„Garść popiołu”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2016). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wróciłam do kryminałów autorstwa Wojciecha Wójcika. Nie ukrywam, że tę książkę zaczęłam dość dawno temu ale po drodze wpadło mi coś innego, czym się zajęłam ale po czasie stwierdziłam, że chcę zobaczyć kto stał za zabójstwem nauczyciela geografii w liceum w Legionowie.

Narratorem tej historii jest jeden z nauczycieli legionowskiego liceum, nauczyciel historii i WOS’u, Tomasz.
Pewnego popołudnia, akurat w dniu rady pedagogicznej, jeden z nauczycieli znajduje Mateusza uczącego geografii powieszonego na poddaszu szkoły. W miejscu, do którego rzadko się zagląda. O czym szybko się dowiadujemy, ktoś odebrał mu życie i jak to jest w książkach Wojciecha Wójcika, rozpoczyna się jakby dwutorowe śledztwo. Jedno to policyjne, drugie bardziej prywatne bo Tomek wraz z policjantką Kamilą rozpoczynają pościg za tym, kto pozbawił życia przyjaciela Tomka. Pościg ten trwa cztery dni ale są to dni szybkie i wypełnione dramatycznymi wydarzeniami. 

Po pierwsze, Tomek szybko odkrywa, że Mateusz miał przed nim sporo sekretów. I szybko okazuje się, że znalezienie tego, kto go skrzywdził może nie być takie łatwe. Prędko też wychodzi na jaw, że dawno temu zdarzyło się coś dramatycznego na jednym z obozów letnich ze szkoły, w którym to doszło do tragedii z udziałem jednej z uczennic. A opiekunami na tamtym obozie było trzech nauczycieli z liceum. Byli to Mateusz,  pan Leopold, matematyk i Szymon Pełka. Tamto wydarzenie zdecydowało o tym, co dzieje się obecnie. 
Po śmierci Mateusza znika bowiem nieoczekiwanie matematyk. Wcześniej Tomek widział jeszcze starego nauczyciela kłócącego się z dyrektorem szkoły. Po czym ślad po panu Leopoldzie ginie. 
Zaczyna się czas niepewności, tajemnic i narastającego poczucia niepokoju i grozy, że to wciąż nie koniec złych zdarzeń.

O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego giną nauczyciele liceum? Czemu Mateusz prowadził jakieś działania, o których nie mówił Tomkowi, który czuł się jego przyjacielem i który dopiero po śmierci geografa zaczyna go jakby na nowo poznawać?

Jak to u tego autora, akcja dzieje się w krótkim czasie, za to jest mocno zagęszczona w wydarzenia i postaci. Niemniej jednak czytało mi się ją dobrze i wbrew pozorom właśnie szybko.

Nie jest to jednak książka, którą uważam za najlepszą w dotychczas przeze mną czytaną książkę Wójcika ale też nie oceniam jej źle. 


Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Jak sprzedać nawiedzony dom”. Grady Hendrix.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Przełożył Tomasz Bieroń. 
Tytuł oryginalny : How to Sell a Haunted House.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Muszę powiedzieć, że to książka, od której nie mogłam się oderwać i jak na moje możliwości, to pochłonęłam ją w naprawdę szybkim tempie (a ma ona równo 400 stron tekstu).
Jest to też tego typu książka, po której spodziewałam się po prostu jednego gatunku (bo jest to jednak horror) a otrzymałam coś o wiele, wiele lepszego i więcej! 
Po pierwsze, muszę powiedzieć, że ogromnie spodobał mi się podział książki na rozdziały noszące tytuł poszczególnych etapów żałoby, jakimi są : Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i pogodzenie się. Bardzo dobrze to współbrzmi z tym, z czym praktycznie niemal od początku musi zmierzyć się bohaterka książki, Louise Joyner, trzydziestodziewięciolatka. Lata temu wyjechała z rodzinnego domu w Charleston na południu Stanów Zjednoczonych i po pomyślnym zakończeniu studiów została na stałe w San Francisco gdzie obecnie mieszka, pracuje i wychowuje pięcioletnią córkę, Poppy. 
Louise poznajemy na samym początku w chwili gdy oznajmia rodzicom, że spodziewa się dziecka a ci szczęśliwi natychmiast mają zamiar do niej przyjechać. To wstęp a następnie akcja dzieje się pięć lat później gdy kobieta odbiera najgorszy w jej dotychczasowym życiu, telefon.
Po pierwsze, dzwoni Mark, jej młodszy brat, z którym nie utrzymuje ścisłych kontaktów, a właściwie powiedzieć można, że niemal żadnych kontaktów. Po drugie, Mark oznajmia jej coś strasznego, ich rodzice nie żyją. 
I oto Louise, która na co dzień nie jest z ojcem Poppy, zostawia pięciolatkę pod opieką taty i rusza do rodzinnego miasta na pogrzeb rodziców.

