„Grobowa cisza, żałobny dźwięk”. Yoko Ogawa.

 Wydana w Tajfuny. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożyła Anna Karpiuk.

Tytuł oryginalny Kamoku na Shigai, Midara na Tomurai.

Po zachwycie nad książką „Ukochane równanie profesora” tejże autorki, sprawdziłam co jeszcze jej ukazało się na polskim rynku i z zachwytem odkryłam, że jest jeszcze jedna jej książka, ta o której właśnie dzisiaj piszę.

„Grobowa cisza, żałobny dźwięk” to książka niezwykła. Nie wiem, być może osoby, które czytają jeszcze więcej niż ja, nie znajdą w niej tyle oryginalności i pomysłowości ile znalazłam ja. Nie szkodzi. Ja jestem nią zachwycona. 
Książka składa się z opowiadań, które początkowo wydawały mi się historiami osobnymi a w rezultacie szybko zorientowałam się, że poszczególne postaci, bohaterowie opowieści nic o tym nie wiedząc, „spotykają się” w kolejnych opowieściach. Ich losy splatają się w większym bądź w mniejszym stopniu, czasem jedynie marginalnie ale jednak. Mnie osobiście bardzo się ten zabieg literacki podobał. 

Chociaż książka rozpoczyna się od razu opowiadaniem z dramatycznym wydźwiękiem, czytałam dalsze historie i naprawdę właściwie przez cały czas książka trzyma swój poziom. Nie umiałabym powiedzieć, że w którymś momencie książka mnie znudziła. 
Całość napisana została charakterystycznym dla Yoko Ogawy stylem. Spokojnym, nie epatującym niepotrzebnym okrucieństwem mimo, że w książce są i sceny dramatyczne. Jest dość minimalistycznie a mimo to jest tu i miłość i zdrada i zbrodnia i żałoba. Śmierci i żałoby jest tu w ogóle dość dużo. Jest bowiem i opłakiwanie dziecka i utraconej miłości i miłości, która się nigdy nie zdarzy i młodości, która mija szybko (zbyt szybko) i nigdy się nie powtórzy. Jest też żałoba za utraconymi szansami, za przeszłością, która nas kształtowała. 

Książka jest napisana w subtelny sposób, mimo, że porusza naprawdę spore spektrum ludzkich uczuć i namiętności. Jest też i zmysłowość, opisana w delikatny i niewulgarny sposób. Wszystkiego jest tu „akurat” i tak jak potrzeba. 

Które z opowiadań zrobiły na mnie największe wrażenie ? „Popołudnie w cukierni”, „Piaskowy Dziadek”, „Kitle”, „Fastryga na serce”. 

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam gdy nagle, bez zapowiedzi, odkrywam jedną z najlepszych książek jakie czytałam. Tak właśnie stało się z tą książką. 
Ogromnie ją Wam polecam, jeśli oczywiście jej nie znacie. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Historie florenckie”. Ewa Bieńkowska.

 Fundacja Zeszytów Literackich. Zeszyty Literackie. Warszawa (2015). Ebook.

Okazało się , że Trylogię Włoską rozpoczęłam od ostatniej części bowiem całość to : „Co mówią kamienie Wenecji”, „Spacery po Rzymie” i właśnie „Historie florenckie”. Nie popsuło mi to jednak lektury a jedynie zaostrzyły apetyt na resztę, tym bardziej, że „Spacery po Rzymie” oczekuje na przeczytanie na czytniku.

„Historie florenckie” nie są typowym przewodnikiem a raczej książką, która jest dedykowana dla kogoś kto nie chce jedynie odpoczywać ale zwiedzać miasto a ponadto napawać się sztuką. Minusem książki jest brak ilustracji i owszem, myślę, że można czytać ją będąc obłożonym albumami o sztuce bądź wciąż sięgając do Internetu ale szczerze mówiąc, dobrze byłoby gdyby jednak zdjęcia opisywanych miejsc i dzieł sztuki pojawiły się w niej. 

