiersz „I w chorobie” i w wierszu „Początek lata”). Na mnie mocno wrażenie zrobił wiersz bez tytułu, który mówi o oddalaniu się, usamodzielnianiu naszych dzieci (kto z nas tego na swój sposób jednak nie przeżywa). „Pippi i miłość” to wiersz o tym o czym również pisała a mianowicie o szczęściu jakie płynie ze świadomości tego, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, porze, z odpowiednimi ludźmi. To wielki komfort. I wiersz „Kasi”, który na mnie osobiście z pewnych powodów zrobił bardzo duże wrażenie. 

Tradycyjnie już ten cienki relatywnie rzecz biorąc tomik wierszy pełen jest moich kolorowych karteczek, które zaznaczają te wiersze, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie wiem czy potrafię w piękny sposób pisać o poezji. Bardzo chciałabym pisząc zachęcić Was do sięgnięcia po wiersze, które czytam (nie czytam czegoś co mi się nie podoba, cóż, to jeden z tych komfortów, o których pisze Hanna Dikta) . Nie wiem czy mi się to udało ale wierzcie mi, warto jest czytać wiersze tej Poetki. 

Moja ocena (nie lubię oceniać poezji, to takie niemiarodajne) to 6 / 6. 

„Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X”. Iza Michalewicz.

 Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2018). Ebook.

Sięgnęłam po tę książkę bo po pierwsze, co już Wiecie, ostatnio pozostaję w lekturach w tematyce true crime, po drugie, Archiwum X rozwiązujące często sprawy wydające się niemożliwymi do rozwiązania, to coś, co mnie zaintrygowało. 
Część spraw znam z podcastów kryminalnych, część jak na przykład ta dotycząca morderstwa premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony, była medialna na tyle, że zapewne większość osób o niej w mniejszym bądź większym stopniu, słyszała. Parę spraw jednak było dla mnie nowością. 

W książce „Zbrodnie prawie doskonałe” autorka opisuje osiem spraw kryminalnych, które stały się na tyle trudne, że nie zostały rozwiązane i umorzone. I wtedy, często po wielu latach, do akcji wkraczają Oni. Policjanci z Archiwum X. Pierwsza taka jednostka powstała w Krakowie ale obecnie w wielu miastach parę osób siedzi i pieczołowicie czyta stare akta, pracuje często długo po godzinach aby dać bliskim ich Ofiar odpowiedź na pytanie, kto zamordował ich bliskich a także aby czasem zdążyć przed przedawnieniem się sprawy. Nawiasem mówiąc, nie rozumiem tego w polskim prawie, że morderstwo może się przedawnić. Nie rozumiem i nie zamierzam bo uważam, że powinno być tak, że zbrodniarz ma bać się do końca swojego marnego życia tego, że kiedyś ktoś uparty jednak wpadnie na jego ślad i zostanie on ukarany stosownie do swojego czynu. 

Każda z tych spraw jest przejmująca i osoby, które zostały tu żywe, na ziemi, zasługują na to aby poznać odpowiedź na pytanie kto zniszczył życie kogoś ich bliskiego (często kilku osób) ale również na swój sposób, kto zniszczył ich.

Nie będę pisała o wszystkich poruszanych tu sprawach ale napiszę o tych, które najbardziej mną wstrząsnęły. Nie wiem na ile mogę zdradzić pewne sprawy komuś, przed kim jest lektura a kto nie zna rozwiązania spraw, stąd w tym momencie mój apel aby jeśli ktoś nie chce wiedzieć kto jest sprawcą zbrodni, może niech dalej nie czyta mojej recenzji. 

„Maska” to opowieść, w której sprawcy domyśliłam się niemal na samym początku czytania o tej sprawie ale nie byłam pewna motywu działania osoby, która stała za zaginięciem a potem jak się okazało, morderstwem kobiety z dwójką dzieci. Kobieta mieszkająca na wsi pewnego dnia wraz z dwójką małych synów po prostu zniknęła z domu, nie biorąc na przykład leków dla jednego z nich, chorującego na chorobę przewlekłą. Czy była to dobrowolna decyzja czy jednak ktoś stanął na drodz tej trójki? 
Pozostałe dzieci kobiety, z pierwszego związku, dwie starsze córki i nastoletni syn, niewiele mogli powiedzieć, co mogłoby stać za decyzją matki o oddaleniu się wraz z dwójką ich rodzeństwa z domu. Żmudna praca śledczych z Archiwum X trochę zaburzyło dotychczasowy schemat myślenia, że brakuje podstaw do wszczęciu sprawy o zabójstwo, skoro jest zaginięcie. Kolejne lata i zbrodnie pokazały, że zaginięcie to zaledwie początek śledztw, w których niestety, popełniono zbrodnię ale sądzę, że wiedza ta musiała przyjść z czasem i doświadczeniem.
Ta sprawa była przejmująca bowiem, jak przyszło mi do głowy gdy zaczęłam ją czytać a muszę przyznać, że to akurat jedna z tych, o których nie słyszałam wcześniej, sprawcą okazał się ktoś z najbliższego kręgu. A konkretnie trzecie dziecko Władysławy, jej syn Piotr. Jak zawsze gdy dziecko morduje rodzica , a w tym przypadku dodatkowo dwóch młodszych braci, rodzi się szereg pytań. Co działo się w tym domu, że całkiem niegłupi chłopak, kształcący się w zawodzie i raczej spokojny dopuścił się takiej zbrodni? Czy ktokolwiek zauważył, że z chłopakiem zaczyna dziać się coś złego? Czy można było zapobiec zbrodni?