Sto dwadzieścia pierwszych stron książki to szczerze mówiąc, nie jest żaden horror a raczej ogromnie dobrze napisana obyczajowo-psychologiczna książka. Oj, jakie to było życiowe, prawdziwe i mięsiste! Autor nie brał jeńców i opisał na tyle wiarygodnie rodzinę, w której jedno z dzieci było wyraźnie faworyzowane przez rodziców, że aż parę razy niemal dosłownie zazgrzytałam zębami ze złości. Kto z nas nie zna takich członków rodziny, którzy z bliżej niewiadomych powodów są faworyzowani i chyba wychowani w tymże przekonaniu, oczekują od innych bałwochwalczego podejścia i ustąpienia im we wszystkim.
Louise i Mark po latach niewidzenia się spotykają się w dodatkowo ciężkim momencie życia, tuż po stracie rodzicieli i w dodatku będąc w niezbyt przyjaznych stosunkach. 
W pewnym momencie wydaje się jakby u Louise puściła tama wspomnień i pretensji i poznajemy jej powody niechęci w stosunku do własnego brata. Jakby nie było, Mark zawsze był przez rodziców faworyzowany. Był tym dzieckiem, któremu odpuszczało się na zasadzie „Bo ty, córeczko, jesteś silna i dzielna i dajesz sobie radę a on…” (tu dyskretne zawieszenie głosu).
Tama wspomnień przedstawia nam, czytelnikom, rodzinny dom, w którym się wychowali,. Był on wystarczająco pełen emocji bo Nancy, ich matka,  zajmowała się lalkarstwem teatralnym. Kupowała lalki, pacynki, marionetki, sama takowe szyła i praktycznie można powiedzieć, że wczesnemu życiu i młodości Louise i Marka towarzyszyła liczna gromada lalek, którym mama nadawała oryginalne imiona. Swoją sztukę prezentowała jednak oczywiście nie tylko w rodzinnym gronie. A sztuka ta była właśnie pełna wzruszeń, emocji i takiego rzec można, zamieszania i zdecydowanie przenikania świata realnego z tym kreowanym przez matkę. Wystawiała przedstawienia i brała czynny udział w życiu środowiska lalkarskiego.
Ojciec kobiety, Eric, był ekonomistą i wykładowcą na miejscowej uczelni i być może stanowił dobre wyciszenie dla pełnej artyzmu i kochającej tę oryginalną sztukę, żony.

Pierwsze delikatne zapowiedzi tego, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” to jednak horror a nie świetnie skrojona obyczajówka, są już właściwie na początku, gdy rodzeństwo spotyka się w domu rodziców a ongiś, swoim rodzinnym. Lalki, pozostawione w domu bliskich, zdają się bowiem żyć jakimś własnym tajnym życiem. Mają swoje preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu i miejsca, w ktorym chcą przebywać. Kobieta znajduje je w miejscu, w którym na pewno nie powinny się znajdować, w dodatku w dziwnych sytuacjach. Ma dodatkowo wrażenie, że wszystkie lalki a dom jest nimi wręcz wypełniony, wpatrują się w nią i śledzą każdy jej krok.

Dodatkowym zaskoczeniem może być fakt, że po raz kolejny w jej życiu pojawia się Pupkin. Ulubiona lalka mamy, którą brała ze sobą wszędzie i która siłą rzeczy towarzyszyła Louise i jej bratu przez większość dzieciństwa. Ta niby niewinna pacynka okaże się nawiasem mówiąc równorzędnym bohaterem jak rodzeństwo Joynerów i córka Louise, Poppy.
Louise natyka się na Pupkina pewnego dnia gdy trafia do domu rodziców i ku swemu zaskoczeniu znajduje pacynkę siedzącą w ulubionym fotelu ojca i oglądającego jakiś telewizyjny program. Dziwne, bo po śmierci rodziców nikogo w domu nie ma i raczej wręcz nie powinno być. Kto więc posadził Pupkina i wyreżyserował taką sytuację?
Jednak sam początek książki nie zapowiadał horroru, który jednak jak najbardziej będzie się dział w dalszej jej książki. Na samym początku rodzeństwo głównie się kłóciło i wymawiało sobie sprawy sprzed bardzo wielu lat. Z czasem jednak narracja powoli, powoli się zmieniła a autor tak nam namieszał w tym, co poznajemy, co nam zdradza, że zaczynamy na wszystko, o czym do tej pory się dowiedzieliśmy zupełnie inaczej patrzeć. A o postaciach biorących udział w tej historii zaczynamy patrzeć w inny, niż do tej pory, sposób. 