Czy jest to książka dla każdego? Nie wiem, szczerze mówiąc sądzę, że nie. Myślę, że jednak trzeba mieć ochotę na przystępnie, to z pewnością, ale jednak coś w rodzaju wykładu i o historii Florencji i o zamieszkujących ją słynnych mieszkańcach, wreszcie o samych dziełach sztuki, o których jest naprawdę dużo. Jeśli jednak interesujecie się sztuką i lubicie o niej poczytać coś więcej dodatkowo przepuszczone przez osobisty filtr upodobań i zamiłowań, sądzę, że nie zawiedziecie się. 

Ja tę książkę rozpoczęłam jeszcze w ubiegłym roku i czytałam ją można powiedzieć, „na raty” ale nie przeszkodziło mi to w odbiorze. 

Podsumowując, „Historie florenckie” to ciekawa opowieść o mieście , o dziełach sztuki, o historii, o rozwoju miasta, o jego mieszkańcach i rządzących, o polityce. Wreszcie, jest to przyjemna zachęta do popodróżowania po części Italii i doznaniu kultury bez ruszania się z miękkiej kanapy w naszym mieszkaniu.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Ukochane równanie profesora”. Yoko Ogawa.

Wydana w : Tajfuny. Warszawa (2019). Ebook.

Tytuł oryginału Hakase no Aishita Sushiki. 

Przełożyła Anna Horikoshi.

„Ukochane równanie profesora” przeleżała się na moim czytniku sporo czasu. W sumie to sama nie wiem, czemu, zwłaszcza, że czytałam wcześniej dwie książki autorki „Miłość na marginesie” i „Muzeum ciszy” i obie oceniłam najwyżej jak mogłam. Nie inaczej zresztą jest z „Ukochanym równaniem profesora”, po którą to książkę sięgnęłam wreszcie zmobilizowana przez koleżankę, która w końcu zeszłego roku ją skończyła czytać.

„Ukochane równanie profesora” to książka spokojna, wyciszająca. To nie jest z pewnością tego typu literatura, którą możemy określić jako tą z szybkimi zwrotami akcji i nieustająco zmieniającym się kalejdoskopem postaci. 
Nie wiem czy osoby, która lubią jednak jak coś się „dzieje” odczują przyjemność podczas lektury. Ja takie niespieszne, wyciszające książki lubię i cenię i pewnie dlatego książki autorki tak mi się podobają. 
To piękna książka o uważności na drugiego człowieka, o przyjaźni, ale przede wszystkim o miłości do matematyki. Miłości, która pozwala komuś, kto kiedyś zajmował się matematyką zawodowo i która to matematyka zajmowała ogromną część życia, po traumie na nowo chociażby w jakiejś części w tym życiu się odnaleźć.

Narratorka to młoda dziewczyna, samodzielna mama, wychowująca dziesięcioletniego syna. Jako, że nie jest bardzo wykształcona a musi utrzymać nie tylko siebie ale i dziecko, podejmuje się pracy jako pomoc domowa w jednej z agencji świadczącej tego typu usługi. Przyjmuje ją starsza kobieta, szwagierka Profesora jak później nazywają pracodawcę, która w dość obcesowy sposób ale jednak przyjmuje narratorkę do pracy w domu Profesora. Szybko okazuje się, że w domu starszego pana jest sporo pracy , dom jest nieco zapuszczony, mówiąc delikatnie. Niemniej jednak młoda kobieta szybko się odnajduje w swojej nowej pracy. Dowiaduje się też paru rzeczy o swoim chlebodawcy. Otóż to dawny pracownik uniwersytetu, który paręnaście lat wstecz uległ wypadkowi samochodowemu, w wyniku czego coś stało się z jego mózgiem i jego pamięć krótkotrwała trwa jedynie osiemdziesiąt minut. Co oznacza, że Profesor przypina sobie do garnituru karteczki z napisanymi przez siebie wyjaśnieniami pewnych sytuacji czy też opisem konkretnych osób. Również bohaterka przychodząc do pracy codziennie rano musi się mu przypominać, kim jest, co tu robi. Prowadzą też codziennie podobnego rodzaju rozmowy jako,że Profesor nie pamięta następnego dnia, że już o czymś wczoraj rozmawiali. 

