„Anne z Zielonych Szczytów”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożyła Anna Bańkowska.

Tytuł oryginalny Anne od Green Gables.

Oto i ja postanowiłam sięgnąć po książkę, która wydawałoby się, stara, dobrze znana, przytulna jak koc w jesienny, ponury , deszczowy wieczór a tu proszę, nagle okazało się, że wzbudza ogromne emocje. Emocje te wynikały z faktu, że Anna Bańkowska sięgnęła po coś, co dobrze znamy i odważyła się przedstawić nam nieco inną wersję dobrze znanego (niektórym wręcz na pamięć). Nie wiem, być może wynika to z tego, że przy całej mojej sympatii do poprzedniego tłumaczenia „Ani z Zielonego Wzgórza” nie jestem w teamie „wyznawców”. O wiele, wiele bardziej jeśli już, czuję, że „moją” książką jest „Błękitny Zamek”. Ta niesamowicie aktualna książka o samorealizacji kobiety, o jej odwadze przeciwstawienia się konwenansom i oczekiwaniom społecznym. Niemniej jednak skłamałabym, gdybym twierdziła, że do „Ani z Zielonego Wzgórza” nie mam sympatii i że jej nie znam. Oczywiście, że swego czasu ją czytałam, lubiłam, podobała mi się zarówno bohaterka jak otaczający ją ludzie a przy śmierci Mateusza płakałam. W nowym tłumaczeniu Ania stała się Anne (przez „e” na końcu!), również pozostałe imiona bohaterów stały się anglojęzyczne jak w oryginale. Ale najwyraźniej nie Anne zamiast Ani wzbudziła aż tyle emocji co zmiana znanej nazwy miejsca, w którym mieszkała adoptowana przez rodzeństwo Cuthbertów, dziewczynka. Oto bowiem nie mamy już Zielonego Wzgórza a zamiast tego „Zielone Szczyty”. Oszczędzę określeń i mniej lub bardziej eleganckich wyrażeń jakie zdążyłam już wyczytać a które dotyczą nowego tłumaczenia tytułu książki. Szczerze? Nie wiem, o co ten szum. Przypuszczam, że gdyby tylko „Zielone Szczyty” były pierwszym znanym nam tytułem, grozy , awantur i wzajemnego obrzucania się rozmaitymi mniej lub bardziej zabawnymi tekstami w ogóle by nie było. Tymczasem stało się i wszystko to miało miejsce. Czy to dobrze? Nie wiem, prawdę mówiąc. Nie znam się na tyle na rynku książki aby orientować się na ile taki wzmożony ruch ma wpływ na sprzedaż książki dobrze nam już przecież znanej i będącej w wielu jeśli nie w większości domowych a już na pewno publicznych, bibliotek. Od jakiegoś czasu jednak słychać, że „nieważne jak mówią, byleby mówili”. Jeśli to ma wzmóc zainteresowanie książką i powrót do niej osób niekoniecznie jak to powiedziałam wcześniej, funkcjonujących w kręgu „wyznawców”, to chyba dobrze? Sama, odkąd tylko dowiedziałam się , że książka ma się ukazać na naszym rynku, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. 
Cena papierowego wydania jest na tyle wysoka, że szczerze pogratulowałam sobie wyboru od lat mojego czytnika i wersji ebook. 
Tak więc, siadłam do książki i oczywiście z wielką chęcią przeczytałam wpis od Pani Anny Bańkowskiej, która wyjaśnia nam we wstępie jak wyglądała droga Jej tłumaczenia na nowo „Anne z Zielonych Szczytów”. 

A potem? Potem zaczęłam czytać pierwszy rozdział i…wsiąkłam! Wsiąkłam do tego stopnia, że , co mi się nie zdarzało od dawna, czytałam zarówno przy posiłkach jak i zarwałam kawałek nocy. Ok, ponieważ chorowałam na wiadomego wirusa i miałam izolację, mogłam na czytanie poświęcić nieco więcej czasu ale naprawdę, od bardzo dawna żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia abym czytała naprawdę poźną nocą. 
O czym to świadczy? Albo o tym, że wbrew pozorom ta książka jest nie tylko dla dorastających dziewczyn ale również dla dorosłych. Albo, macierzyństwo zmieniło moje patrzenie na świat i nagle widzę jak fantastycznego podjęła się dwójka Cuthbertów zadania. Albo jednak nowe tłumaczenie, mimo, że nie jakoś naprawdę ogromnie rewolucyjne (nie, naprawdę nie uważam imion oryginalnych z tekstu i zmiany nazwy miejsca zamieszkania na takie bardziej oryginalne) jest na tyle świetne, że czytało mi się ją rewelacyjnie. 

