Rocznica…

 Dwanaście lat temu skończył się pewien etap naszego życia wraz ze śmiercią Emilki.
W tym roku w dniu Jej Urodzin wracaliśmy akurat z majówki w naszym ukochanym warmińskim wiejskim zakątku. Pobyt wśród rodziny, serdecznych ludzi, psów, kotów i wszelkiego żywego stworzenia, sprawiła, że trochę lżej przyszło znosić następne dwa tygodnie, które co roku wracają do mnie ze zdwojoną siłą. 
Zawsze powtarzam, jakie to szczęście, że jest Janek, bez Niego w ogóle wolę nie myśleć jak wyglądałoby nasze życie. Jest naszym promykiem radości i źródłem szczęścia…

Proszę, pomyślcie dzisiaj przez chwilę o dzielnej, małej Dziewczynce, która zjawiła się na tym świecie na krótkie czternaście dni a została w naszych sercach i pamięci już na zawsze. 

„Zbrodnia w Boże Narodzenie”. L.M.Longworth.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2022). Ebook.

Przełożyły Małgorzata Trzebiatowska i Agnieszka Nowak-Młynikowska.
Tytuł oryginalny Noel Killing.

Ósmy tom z serii Verlaque i Bonnet na tropie.

Powiem tak, ta seria z dwójką zakochanych w sobie bohaterów (w tej części są już po ślubie) nie była nigdy aspirującą do nie wiedzieć jak wysokich lotów literatury. Ot, kryminały z miłą okolicznością turystyczno przyrodniczą w tle (ten cykl dzieje się w Prowansji) no ale nawet od takiej literatury oczekuję czegoś, co mnie wciągnie. Nie bez powodu kocham cykl wenecki autorstwa Donny Leon czy cykl dziejący się na Sycylii autorstwa Camilleriego.
Tu czytałam parę części poprzednich i oceniałam je różnie, jak widzę zawsze mniej niż 5 na 6 ale ta naprawdę mnie zawiodła.
Cieszę się, że kupiłam ją w promocji, bo przynajmniej nie wydałam na nią nie wiadomo ile pieniędzy. Większość lektury jakoś ją przemęczyłam, nie miałam przyjemności z lektury a szkoda.
Ogólnie, to odnosiłam wrażenie, że przez całą książkę autorka miotała się i do końca sama nie wiedziała, komu chciałaby wtrynić zbrodnię. Motywy, które poznaliśmy, kompletnie mnie nie przekonały i dalej mam wrażenie, że ktoś tu wziął udział w jakimś losowaniu „jakiego powodu zbrodni można użyć w tej części”.
Nie no, wiem, jestem teraz sarkastyczna ale naprawdę, nie oczekiwałam niczego poza dobrą rozrywką i ciekawą intrygą kryminalną a otrzymałam jakąś totalną wydmuszkę. Przemęczyłam do końca bo po pierwsze, jak mam na coś narzekać, to muszę to znać, przeczytać czy obejrzeć w przypadku filmu. Po drugie, żal mi było jednak nawet tej może niewielkiej kasy wydanej na książkę. A po trzecie, jedna sytuacja dotycząca dwójki bohaterów, przewidziałam ją niemal od początku i byłam ciekawa czy się sprawdzi moje przypuszczenie. Sprawdziło się.

Dobrze, że nie skusiłam się na książkę w zeszłym roku gdy mogłam ją czytać w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, które to też zbliżają się w tej książce. Bardzo bym się zawiodła.
A zbrodnia, której motywu w sumie nie rozumiem i mnie nie przekonuje, dzieje się na przyjęciu po spektakularnym koncercie kolęd, który odbywa się w katedrze. To, co początkowo biorą za nagłą śmierć pana Hainsby’ego, szybko okazuje się zbrodnią bowiem do jedzenia mężczyzny została dodana trucizna. Mężczyzna był znany w okolicy, prowadził biuro wycieczek po okolicy i w sumie nie wiadomo, kto mógłby mu źle życzyć. A chwilę potem ktoś usiłuje zabić księdza z miejscowej katedry.
W tym momencie sytuacja robi się już naprawdę nieprzyjemna. Śledztwo prowadzi zarówno Verlaque jak i Bonnet ale o dziwo, w tej części właściwie razem niewiele działają, bardziej każe z nich indywidualnie zbiera tropy, które potem razem omawiają w domowym zaciszu.

Szczerze? Jakaś taka chłodna była ta książka i to nie tylko ze względu na porę roku, w której się rozgrywa akcja książki. Trudno było jakoś współczuć ofierze i jak mówię, odnosiłam wrażenie, że autorka do końca nie miała pomysłu na to, z kogo z bohaterów zrobić mordercą.

Wiem, że na pewno są tu miłośnicy tej serii i mam nadzieję, że macie z niej o wiele więcej przyjemności niż ja miałam.
Niemniej jednak ta część serii była według mnie, oczywiście, najgorszą ze wszystkich.

Moja ocena to 3 / 6.

Życzenia

Dzisiaj Święto Bibliotekarek i Bibliotekarzy!