Nie znam innych książek Hendrixa, trudno jest mi więc powiedzieć czy jest lepsza czy gorsza od poprzednich. Wiem, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” podobała mi się do tego stopnia, że jak już wspomniałam, nie mogłam sie od niej oderwać. 

Również jak dla mnie, jest to jednak horror. Już nigdy nie spojrzę tak jak przed jej lekturą na lalki. I oczywiście dodatkiem jest świetny rys psychologiczny bohaterów jak również taki kalejdoskop emocjonalny jaki nam autor funduje, niemniej jednak jest to horror. Nie ma więc oczekiwać, że nie będzie jednak strasznie i dramatycznie. 
Miałam kiedyś możliwość poznania tematu lalek i to tak z najwyższej półki, nie takich lalek zabawkowych ale w kontekście lalek teatralnych, takich, jakie stanowiły sens życia dla Nancy Joyner. Bardzo żałuję,że gdy człowiek jest młodszy, nie dostrzega ogromu możliwości i okazji zgłębienia wiedzy, zwłaszcza na tematy, które są dla niego zupełnie obce. Z możliwości więc nie skorzystałam, bardzo tego żałowałam podczas lektury tej książki bo sądzę, że byłoby to idealnym do niej dodatkiem.

Mnie się podobała, o ile oczywiście tak można powiedzieć o horrorze. 
Oceniam „Jak sprzedać nawiedzony dom” : 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. VOL 2. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2024).

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

„Arystokratka pod ostrzałem miłości” została „rozbita” na dwie części w cyklu wydawniczym. Szczerze, to nie mam zielonego pojęcia, kto o tym zdecydował (bo mógł sam autor). Ja osobiście chyba wolałabym mieć już raz ale całość ale nie ja wydawałam 🙂
Tak czy inaczej, ta część kończy cykl o Marii Kostce z rodu Kostka i z Zamku Kostka. Dziewczynie, której przyszło przybyć z rodzicami do Czech ze Stanów Zjednoczonych, w których mieszkali, do odzyskanego wreszcie rodowego zamku albowiem okazało się, że są arystokracją. 
Czas zatoczył koło, ta część kończy się niemal w momencie gdy rok temu rodzina Kostków zlądowała w Pradze, skąd rozpoczęła się ich dalsza podróż do odzyskanego zamku i całej plejady oryginałów zamieszkujących go i pracujących w nim.

Czy warto było czytać cykl o Ostatniej Arystokratce? Oczywiście, że tak i jestem pewna, że po raz kolejny do niego wrócę (przed wydaniem ostatniej części zrobiłam sobie do niego powrót). A zresztą, nie wiem, nie mam żadnych informacji, żeby nie było ale coś tak czuję,że o ostatniej Arystokratce Evzen Bocek nie powiedział nam jeszcze ostatniego słowa. Chociaż przyznam się Wam, że pomimo tego, że kocham tę serię i uwielbiam do niej wracać, mam wrażenie, że czasem najlepsze co można zrobić, to zatrzymać wózek radości i dobra w najodpowiedniejszym momencie a nie odcinać w nieskończoność kupony. Tak więc kto wie, może to zakończenie jest w najlepszej chwili…czas pokaże czy nie zatęsknię i nie będę marudzić 😉 Ale niech Bocek się nie obawia, nie zamierzam jakby co ścigać go jak bohaterka książki „Misery”, autorstwa Kinga 🙂

W tej części miłości, którą ostrzeliwana dosłownie jest Maria Kostka jest wiele. Większość mieszkańców i pracowników zamku postanawia jakby oddać się we władzę Amora i rozpoczyna mniej lub bardziej intensywne działania zmierzające ku sparowaniu. Maria nie dość, że musi ogarniać całe to rozamorowane towarzystwo, to jeszcze nie zapominajmy, ma dwóch realnych kandydatów do ręki, których nie może przecież zwodzić w nieskończoność (jakkolwiek zabawne by to nie było). 