Z kolei rozdział zatytułowany „Człowiek tysiąca śmierci” to przejmująca historia dwóch zamordowanych przez mordercę chłopców. Zbrodnie dwie, w dwóch różnych miejscach i w dodatku popełnione przez seryjnego mordercę, który po złapaniu go po popełnieniu drugiej zbrodni początkowo przyznał się do popełnienia pierwszego morderstwa innego chłopca a następnie, namówiony do tego przez swojego adwokata, wycofał się ze swoich zeznań. Tu z kolei ciężka praca śledczych z gdańskiego Archiwum X pomogła w rezultacie (pomimo różnych popełnionych po drodze błędów rozmaitych osób) oficjalnie powiązać dwie zbrodnie popełnione przez zbrodniarza jak i skazać go nie jedynie za drugie morderstwo ale również za pierwsze przez niego popełnione. Osieroconym rodzicom życia dziecka to nie wróci ale w tym przypadku jest coś na kształt satysfakcji, że ktoś tam nie odpuścił, że nie dał sobie spokoju, że każda z Ofiar była dla niego tak samo istotna. 

Siódmy rozdział „Strategia lwa” to dość znana osobom słuchającym podcastów kryminalnych historia dziwnej śmierci Małgorzaty Śnieguły. O odpowiedź co tak naprawdę stało się w owym mieszkaniu w Skierniewicach od lat walczą rodzice niespełna trzydziestoletniej Ofiary. Małgorzata została znaleziona w mieszkaniu i szybko orzeczono, że popełniła samobójstwo za pomocą cyjanku potasu, natomiast z tym orzeczeniem nigdy nie zgodzili się rodzice Małgorzaty. Działania prowadzone podczas tego śledztwa budzą sprzeciw rodziców, którzy od lat, pomimo rzucanych im pod nogi kłód walczą o to aby wyjaśnić tę tajemniczą śmierć, która orzeczona jako samobójstwo jest według nich morderstwem. Ta sprawa ogólnie wydaje się być sprawą z rozwiązaniem podanym na tacy a mimo tego, jasnego jej rozwiązania wciąż brak. Wstrząsająca jest zarówno sprawa, całokształt tego co działo się w życiu kobiety tuż przed jej ślubem, jak i zaraz po jak i to, co muszą czuć walczący o sprawiedliwość dla córki, zrozpaczeni, w wiecznej żałobie, rodzice. 

W książce poruszone są też sprawy bardziej znane, medialne, jak rozwiązana sprawa „Hakowego” z Zakopanego, nierozwiązana sprawa morderstwa Jaroszewiczów, sprawa o kryptonimie „Skóra”, z Krakowa, słynna historia morderstwa studentki Katarzyny Zowady, morderstwo dwójki studentów w Górach Stołowych, Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi. Niektóre z opisywanych spraw doczekały się rozwiązania, inne dopiero na nie czekają. Wreszcie, sądzę, że niestety, niektóre nigdy nie zostaną rozwiązane. Czy to z powodu braku dowodów, czy to braku chęci niektórych osób aby prawda ujrzała światło dzienne. 

To, co rzuca się w oczy to to, jak wielką chęć rozwiązania sprawy wykazują pracujący w Archiwum X policjanci. Często pracują niemal ponad swoje siły lub możliwości a przyznajmy, że praca ta jest na pewno z gatunku ogromnie stresujących i nie wierzę, że udaje się po zamknięciu drzwi gabinetu wyjść do domu z tak zwaną spokojną głową. Pewnie część spraw siedzi w ich głowach przez cały dzień a bywa, że i noc. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Mindhunter”. John Douglas, Mark Olshaker.

 Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017). Ebook.

Przełożył Jacek Konieczny.
Tytuł oryginalny Minhunter: Inside The FBI’s Elite Serial Crime Unit.

Jak widzą stali czytelnicy mojego blogu, pozostaję przy tematyce true crime. Tym razem, miałam okazję przeczytać niezwykle interesującą książkę, która powstała na podstawie doświadczenia i pracy jednego z najbardziej znanych jak sądzę pracowników FBI, a mianowicie profilera Johna Douglasa. 
Ten jeden z pierwszych profilerów w książce opisuje właściwie całe swoje życie zawodowe a i również, co raczej logiczne, po części i prywatne. 
Bardzo ciekawe było dla mnie poznawanie stopni kariery, po jakich musiał wdrapać się bohater książki aby dostać się tam, gdzie się dostał, czyli na szczyt i w dodatku stać się mentorem, nauczycielem i konsultantem, z którego wiedzy korzystali podczas trudnych śledztw policjanci na terenie całych Stanów Zjednoczonych. 

John Douglas dołączył do Jednostki Nauk Behawioralnych FBI w roku 1977, kiedy w jej skład wchodziło dziewięciu agentów specjalnych. Nie ukrywajmy, w chwili gdy piszę tę recenzję, profilowanie kryminalne jest już jak najbardziej znane i od dawna policjanci nie mogąc rozwiązać jakiejś sprawy, korzystają z usług profilerów nie traktując ich jak magów czy wręcz wrogów. Ale kiedy Douglas zaczynał swoją pracę w jednostce, nie było to takie oczywiste i tak naprawdę to on wraz z paroma kolegami stworzyli zawód profilera i sprawili, że jest on teraz traktowany poważnie a zdanie profilera jest brane pod uwagę podczas śledztwa. 