Chciałabym więc, jeśli tu takowi zaglądają, złożyć Wam moje Najlepsze Życzenia.To dzięki Wam potrafimy pokochać książki, to Wy organizujecie mądre i twórcze zajęcia w Waszych Bibliotekach. To wreszcie kto jak nie Wy, możecie podpowiedzieć nam mądrą a nie kolejną popową, lekturę, którą pokochamy do końca życia?

„Notre Dame. Serce Paryża, dusza Francji”. Agnes Poirier.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego w serii bo.wiem.  Kraków (2022). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Czwojdrak.

Wiedziałam, że chcę przeczytać tę książkę, kiedy tylko usłyszałam o tym, że ma się ukazać.
Katedra Notre Dame w Paryżu jest dla mnie z różnych powodów, bardzo ważnym miejscem i ucieszyłam się,że będę mogła sięgnąć po jej  jak myślałam, monografię (chociaż na potrzeby własne nazywam tę książkę raczej biografią). Wydaje mi się jednak, że monografią książka ta nie jest, zdecydowanie.
Ja miałam chyba zbyt wielkie oczekiwanie w jednej kwestii, o czym zaraz napiszę.

Książka „Notre Dame. Serce Paryża, dusza Francji” rozpoczyna się od wspomnień pożaru, który wybuchł w tym kościele 15 kwietnia 2019 roku. Dobrze pamiętam tamten wieczór, gdy media podawały nam zdjęcia buchających z wnętrza płomieni. I swój lęk o to, co stanie się z Notre Dame.
Przetrwała! Tyle wieków historii, tyle wydarzeń mających w niej miejsca i Ona miałaby się poddać pożarowi? Ale początkowo nie było to pewne. Przyznam, że opis tego co przeżywali przybyli pod katedrę mieszkańcy Paryża, turyści i również ci, którzy walczyli o jej przetrwanie (strażacy, historycy sztuki itd) jest według mnie najciekawszą częścią książki prawdopodobnie właśnie ze względu na moje emocje, które mi tamtego wieczoru i nocy towarzyszyły. 

Autorka podzieliła książkę na części związane z poszczególnymi wydarzeniami mającymi miejsce w Notre Dame ale również związek z katedrą, jak na przykład osobny rozdział poświęcono książce Victora Hugo.
Jest to ciekawe, owszem bo pokazuje losy świątyni na przestrzeni wieku i odbiór jej przez ludzi w burzliwych czasach, politykę, która również miała wpływ na losy Notre Dame ale przyznam, że odnosiłam wrażenie, że jak dla mnie nie do końca zgłębiono temat. 
A to, czym się naprawdę zawiodłam, to to, że zabrakło mi w książce opisów wnętrz pod kątem nie tylko architektonicznym ale i sakralnym. Wszak dla chrześcijan to nie tylko niezwykły zabytek ale też a może przede wszystkim, świątynia. 
Miałam nadzieję na więcej sakralnych i historyczno sztucznych informacji i tego nie otrzymałam. 

Jednak poza tym, jeśli ktoś chce dość szynkiego i jednak w miarę pobieżnego przebiegnięcia się po wiekach historii i istnienia Notre Dame, nie powinien być zawiedziony. Dowie się, kogo koronacje się w niej odbywały, jak książka Hugo pomogła wesprzeć losy kościoła, w jakich okoliczościach słyszano w świątyni strzały ale również jak toczyła się zażarta dyskusja na temat tego, jaki architektoniczny plan odbudowy należy przyjąć już po opanowaniu ognia i przystąpieniu do odbudowy zabytku.

Moja ocena, właśnie ze względu na pewne oczekiwania, których nie udało mi się spełnić, to 5 / 6.

„Wiosenna noc. Zamek z lodu”. Tarjei Vesaas.

 Wydana w Wydawnictwie Poznańskim. Poznań (2023). Ebook.

Przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak.

Tytuły oryginalne książek, w kolejności tytułów polskich : Varnatt, Is-slottet.


Nie wiem czy lubicie pytanie czasem zadawane w różnych miejscach książkowych bądź to wydarzeniach  z książkami właśnie związanymi, jakim jest „Jaka jest najważniejsza książka, jaką przeczytałaś?”.
Ja nie lubię tego pytania bo takiej jednej jedynej książki nie mam ale za to z pewnością w tej kategorii mogę umiejscowić książkę „Pałac lodowy” w tłumaczeniu Beaty Hłasko jako „Jedną z najważniejszych książek, które czytałam”. 
„Pałac lodowy” to nic innego a starsze, pierwsze polskie tłumaczenie książki „Is-slottet” Tarjei Vesaasa.
Przeczytałam tę książkę bardzo dawno temu, prawie trzydzieści lat wstecz i pamiętam, że wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie. 
Tym bardziej, że nazwisko nic mi nie mówiło a odkryłam je sobie sama, podczas wyprawy do osiedlowej Biblioteki, w której lubiłam spędzać czas przeglądając stare wydania książek. 
Wtedy w moje ręce trafiła właśnie ta książka i od tej pory bardzo chciałam ją nie tylko przeczytać ponownie co mieć na własność. Jednak wznowień nie było i już myślałam, że się nie uda gdy koleżanka z blogu maniaczytania.home.blog  , która dobrze wiedziała, jak bardzo kocham tę książkę, dała mi znać, że niebawem na naszym rynku wydawniczym ukaże się nie tyle wznowienie tej książki co ukaże się ona w nowym tłumaczeniu. Nie muszę dodawać, że ogromnie mnie ta informacja ucieszyła.