No ale w końcu na szczęście i ona podejmie decyzję i można powiedzieć, że świat uśmiecha się do Marii szeroko a ona z radością może ten uśmiech odwzajemnić.

Powiem tak, ostatnia część serii trzymała formę. Mnie wciąż dużo podczas czytania bawiło i naprawdę słychać było, że mam udaną lekturę. A to uważam za dużą umiejętność, tak poporowadzić cykl aby trzymać wysoki jego poziom aż do ostatniej strony.

U mnie „Ostatnia Arystokratka” trafia na półkę z książkami na pociechę, kiedy potrzeba się szczerze pośmiać a nie czytać nie wiadomo jak ambitne teksty. 

A moja ocena tej części to 6 / 6. 

„Słoneczniki”. Halina Snopkiewicz.

 Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej.  Warszawa (1980).

Powiem tak, trochę się tego powrotu obawiałam. Powrotu do książki, którą zaczytywałam się jako nastolatka. Skąd wzięłam „Słoneczniki”? Nie wiem. Dostałam ją chyba od Mamy bo na pewno nie kupiłam jej w ulubionym kąciku antykwariatu w księgarni na Broniewskiego, w którym tyle udanych książkowych zakupów nabyłam! A obawiałam się, że może okazać się nie tak zachwycająca jak kiedyś. Że może to, co podobało mi się gdy byłam równolatką Lilki Sagowskiej , narratorki, której pamiętnik poznajemy w tej książce, już teraz mnie nie zachwyci. Niepotrzebne to były lęki i obawy. 
„Słoneczniki” to jak napisałam, pamiętnik czternastoletniej Lilki (gdy kończą się zapiski i książka, autorka pamiętnika zdaje na studia), którego akcja dzieje się od trzynastego grudnia 1948 roku do siódmego lipca 1951 roku. 
I powiem, że pomimo oczywistych odniesień do tamtejszych realiów (bałagan z szkolnictwie, osoby uczestniczące w walkach powstańczych wtłoczone z powrotem do szkolnej ławy, ZMP, powojenna Polska i traumy z lat niemieckiej okupacji) książka ta jest po prostu niestająco aktualna. 
Dojrzewanie, pierwsze zauroczenia Lilki, rozgrywki na polu damsko-męskim. Ambicje, które są albo ich nie ma, miłość i nienawiść, niechciane ciąże. Przy tym wreszcie poczucie wolności po wojennych latach i tułaczce. Młodość jest tylko jedna i należy z niej wycisnąć wszystko aż do ostatniej kropli. Więcej nam się już nie przydarzy, nie powrócimy do niej aby wytrzeć gumką błędy i je poprawić a biografię napisać od nowa. 
Dodatkowo przedziwne relacje Lilki z jej matką, które to relacje nieustająco mnie dziwią i zatrważają ale które to teraz, jako osoba bliska pięćdziesiątki, jestem w stanie wyobrazić sobie (nie zrozumieć i usprawiedliwić ale przyjąć do zaistnienia) o wiele bardziej niż gdy czytałam ją jako nastolatka. 
W ogóle, to odnalazłam w „Słonecznikach” o wiele więcej treści teraz niż wtedy lub może inaczej, sądzę, że jest to dlatego tak dobra książka bo właśnie na każdym etapie wieku i jej lektury jestem w stanie wynieść z niej coś wartościowego, istotnego. 

Tak więc, okazuje się, że powroty do książek z dzieciństwa czy może, wczesnych lat nastoletnich bywa powrotem zdecydowanie udanym i godnym polecenia. 

Oczywiście, że daję tej książce notę 6 / 6. Nie może być inaczej. 

„Podpalacz”. Wojciech Chmielarz.

Wydało Wydawnictwo Czarne. Wołowiec (2012). Ebook.

Sięgam to zaległych zbiorów z czytnika i oto w końcu jakiś czas temu zaczęłam „Podpalcza” Wojciecha Chmielarza. Potem zrobiłam chwilę przerwy na któryś z kryminałów Wojciecha Wójcika ale wróciłam do „Podpalacza” i oto jestem po lekturze pierwszego z serii kryminalnej o komisarzu Jakubie Mortce.