Jak bardzo potrzebna była praca Douglasa i jego zespołu, świadczy fakt, że w początkach lat osiemdziesiątych zajmował się on stu pięćdziesięcioma sprawami rocznie. A również około sto pięćdziesiąt dni rocznie spędzał w delegacjach, co jak nie ukrywa, miało ogromny wpływ na jego życie rodzinne. Zajmując się bowiem tragediami innych ludzi , często analizując profil sprawcy mordów na dzieciach, sam niewiele z własnymi dziećmi przebywał i mało towarzyszył ich rozwojowi. 

Wraz z kolegami z pracy narrator chciał jak najbardziej poznać to czym może kierować się sprawca zabójstwa, a zwłaszcza w sytuacji, gdy w grę wchodził morderca seryjny. Jeździli więc po więzieniach stanowych i przeprowadzali w nich długie rozmowy z osadzonymi tam, często czekającymi na egzekucję przestępcami. Jedni zaskakiwali go swoją elokwencją, inni odwrotnie. Natomiast rozmowy te, z pewnością trudne i stresujące, miały dać mu chociaż nieco odpowiedzi na pytanie czy przestępcą ktoś się rodzi czy też się nim staje?

Podobało mi się,że w książce Douglas unika niepotrzebnego epatowania okrucieństwem. Ktoś, kto chce poznać szczegóły danej sprawy z pewnością może sięgnąć po jakieś bardziej szczegółowe dane a autorowi absolutnie nie chodziło o to aby epatować zbrodnią a odwrotnie, podkreślić, jak bardzo czuje się usatysfakcjonowany tym, że dzięki jego ciężkiej pracy udawało się wykryć przynajmniej jakąś część zbrodniarzy co może w jakimś minimalnym stopniu ale pomagało bliskim ofiar. Jednym słowem, „Mindhunter” to bardzo ciekawa relacja z ciekawego życia człowieka, który wybrał pracę nielekką i mocno stresującą , za to z pewnością z rodzaju tych, która pomaga innym. 

Co zapamiętam oprócz niektórych spraw, które omówił narrator w książce to parę prawd, które przekazał autor. 
Niestety, ofiarą zbrodni może stać się tak naprawdę, każdy.
Nie wierzy on w tak zwaną resocjalizację i absolutnie nie wierzy w to, że jakakolwiek działalność w zakładzie karnym spowoduje, że po wyjściu na wolność (wyjście warunkowe itd) sprawi, że morderca, zwłaszcza seryjny, stanie się chodzącym dobrem. Nie. Wyjdzie i zabije ponownie. 
Podkreśla też fakt, o którym już parokrotnie słyszałam a mianowicie to, że niestety, seryjni mordercy zaczynają często od jakichś, jak to nazwał „incydentów”. Najczęściej są też wcześniej skazani za drobniejsze przestępstwa. 
Jednak, na koniec coś może na temat tego czy autor znalazł odpowiedź na pytanie, które nurtowało go na początku pracy a więc czy przestępcą ktoś się rodzi czy jednak się nim staje i wychodzi na to, że jednak nikt zbrodniarzem się nie rodzi. Jedynie złe środowisko rodzinne i brak kogoś, kto na pewnym etapie stałby się wsparciem dla danej jednostki może zaważyć na tym, że ktoś wejdzie na drogę przestępstwa. 
I na koniec, coś, co wydaje się być oczywiste ale warto usłyszeć to i z ust profilera kryminalnego a mianowicie zdanie, że „(…) potrzebujemy przede wszystkim miłości”. Brzmi truistycznie ale sądzę, że jak się tak nad tym stwierdzeniem zastanowić to ono wbrew pozorom nie jest wcale banalne.

Moja ocena tej bardzo ciekawej książki, pozbawionej niepotrzebnego nadęcia czy nieistotnych naukowych wtrętów, to 6 / 6. 

„Polskie morderczynie”. Katarzyna Bonda.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2013). Ebook.

Trzymam się jakoś tej tematyki true crime i oto sięgnęłam po książkę, którą nabyłam jakiś czas temu a do tej pory jakoś za jej lekturę się nie wzięłam. 

Tematyka true crime jest ciężka, o tym już pisałam podczas omawiania poprzednio czytanej przeze mnie książki w tej tematyce noszącej tytuł „Seryjni mordercy”. Trudno byłoby mi stwierdzić, że tego typu lektura jest dla mnie odprężająca czy relaksująca, nie do końca rozumiem wiele komentarzy internautów pod podcastami tego typu, w których niektórzy traktują takowy jak coś, co jest fajne, milutkie i przyjemnie będzie posłuchać tego przed snem. Nie, zdecydowanie nie. Przyznaję też, że bywa, że niektóre komentarze są naprawdę dobijające, jak takie, w których gdzieś tam między słowami wyczytujesz, że właściwie to „ofiara sama sobie była winna”. No więc nie. Styl życia, charakter, bycie wredną, krzywe spojrzenie, odrzucenie natrętnych zalotów, to wszystko nie jest powodem do tego aby ktokolwiek miał czelność pomyśleć, że zasługuje na zamordowanie. Tak więc przy tym , gdy sięgam po książkę dotyczącą tego typu spraw, mam nadzieję na po pierwsze, nie wybielanie sprawców, po drugie, po części oddanie pamięci czy, niech zabrzmi patetycznie, czci Ofiarom zbrodni właśnie.