Co było dla mnie zaskoczeniem, to połączenie w jednej książce dwóch książek autora. Wiem, że takie zabiegi się zdarzają, ale przyznam, że mnie w tym przypadku zupełnie to nie podeszło. Ba, usiłuję sobie przypomnieć czy w tych zamierzchłych czasach gdy sięgnęłam po „Pałac lodowy” czytałam i „Wiosenną noc” (na pewno czytałam wówczas „Ptaki”, na podstawie której powstał bardzo dobry film z genialną rolą Franciszka Pieczki pod tytułem „Żywot Mateusza”) ale nie mogę sobie przypomnieć. 
Chyba nie czytałam bo trudności podczas jej lektury z pewnością bym zapamiętała.
Niestety, „Wiosenna noc” mnie dosłownie wymęczyła i w pewnej chwili naprawdę bliska byłam porzucenia jej i sięgniecia po „Zamek z lodu”. Nie ukrywam, że prawie to zrobiłam ale też, że fakt męczenia się z pierwszym tytułem sprawił, że z wielką obawą zaczęłam czytać „Zamek z lodu”. A jeśli jedna z tych książek, których tak dobre wspomnienia chociaż z czasem ulotne, miałam, okaże się nieudana? Jeśli mnie teraz rozczaruje? 

Na szczęście tak się nie stało. 
I przykro mi, w tych moich słowach na tema tej książki, skupić się zamierzam jedynie na „Zamku z lodu”.
A ten, jak już możecie się spodziewać po tym długim wstępie, obronił się wspaniale.

To nie jest długa książka i świetnie. To jest nawet można by powiedzieć, niewielka objętościowo książeczka zawiera dużo dobrej treści. 
Całość, od razu powiem, napisana w stylu charakterystycznym dla autora czyli niedopowiedzianych sytuacji, drobiazgów, które jako czytelnicy możemy interpretować po swojemu. Panuje w niej swoisty nastrój, taki oniryczny wręcz.
Właściwie jakby się uprzeć to jedną z jej interpretacji może być nawet taka, że całość to po prostu czyjś niezwykły sen.

Ja jednak obecnie odebrałam ją z pewnością zupełnie inaczej niż ta osiemnastoletnia Chiara, która ją czytała. Bogatsza o własne doświadczenia pozwoliłam sobie jako jej czytelniczka, na swoją własną odpowiedź na pytanie „O czym jest „Zamek z lodu” „. 

Książka zaczyna się w chwili gdy jedenastolatka o imieniu Siss cieszy się ogromnie na wieczór kiedy to nareszcie uda jej się spotkać i poznać bliżej rówieśniczkę, która jakiś czas temu doszła do klasy, w której uczy się Siss.
Unn, bo takie imię nosi nowa uczennica, budzi zainteresowanie Siss, do tej pory niekwestionowanej przywódczyni klasowej. Dziewczynka nie wyraża najmniejszego zainteresowania integracją z resztą klasy ale czyni to w taki sposób, że nie staje się klasowym pośmiewiskiem czy ofiarą. Po prostu, stoi z boku. Ale Siss to na swój sposób uwiera. Chciałaby wiedzieć coś więcej o równolatce, która ogromnie ją intryguje i oto zdarza się doskonała ku temu okazja. 
Unn, wychowywana przez ciotkę po śmierci mamy dziewczynki, wreszcie zaprosiła Siss do siebie.

Siss rusza na to spotkanie pełna oczekiwania, radości i tej przyjemnej tak naprawdę niepewności, w którą stronę ruszy ta relacja. 
Wraca jednak z tego spotkania odmieniona raz na zawsze.

Jest to jednak jedyne spotkanie obu dziewcząt bo następnego dnia Unn wychodzi z domu i nigdy do niego nie powraca.

My, jako czytelnicy dowiadujemy się od razu, gdzie swoje kroki po wyjściu z domu skierowała Unn i co się z nią stało. Tej wiedzy są jednak pozbawieni bohaterowie książki.
Teraz uprzedam tych, którzy nie chcą zbyt wiele wiedzieć, że w dalszej części swoich refleksji mogę zdradzić sporo z treści książki a jeśli ktoś nie chce znać zbyt wiele, niech dalej już po prostu nie czyta.

Tymczasem wracam do książki. Unn idzie zobaczyć słynny tej zimy zamek z lodu. Spływające wody lokalnego wodospadu bowiem tej zimy stopniowo zamarzały tworząc cudowny twór jakim jest konstrukcja natury z lodu, w której można sobie upatrywać właśnie owego tytułowego zamku.
Unn kierowaną emocjami wydarzeń dnia poprzedniego chce zrobić tego dnia coś odmiennego od codziennej rutyny i oto wpada na pomysł, że odwiedzi zamek przed resztą klasy, która wycieczkę do tworu natury planuje już od jakiegoś czasu. 
Będzie pierwsza, która zobaczy to niewiarygodne lodowe dzieło i która jako pierwsza będzie miała przywilej podziwiania go.
Wchodzi więc do środka owej przedziwnej konstrukcji i oto zaczyna jakby zwiedzać poszczególne sale zamku. Są one niezwykłe, skrywają rozmaite cuda i dziewczynka nie może się nimi nacieszyć i na nie napatrzeć. 
Niestety, nigdy z zamku nie wychodzi.