Jako, że Profesor lubi dzieci, kiedy tylko dowiaduje się, że jego pomoc domowa zostawia syna samego w domu na długi czas po szkole, proponuje aby chłopiec po szkole przychodził do jego domu i wracał po kolacji z mamą do własnego domu. Zaprzyjaźnia się też nie tylko z samą bohaterką ale jej synem, którego, od specyficznego kształtu głowy i fryzury, nazywa Pierwiastkiem. Uczy też chłopca matematyki a jego mamie przybliża tę niezwykłą krainę wiedzy , w sposób ciekawy i z pewnością oryginalny. Sądzę, że był to sposób Profesora na uchwycenie świata, który po wypadku i urazie, wręcz wymykał mu się z rąk. A to, co znał do tej pory najlepiej, co stanowiło sens jego życia, na swój sposób staje się czymś w rodzaju łącznika pomiędzy tym, co stracił a tym, co wciąż ma i co dzieje się w jego życiu. 

Nie jestem osobą, która zna się na matematyce, ba, nie jestem w niej najlepsza ale nawet ja, zupełny laik jeśli chodzi o pewne jej zagadnienia, miałam wielką przyjemność z czytania o niej w tej książce i spojrzeniu na świat w dość oryginalny sposób i przez inny niż do tej pory, pryzmat.

„Ukochane równanie profesora” to delikatna i subtelnie kreślona opowieść o pięknej przyjaźni, o miłości, pasji. Wreszcie o tym, że warto jest uważnie spojrzeć na kogoś, kogo być może nawet znamy, bo potrafi skrywać piękne historie. Warto im tylko dać wyjść na jaw. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.

„Moja osoba”. Łukasz Najder.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2020). Ebook.

Nie wiem doprawdy, dlaczego dopiero po tal długim czasie sięgnęłam po tę książkę, niemniej jednak cieszę się, że wreszcie się na lekturę zdecydowałam.

„Moja osoba” to teksty autora, które częściowo już się wcześniej ukazywały w różnych miejscach, niemniej jednak nie wpływa to według mnie na odbiór tychże składających się na tę książkę.
I tak, muszę powiedzieć, że mnie po raz kolejny, najbardziej ujęły wśród tych rozdziałów te pisane o bardziej osobistych niż ogólnych, sprawach.
Przejmujący ponownie, gdyż już go czytałam, był dla mnie tekst „Wszystko jeszcze mogło się udać”, który traktuje o ojcu autora i jego relacjach z narratorem. Myślę, że jest on ważny zwłaszcza dla tych osób, których relacje z którymś z rodziców, bądź konkretnie z ojcem właśnie, dalekie były od udanych.

„Mysz” z kolei to szczera i do głębi przejmująca opowieść o upadku w otchłań depresji i swoistego załamania nerwowego, które to przydarzyło się autorowi w chwili zakończenia beztroskiego etapu studenckiej kariery a u progu całkiem nowego rozdziału życia, który to rozdział nie bardzo chciał się dobrze i pomyślnie rozpocząć.

„Turnus” z kolei to miód na moje wspomnienia z wyjazdów z Mamą do Jastrzębiej Góry, zanim ta stała się pełnym rozkrzyczanego tłumu, gwarnym kurortem. Przez wiele lat jeździłyśmy z Mamą do ośrodka wczasowego należącego do zakładu pracy mojej rodzicielki i miejsce to darzę ogromnym sentymentem.
Nie odważyłam się jak dotąd, mimo, że miałam ku temu okazję, skonfrontować własnych wspomnień z zastałą rzeczywistością, na co zdecydował się Łukasz Najder. Dzięki czemu być może coś zostało mi oszczędzone a być może powinnam jednak żałować, że nie zdecydowałam się na taki krok…trudno powiedzieć.