„Polskie morderczynie” to książka, która, jak napisane zostało zresztą w niej samej, ma piętnaście autorek. Katarzynę Bondę ale i czternaście skazanych za morderstwo kobiet. Część z nich pozwoliła na upublicznienie ich danych i wizerunków, część na to się nie zgodziła. 

Książka została napisana według ciekawego schematu. Pierwsza część każdego rozdziału poświęconego kolejnej osadzonej należy do niej samej. Tu skazana ma możliwość opowiedzenia swojej historii tak jak ją widzi, odczuwa, pamięta lub, co gorsza, nie pamięta. Druga część każdego rozdziału, to konkretne dane, informacje z akt śledczych i procesowych. Następnie zostały zaprezentowane wywiady z Bogdanem Lachem, jednym z polskich profilerów, profesorem Zbigniewem Lwem-Starowiczem i z Lidią Olejnik,  dyrektorką Zakładu Karnego w Lublińcu. 

Część z przedstawionych w książce historii znałam bo były one bardzo nagłośnione swego czasu w prasie i telewizji. Nie dziwne, sprawy te bulwersowały, zaczęto wtedy nagłaśniać problem rosnącej agresji i przemocy wśród dziewcząt i kobiet, które to często owocowały niepotrzebną zbrodnią. Część z nich znałam również ale właśnie raczej dzięki podcastom kryminalnym, których słucham. Były też sprawy, których z niczym nie kojarzyłam. Co nie zmienia faktu, że każda historia była warta poznania i zastanowienia się nad tym, co stało się w życiu danej kobiety, że zdarzyło się potem coś tak strasznego jak zamordowanie przez nią drugiego człowieka. 

Jeśli ktoś obawia się, że „Polskie morderczynie” wybiela skazane, to nie. Nic takiego nie ma miejsca. Oczywiście opowieści skazanych brzmią tak, że wielu przypadkach wręcz kiwa się głową nad tym jak niektórzy dostają fatalne od urodzenia karty i że właściwie często trudno jest dziwić się temu, że dana kobieta zeszła na drogę przestępstwa. Każdy z nas woli o sobie myśleć i mówić w sposób pozytywny a na pewno lepiej niż naprawdę jest, prawda? To bardzo ludzkie. Osoby, które tak nie stwierdzą, są według mnie hipokrytami. Wystarczy zajrzeć w byle jakie media społecznościowe. Mówienie o sobie dobrze, podkreślanie własnych dobrych cech to również nic złego. Nie trzeba się samobiczować, niczemu to nie służy. Nie dziwne zatem, że coś podobnego „uprawiają” wszystkie opowiadające swoje historie w tej książce. Zwłaszcza, że nie każda z kobiet przyznała się do popełnienia zbrodni. Dlatego też ich wersja historii skonfrontowana jest z suchymi danymi z akt śledczych i dochodzenia, wtedy widać jak różny jest odbiór sytuacji. A jeśli w sprawie była duża ilość alkoholu i skazana częściowo nawet nie pamięta co się działo, to w ogóle trudno jest mówić o tym jak wiele z samej sytuacji w ogóle pamięta i czego jest świadoma. 

Parę spraw czytałam z dodatkowymi emocjami. Sprawę morderczyni mamy Michała Listkiewicza. Rzecz działa się w dzielnicy, w której mieszkałam do zamążpójścia, co prawda zdarzyła się już po mojej wyprowadzce na drugą stronę Warszawy, niemniej jednak pamiętam, że po zabójstwie zgadało się ze znajomą starszą panią, że być może ową kobietę miała okazję poznać, z tym, że nie rozwinęła tej znajomości. Ale od razu przypomniał mi się szum jaki wówczas panował, jak sprawa wyszła na jaw i jak wtedy myślałam, że jak to dobrze, że ta znajomość wówczas się nie rozwinęła (jeśli oczywiście była to ta osoba bo to też nie jest w stu procentach pewne). Ta skazana zresztą jest na zdjęciu zdobiącym okładkę książki. 

Kolejna sprawa, którą akurat „znam” z podcastów czytana była przeze mnie z oczami otwartymi szeroko, szeroko i coraz szerzej. Mimo, że niby słyszałam ale co innego podcast a co innego poczytać o sprawie. Ta sprawa budzi ogromne zdumienie i szok jeszcze przez fakt, że tam na morderstwo żony kochanka namówiła znajomego lekarka. Osoba, która poświęciła wiele lat na naukę pomocy innym ludziom i zdobywanie wiedzy aby w przyszłości ratować ich życie (lekarka ta pracowała w pogotowiu ratunkowym) jednocześnie zleca komuś zabicie niewygodnej żony kochanka. Sprawa jest o tyle ciekawa, że jest to jedna z tych osób, które karę odbywały bez przyznania się do winy. Czy więc jak twierdzi, w morderstwo została wrobiona?

Interesująca też była opowieść o pani o zmienionych danych, która w chwili gdy omawiam tę książkę, jest już na wolności a która w pewnym momencie cieszyła się w ZK ogromnego rodzaju przywilejami. Mogła na przykład opuszczać mury więzienia na weekendy i wracać do rodziny, która to żyła utrzymując fakt , że mama, żona i synowa odbywa karę w więzieniu. Bywała nie tylko w domu, gdzie w czasie kilku dni usiłowała nadrobić rodzinne życie umykające jej podczas odsiadywania wyroku, mąż zabierał ją na imprezy. Ogólnie przyznam, że na balach nie bywam ale gdybym bywała to na pewno byłabym zdziwiona gdybym oczywiście dowiedziała się skądś, że wywijająca obok mnie obok hołubce z mężem pani to skazana za zabicie człowieka więźniarka. 