Tymczasem zarówno w szkole jak i ciotka Unn orientują się, że coś się musiało stać i że dziewczynki należy szukać. Na skutek pospiesznie wypowiedzianych przez Siss słów niektórzy zaczynają podejrzewać, że wieczorem gdy dziewczęta spotkały się u zaginionej, wydarzyło się coś poważnego i zaczynają się naciski na jedenastolatkę aby powiedziała, co się stało aby wiedzieć czy mogło to mieć wpływ na zaginięcie dziewczynki.
Siss jednak zachowuje milczenie, nie chce albo raczej sama nie umie powiedzieć czy coś w ogóle się stało albo jeśli stało się to jak to przekazać. Milczy i cierpi. 
Rusza akcja poszukiwawcza ale nie przynosi ona rezultatu a mała dziewczynka, nie wiedząc, co stało się z kimś, w kim upatrywała przyjaciółki na dobre i na złe, zamyka się w sobie jak ślimak w swojej skorupce. 
Zamyka się w sobie, izoluje zarówno od rodziców, których jest jedynym dzieckiem, jak i od rówieśników, którym do tej pory nieformalnie przewodziła. 
Ta do tej pory wesoła, rozgadana, mająca tysiąc pomysłów na minutę Siss wydaje się wręcz gasnąć i nie wydaje się by ktoś potrafił zaradzić tej sytuacji.

Nie chcę streszczać książki, bo nie o to tu chodzi ale skupię się na tym, jak ją teraz odebrałam. 
A miałam wrażenie, że czytam książkę o przechodzeniu żałoby i jej poszczególnych etapów. 
I to w takim wydaniu, który pewnie niejedna osoba przechodząca przez ten trudny etap w życiu zna czyli w wydaniu doradców i specjalistów jak też osobista żałoba człowieka ma w ich mniemaniu wyglądać.
Być może oczywiście owi wtrącacze się chcą dla kogoś jak najlepiej. A może nie, może po prostu czują że z jakiegoś, bliżej niewyjaśnionego powodu, mają prawo oceniać jak się powinno żałobę przeżywać i nachalnie te swoje wyobrażenia innym sugerować czy wręcz narzucać?

Siss właściwie naprawdę przechodzi żałobę po Unn. Chociaż znały się właściwie tyle co nic, jednak właśnie to, że dopiero otwierały się przed nimi możliwości rozwinięcia znajomości w przyjaźń, powoduje w Siss smutek, rozczarowanie, gorycz, tęsknotę za czymś, co mogło się wydarzyć ale nie wydarzy się już na pewno i człowiek nie ma nawet szansy przekonać się czy było warto i czy jest czego żałować.
Początkowo nie wie, czemu koleżanka zniknęła tak nagle aż do dnia gdy zobaczy Unn lub jej wyobrażenie?

Jak już wspominałam, „Zamek z lodu” jest wypełniony ulotną, delikatną atmosferą, kontury wydają się tu rozmywać a surowa północna natura tylko sprzyja dodaniu książce klimatu niezwykłości i pozwala na mnogość jej interpretacji. 

Najbardziej cieszę się jednak z tego, że czytana przeze mnie ponownie nie zawiodła mnie i pozwoliła na nowy jej odbiór. 

Moja ocena „Zamku z lodu” to 6 / 6. 

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny M, le bord de l’ abime. 

Pamiętam jak reklamowali to jako thriller technologiczny a ponieważ byłam wówczas zachwycona innymi kryminałami autora, skusiłam się kiedy tylko książka pojawiła się na naszym rynku i…zapomniałam? były inne książki, po które sięgnęłam?

I oto po czterech latach przeczytałam ten trhiller z wątkiem kryminalnym chociaż nie ukrywam, wątek kryminalny nie podobał mi się i odnosiłam wrażenie, że autor „dokleił” go jedynie po to aby jakiś kryminał w tym był, podczas gdy chciał napisać interesujące spostrzeżenia na temat rozwoju technologii i stopnia nie tylko jej zaawansowania ale i wpływu tejże na nasze życie. 

Moira jest młodą Francuzką, która rozpoczyna pracę w Hongkongu. 
Ma wielkie szczęście bo udało się jej dostać pracę w jednej z najnowocześniejszych firm tego regionu, u tworzącego imperium technologiczne Jianfenga Minga. 
Moira w tej firmie trafia do działu rozwoju sztucznej inteligencji, z której zesztą sama poniekąd zmuszona jest tam korzystać chociażby nosząc na ręku specjalnie przystosowaną opaskę, która mierzy jej dane i podaje dane dotyczące jej stanu zdrowia ale również miejsca, w którym jest kobieta. 
Technologia przenika się z życiem pracowników tej firmy w sposób jak się okaże, aż nadmierny.