Jak po lekturze? Powiem tak, pewnie trudno jest pisać o czymś, co wszyscy miłośnicy kryminałów Chmielarza już dawno znają ale spróbuję. Cóż, nie ukrywam, że jednak tematyka ciężka. Pożary a nawet co widać już po tytule, podpalenia. Jeden z bardziej przerażających żywiołów, ogień. Jeśli miałabym wymienić coś, co budzi we mnie jeden z większych lęków to jest to właśnie niemożliwy do opanowania ogień. Brrr…W dodatku w tej części, o czym przyznam, nie miałam pojęcia, jest jeden z tych motywów, których w książkach bardzo nie lubię. No ale do brzegu !
Jakub Mortka wraz ze swoim współpracownikiem i kolegą Dariuszem Kochanem musi jechać na Ursyów, gdzie w pożarze domu jednorodzinnego zginął człowiek. To, co początkowo straż pożarna wzięła za pożar, który wydarzył się z przyczyn losowych szybko okazuje się być niestety, podpaleniem. W dodatku nie pierwszym jakie zdarzyło się na osiedlu willi na Ursynowie. No i szybko okazuje się, że śledztwo dotyczyć będzie seryjnego podpalacza.

Jakub Mortka jest świeżo po rozwodzie. Ma dwóch małych synów, z którymi stara się nie tracić kontaktu i walczy z życiem. Gdyby zarabiał więcej, mógłby wynająć jakąś kawalerkę ale niestety, jest jak jest i po tym jak po rozwodzie zostawił mieszkanie na Kabatach rodzinie, wynajmuje pokój w mieszkaniu, w którym wynajmują pokoje studenci, a konkretnie dwójka studentów, dziewczyna i jej chłopak. Mortka usiłuje więc jakoś trwać we wciąż nowej dla siebie rzeczywistości rozwodnika, który chce pozostać w dobrych kontaktach z rodziną ale i jakoś ruszyć do przodu.

Szybko okazuje się, że śledztwo, które prowadzi wraz z kolegami, nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Pojawia się w nim sporo postaci, różne motywy. Na samym końcu książki zostałam nawet przez Chmielarza zaskoczona tym, kto stał za całą tą historią i to dobrze, bo lubię kryminały, w których sprawa wyjaśnia się w sumie na ostatnich ich stronach.

Jak mi się podobała książka? Jak pisałam, tematyka ognia i jeden z motywów był dla mnie ciężki ale sam kryminał jako kryminał według mnie jest dobry. Są tam wplecione też wątki osobiste z życia bohatera, co czyni go bardziej ludzkim, są też poruszone ważne problemy takie jak nałogi, jak przemoc domowa, problemy młodych ludzi nie radzących sobie zbytnio z wejściem w świat dorosłych.

Akcja dzieje się dośż szybko i na plus to, o czym pisałam, zostałam zaskoczona na koniec kryminału osobą sprawcy więc jak dla mnie, bardzo to dobrze.

Moja ocena książki to 5 / 6 .

„Osada”. Michał Śmielak.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2023). Ebook.

Miałam chęć na kryminał nabyty dość dawno temu i oto jak już przerobiłam to, co miałam w planach jak również jeden z prezentów świątecznych, sięgnęłam po tę książkę. 
„Osada” zainteresowała mnie przede wszystkim czasem, w którym dzieje się część akcji książki. Akcja bowiem dzieje się nielinearnie. Część dzieje się w dniu przed Wigilią 1978 roku a część w roku 2023. 

W roku 1978 do osady na Dolnym Śląsku wraca na Święta Jan Ryś. Wraca do dalszej rodziny ale zostaje bardzo serdecznie przyjęty. To młody człowiek, który po śmierci rodziców rozpoczął karierę w strukturach Milicji Obywatelskiej a konkretnie w kryminalnym wydziale. Poprzednio oddelegowany do stolicy, obecnie ma przydział w Jeleniej Górze więc cieszy się na święta spędzone z bliskimi bo pracę w wydziele zacznie i tak dopiero od stycznia.

Autor, co wyjaśnia na końcu, trochę zmienia faktyczny stan bo zimę stulecia, którą tu uczyni poniekąd jedną z bohaterek, nieco przyspieszył. Pamiętamy, że ów pogodowy kataklizm zaczął się w roku 1978 w sylwestrowy wieczór ale Michał Śmielak zaczyna ją w wieczór czy raczej noc po Pasterce. 