„Polskie morderczynie” to książka, o której miałam zupełnie inne wyobrażenie niż to, co zyskałam podczas lektury. I to akurat mnie cieszy. To na pewno książka nie tylko opowiadająca o zbrodniach. To książka, która na pewno zmusza człowieka do refleksji i przemyśleń. Na przykład na temat, jak powinniśmy czasem pomyśleć i docenić nasz los i to jakie karty nam rozdano. Często bywa, że myślałam, że dana kobieta miała pecha dosłownie od momentu poczęcia. Być może gdyby urodziła się w zupełnie innej rodzinie miałaby szansę na lepsze życie i jej wybory dróg życiowych nie byłby aż tak dramatyczny? Kogo karmiono złem może też nie wiedzieć, że można też czynić dobro. Oczywiście to nie musi determinować człowieka , przykładem wydaje się być sprawa owej lekarki, o której pisałam, że została skazana na karę za zlecenie zabójstwa żony kochanka. Ale na pewno wiele rzeczy nie pomaga w tym aby uniknąć najgorszego scenariusza. Opieka, czujność odpowiednich służb, reakcja na zgłoszenia itd a przede wszystkim izolacja dzieci ze środowisk niesłużących ich rozwojowi, to mogłoby według mnie przynieść pozytywne efekty. Cóż, pisząc to mam świadomość, że piszę o czymś brzmiącym jak utopia.

Moja ocena książki to  5 / 6.

„Seryjni mordercy”.

Antologia.
Adrian Bednarek, Max Czornyj, Jan Gołębiowski, Marta Guzowska, Marcel Moss, Marek Stelar, Marcel Woźniak, Łukasz Wroński.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2020). Ebook.

Osiem opowiadań o polskich seryjnych mordercach składa się na tę antologię true crime, jak nazwę ten zbiór na własny użytek. Wsłuchanie się w podcasty true crime i ogólnie wczytanie w tematykę zaowocowało faktem, że osoby, o których polska autorka i autorzy pisali byli mi w jakiś sposób „znani”.

Antologię rozpoczyna opowieść polskiego profilera kryminalnego, Jana Gołębiowskiego o Tadeuszu Ołdaku. Potem w dość makabrycznym przedstawieniu „występują” Karol Kot- pisze o nim Adrian Bednarek, Bogdan Arnold, o którym pisze Max Czornyj, Władysław Mazurkiewicz, o którym pisze Marta Guzowska, Sławomir T., o którym pisze Marcel Moss, Władysław Baczyński, o którym pisze Marek Stelar, „Młotkarz z Torunia” , tu autorem jest Marcel Woźniak i Stanisław Stańczyk, syn Józefa, o którym pisze Łukasz Wroński.

Tematyka ciężka a więc z pewnością nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Jeśli zaś dla kogoś takową jest, cóż, nie bawię się w ocenę. Mimo to , tematyka true crime zaczyna ostatnio w Polsce coraz bardziej trafiać do książek. Wcześniej popularyzowano temat głównie za sprawą podcastów, od paru lat coraz częściej pojawiają się książki na ten temat.

Ze zbioru tych opowiadań styl opowiadania Marty Guzowskiej o Mazurkiewiczu brzmiał najciekawiej, opowiadanie o Kocie po raz kolejny uświadomiło mi jak wielkie i niebezpieczne potrafią być drzemiące w ludziach demony, zaś ostatnie ze zbioru to o Stanisławie Stańczyku mimo ohydnych czynów jakie popełniał sprawca (nie byłam w stanie czytać, nie ukrywam, przewijałam strony na czytniku) „zainteresowało” mnie z tego powodu, że już o tej zbrodni słyszałam. A mianowicie, jakiś czas temu został zamordowany mężczyzna, którego sprawcy najprawdopodobniej pomylili (!!!) z prawdziwym mordercą i sprawcą ohydnych czynów wobec dzieci. Reasumując, ktoś chciał się zemścić ale na skutek być może jego pomyłki, został zamordowany niewinny człowiek…Jak się zastanowić to jest to przerażające, że ktoś został zabity tylko dlatego, że nosił takie samo nazwisko jak ohydny bandzior. Ot, przypadek i ktoś bierze kogoś za zbrodniarza i wymierza samosąd. Z tym, że myli się i nie dość, że nie znajduje prawdziwego sprawcy to jeszcze dodatkowo, niszczy życie innej osoby…

Sądzę, że ta książka nie jest dla każdego czytelnika. Raczej polecę ją osobie, którą interesuje tematyka kryminalna i true crime. Jak też wspomniałam, nie jest to coś, co czyta się lekko i zalecałabym czytanie jej przed snem. Niekoniecznie. Natomiast sądzę, że osoby, które sięgają po takie książki a nie znają tego zbioru, powinny być zadowolone (jeśli o wrażeniach po tego typu lekturze w ogóle można mówić w ten sposób).

Moja ocena to 5 / 6.

„Ted Bundy. Bestia obok mnie”. Ann Rule.

Wydana w Wydawnictwie SQN. Kraków (2021). Ebook.

 Przełożył Bartosz Czartoryski. 