Podczas gdy Moira usiłuje szybko wdrożyć się w nowe obowiązki, równolegle młody policjant z Hongkongu wraz ze swoim doświadczonym współpracownikiem, usiłują rozwikłać sprawę bardzo brutalnych morderstw dokonywanych na młodych kobietach. Łączy je to, że albo pracowały w chwili popełnienia zbrodni w korporacji Minga albo kiedyś były jej pracowniczkami. Tak czy inaczej, firma Minga, z którym chińskie władze mają również na pieńku, przewija się w tych śledztwach z regularnością. 

Moira rozpoczyna więc pracę w technologicznym imperium i zajmuje się pracą nad rozwojem chatbota o imieniu, nieprzypadkowym zresztą, Deus. Rola zespołu zajmującego się Deusem ma polegać na modelowaniu w nim ludzkich zachowań mających pomóc zarówno chatbotowi jak i jego przyszłym użytkownikom w podejmowaniu właściwych życiowych decyzji. 
Każda ingerencja w jego specyfikę może jednak wpłynąć na jego pracę a co za tym idzie, kiedyś doprowadzić do nieodwracalnego błędu. Czy wręcz do katastrofy.

Do niedawna brzmiało to może dziwnie, wszak książka ukazała się cztery lata temu ale czytałam ją teraz, parę tygodni zaledwie po krążącej po internecie wiadomości o mężczyźnie, który tak zawierzył sztucznej inteligenci, że pod jej wpływem popełnił samobójstwo. Do niedawna nie sądziłam, że coś takiego może w ogóle być możliwe a jednak…

Jednym słowem, twórcy Deusa biorą na siebie ogromną odpowiedzialność, bo jak doskonale wiemy, nie każdy użytkownik sieci bądź korzystający ze sztucznej inteligencji, której wpływ na nasze życie jest w ostatnich miesiącach lawinowo narastające, ma uczciwe zamiary. I oto ktoś, kto ma je nieczyste, może tak wpłynąć na sztuczną inteligencję, że ta, zamiast być pomocą człowieka, stanie się dla niego zagrożeniem.

Jak wcześniej wspomniałam, policja usiłuje dociec, kto morduje młode kobiety w Hongkongu a jednocześnie Moira ma swoje własne śledztwo. Oto bowiem orientuje się, że ktoś ingeruje w Deusa. Chatbot zaczyna wymykać się spod kontroli. A to może owocować bardzo nieprzewidywalnymi następstwami. 

I tak jak napisałam wcześniej. Miałam wrażenie, że cały wątek kryminalny został niejako dodany na doczepkę a najciekawszy jest opis pomysłu na Deusa, na to jakie ma się podczas lektury refleksje na tenże temat. Zwłaszcza, że nie wiem jak  u was ale moja przestrzeń internetowa w mediach społecznościwych jest przepełniona doniesieniami z frontu spotkań z chatbotem, z najrozmaitszymi efektami.
Nie ukrywam, że paradoksalnie moje opóźnienie lektury tej książki wpłynęło pozytywnie na jej odbiór, bowiem wyraźnie miałam świadomość, że to nie są czcze ostrzeżenia Miniera a realnie mogąca nastąpić sytuacja. Bądź ich splot.
Przyczepię się jednak do czegoś a mianowicie do brutalności opisów morderstw. Nie były one potrzebne w takim nadmiarze, naprawdę nie trzeba było czytelnikowi aż takiej szczegółowości. To więc jak dla mnie zdecydowany minus. Nie ukrywam, omijałam te opisy nic na tym nie tracąc.

Ale gdyby nie to, nie mam zastrzeżeń a „Na krawędzi otchłani” pozostawia mnie ze zdecydownie sporą ilością refleksji i przemyśleń dotyczących rozwoju technologii i wpływu tego rozwoju na nasze życie. Czy tego chcemy czy też, co bardziej możliwe, czy nie chcemy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Życzenia Świąteczne

Ponieważ mam świadomość, że niektórzy w okolicy czasu świątecznego robią sobie detoks od komputera, to już dzisiaj chciałabym Złożyć Wam Życzenia Zdrowych, Spokojnych Świąt Wielkanocnych !

Niech każdy z Was wypocznie i spędzi ten czas w sposób, w jaki najbardziej potrzebuje.

Kto ma potrzebę duchowości, niech jej zazna a kto tak zwanego świętego spokoju, niech i to ma.

Życzę także nam i Wam poczucia Odnowy i tego, że Dobro zawsze zwycięży !

„Pierwiastki śladowe”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.
Tytuł oryginalny Trace Elements.

Najnowszy kryminał Donny Leon dziejący się tradycyjnie w Wenecji i jej najbliższych okolicach nabyłam zaraz jak tylko miał on na naszym rynku premierę.

Muszę przyznać, że jest on dość przygnębiający i zwyczajnie – smutny. Wiem, że teoretycznie raczej każdy kryminał jest smutny, z racji tego, że najczęście jednak ktoś w nim ginie i stąd pomysł na śledztwo i rozwikłanie zagadki ale tu chodzi mi i o tematykę i o ogólny klimat jaki ma miejsce.
I nie poprawi sytuacji fakt, że rzecz dzieje się podczas jakichś absolutnie ekstremalnych upałów jakie nawiedziły miasto i doskwierają mieszkańcom i turystom. 
Aura i ogólny klimat powodują wręcz odczuwalny chłód i dreszcze.