„Nie wstydzę się Gutenberga” to przyjemny tekst, który z radością odczyta każdy czytelnik. Na pewno ci którzy gromadzą , nawet jeśli wiedzą, że nie przeczytają, napawają się, zamiast podziwiać podczas wizyty u kogoś dzieła sztuki lub raczyć się wyrafinowanymi alkoholami, dyskretnie lustrują zasoby cudzych biblioteczek, będą tym tekstem usatysfakcjonowani.

„Najzimniejszy dzień roku” to opowieść o śmierci poprzez śmierć bliższych i dalszych osób jak i zwierzęcia, psa Argo. Pisanie o śmierci, żałobie, bywa, że jest dość ryzykownym przedsięwzięciem bo można zostać wziętym za ekshibicjonistę emocjonalnego , niemniej jednak tu nic takiego miejsca nie ma.

Osobny rozdział, mimo, że tej serii książek akurat nie znam i nie mam zamiaru poznawać, dotyczył słynnej „Mojej walki” Knausgarda. Ciekawy opis pokonania przez książkę, do lektury której przystępowało się z wielkim entuzjazmem. Plus, ciekawostki o awanturze jaka wynikła w rodzinie autora i słusznie zadawane pytania o to jak wygląda nasza pamięć o wydarzeniach i osobach podczas procesu pisania i czy naprawdę wszystko co pamiętamy należy tylko do nas samych?

„Moja osoba” to książka bardzo dobra. Nie przeszkadzała mi jej forma czyli zbiór felietonów, tekstów. Tym bardziej,że sprzyja to powrotowi do tych najbardziej ulubionych, tych, które chce się ponowić aby być może znaleźć w nich coś nowego lub utrwalić coś co nie dość dobrze się zapamiętało a chce się mieć w pamięci.

Poza tym jest to też zwyczajnie i po prostu, przyjemność, jako, że Łukasz Najder zwyczajnie umie pisać po polsku, robi to z wielką pasją i erudycją więc teksty naprawdę są równe i podobnie zajmujące.

Moja ocena to 6 / 6.

Szczęśliwego Nowego Roku 2022 !

Dzisiaj Sylwester więc akurat czas na to abym złożyła Wam , Czytelniczki i Czytelnicy blogu, Życzenia z okazji nadchodzącego Nowego Roku 2022.

„Pożyczę” Wam dokładnie tego czego życzę sobie a więc aby ten Rok 2022 był dla nas lepszy.
Życzę dużo Zdrowia, Szczęścia, poczucia spokoju i tylko życzliwych osób wokół nas i Was.

Pozdrawiam i do przeczytania !

Podsumowanie książkowe.

Podsumowanie książkowe roku 2021.
Po pierwsze, pod koniec zeszłego roku podjęłam decyzję, że będę czytać mniej ale za to bardziej treściwie. Czy mi się to udało ? Mam taką nadzieję.
I tak, przeczytałam 73 książki. 38 z nich otrzymało ode mnie najwyższą notę czyli 6 / 6.
W tym roku czytałam z chęcią komiksy o Mafaldzie i Fistaszki a także książki dla dzieci i młodzieży czyli poznałam serię o psie Elfie i jego rodzince autorstwa Marcina Pałasza jak i odkryliśmy fantastykę dla młodzieży pisaną dawno a wcale nie ramotkowatą czyli książki Jerzego Broszkiewicza.
Książki, które zostaną w mojej głowie na dłużej to z pewnością „Z Matką Boską na rowerze”, czyli nietypowy przewodnik po miejscach związanych z kultem Maryjnym na Podlasiu autorstwa Wojciecha Koronkiewicza i „Tajemnica Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Na pewno też szybko nie zapomnę czytanej relatywnie niedawno książki Agnieszki Olejnik pod tytułem „Zupełnie inny cud” jak i „Biegu Anioła” autorstwa Doroty Wójcik. Rewelacyjna okazała się „Stara Słaboniowa i spiekładuchy”, książka prezent, która okazała się chyba tegorocznym moim odkryciem.
Czytałam też trochę literatury true crime, tyle z nowości jak dla mnie jako czytelnika.
Miałam okazję poznać wiersze debiutantki czyli Karoliny Gurazdy-Grabarczyk za sprawą Jej tomiku pod tytułem „Dens serotinus” a także sięgnęłam po sprawdzone nazwisk Poetek czyli tom „I jakby mimochodem” Doroty Koman i „Jeszcze jestem kobietą” Hanny Dikty, której również chętnie przeczytałam prozę „Jeżeli jesteś”.