Tytuł oryginalny The Stranger Beside Me. The True Crime Story of Ted Bundy. 

Nie pamiętam czy wspominałam kiedyś na blogu, na pewno pisałam na stronie blogu na Fb, że od dłuższego czasu (właściwie wychodzi na to, że w listopadzie „stuknie” rok) wciągnęły mnie podcasty true crime. 
Wciągnęły mnie na tyle, że sięgnęłam po książki związane z tematyką kryminalnego profilowania a także właśnie, kiedy usłyszałam o tym, że w Polsce nareszcie ma się ukazać książka, o której dzisiaj piszę, wiedziałam, że i ją chcę przeczytać. 

Trochę obawiałam się tego, że ta książka może stać się czymś na kształt obrazu mającego ułagodzić obraz tego psychopaty i seryjnego mordercy, który swego czasu zaburzył zdecydowanie spokój Ameryki a na pewno młodych kobiet i dziewcząt. Na szczęście tak się nie stało. 

Autorka, nieżyjąca już Ann Rule, poznałą Teda Bundy’ego gdy parę lat wspólnie działali jako wolontariusze w Klinice Kryzysowej, odbierając telefony od zrozpaczonych ludzi, często na krawędzi. I co ciekawe, prowadząc spokojną rozmowę doprowadzali do tego, że wielokrotnie udawało się uniknąć najgorszego scenariusza i niedoszli samobójcy na szczęście bywali ratowani i udzielano im fachowej pomocy. Wtedy też, w tej niełatwej i na pewno stresującej mocno pracy, ta samotnie wychowująca dzieci matka i dopiero co rozpoczynający życie student, zaprzyjaźnili się. Nie na tyle aby odwiedzać się regularnie i bywać co tydzień w knajpie ale na pewno na tyle, żeby utrzymywać ze sobą kontakt, widywać się na firmowych świątecznych imprezach, czasem zjeść ze sobą lunch. A nadto, na tyle ich relacje stały się mocne, że będąc w poważnych problemach Bundy dzwonił do Ann Rule i opowiadał jej swoją wersję wydarzeń. 

Coś miał w sobie ten człowiek, że potrafił omotać tyle osób. I nie piszę tu teraz o czymś na kształt zauroczenia erotycznego a o tym, że zwyczajnie, na tyle się ze sobą zaprzyjaźnili, że pierwsze wątpliwości jakie w związku z postacią Bundy’ego przyszły kobiecie do głowy , starała się skutecznie najpierw wyrzucić z głowy a potem dość powoli pozwalała się im sączyć do świadomości. 

Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Wiem, że mogą paść zarzuty, że to robienie z okrutnego człowieka kogoś na kształt celebryty. Wydaje mi się jednak, że w tym przypadku tak się nie stało. Ann Rule od razu stawia nas w konkretnej sytuacji, jej książka , opublikowana zresztą z napisanym po paru latach , uzupełnieniem, absolutnie nie ma stać się pomnikiem biednego i źle potraktowanego człowieka. A bardziej jest opowieścią z gatunku „gdyby o tym napisać, nikt by nie uwierzył”. Jak również, według mnie , na swój sposób może ona przestrzegać. Jeśli jesteś sama i masz do przejścia niby kawałek znanej ci trasy w miasteczku studenckim a możesz poprosić kogoś o odprowadzenie, nie wahaj się. Oczywiście, o pomoc nie da się poprosić zawsze, nie zawsze też ktoś może pomóc. Ale można starać się wzmóc ostrożność kiedy wraca się samej , nie wdawać się w rozmowy z nawet najbardziej miło wyglądającymi ludźmi, zwłaszcza gdy mają na ręku czy nodze gips i proszą nas o pomoc. Cóż, może i wydamy się samej sobie nieuprzejmą jędzą ale trudno, niech ten miło wyglądający człowiek zwróci się o pomoc do tego osiłka dwa kroki dalej. Uczmy naszych dzieci aby nie wdawały się w rozmowy z osobami, których nie znają, że naprawdę, żaden strażak, policjant ani inna osoba pracująca w służbach mundurowych (tyczy się to również kobiet, nawiasem mówiąc) nie zwróci się o pomoc do cywila a już na pewno, nie do dziecka.
Chyba najbardziej wstrząsające są bowiem opisy sytuacji, w których Bundy’emu udało się wychwycić ofiarę z tłumu. Toma Bundy’ego widziano wielokrotnie i nie miał na sobie żadnego kamuflażu ani przebrania. Szedł na całość, rozmawiał z potencjalną ofiarą aby potem na oczach innych osób odejść z nią spokojnie bez żadnej przemocy. Miał swoje sposoby, a to gips na ręce lub nodze a to jakaś wiarygodna i przekonywująca gadka i oto osoba, która była z rodziną w hotelu, potrafiła dać się mu zwieść idąc do pokoju po zostawione tam pismo, podczas gdy reszta rodziny czekała na nią w hallu budynku. 
Każda z ofiar Teda Bundy’ego zasługuje na pamięć i szacunek, ta myśl też płynie z tej książki. Chociaż nieco irytowało mnie naginanie opisu ofiar do jednego konkretnego z określoną fryzurą, potrafię zrozumieć chęć wytłumaczenia sobie przez autorkę chociażby w jakikolwiek „logiczny” sposób (chociaż to złe słowo bo na takie zło logiki żadnej nie ma). Sądzę jednak, że ostatecznie i ona zrozumiała, że ten miły dla niej przecież mężczyzna, który opowiadał jej o swoim życiu i któremu ona zwierzała się ze swoich zmartwień i spraw ważnych , był po prostu bardzo złym człowiekiem, który uczynił zbyt wielu osobom piekło na ziemi. 