Tym razem komisarz Brunetti wraz ze swoją koleżanką z wydziału, Griffoni, odwiedzają w hospicjum umierającą młodą kobietę, mamę dwójki córek, nieletnich. Dramatyzmu dopełnia fakt, że jakiś czas temu, relatywnie niedawno, mąż umierającej a tata dziewczynek, miał wypadek samochodowy na skutek którego zmarł. 
W hospicjum, do którego trafiają na usilną prośbę chorej, stawiają się szybko i z wielkim trudem udaje się im przeprowadzić zaledwie dwie rozmowy z chorą kobietą. 
Jednak wiadomości przekazane im przez nią staną się przyczynkiem do przeprowadzenia jednego z najbardziej trudnych dla Brunettiego pod kątem etycznym i moralnym, śledztw. 
Dwudziesty dziewiąty tom opowieści o śledczym Guido Brunettim to opowieść o tym do czego zdolni są ludzie kochający pieniądze ale również do czego są zdolni ci, którzy pieniędzy może i nie kochają, za to kochają ludzi i są w stanie zrobić dla nich niemal wszytko a może nawet właściwie i wszystko?

Nie ukrywam, że nie jest to według mnie najlepsza z książek Donny Leon z tego cyklu. Za mało było w niej tego, co w tych książkach lubię najbardziej a mianowicie opisu domu komisarza, wieczornych dysput rodzinych przy stole zastawionym suto przez wspaniale gotującą Paolę. Wiem wiem, zżymam się na nią często czy raczej na postać wykreowaną przez autorkę ale brakowało mi nawet jej w tej części a to już o czymś świadczy. Poza tym, ja rozumiem, upał upałami, ubrania klejące się do ciała i z zamierzenia brak klimatyzacji w domostwie Brunettich ale dlaczego tym razem zabrakło opisu wspaniałych kolacji dziejących się tamże a konkretnie opisu rozlicznych dań, które serwuje Paola rodzinie? Jak do tej pory gdy czytałam tę serię, zawsze nabierałam apetytu na coś z kuchni włoskiej a tym razem autorka mi tego oszczędziła. No i nie ukrywam, ciężko czytało się opis umierającej niespełna czterdziestolatki, o której wiedziało się, że osieroci już wkrótce dwie małe wciąż i potrzebujące rodziców, dziewczynki.

Donna Leon za to postarała się aby na sam koniec zaskoczył nas niemal ideał stąpający po weneckim bruku czyli ni mniej ni więcej a sam Brunetti. Tak, nawet on bywa postawiony w sytuacji bez wyjścia lub może, zmuszony do wybrania tak zwanego mniejszego zła.

Myślę, że mimo moich paru zastrzeżeń, miłośnicy weneckiego cyklu nie będą rozczarowani i z chęcią sięgną po ten kryminał.
A ja tymczasem daję mu ocenę 5.5 / 6.

„Paskudna historia”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań 2023 (Wydanie I (dodruk) ). 

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka. 
Tytuł oryginalny Une putain d’histoire. 

Kolejna wygrana przeze mnie niedawno w konkursie na stronie Kawiarenki Kryminalnej na Fb, książka z pakietu kryminałów Bernarda Miniera. I jest to kolejna udana lektura, którą dosłownie pochłonęłam. 
Nie mam pojęcia, jak mi się udało ominąć ten kryminał Miniera, zwłaszcza, że pierwsze wydanie pojawiło się parę lat wstecz (tu jak widzę, jest dodruk tej książki). Ale tym bardziej cieszę się, że ją wygrałam i mogłam przeczytać bo zwyczajnie, tytuł jakoś mi umknął i nie miałam go ani w wersji papierowej ani w wirtualnym stosie wstydu na czytniku.

„Paskudna historia” nie należy do żadnego z cykli autorstwa Miniera, to tak informacyjnie. 
Akcja książki rozgrywa się na wysepce Glass Island, leżącej na archipelagu stworzonym przez autora ale inspirowanym przez istniejący w stanie Waszyngton. 
A o tym, co się stało opowiada nam narrator, szesnastoletni Henry Dean Walker, mieszkający na wyspie od siedmiu lat  wraz ze swoimi mamami, Liv i France. Mamy są niezwykle ostrożne i na przykład Henry ma zakaz posiadania konta w mediach społecznościowych na prawdziwe dane lub też gdy w szkole mają miejsca klasowe zdjęcia, Henry nie jest w te dni w szkole obecny. 
Wydaje się więc, że obie panie dbają o dyskrecję i raczej nie chcą aby być bardzo w sieci „obecnymi”. Ale jaki może być tego powód? Czyżby się przed czymś lub raczej na pewno, przed kimś, ukrywały?
Akcja książki szybko dziać się zacznie dwutorowo i gdy chłopak będzie opowiadał nam o tym co stało się w październiku 2013 roku , my dowiemy się stopniowo, kto i dlaczego od dawna szuka nie tyle nawet jego mam, które wdrożyły najwyższy stopień ostrożności, co właśnie Henry’ego. 
Do szkoły Henry odbywa codzienną podróż promem, którą odbywa wraz ze swoimi przyjaciółmi z Glass Island. Charlie jest jego najlepszym przyjacielem, Johnny i Kayla to para a Naomi to  kolei dziewczyna Henry’ego. 
Akcja książki zaczyna się w chwili oopisu zbrodni popełnionej na młodej dziewczynie.
Potem zaś nagle znajdujemy się na promie a sam bohater i narrator znajduje się w dość trudnym dla młodych czy raczej przede wszystkim dla samego chłopaka momencie a mianowicie podczas powrotu do domu ze szkoły Naomi oznajmia właśnie na promie, że zrywa z Henrym.