Myślę, że jeśli chodzi o postanowienie książkowe to je wypełniłam. Czytałam to, co chciałam, nie podlegałam modzie czy naciskom. Książki, które wybrałam do recenzji, wybrałam sobie sama, bez presji, wiedząc, że nie będę musiała chwalić na siłę czy też obawiać się napisać własnego zdania.

Czy mam jakieś postanowienia na Nowy Rok jeśli chodzi o książki? Chyba chciałabym podtrzymać ten trend czytania nie na akord a dla porządku (mówię tu o swoim własnym poczuciu akordowości, jeśli ktoś ma ochotę czytać więcej niechaj czyta na zdrowie, i ja w końcu miałam też lata, w których czytałam ponad sto książek rocznie i nie oznaczało to, że nie robiłam nic oprócz czytania).

Tradycyjnie obiecuję sobie czytanie poezji. W tym roku pod tym kątem było bardzo dobrze, uważam. Ale zawsze może być lepiej, prawda?
No i to takie moje książkowe podsumowanie mijającego roku.

„Zupełnie inny cud”. Agnieszka Olejnik.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2021). Ebook.

Dzisiaj nie będzie długiej recenzji ale chcę napisać o tej książce chociaż parę słów bo uważam, że zdecydowanie warto ją przeczytać. Ja skończyłam ją na chwilę przed Świętami kiedy w ferworze przygotowań nie bardzo miałam możliwość pisania na blogu dłuższych tekstów.

„Zupełnie inny cud” to opowieść o dość oryginalnej rodzinie, którą scala postać byłego tenisisty, Norberta. Norbert niedawno kupił posiadłość, którą odremontował i na Święta Bożego Narodzenia do owej posiadłości zaprosił osoby, z którymi na co dzień kontakt niestety ma niemal żaden. Do tego grona zaliczył swoją matkę, Rozalię,  syna, który narodził się ze związku bez węzłów małżeńskich, Konstantego. Zaprosił też córkę z pierwszego małżeństwa, Matyldę i córkę z drugiego małżeństwa, Sonię. Jakiś czas temu Norbert ożenił się trzeci raz z Ulą. 
Całe to towarzystwo spotkało się więc w posiadłości ojca i syna i początkowo zapowiadało się, że wspólne święta okażą się niczym innym jak jedną wielką katastrofą. 

Przybycie do domostwa osoby bezdomnej, pana Zdzisława Zamorskiego wraz z jego suczą Perełką zmieniła jednak potencjalną katastrofę w coś zgoła innego.  Okazało się bowiem, że zupełnie przypadkiem, pan Zdzisław udzielił całemu temu do tej pory niezbyt przychylnie do siebie wzajemnie nastawionemu towarzystwu ważkiej życiowej lekcji a mianowicie, że w życiu, wbrew temu jakkolwiek dziwnie to brzmi, naprawdę nie liczą się jakieś wielkie, spektakularne sukcesy, bogactwa i dobra a naprawdę pięknie żyć , to żyć codziennie, uważnie i doceniając codzienne drobne szczęśliwe chwile, wydarzenia i momenty życia. 