Po raz kolejny bardzo lubię surową z pozoru a w gruncie rzeczy nie potrafiącą pokazać głębi uczuć (co stopniowo wraz z pobytem Anne w domu Marilli i Matthew się zmienia) a dobrą kobietę, Marillę. Po raz kolejny uwielbiam kochanego, dobrego, spokojnego i przyzwoitego człowieka jakim jest Matthew (znów płakałam rzewnymi łzami podczas opisu jego śmierci). Wreszcie, po raz kolejny cieszę się, że Anne to dziewczyna z charakterem, a nie jakaś słodka i uległa melepeta. 
Chyba nie muszę streszczać treści tej książki, zwłaszcza, że podczas awanturek o nowe tłumaczenie okazało się, że w Polsce wszyscy są specjalistami od prozy L. M. Montgomery :P. Niemniej jednak mały skrót.
Do domu rodzeństwa Marilli i Matthew Cuthbertów ma przybyć pociągiem adoptowany przez nich osierocony chłopiec jako, że rodzeństwo powoli się starzeje a w ich gospodarstwie, Zielonych Szczytach , przydałaby się realna pomoc. Zamiast chłopca , na stacji kolejowej Matthew spotyka wesołą, rudowłosą i piegowatą jedenastolatkę, która całą drogę do domu jaką odbywają zasypuje mężczyznę monologiem. I podczas kiedy on duma jak wyjaśni siostrze, że zamiast chłopca do domu przywiózł dziewczynkę, coś w jego sercu zaczyna mówić mu, że ta pomyłka nie jest pomyłką. 

Wszyscy wiemy, inaczej nie byłoby przecież tej książki, że Anne jednak szczęśliwie w domu rodzeństwa zostaje. 
Ta jedenastolatka okazuje się być mądrą, dobrą dziewczyną, która za sobą ma wcale niełatwe doświadczenia życiowe a pomimo tego nie straciła ani swojej bogatej wyobraźni, którą posiłkuje się na co dzień, ani werwy, ani miłości do życia i tego co ono jej przynosi. 

I tak oto owa pomyłka, za którą zarówno Marilla jak i Matthew zapewne nie raz podziękują w modlitwie wieczornej Bogu, stanie się począkiem nowego rozdziału w życiu tej rodziny w Zielonych Szczytach.

Anne szybko zaaklimatyzowała się w Avonlea, okazała się wsparciem dla dwójki adoptujących ją osób i po początkowych różnych perypetiach jakie zapewne ktoś z jej temperamentem musiał przejść, wniknęła w lokalną społeczność. 

Jak mówiłam, książkę przeczytałam bardzo szybko. Ogromnie mi się podobała i sama nie wiem czy to ta szczęśliwa sytuacja, kiedy książka z dzieciństwa okazuje się być czytaną w dorosłości jeszcze lepszą niż kiedyś czy to jednak magia nowego przekładu?

Pozwalam sobie jednak nie wnikać w tę kwestię zbyt intensywnie. Cieszę się natomiast, że Wydawnictwo Marginesy zapowiedziało już kontynuację przekładów dalszych części przygód i losów Anne Shirley w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. 
Jeśli jeszcze, co byłoby spełnieniem jednego z moich marzeń, pojawiłoby się nowe tłumaczenie „Błękitnego Zamku” tejże samej autorki co „Anne…” byłoby wspaniale. 

Tymczasem moja ocena „Anne z Zielonych Szczytów” to 6 / 6.

Serialowo – Reacher.

 Dopiero co pisałam o serialu „Mentalista”, który bardzo nam się podobał i dzisiaj chcę napisać o kolejnym, tym bardziej, że jest to serial oparty o jeden z moich ulubionych cykli książkowych autorstwa Lee Childa o emerytowanym żandarmie wojskowym, Jacku Reacherze, na którego nawet mama mówiła po nazwisku a nie po imieniu. Pierwszy sezon serialu, liczący osiem odcinków, oparty jest na książce „Killing Floor”, u nas wydanej pod tytułem „Poziom śmierci”. 

Na wstępie, nareszcie aktor grający Reachera wygląda jak Reacher a nie jak nie wiem kto ale na pewno nie Reacher. 
Alan Ritchson odgrywający rolę Reachera ma słuszny wzrost i chociaż podobno na początku miał problemy z otrzymaniem tej roli bowiem nie mierzy dokładnie tyle, co książkowy Reacher, niemniej jednak i wzrost i muskulatura pasują według mnie idealnie a Ritchson gra Reachera według mnie tak, jak wyobrażam sobie, że zachowuje się bohater książek. I nie mówię tu tak dlatego, że Tom Cruise według mnie kompletnie się nie nadawał na rolę Jacka Reachera (a uważam, że się nie nadawał) a zwyczajnie myślę, że casting tym razem poszedł świetnie i każdy aktor został dobrany trafnie.