Wzburzeni młodzi rozstają się w gniewie i w sumie to ostatni moment, kiedy Henry czy ktokolwiek z ich paczki, która tworzy naprawdę silne grono, widzą Naomi. Pewni, że opuściła prom z kimś innym, kto tego wieczoru również podróżował nim do domu jak spora liczba mieszkańców Glass Island, wracają razem autem do swoich domów. 
A następnego dnia jak zawsze rano znowu przyjaciele spotykają się przy promie aby dotrzeć do miasta, gdzie się uczą. Ale nie ma wśród nich Naomi. Niestety, szybko wyjaśnia się jej nieobecność w szkole gdy w czasie godzin lekcyjnych ktoś z młodzieży odkrywa informację o odnalezieniu na Glass Island ciała młodej dziewczyny. Takie wiadomości, wiadomo, rozprzestrzeniają się szybciej niż byśmy chcieli i oto dowiadujemy się, że Naomi nie było w szkole właśnie dlatego, że to jej ciało zostało znalezione na wyspie. 

Szybko rozpoczyna się w tej sprawie śledztwo, tym bardziej, że nie jest to nieszczęśliwy wypadek a morderstwo. Ale o co chodzi? Czemu ktoś zabił młodą dziewczynę, dorastającą na spokojnej, wydawałoby się, wyspie, na której jeśli Policja działa to głównie w sezonie letnim, gdy na wyspie ląduje sporo turystów nie zawsze chcących jedynie obserwować orki a mający na celu bardziej rozbudowaną, niekoniecznie zgodną z prawem, zabawę. 
Oczywiście, jak to najczęściej bywa w takich sytuacjach na pierwszy rzut ognia biorą chłopaka ofiary. 
Co jednak zastanawiające, sprawa wydaje się być mocno zawiła, bowiem tego samego dnia gdy znaleziono ciało Naomi, zaginęła jej matka. Są więc głosy, że być może z jakiegoś powodu to ona popełniła tę zbrodnię. Z drugiej strony, co tak naprawdę działo się w życiu Naomi, że skończyło się ono tak szybko? Henry zaczyna analizować sytuację, uświadamia sobie, że jakieś pierwsze znaki nadchodzącej katastrofy odnotował już wcześniej. Dziewczyna wyraźnie się zmieniła, zaczęła się samookaleczać. Czy coś działo się w jej rodzinnym domu co powodowało takie działanie czy też coś innego było tego powodem?
Wraz z grupą swoich przyjaciół, Henry rozpoczyna więc swoistego rodzaju śledztwo usiłując dowiedzieć się o co mogło chodzić i kto tak naprawdę stoi za morderstwem nastolatki. 

Wraz z przebiegiem owego dochodzenia zaczną rozumieć, że wyspa, na której żyli i którą do tej pory postrzegali jako jedną z najnudniejszych miejsc na świecie, w którym niewiele się dzieje a jej mieszkańcy są stanowczo zbyt przewidywalni, skrywa w sobie wiele (zbyt wiele) tajemnic i okropieństw.  
Dzieje się na niej zbyt wiele dziwnych i złych rzeczy, spraw a niektóre relacje są naprawdę niedorzeczne. Jednym słowem, do niedawna bezpieczne miejsce, jawi się im obecnie jako miejsce pełne niegodziwości i sekretów. Osoby, które do tej pory wydawały się przyjazne, niekoniecznie takimi są i idą za tym stwierdzeniem konkretne czyny.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele ale po raz kolejny autor napisał coś, co mnie ogromnie wciągnęło i zapewniło mi rozrywkę a poza tym nie było takie jak się spodziewałam ( i dobrze, najgorzej, jak autor kryminału, thrillera bo to właściwie mieszanina tych gatunków, nie ma czytelnikowi nic zaskakującego do zaoferowania). 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Lucia”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2023).

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginału Lucia.

Książkę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kawiarenkę Kryminalną na stronie Fb.

„Lucia” zapoczątkowuje nowy cykl kryminalny jednego z moich ulubionych obecnie autorów kryminalnych, opowiadający o śledztwach prowadzonych przez porucznik Lucię Guerrero. I jest to początek ogromnie, ogromnie udany. 