Ponieważ od paru lat w moim domu jest miejsce, w którym składam przez cały rok karteczki z zapisanymi na nich sprawami, za które jestem wdzięczna życiu a które odczytuję w Sylwestra lub Nowy Rok, pomysł z zapisywaniem spraw, za które jesteśmy wdzięczni, nie jest dla mnie nowością. Niemniej jednak pomysł propagowania takiego zauważania dobra, za które możemy być wdzięczni, uważam za bardzo dobry i wart propagowania. 

Ogólnie, jak pisałam, naprawdę dobry czas nad tą książką spędziłam, polecam ją Wam ogromnie i myślę, że również się nie zawiedziecie.

Moja ocena to 6 / 6. 

Zdrowych i Spokojnych Świąt.

Wszystkim Czytelnikom mojego blogu i tym, którzy bywają tu od zawsze i tych, którzy od niedawna a także tym, którzy wpadli tu przypadkiem, chciałabym złożyć Życzenia Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.
Obyście mogli spędzić je tak, jak zamierzacie i jak najbardziej chcecie i z tymi, z którymi chcecie je spędzić.
Tym, którzy mają taką potrzebę, życzę przeżyć duchowych a tym, którzy traktują te dni jedynie jako wolny czas, oby udało się Wam odpocząć.

„Rozmerdane święta”. Agnieszka Olejnik.

 Wydało tę książkę Wydawnictwo Kobiece. 
Białystok (2019). Ebook.

Pisałam już o tym, że bardzo lubię książki z motywem Świąt ale też z psimi bohaterami i oto po książce „Na Święta przytul psa” sięgnęłam czym prędzej po kolejną pozycję książkową z psami i Świętami. Świąt tu w sumie niewiele ale nie szkodzi, bo jest Ziyo. Chory na achalazję kundelek, który przez okrutnego człowieka został wyrzucony do śmietnika na pewną śmierć, został uratowany przez jednego z bohaterów. Olgierd to dorosły mężczyzna, który nareszcie czas jakiś temu mógł wynieść się do osobnego mieszkania gdyż do tej pory mieszkał wciąż ze swoją mamą. Mama jest w porządku ale jednak naprawdę czas na usamodzielnienie się nadszedł już dawno i oto nauczyciel polskiego od pewnego czasu mieszka sam, podkochując się nieszczęśliwie w uwikłanej w romans , koleżance z pracy.

I oto pewnego dnia, właśnie podczas wizyty u mamy, Olgierd podczas wyrzucania śmieci znajduje porzuconego psiaka, któremu nadaje imię Ziyo (nawiasem mówiąc, dedykacja Autorki dla Mamy, która swego czasu pokochała i dała dom choremu psiakowi o tym samym imieniu sugeruje, że Ziyo jak najbardziej istnieje i stał się pierwowzorem psiego bohatera).

I od tej pory zaczynają się jego próby uratowania szczeniaka, o którym początkowo nie wie nic, podobnie jak o wychowywaniu psów i zajmowaniu się nimi. Ale z czasem i pomocą kilku życzliwych osób, Olek uratuje psiaka i oddadzą sobie wzajemnie serca. A jeśli chodzi o miłość, to jeszcze trochę jej w tej książce będzie gdyż występuje w niej grono bohaterów ale nie ukrywam, że całe show tej książki skradł Ziyo i to jak Olgierd walczył o życie i komfort dla psiaka. 

Jeśli lubicie książki z psami w roli głównej a przy tym macie ochotę przeczytać coś, co się zdecydowanie dobrze kończy, zachęcam Was do poznania książki „Rozmerdane święta”. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Na Święta przytul psa”. Lizzie Shane.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2020). Ebook.

Przełożył Maciej Szymański.

Tytuł oryginału Twelve Dogs of Christmas.