Co do akcji to tym razem Jack Reacher trafia do miejscowości Margrave w stanie Georgia gdzie nie jest w stanie zjeść nawet polecanego placka brzoskwioniowego w miejscowej kafejce gdyż zostaje zaaresztowany i oskarżony o morderstwo. Morderstwa, którego oczywiście nie popełnił. Chociaż na ogół nie pozostaje on dłużej w miejscu, do którego trafia, tym razem  Reacher musi spędzić w Margrave więcej czasu niż planował aby oczyścić się z zarzutów ale również aby znaleźć sprawcę morderstwa pewnej ważnej dla niego osoby. 
Przy okazji poznaje Policjantów pracujących na miejscowym posterunku, Roscoe Conklin, młodą i symaptyczną Policjantkę i detektywa Oscara Finlaya. Ta trójka w pewnej chwili zostanie związana wspólną sprawą i śledztwem mającym na celu wyjaśnić to, co tak naprawdę dzieje się w małym miasteczku w Georgii. 
A dzieje się dużo zła. 

Według mnie kto zna i czyta książki z serii o Reacherze, ten rozczarowany serialem raczej nie powinien być. Wie, że Reacher stosuje raczej minimalizm słowny i uczuciowy, za to stosuje maksymalne działania jeśli chodzi o obronę uciśnionych i pomoc słabszym. Mówiąc wprost, gdy gdzieś coś dzieje się źle, na miejsce przybywa Reacher i pomaga doprowadzić sprawy do właściwego porządku. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Z dobrych wieści, to Amazon Prime zapewne zadowolony wynikami oglądalności serialu, już zapowiedział sezon drugi „Reachera”. Na który to sezon, nie ukrywam, ogromnie czekam. 

„Dalsze gawędy o sztuce. VI-XX wiek”. Bożena Fabiani.

 Wydana w Wydawnictwie Naukowym PWN SA. Warszawa (2013). Ebook.

Jak we wstępie informuje nas sama autorka tej książki o sztuce, gawędy w tej części zawarte, to te, które nie zmieściły się w tomach poprzednich. Dla mnie jednak ta część była pierwszą tej autorki i z pewnością nie ostatnią. Bardzo mnie bowiem te opowieści Bożeny Fabiani o sztuce wciągnęły. 
Po pierwsze, co zwraca uwagę, to styl opowieści autorki. Naturalny, bardzo lekki, bez niepotrzebnego historycznosztucznego filozofowania a po prostu przystępny i lekki, wręcz bardziej kolokwialny a jednocześnie umiejętnie przekazujący nam najważniejszy aspekt omawianego dzieła sztuki. 

Zgodnie z tym, co jest zawarte w tytule, opowieści te traktują o dziełach sztuki od wieku szóstego aż po te stworzone w ubiegłym stuleciu. 

Wraz z Bożeną Fabiani przemierzamy kraje i muzea i podziwiamy poszczególne obrazy, mozaiki, rzeźby. Dowiadujemy się przy tym wiele zarówno na temat danego dzieła sztuki jak i , co bardzo interesujące, zyskujemy ogromną wiedzę na temat życia samego autora dzieła. Nie ukrywam, że dowiedziałam się dzięki temu naprawdę wielu interesujących informacji.

Co prawda w tej książce jest trochę reprodukcji omawianych dzieł sztuki ale jednak podchodząc do tej lektury polecam zaopatrzyć się w albumy o sztuce bądź nastawić na wyszukiwanie ich w internecie. 
Z pewnością dla każdego, kto chociaż trochę lubi sztukę , jest to książka, która go zachwyci i sprawi naprawdę wiele przyjemności czytelniczej. 
Mnie czytanie o tych wszystkich pięknych dziełach, o nietuzinkowych losach artystów pozwoliło na oderwanie się od przykrej izolacyjnej zamkniętej w czterech ścianach, rzeczywistości.

Moja ocena to 6 / 6. 

Filmowo – serial „Mentalista”.