Na swój sposób rozumiem też, dlaczego wciąż po tylu latach, ta mroczna postać wywołuje aż takie zainteresowanie. W końcu nie codziennie ktoś aż tak wodzi za nos nie tylko służby policyjne ale też dwukrotnie ucieka podczas zatrzymania w areszcie. 
Jednak wciąż nie pojmuję tej fascynacji zbrodniarzem, zwłaszcza fascynacji w wydaniu młodych kobiet, być może potencjalnych ofiar Bundy’ego? Wiem, że na ten temat, chorej fascynacji zbrodniarzami, słania im listów i podejmowaniem decyzji o zamążpójściu z takimi,  napisana została książka, nie dość dawno wydana w Wydawnictwie bodajże Czarnym. 

Jak dla mnie to książka – próba wyjaśnienia samej sobie, jak mogło dojść do tego, że nie zaświeciło komuś światełko ostrzegawcze i nie rozpoznał dużo wcześniej, kim jest osoba, z którą spędzało się wiele wspólnych nocnych dyżurów. 
Kiedy słucham podcastów true crime, czytam też komentarze jakie są pod materiałami. Parokrotnie spotkałam się z tym, o czym sama kiedyś pomyślałam. Najprawdopodobniej wielu z nas podczas swego życia miało szansę minąć się na przykład na ulicy z mordercą. Ann Rule miała okazję poznać mordercę osobiście a także, poznać go na tyle dobrze, aby potem zadawać sobie pytanie jak mogło się stać, że nie poznała się na nim i jego mrocznej osobowości wcześniej. 

Jak pisałam, Ted Bundy był łowcą szalenie niebezpiecznym i konsekwentnym w uporze dopadnięcia swojej ofiary gdy tylko odczuwał taką potrzebę. Wspomniałam już o tym, że mnie osobiście przeraziło, że potrafił on wyłowić i zwabić osobę z tłumu, gdy była sama, z towarzystwa gdy z kimś przebywała. Okropne były też włamania do domów, w których traciło życie parę jego ofiar. Jak również porwania ze szkół, jednej dziewczyny po szkolnym przedstawieniu gdy była w szkole ze swoimi rodzicami a jednej dziewczynki ze szkoły, do której uczęszczała a gdy wróciła się po coś z koleżanką do klasy. Przerażające i niestety, każące zadawać sobie pytania , czy zawsze można nauczyć się zasad bezpieczeństwa? czy jest możliwość uniknięcia rzeczy złych? Czy wszystko zależy od nas samych czy jednak od jakichś często niewiarygodnych przypadkach (o kobietach bądź dziewczynkach, którym udało się bądź to uciec Bundy’emu bądź uniknąć złapania przez niego, również pisze autorka w swojej książce). 

Na swój sposób to ciekawe, przeczytać o bestii w sposób bynajmniej gloryfikujący bądź usprawiedliwiający ale zwyczajnie, przedstawiający jeszcze jedną z twarzy owej bestii. 

Moja ocena książki to 5.5 / 6. 

„Dens serotinus”. Karolina Gurazda-Grabarczyk.

 Wydana w Wydawnictwie Literackim Białe Pióro. Warszawa (2021).

Wiersze poznałam dzięki uprzejmości Autorki zbioru.

Ci,którzy odwiedzają stronę mojego blogu na Fb wiedzą już, że w ręce wpadły mi ostatnio wiersze. Nawet narzekałam tam na fakt, że według mnie czytam zbyt mało poezji i również cieszyłam się, że dzięki znajomym Poetkom, czytam ją jednak gdyż co jakiś czas któraś z nich podsyła mi swoją poezję abym mogła się z nią zapoznać. Wyszło dwuznacznie. Zapoznać się z poezją czy z Poetką? Ale właśnie, czyż dzięki wierszom w jakiś jeszcze bardziej skondensowany sposób nie możemy „poznać” autora wierszy ?

Osobiście bardzo lubię poezję i muszę stwierdzić, że chyba ta pisana przez kobiety najczęściej jest mi bliska. Zawsze jednak mam problem aby coś o wierszach pisać. Jako, że swego czasu sama zajmowałam się tym kawałkiem literatury (nawet zostałam pochwalona w jednym z literackich miejsc) wiem, że pisanie wierszy to w jakimś stopniu odsłanianie się. I, co za tym idzie, niejako narażanie się. Ocenić czyjąś poezję, w której zamyka własne odczucia, lęki, obawy, radość, szczęście. Jak można to ocenić? Oczywiście, nie mówię tu o grafomanii, chociaż powiem Wam, że czytam czasem poezję ludzi, która to pewnie pierwszych miejsc by nie zajęła w jakimś wielkim konkursie literackim ale widać,że ktoś włożył w to ogrom emocji i serce.

Jeśli chodzi o tomik wierszy autorstwa Karoliny Gurazdy-Grabarczyk, to szczęśliwie jedyne, nad czym mogę „pomarudzić” to (przypominam, że moje opinie są czysto subiektywne i nie są żadną formą hejtu a jedynie stwierdzeniem własnych odczuć), to okładka. Zwyczajnie , nie pasuje mi ona do zawartości. Mam nadzieję, że zarówno Autorka wierszy jak i projektujący okładkę jej mąż, nie wezmą mi tego do swoich serc. Jak na to jakie są wiersze Karoliny Gurazdy-Grabarczyk, ta okładka, przynajmniej gdybym miała kierować się jedynie nią, sugerowałaby zupełnie inny rodzaj poezji. 