Ale zanim nastąpią Święta i Pasterka, jest czas przygotowań do świątecznych dni. W domu Antczaków dziadek został z wnuczkami i wnukami i opowiada im straszne historie, na przykład o Marze, która przybywa ze złą pogodą zimową porą aby porywać, bez różnicy, młodych, starych. Mara nie wybiera, a jedynie odbiera życie ludziom. Gdy słyszysz nocą wycie za oknem zimowym, wiedz, że to Mara zbliża się do domostwa…
Jednym ze słuchaczy tej opowieści, jest narrator z rokuktórym jest osiemnastoletni Michał. Michał Antczak to krewny Jana Rysia, milicjanta, który zjawił się w osadzie. Nastolatek nie pamięta Janka z czasów dzieciństwa, mimo, że podobno Ryś uczył go nawet wędkowania ale szybko nawiązują więź. Chłopak dostaje nawet od stryjka, kuzyna, elegancki prezent, nóż. 
Michał jest szczęśliwy bo ma około świąteczny plan oświadczyn Alicji, z którą spotyka się od pewnego czasu i którą z wzajemnością, kocha. Ach, młodość, ten wspaniały  czas kiedy wszystko wydaje się być przed nami i wszystko wydaje się być możliwe. Także piękne, wspólne życie z kimś, kogo się kocha.
Tymczasem jednak nastaje Wigilia i wspólne radowanie się czasem, pysznymi wigilijnymi potrwami, które dopisują na stole Antczaków i mieszkańców osady.
Pasterka to wydarzenie, w którym bierze udział niemal każdy mieszkaniec wsi. Andrzej Waligóra, zwany we wsi po prostu Andrzejkiem, to kierowca PKS. Organizuje autobus, którym wszyscy jadą do Wnyków, gdzie jest parafialny kościół. A po uroczystości kolędujący mieszkańcy wracają w radosnych nastrojach w osady. Radosne nastroje urywa sytuacja, która ma miejsce czyli wjechanie autobusem do rowu. Na szczęście pomimo tego, że sytuacja wygłądała niebezpiecznie, nikomu nic się nie stało. Ale powrót do wioski jest ciężki bo właśnie tej nocy rozpoczyna się wydarzenie do dziś wspominane przez wielu czyli osławiona Zima Stulecia. 
Jednak na szczęście, wszyscy do wioski docierają i czy to wziąwszy ciepłą kąpiel czy to napiwszy się jakiegoś rozgrzewającego trunku, lądują pod pierzynami z nadzieją na wyspanie się po ciężkiej sytuacji jaka miała miejsce. Jednak tak się nie dzieje i niewiele uda się wyspać Antczakom, do których drzwi załomocze przedarłszy się przez śnieg zasypujący świat, sąsiadka Zośka, która jest zdziwiona ale przede wszystkim zdenerwowana tym, że jej córka Anula zniknęła. Nie wróciła do domu po Pasterce. Ale przecież Bernard, sołtys, specjalnie zliczył wszystkich, którzy po ciężkiej wędrówce wchodzili do wsi, właśnie po to aby zorientować się, czy wszyscy są bezpieczni. Może Andrzejek, który o czym wszyscy wiedzieli, podkochiwał się w dziewczynie, coś o tym wie? Podobno odprowadził ją pod futrkę?
Szybko jednak okazuje się, że zaginięcie to początek zła, które wydarzyło się i będzie się dziać, w małej, z chwili na chwilę coraz bardziej odciętej od świata przez atak zimy, wsi.

Akcja książki dziejąca się współcześnie to z kolei nieoczekiwany powrót do wydarzeń sprzed lat za sprawą dwóch śledczych z Dolnośląskiego Archiwum X. Dwaj śledczy proszą o rozmowę emerytowanego już policjanta, Jana Rysia. Z ich relacji wynika, że śledztwo wówczas mające miejsce chyba nie poszło we właściwą stronę a co ich w tym utwierdza, to szereg dokumentów i zdjęć, których obecnie nie ma w archiwum. Gdzieś poginęły. Policjanci chcą więc dowiedzieć się czegoś więcej od wówczas naocznego świadka wydarzeń i poniekąd biorącego udziału w śledztwie, młodego wtedy milicjanta, Janka. 
Ale jak można opowiedzieć młodym z Archiwum X, że w tamtym momencie ludzie najwięcej wierzyli w powrót Mary, która nie bierze jeńców podczas swojej działalności…? 