 Dzisiaj postanowiłam napisać o serialu, który mnie totalnie wciągnął i sprawił, że ostatnie miesiące spędziłam w towarzystwie ciekawych i zabawnych ludzi rozwiązując zagadki kryminalne. 
Mam znajomą, która oglądała już wszystko (co jest oczywiście fajne ) ale mam też takich znajomych, którzy wciąż proszą mnie o polecenie czegoś do obejrzenia i nie ukrywam, milsza jest mi taka perspektywa bo zwyczajnie przyjemnie jest raz na jakiś czas móc być tą osobą, która widziała coś przed kimś komu może coś ciekawego polecić, zwłaszcza jeśli chodzi o tak świetny serial jak ten, o którym piszę. 
Z pewnością spora część osób czytających mój blog mogła już oglądać ten serial , gdyż nie jest to żadna nowość. Serial bowiem powstawał w latach 2008-2015. 
Jest to serial kryminalny i przyznam, że nie słyszałam o nim (jak to w ogóle możliwe, że nikt wcześniej mi go nie polecił ? Nie mam pojęcia!) wcześniej ale kiedy wypatrzyłam go na jednym z serwisów streamingowych postanowiłam zobaczyć co to właściwie jest. I kiedy obejrzeliśmy pierwszy odcinek, już wiedzieliśmy, że …musimy go obejrzeć. 
Główną i tytułową postacią jest Patrick Jane ( postać ta została brawurowo i rewelacyjnie zagrana przez australijskiego aktora Simona Bakera). Postać nietuzinkowa, zdecydowanie oryginalna i niepodrabialna. Ongiś – mentalista i „jasnowidz” oszukujący ludzi , że widzi, słyszy i rozmawia z ich zmarłymi bliskimi i przekazuje wiadomości od owych zmarłych. Patrick Jane w przeszłości robił oszałamiającą karierę, również w TV co z pewnością dawało mu rewelacyjny zarobek pozwalający na utrzymanie kochanej przez niego rodziny, żony i córeczki.
Żyją sobie w wielkiej rezydencji, wiodą szczęśliwe i dobre życie, kochają się wzajemnie.
Zaczyna brzmieć, że po tej ilości dobra z pewnością nadciągnie zło? Ano , brzmi niestety, aż za dobrze 😦 Oto bowiem pewnego dnia Patrick Jane daje pamiętny występw TV, w którym to przyznaje, że zamierza pomóc Policji kalifornijskiej rozwikłać zagadkę seryjnego mordercy zwanego jako Red John. 
Tego dnia Patrick wraca do domu i odkrywa, że nie ma już rodziny. Od tego dnia nic nie jest już takie samo jak dotąd, stało się coś nieodwracalnego a on sam, po załamaniu nerwowym, podejmuje się swojej wielkiej misji – rozpoczyna prywatne śledztwo mające na celu znalezienie i rozprawienie się z Red Johnem. 
Aby osiągnąć ten cel, Jane wykorzystując siłę własnego poczucia chęci zemsty ale również dawne umiejetności jako mentalisty, działa w taki sposób, że zostaje zatrudniony w Kalifornijskim Biurze Śledczym (CBI). 
Trafia pod skrzydła rewelacyjnej śledczej i szefowej, Teresy Lisbon i do świetnego zespołu skłądającego się z już wymienionej szefowej, Teresy, śledczych Grace Van Pelt, Kimballa Cho i Wayne’a Rigsby’ego. Jak rzadko, od razu powiem, każda z postaci jest przeze mnie lubiana chociaż na pierwszych miejscach są i Patrick i Teresa a ciut ciut niżej Cho. Ale lubię wszystkich bohaterów, bo każdy z nich wnosi coś do serialu.

Sezonów jest siedem, z tym, że siódmy to sezon finałowy i najkrótszy a tak to pozostałe mają ponad dwadzieścia odcinków każdy.

Pomimo, że jest to serial kryminalny i rozpoczyna się właściwie od niesamowitej tragedii głównego bohatera, jest to serial pełen poczucia humoru i zabawnych sytuacji. I również pełen ciekawych zagadek kryminalnych, z których w każdym odcinku musimy wraz ze śledczymi i Janem pełniącym rolę konsultanta, rozwiązać jedną. A do tego przez większość serialu trwa wątek poszukiwania Red Johna, początkowo głównie przez Patricka , wraz z upływem akcji, pogoń za seryjnym zbrodniarzem podejmuje cały zespół. 

Jak wspomniałam na początku, postać Patricka Jane’a jest oryginalna i ciekawa. To inteligentny, i z pewnością nie kierujący się sztampowymi rozwiązaniami śledczy. 
Każda z postaci została bardzo ciekawie rozpisana, ma swój charakter. To lubię w serialach, kiedy postaci są wiarygodne i konsekwentne. Ale również gdy przechodzą swoiste metamorfozy. Nie inaczej jest z postaciami z „Mentalisty”. Nie tylko Jane zmieni się wraz z biegiem akcji i upływem czasu. Również zmieni się i Teresa i reszta zespołu. Będą się rozwijać, nie stać w miejscu.
Co nie jest bez znaczenia, również postaci drugoplanowe, takie które pojawiły się w serialu zaledwie parę razy, są ciekawe i na pewno nie nudne. Warto oglądać dla każdego, naprawdę, nawet jeśli irytuje.

Jednym słowem, kto lubi tradycyjne śledztwa w filmach, nie epatujące bezsensownie pokazywaniem nadmiaru krwi i brutalności, często posługujące się jedynie klimatem zamiast dosadną sceną, kto lubi bohaterów, których się zwyczajnie zaczyna lubić  i o zachowaniach, losach których lubi się po seansie, porozmawiać z kimś,z kim się film oglądało, może śmiało sięgnąć po ten serial, z pewnością nie będziecie zawiedzeni. 

A teraz SPOILERY. Kto nie chce wiedzieć co będzie, a chce oglądać, niech dalej nie czyta. Żeby nie było, uprzedzałam 🙂 

Chcę sobie popisać o czymś, co oczywiście dobrze aby nie było wiedzą dla kogoś, kto nie lubi znać rozwoju akcji zawczasu. Ja, chciałam wiedzieć i to jak się potoczą pewne relacje, wiedziałam na dłuuugo przed tym jak obejrzeliśmy finałowy odcinek. 