Od razu uprzedzam, Minier nie skupia się w swoich kryminałach na warstwie społeczno obyczajowej, tak jak często robią to i są za to doceniani, Skandynawowie. U Miniera kryminał jest kryminałem (a tu wręcz kryminałem z elementami thrillera). Nie ukrywam, że dokładnie na coś takiego miałam chęć. Aby kryminał miał ciekawy pomysł na wątek zbrodni, aby akcja działa się szybko i sprawnie, aby bohaterowie nie byli przewidywalni ale też nie nadmiernie przesadnie rozrysowani bo to często stanowi wręcz karykaturalne postaci zamiast bohaterów, których losy się śledzi z uwagą i im kibicuje. 
To otrzymałam w pierwszej części nowej serii o Lucii Guerrero. Tytułowa postać to osoba z tak zwanymi ciężkimi wydarzeniami w przeszłości, noszącą tajemnicę a także całą kolekcję tatuaży. Na pewno daleka jest od bycia zaszufladkowaną, nie jest to osoba, która ma potrzebę pokazywania się każdemu i zdradzania wszystkich sekretów ze swojego życia. Kobieta niezależna.  I budząca sympatię czytelnika, a przynajmniej moją. 

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy Lucia Guerrero musi zmierzyć się z obrazem zamordowanego  powieszonego na krzyżu partnera z pracy, sierżanta Sergio Castillo Moreirę. 
A następnie, rozpocząć jedno z najtrudniejszych śledztw. 

W międzyczasie poznajemy drugiego bohatera, który wraz z Lucią poprowadzi to śledztwo a mianowicie Samuela Borgesa, profesora kryminologii i kryminalistyki Wydziału Prawa Uniwersytetu w Salamance. Wraz z szóstką młodych ludzi, zebranych z różnych krajów, stworzył on program DIMAS, mający na podstawie dostępnych danych ze śledztw na przeprowadzonych na przestrzeni lat, połączyć niezauważone do tej pory podobieństwa między zbrodniami. I oto w chwili gdy profesor dowiaduje się od młodzieży, z którą pracuje, że DIMAS znalazł jakieś pierwsze trafinie, jego ścieżki splotą się ze ścieżkami Lucii. 

Zbrodnie, które połączył komputerowy program zdarzyły się odpowiednio w 1989, 2015 i 2018 roku. Pierwsza trzydzieści lat wstecz, najnowsza rok wcześniej. Co je łączy? Otóż przedziwne pozowanie ofiar (we wszystkich trzech przypadkach sprawy dotyczyły szczęśliwych małżenstw), które to upozowanie post mortem zostało wzmocnione klejem! Bardzo mocnym klejem. Kiedy patrzy się na miejsce poszczególnych morderstw zaczyna się też odnosić wrażenie, że upozowanie postaci jest związane z czymś jeszcze, a mianowicie, jakby patrzyło się na obrazy wręcz. Co znajdzie w dalszym ciągu swoje potwierdzenie w śledztwie.
Pierwsza zbrodnia dodatkowo wybrzmiewa, jeśli doda się do morderstwa pary fakt, że po odkryciu zwłok pary w roku 1989 okazało się, że w dniu gdy padła ona ofiarą przestępstwa, para podróżowała z nieletnim synem. Chłopiec zniknął z miejsca zbodni a ciała dziecka nigdy nie odnaleziono. 

Współpracownik Lucii został również upozowany, chociaż bez towarzyszącej mu współmałżonki, natomiast z odkrytymi przez DIMASA sprawami łączy go fakt przymocowania ciała mężczyzny na krzyżu za pomocą silnego kleju. 

I tak oto Lucia i Salomon rozpoczynają pełne zwrotów akcji, trudne śledztwo mające wykazać kto stoi za czterema tymi zbrodniami i jak to jest możliwe, że ktoś odczekał tak długi czas pomiędzy pierwszą a drugą zbrodnią. Czy jest to ta sama osoba, czy jest ich kilka a może jest to zbrodniarz i jego naśladowca?
Lucia i Salomon ruszają w podróż mającą na celu zobaczenie miejsca pierwszej zbrodni i nawiązują kontakt ze śledczym, który wówczas prowadził tę sprawę. 

Cały jednak czas mają wrażenie, że to nie oni a ktoś inny rozdaje karty w tym śledztwie. W dochodzeniu, w którym szybko Policja namierza potencjalnego zabójcę sierżanta Moreiro. A potem równie szybko Lucia orientuje się, że w tym dochodzeniu nic nie będzie tak łatwe jakby sobie mogła tego życzyć. Sprawda dosłownie kpi zarówno z niej jak i z towarzyszącego kobiecie Salomona, plącze tropy, wysyła listy, wydaje się, że dosłownie śmieje się im w twarz. Jednak, oczywiście, do czasu. Tak, wydaje się być osobą bardzo inteligentną i przebiegłą ale zadarł z niewłaściwą osobą.

Muszę powiedzieć, że jestem ogromnie zadowolona, że udało mi się wygrać tę książkę i ją przeczytać. Miałam ją w planach, odkąd tylko o niej usłyszałam, nawet liczyłam na to, że dostanę ją na niedawno minione urodziny ale ostatecznie wygrałam ją sobie w konkursie. 
Jestem też pewna, że sięgnę po kolejny tom z serii o Lucii Guerrero, kiedy tylko pojawi się na polskim rynku wydawniczym, jednak zapewne trzeba będzie chwilę na nią poczekać.

A tymczasem ten tytuł polecam i daję mu notę 6 / 6.