Muszę przyznać, że wciągnął mnie ten kryminał ogromnie i o ile można tak określić, to zdecydowanie ta książka mi się podobała. Ciekawa byłam, kto okaże się mordercą bo oczywiście w żadną Marę nie wierzyłam. Ale ciekawe też było opisywanie ówczesnej zimy, tym bardziej,że podczas mojej lektury i u mnie w mieście zrobiło się i mroźno i, co ciekawe, zaczęło być mocno śnieżnie…I tak oto aura za oknem dostosowała swój nastrój w na szczęście nie tak silnym klimacie do tego opisywanego w „Osadzie”.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Gościni”. Marcin Napiórkowski.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2023). Ebook. 

„Gościni” przewijała się na dwóch grupach książkowych, w których jestem więc siłą rzeczy zainteresował mnie ten tytuł dość dawno temu i kiedy Syn spytał co chciałabym od Mikołaja pod choinkę powiedziałam, że mnie ucieszy zawsze książka i zażyczyłam sobie dwa tytuły, w tym właśnie ten. Dlaczego? Bo sugerowano mi horror chociaż nie taki klasyczny i szczerze, to tak tak tak, jako fanka horrorów chciałam poznać „Gościni”.

I w sumie rację mają ci, którzy mówią, że nie jest to taki klasyczny horror. Jest to raczej ciekawa obyczajowa książka, poruszająca bardzo interesująco problemy świata czy społeczeństwa współczesnego z elementami grozy. Grozy, powiedziałabym, narastającej.

Zaczyna się spokojnie. Rodzina Jaworskich to rodzina-firma. Dawno temu Jaworski (ciekawe, chyba ani razu w książce nie pada imię tego bohatera) pracował w szkole jako nauczyciel. W pewnym momencie coś w nim „pękło”. Trochę pod wpływam przypadku gdyż zapomniał o urodzinach własnego dziecka, zabrał syna Marka na spontaniczną wycieczkę rowerową, jako prezent. Następnie nakręciwszy film z wyprawy wstawił go na YT po czym doznał zaskoczenia albowiem film okazał się być hitem. No i poszło! Jaworski rzucił pracę w szkole i rozpoczął życie youtubera wycieczkowicza nowszącego nick Pan Wycieczka. W sprawę została zaangażowana cała jego rodzina, to znaczy w tamtym momencie żona i dwójka dzieci. W chwili rozwijania się akcji książki Jaworscy będą już z trójką potomków. Ale do brzegu!

Zaczyna się kolejna wyprawa Pana Wycieczki i jego dzieci. Dopiero co wrócili z jednej wycieczki ale kredyty nie spłacą się same. Są sponsorzy, są produkty turystyczno podróżnicze, które ma się zareklamować więc Jaworski trochę podstępem a bardziej właściwie emocjonalnym szantażem zagania rodzinę do wypożyczonego na tę wyprawę suvana i ruszają w mniej lub bardziej (raczej mniej) entuzjastycznych nastrojach na wyprawę w Beskidy.

Dość szybko jednak zdarza się coś, co nie pozwoli dotrzeć im do pierwotnego miejsca podróży, jaką była Wysowa. Najpierw o mały włos a mieliby zderzenie z ciężarówką, następnie rozpoczyna się straszna ulewa. Taka, że siłą rzeczy ich serca skłaniają ich do zabrania czekającego na podwózkę autospowicza, Heńka. 
I tak oto Pan Wycieczka, Natalia, jego żona dzieci, szesnastoletnia Marta, czternastoletni Marek i czteroletnia Marysia trafiają wraz z przygodnie zabranym Heńkiem zupełnym przypadkiem do Uśniejowa. 
Tam okazuje się, że ich podróżne auto nie jest w stanie jechać dalej ale szczęście w nieszczęściu, starsi państwo, przy domku których zatrzymała się grupa, prowadzą coś na kształt agroturystyki więc cała ta spora gromadka może przenocować. A potem jeszcze jedną noc i jeszcze jedną noc. 