Otóż, w czasie serialu zawiążą się dwa związki. Oba chyba bez zaskoczeń , za to jednemu z nich kibicowałam z całego serca. 
Tak, mówię o relacji Teresy Lisbon i Patricka Jane’a. Ich związek w ogóle poprowadzono w sposób genialny. Nie, nie nastąpiła miłość jak grom, od pierwszego wejrzenia. Ale, jednocześnie, właściwie niemal od samiuteńkiego początku (okazuje się, że P. zorientował się wcześniej niż ja 🙂 ) wiedziałam, że ta dwójka ma się ku sobie i że coś między nimi wydarzy się dobrego. Po czym, upewniłam się co do tego w internecie, w którym jak widzę, serial „Mentalista” ma niesamowite i wciąż działające grono miłośników , do których oczywiście i ja się zaliczam. 

Teresa i Patrick zaczynają swoją relację w dość oryginalny sposób bo wiemy doskonale, że Jane chce dostać się do CBI jedynie dlatego aby dopaść Red Johna i się na nim zemścić ale z czasem chętnie pracuje z zespołem nad innymi  kryminalnymi sprawami i nie ukrywajmy, jest dla zespołu ogromną pomocą. 
Między Teresą a Patrickiem z czasem zaczyna się przyjaźń i to dla mnie ogromny plus tego serialu, stworzenie z pary również a może przede wszystkim, właśnie przyjaciół. 
Ale niemal od samego początku widać, że Patrick lubi Teresę nieco więcej niż tylko lubi (wyszło bez sensu ale myślę, że wiecie, co mam na myśli). Jest opiekuńczy, czuły i chociaż potrafi wycinać jej i wycina, a jakże! najrozmaitsze numery, zawsze jest po jej stronie. Również Teresa, rewelacyjnie według mnie, grana przez Robin Tunney, ta trzeźwo stąpająca po ziemi kobieta, chociaż sama to przed sobą dość długo i mocno skrywa, zaczyna czuć, że Jane nie jest jej aż tak jakby chciała przed sobą udawać, obojętny. 

W jednym z komentarzy na YouTube wyczytałam coś, co sama uważam, czyli to, że zakończenie serialu „Mentalista” jest idealne. I że fani otrzymali dokładnie to, czego chcieli i potrzebowali. 
I tak właśnie jest. Co mi się ogromnie podobało, w odróżnieniu od innego serialu kryminalnego, który lubię i którego bohaterowie ostatecznie też się związali, tu podobała mi się „jakość” związku. Może dlatego, że bohaterowie są tu już dojrzali, doświadczeni przez życie, znają priorytety, którymi należy się w życiu kierować. I ich związek rozpoczyna sie od przyjaźni aby ewoluować w kierunku dobrego, stabilnego i silnego uczucia miłości. I, co doceniam, nikt w tym związku nie robi drugiej osobie łaski, że się z nią związuje (a takie miałam, nic na to nie poradzę, odczucia w odniesieniu do tego innego serialu,  o którym wspominam) i łaskawie daje obdarzać się miłością  🙂
Tu jest tak, jak miłośnicy chcieli i potrzebowali a ostatnie sceny, no cóż, wiem, że ktoś może powiedzieć, słód, cud i lukier ale szczerze? Dokładnie tego pragnęłam oglądając siedem sezonów. Takiego zakończenia. Plus jest tu swoistego rodzaju zamknięcie pewnych wydarzeń i cieszę się, że twórcy zafundowali nam happy end. Tak, oglądając serial w ciężkim czasie pandemii, z różnymi dodatkowymi troskami, właśnie takiego zakończenia potrzebowałam. Czytałam bodajże w dyskusji na Filmwebie, że podobno ostatnią scenę napisał sam Simon Baker i muszę stwierdzić, że wywiązał się ze swojego zadania rewelacyjnie. 

Cóż więcej mogę napisać poza tym, że polecam. To znaczy sądzę, że te zdania czytają już raczej jedynie osoby, które serial już znają ale i tak nie szkodzi, powtórzę po raz nie wiem już który, że „Mentalistę” ogromnie polecam. 

„Droga do Sieny”. Marek Zagańczyk.

The FBI reopens the case regarding the murder of Colonel Aaron Raymond (Wylie M. Pickett)’s wife after Jane becomes suspicious. Raymond’s alibi is that his wife drove him to work that day, but Jane suspects that it was another woman who Raymond was likely having an affair with. They suspect a woman named Denise Cortez (Jama Williamson), who Wylie and Vega learn changed into a disguise in the car while discarding her clothes at a homeless encampment. Raymond soon learns about the investigation, forcing Abbott to close the case and reconsider the team’s strategy. Jane attempts to force a confession out of the killer after luring Raymond and Denise into a single room, and threatening to open a briefcase which he claims contains incriminating evidence. They both name each other as the killer and share their respective stories of how they witnessed the murder, but Jane is unable to come to a conclusion. The briefcase simply contains a paper that reads „curiosity killed the cat”, written by Jane to Vega in response to the same words Vega told Jane earlier. The real killer is Raymond, who at the beginning washed his hands and turn on a fan located besides her body.