Tymczasem jest to poezja z gatunku, który lubię a nawet, bardzo lubię. Przesycona wrażliwością, uważnością na drugiego człowieka. Obarczona jakimś sporym bagażem doświadczeń, czy to zebranych przez samą poetkę czy też zasłyszanych, gdzieś przez nią „schowanych” a następnie przelanych na papier właśnie w formie wierszy.

Gdy siadam do wierszy, o których potem chcę coś więcej napisać, muszę zyskać swoistego rodzaju atmosferę. Po pierwsze, o ile prozę jestem w stanie czytać gdy w tle prowadzone są rozmowy bądź gra jakaś muzyka czy nawet ktoś ma włączony jakiś film, który mnie nie interesuje, o tyle w stosunku do poezji jestem ogromnie restrykcyjna. Mam mieć ciszę i spokój. Najlepiej lubię być podczas lektury sama. Chyba wtedy mam wrażenie, że , jak już pisałam powyżej , „poznaję” nie tylko wiersze ale i autorów tychże. Nie inaczej było w przypadku pierwszej i drugiej lektury tomiku „Dens serotinus”. Czy też tak macie, że po pierwszej lekturze, wracacie na początek tomu wierszy i czytacie na nowo? Ja tak mam. 

Jak już pisałam,  z wierszy Karoliny Gurazdy-Grabarczyk przebija ogromna wrażliwość na drugiego człowieka, swoistego rodzaju uważność skierowana na niego ale i na siebie samą, na to jak ja, autorka , odbieram to co się dzieje. Przygotowując się do recenzowania siadam zazwyczaj z notesem, ołówkiem lub piórem i kolorowymi nalepkami, którymi zaznaczam w książkach co bardziej interesujące mnie fragmenty. Bądź, jak w tym przypadku, wiersze. W tym przypadku na trzydzieści osiem wierszy kolorowe karteczki pojawiły się aż przy trzynastu. Co nie oznacza, że reszta poezji mi się nie spodobała, nie. Natomiast te trzynaście to te, które w jakiś sposób dotknęły mnie najbardziej. 

Z całego tomu trzy z zaznaczonych to te, które zostały w głowie na dłużej, być może, na zawsze… To wiersz bez tytułu, opowiadający o siedzącym przy stole alfie i omedze, Zeusie domowego ogniska. Niezwykłe skontrastowanie domowego tyrana z kierowaną na końcu do ojca jakim się okazuje bohater o chleb spowodowała, że poczułam wręcz ucisk w gardle. A przecież to właśnie chleb , to to czym dzielimy się przy stole właściwie w każdej, nawet najbardziej egzotycznie brzmiącej dla nas, kuchni. To coś, co nas, domowników ale i gości, teoretycznie przynajmniej, bardzo zbliża. 

Drugi z tej trójki to „i kropka”. Krótki, naprawdę bo zawierający wraz z tytułem dziewiętnaście słów, ale niezwykły. O tym, że nie musi nami determinować to, co robią nasi przodkowie. Że tak naprawdę każdy z nas może i ma możliwość bycia dobrym i przyzwoitym, jedynie warto aby dać nam dla rozwoju tych cech, szansę. 

I trzeci, znów bez konkretnego tytułu o zmarłych, z którymi nie można się już nawet pokłócić. Zwrócę się teraz bezpośrednio do Autorki tego wiersza, Karolino, ten wiersz jest niezwykły i chociaż, cóż, przeorał mnie do głębi, uważam go za być może najlepszy z tomiku. 

Ale są i inne zaznaczone. „za chlebem za solą”, który opowiada o tym, co uprawia tak wielu ludzi, a mianowicie oczekując na coś co najczęściej nigdy się nie zdarzy w ich życiu, przegapiają tak naprawdę właśnie owo życie, szanse i możliwości dawane od losu. 

Wiersz kończący tomik, noszący tytuł „D jak długo i szczęśliwie” zwyczajnie ogromnie mnie wzruszył. To bardzo przyjemne w dzisiejszych, bardzo elektroniczno nowoczesnych czasach , przeczytać dedykowany mężowi wiersz. Przyjemnie, że ludzie wciąż jeszcze piszą dla swoich partnerów wiersze miłosne chociażby nie wiem jak niemodne mogło się to niektórym wydawać.

Wiersze Poetki są przesycone wrażliwości, wnikliwą obserwacją innych ludzi, sięganiem do wspomnień i „przerabianiem” sytuacji i zdarzeń na wiersze właśnie.

Czy warto jest sięgnąć po tomik „Dens serotinus”, którego to powód do zatytułowania w taki a nie inny sposób poznajemy na samym początku? Według mnie – tak. W natłoku nowości a i przypuszczam, czasem braku czasu na orientowanie się o tym co nowego zostaje wydane na polskim rynku czytelniczym, wiele dobra może nam umknąć. Nie chciałabym aby poezja Karoliny Gurazdy – Grabarczyk umknęła, zwłaszcza osobom, które lubią czytać poezję, stąd daję Wam znać o tym, że jest do poznania nowe, ciekawe nazwisko.

Moja ocena to 6 / 6.