Tytuł oryginalny nawiązuje do starej angielskiej kolędy „Twelve Days of Christmas” i bardzo mi się podoba. 
Zresztą, sama książka jest bardzo ładna, pozytywna i z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem. 
Ale ale. Najważniejsze, że oprócz Świąt Bożego Narodzenia, które to Święta są ważne dla treści książki, występują w niej moje ukochane zwierzęta, jakimi są psy.

A kiedy w jednej książce są i mili bohaterowie zarówno ludzie jak i psiaki, pojawia się motyw Świąt i ogólnie jest dobrze, to mogę powiedzieć, że przymykam oczy na tak tak, zbyt biało czarnych bohaterów (właściwie nie występuje żaden zły bohater) i na nieco zbyt przewidywalną treść. 
Najważniejsze, że czytało mi się tę książkę dobrze.

W małej amerykańskiej miejscowości Pine Hollow mieszka Ben West, który od dwóch lat jest tatą zastępczym dla osieroconej dziesięcioletniej siostrzenicy. Ben próbuje być idealnym tatą i z tego też powodu przejął dwa lata wstecz wiele obowiązków do tej pory wypełnianych przez rodziców siostrzenicy Astrid. Oto więc zaangażował się zarówno w działalność Rady Szkoły za swoją zmarłą tragicznie siostrę jak i podjął się zajęcia szwagra jakim jest bycie radnym w Radzie Miejskiej. Mało w tym wszystkim miejsca na jego życie gdy ma się na głowie tyle obowiązków. 

I Ben odczuwa, że coraz gorzej sobie z tym radzi a jest osobą, która bardzo trudno godzi się z faktem, że kiedy nie daje się z czymś rady, można śmiało poprosić drugą osobę o pomoc. Ben chce udowodnić samemu sobie, że jest dobry w tym co robi i w ten sposób żyje w wiecznym poczuciu braku czasu i chyba poczucia nieokreślonej do końca, winy. 

A do tego to właśnie jego głos w radzie miejskiej zadecydował o zamknięciu przed Świętami lokalnego schroniska dla psów. Schroniskiem od kilkudziesięciu lat opiekują się dziadkowie Ally, Rita i Hal Gilmorowie. Ally zaś wróciła na Święta do dziadków, którzy od śmierci rodziców są jedynymi żyjącymi członkami jej rodziny. Ona również jest w stanie lekkiej niepewności. Nie chce wracać do Nowego Jorku, w którym mieszkała i pracowała. Najchętniej wróciłaby do dziadków i tu rozpoczęła nowy rozdział w swoim życiu. Na razie jednak spada na nią jak grom z jasnego nieba informacja o tym, że schronisko ma zostać zlikwidowane i zarówno Ally jak i Ben, który szybko poznaje się z kobietą, rozpoczynają wspólną walkę o to aby przed zamknięciem schroniska udało się zorganizować adopcję dla wszystkich pozostałych w schronisku, psów. 

Nietrudno się domyślić, że ta dwójka, Ally i Ben będzie z czasem miała coraz więcej wspólnych tematów do rozmów i coraz więcej spędzać zacznie ze sobą czasu a dołożywszy do tego fakt, że mała Astrid marzy o psie i zatrudnia się z przyjaciółką jako wolontariuszka w schronisku, mamy gotowy przepis na pozytywną rodzinną opowieść o sile przyjaźni , wspólnoty małego miasteczka, które ma o co walczyć. Wreszcie – jest to opowieść o sile miłości, tej między członkami rodziny i między kobietą i mężczyzną, przyjaźni. I o tym, jak kochane i wspaniałe są psy, oczywiście. 

Tak, książka ma przewidywalną treść, tak, już czytałam takie książki parę razy w mniejszym lub większym stopniu przypominające tę ale nie szkodzi. Spędziłam nad nią przyjemny czas i nic a nic nie żałuję, że nabyłam ją rok temu. 

Moja ocena to 5 / 6.