„Grobowa cisza, żałobny dźwięk”. Yoko Ogawa.

 Wydana w Tajfuny. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożyła Anna Karpiuk.

Tytuł oryginalny Kamoku na Shigai, Midara na Tomurai.

Po zachwycie nad książką „Ukochane równanie profesora” tejże autorki, sprawdziłam co jeszcze jej ukazało się na polskim rynku i z zachwytem odkryłam, że jest jeszcze jedna jej książka, ta o której właśnie dzisiaj piszę.

„Grobowa cisza, żałobny dźwięk” to książka niezwykła. Nie wiem, być może osoby, które czytają jeszcze więcej niż ja, nie znajdą w niej tyle oryginalności i pomysłowości ile znalazłam ja. Nie szkodzi. Ja jestem nią zachwycona. 
Książka składa się z opowiadań, które początkowo wydawały mi się historiami osobnymi a w rezultacie szybko zorientowałam się, że poszczególne postaci, bohaterowie opowieści nic o tym nie wiedząc, „spotykają się” w kolejnych opowieściach. Ich losy splatają się w większym bądź w mniejszym stopniu, czasem jedynie marginalnie ale jednak. Mnie osobiście bardzo się ten zabieg literacki podobał. 

Chociaż książka rozpoczyna się od razu opowiadaniem z dramatycznym wydźwiękiem, czytałam dalsze historie i naprawdę właściwie przez cały czas książka trzyma swój poziom. Nie umiałabym powiedzieć, że w którymś momencie książka mnie znudziła. 
Całość napisana została charakterystycznym dla Yoko Ogawy stylem. Spokojnym, nie epatującym niepotrzebnym okrucieństwem mimo, że w książce są i sceny dramatyczne. Jest dość minimalistycznie a mimo to jest tu i miłość i zdrada i zbrodnia i żałoba. Śmierci i żałoby jest tu w ogóle dość dużo. Jest bowiem i opłakiwanie dziecka i utraconej miłości i miłości, która się nigdy nie zdarzy i młodości, która mija szybko (zbyt szybko) i nigdy się nie powtórzy. Jest też żałoba za utraconymi szansami, za przeszłością, która nas kształtowała. 

Książka jest napisana w subtelny sposób, mimo, że porusza naprawdę spore spektrum ludzkich uczuć i namiętności. Jest też i zmysłowość, opisana w delikatny i niewulgarny sposób. Wszystkiego jest tu „akurat” i tak jak potrzeba. 

Które z opowiadań zrobiły na mnie największe wrażenie ? „Popołudnie w cukierni”, „Piaskowy Dziadek”, „Kitle”, „Fastryga na serce”. 

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam gdy nagle, bez zapowiedzi, odkrywam jedną z najlepszych książek jakie czytałam. Tak właśnie stało się z tą książką. 
Ogromnie ją Wam polecam, jeśli oczywiście jej nie znacie. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Historie florenckie”. Ewa Bieńkowska.

 Fundacja Zeszytów Literackich. Zeszyty Literackie. Warszawa (2015). Ebook.

Okazało się , że Trylogię Włoską rozpoczęłam od ostatniej części bowiem całość to : „Co mówią kamienie Wenecji”, „Spacery po Rzymie” i właśnie „Historie florenckie”. Nie popsuło mi to jednak lektury a jedynie zaostrzyły apetyt na resztę, tym bardziej, że „Spacery po Rzymie” oczekuje na przeczytanie na czytniku.

„Historie florenckie” nie są typowym przewodnikiem a raczej książką, która jest dedykowana dla kogoś kto nie chce jedynie odpoczywać ale zwiedzać miasto a ponadto napawać się sztuką. Minusem książki jest brak ilustracji i owszem, myślę, że można czytać ją będąc obłożonym albumami o sztuce bądź wciąż sięgając do Internetu ale szczerze mówiąc, dobrze byłoby gdyby jednak zdjęcia opisywanych miejsc i dzieł sztuki pojawiły się w niej. 

Czy jest to książka dla każdego? Nie wiem, szczerze mówiąc sądzę, że nie. Myślę, że jednak trzeba mieć ochotę na przystępnie, to z pewnością, ale jednak coś w rodzaju wykładu i o historii Florencji i o zamieszkujących ją słynnych mieszkańcach, wreszcie o samych dziełach sztuki, o których jest naprawdę dużo. Jeśli jednak interesujecie się sztuką i lubicie o niej poczytać coś więcej dodatkowo przepuszczone przez osobisty filtr upodobań i zamiłowań, sądzę, że nie zawiedziecie się. 

Ja tę książkę rozpoczęłam jeszcze w ubiegłym roku i czytałam ją można powiedzieć, „na raty” ale nie przeszkodziło mi to w odbiorze. 

Podsumowując, „Historie florenckie” to ciekawa opowieść o mieście , o dziełach sztuki, o historii, o rozwoju miasta, o jego mieszkańcach i rządzących, o polityce. Wreszcie, jest to przyjemna zachęta do popodróżowania po części Italii i doznaniu kultury bez ruszania się z miękkiej kanapy w naszym mieszkaniu.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Ukochane równanie profesora”. Yoko Ogawa.

Wydana w : Tajfuny. Warszawa (2019). Ebook.

Tytuł oryginału Hakase no Aishita Sushiki. 

Przełożyła Anna Horikoshi.

„Ukochane równanie profesora” przeleżała się na moim czytniku sporo czasu. W sumie to sama nie wiem, czemu, zwłaszcza, że czytałam wcześniej dwie książki autorki „Miłość na marginesie” i „Muzeum ciszy” i obie oceniłam najwyżej jak mogłam. Nie inaczej zresztą jest z „Ukochanym równaniem profesora”, po którą to książkę sięgnęłam wreszcie zmobilizowana przez koleżankę, która w końcu zeszłego roku ją skończyła czytać.

„Ukochane równanie profesora” to książka spokojna, wyciszająca. To nie jest z pewnością tego typu literatura, którą możemy określić jako tą z szybkimi zwrotami akcji i nieustająco zmieniającym się kalejdoskopem postaci. 
Nie wiem czy osoby, która lubią jednak jak coś się „dzieje” odczują przyjemność podczas lektury. Ja takie niespieszne, wyciszające książki lubię i cenię i pewnie dlatego książki autorki tak mi się podobają. 
To piękna książka o uważności na drugiego człowieka, o przyjaźni, ale przede wszystkim o miłości do matematyki. Miłości, która pozwala komuś, kto kiedyś zajmował się matematyką zawodowo i która to matematyka zajmowała ogromną część życia, po traumie na nowo chociażby w jakiejś części w tym życiu się odnaleźć.

Narratorka to młoda dziewczyna, samodzielna mama, wychowująca dziesięcioletniego syna. Jako, że nie jest bardzo wykształcona a musi utrzymać nie tylko siebie ale i dziecko, podejmuje się pracy jako pomoc domowa w jednej z agencji świadczącej tego typu usługi. Przyjmuje ją starsza kobieta, szwagierka Profesora jak później nazywają pracodawcę, która w dość obcesowy sposób ale jednak przyjmuje narratorkę do pracy w domu Profesora. Szybko okazuje się, że w domu starszego pana jest sporo pracy , dom jest nieco zapuszczony, mówiąc delikatnie. Niemniej jednak młoda kobieta szybko się odnajduje w swojej nowej pracy. Dowiaduje się też paru rzeczy o swoim chlebodawcy. Otóż to dawny pracownik uniwersytetu, który paręnaście lat wstecz uległ wypadkowi samochodowemu, w wyniku czego coś stało się z jego mózgiem i jego pamięć krótkotrwała trwa jedynie osiemdziesiąt minut. Co oznacza, że Profesor przypina sobie do garnituru karteczki z napisanymi przez siebie wyjaśnieniami pewnych sytuacji czy też opisem konkretnych osób. Również bohaterka przychodząc do pracy codziennie rano musi się mu przypominać, kim jest, co tu robi. Prowadzą też codziennie podobnego rodzaju rozmowy jako,że Profesor nie pamięta następnego dnia, że już o czymś wczoraj rozmawiali. 

Jako, że Profesor lubi dzieci, kiedy tylko dowiaduje się, że jego pomoc domowa zostawia syna samego w domu na długi czas po szkole, proponuje aby chłopiec po szkole przychodził do jego domu i wracał po kolacji z mamą do własnego domu. Zaprzyjaźnia się też nie tylko z samą bohaterką ale jej synem, którego, od specyficznego kształtu głowy i fryzury, nazywa Pierwiastkiem. Uczy też chłopca matematyki a jego mamie przybliża tę niezwykłą krainę wiedzy , w sposób ciekawy i z pewnością oryginalny. Sądzę, że był to sposób Profesora na uchwycenie świata, który po wypadku i urazie, wręcz wymykał mu się z rąk. A to, co znał do tej pory najlepiej, co stanowiło sens jego życia, na swój sposób staje się czymś w rodzaju łącznika pomiędzy tym, co stracił a tym, co wciąż ma i co dzieje się w jego życiu. 

Nie jestem osobą, która zna się na matematyce, ba, nie jestem w niej najlepsza ale nawet ja, zupełny laik jeśli chodzi o pewne jej zagadnienia, miałam wielką przyjemność z czytania o niej w tej książce i spojrzeniu na świat w dość oryginalny sposób i przez inny niż do tej pory, pryzmat.

„Ukochane równanie profesora” to delikatna i subtelnie kreślona opowieść o pięknej przyjaźni, o miłości, pasji. Wreszcie o tym, że warto jest uważnie spojrzeć na kogoś, kogo być może nawet znamy, bo potrafi skrywać piękne historie. Warto im tylko dać wyjść na jaw. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.

„Moja osoba”. Łukasz Najder.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2020). Ebook.

Nie wiem doprawdy, dlaczego dopiero po tal długim czasie sięgnęłam po tę książkę, niemniej jednak cieszę się, że wreszcie się na lekturę zdecydowałam.

„Moja osoba” to teksty autora, które częściowo już się wcześniej ukazywały w różnych miejscach, niemniej jednak nie wpływa to według mnie na odbiór tychże składających się na tę książkę.
I tak, muszę powiedzieć, że mnie po raz kolejny, najbardziej ujęły wśród tych rozdziałów te pisane o bardziej osobistych niż ogólnych, sprawach.
Przejmujący ponownie, gdyż już go czytałam, był dla mnie tekst „Wszystko jeszcze mogło się udać”, który traktuje o ojcu autora i jego relacjach z narratorem. Myślę, że jest on ważny zwłaszcza dla tych osób, których relacje z którymś z rodziców, bądź konkretnie z ojcem właśnie, dalekie były od udanych.

„Mysz” z kolei to szczera i do głębi przejmująca opowieść o upadku w otchłań depresji i swoistego załamania nerwowego, które to przydarzyło się autorowi w chwili zakończenia beztroskiego etapu studenckiej kariery a u progu całkiem nowego rozdziału życia, który to rozdział nie bardzo chciał się dobrze i pomyślnie rozpocząć.

„Turnus” z kolei to miód na moje wspomnienia z wyjazdów z Mamą do Jastrzębiej Góry, zanim ta stała się pełnym rozkrzyczanego tłumu, gwarnym kurortem. Przez wiele lat jeździłyśmy z Mamą do ośrodka wczasowego należącego do zakładu pracy mojej rodzicielki i miejsce to darzę ogromnym sentymentem.
Nie odważyłam się jak dotąd, mimo, że miałam ku temu okazję, skonfrontować własnych wspomnień z zastałą rzeczywistością, na co zdecydował się Łukasz Najder. Dzięki czemu być może coś zostało mi oszczędzone a być może powinnam jednak żałować, że nie zdecydowałam się na taki krok…trudno powiedzieć.

„Nie wstydzę się Gutenberga” to przyjemny tekst, który z radością odczyta każdy czytelnik. Na pewno ci którzy gromadzą , nawet jeśli wiedzą, że nie przeczytają, napawają się, zamiast podziwiać podczas wizyty u kogoś dzieła sztuki lub raczyć się wyrafinowanymi alkoholami, dyskretnie lustrują zasoby cudzych biblioteczek, będą tym tekstem usatysfakcjonowani.

„Najzimniejszy dzień roku” to opowieść o śmierci poprzez śmierć bliższych i dalszych osób jak i zwierzęcia, psa Argo. Pisanie o śmierci, żałobie, bywa, że jest dość ryzykownym przedsięwzięciem bo można zostać wziętym za ekshibicjonistę emocjonalnego , niemniej jednak tu nic takiego miejsca nie ma.

Osobny rozdział, mimo, że tej serii książek akurat nie znam i nie mam zamiaru poznawać, dotyczył słynnej „Mojej walki” Knausgarda. Ciekawy opis pokonania przez książkę, do lektury której przystępowało się z wielkim entuzjazmem. Plus, ciekawostki o awanturze jaka wynikła w rodzinie autora i słusznie zadawane pytania o to jak wygląda nasza pamięć o wydarzeniach i osobach podczas procesu pisania i czy naprawdę wszystko co pamiętamy należy tylko do nas samych?

„Moja osoba” to książka bardzo dobra. Nie przeszkadzała mi jej forma czyli zbiór felietonów, tekstów. Tym bardziej,że sprzyja to powrotowi do tych najbardziej ulubionych, tych, które chce się ponowić aby być może znaleźć w nich coś nowego lub utrwalić coś co nie dość dobrze się zapamiętało a chce się mieć w pamięci.

Poza tym jest to też zwyczajnie i po prostu, przyjemność, jako, że Łukasz Najder zwyczajnie umie pisać po polsku, robi to z wielką pasją i erudycją więc teksty naprawdę są równe i podobnie zajmujące.

Moja ocena to 6 / 6.

Szczęśliwego Nowego Roku 2022 !

Dzisiaj Sylwester więc akurat czas na to abym złożyła Wam , Czytelniczki i Czytelnicy blogu, Życzenia z okazji nadchodzącego Nowego Roku 2022.

„Pożyczę” Wam dokładnie tego czego życzę sobie a więc aby ten Rok 2022 był dla nas lepszy.
Życzę dużo Zdrowia, Szczęścia, poczucia spokoju i tylko życzliwych osób wokół nas i Was.

Pozdrawiam i do przeczytania !