I tak zaczyna się ich nieplanowany pobyt w miasteczku, o którym do tej pory wydawało im się, że żadne z nich wcześniej w ogóle nie słyszało. 
Ale zdaje się ono być idealne dla nich, prowadzących taki a nie inny biznes. Skoro i tak samochód musi zostać naprawiony w lokalnym warsztacie, Jaworski postanawia nieprzwidzianą sytuację przekuć w sukces. A jest to działanie nieco utrudnione bo ulewa, która przerwała im pierwotny plan podróży i skierowała do Uśniejowa, spowodowała też przerwę w dostawie internetu więc rodzinka jest pozbawiona możliwości kontaktu ze światem tą drogą i bezpośredniego udostępniania materiału na YT. Ale to się najwyżej wstawi później. Tak więc z przygodami,  zaczyna się tour po mieście, które z chwili na chwilę a właściwie z dnia na dzień przedstawia im coraz atrakcyjniejsze strony. Bo rodzina ma okazję zwiedzić i skansen z możliwością wypieku na miejscu chleba i ruiny średniowiecznego zamku (wraz z dowiedzeniem się legendy o Czerwonej Kasztelanowej) i obejrzenie rekonstrukcji walki na miecze. W końcu nagle okazuje się, że jest tam ogromny i ciekawy Park Dinozaurów (jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegli tych ogromnych makiet dinozaurów ?) i wreszcie, niezwykły aquapark z najróżniejszymi wodnymi atrakcjami. Jak dla Pana Wycieczki jest tego wbród aby nakręcić masę materiału na kanał i zbić na tym jeszcze większe profity i oglądalność. 
W czasie gdy Jaworski z żoną, Markiem i Marysią zwiedzają wszystkie atrakcje turystyczne miasteczka, Marta eksploruje je sama. O dziwo, chociaż w swojej szkole nie ma zbyt dużo znajomych tu szybko nawiązuje znajomości między innymi z nastolatką pracującą w restauracji Grapa. Tak, przez jedno „p”. 
Jednak mimo początkowego enztuzjazmu po odkryciu, że przymusowa przerwa obfitować będzie w atrakcje, Marek zaczyna odczuwać coraz bardziej narastający niepokój. Jakoś tak dziwnie to wszystko zaczyna się układać. Niby nic złego się nie dzieje. Marta ma znajomych, z którymi spędza czas, rodzice są mniej nerwowi, najmłodsza latorośl mająca wypełnione dni atrakcjami nie zawraca mu głowy a jednak Marek zaczyna się coraz bardziej denerwować. Coś jest nie tak i to poczucie zaczyna coraz bardziej go uwierać.  Do tego, dlaczego Heniek wciąż jest z nimi? W końcu to przypadkowo zabrany na stopa człowiek a jakby się do nich przykleił. Ale rodzina, o dziwo, na prośbę chłopaka aby po prostu wyjechać z Uśniejowa i kontynuować podróż zgodnie z planem, nie chce opuścić miasteczka. Marta, bo wreszcie jest akceptowana, tata bo wiadomo, atrakcje i „będę miał filmów na zapas! a kredyty same się nie spłacą!”, mama bo wreszcie zaczyna odczuwać dawno nie odczuwany spokój ducha, Marysia bo wiadomo, dziecko, które ma miłość rodziców i ich czas chce mieć to jak najdłużej a tu jest siostrze najwyraźniej bardzo dobrze. Jednym słowem, niepokój Marka, wzmocniony starą opowieścią zaserwowaną mu przez gospodynię domu, w którym chwilowo mieszkają, staje się bardzo nagły ale chłopak jest z tym poczuciem osamotniony. Do czasu ale jak to właśnie w klasycznym horrorze, wszyscy orientują się o realnym zagrożeniu dopiero wtedy gdy to zagląda im w twarz. 

Tak jak pisałam na początku, faktycznie „Gościni” trudno traktować jako horror ale z pewnością jest to książka z elementami grozy. Dodatkowo co mi się spodobało, to ciekawa obserwacja psychologiczna, bardzo trafny obraz współczesnego społeczeństwa, świata. I nie mówię tu o jakiejś krytyce autora bo właśnie wcale takowej się nie doczytałam. Raczej jest to sportretowanie rodziny na tle wydarzeń jakie miały miejsce w ich życiu i to jak każdy z członków rodziny Jaworskich sobie z tym radzi. 

Jeśli więc ktoś liczy na taki stricte horror ze straszakami wyłażącymi z szaf i lejącą się krwią czy zombiakami goniącymi bohaterów, zawiedzie się. Jednak ja doceniam tę książkę dlatego, że pokazuje, że największe strachy siedzą w nas samych, w naszych głowach. Strachy i pragnienia, które dobrane w niewłaściwych proporcjach mogą stać się przyczynkiem czy wręcz wyzwoleniem, najrozmaitszych zdarzeń…

Moja ocena to 5 / 6. 

„Tęsknica”. Anna Sokalska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Co pewien czas lubię opuścić swoją czytelniczą bańkę, jak ja to określam i sięgnąć po gatunki literackie nie czytane przeze mnie niemal w ogóle. 
Tu, przyznam się, książek autorki do tej pory nie czytałam ale opis tak mnie zaciekawił i zaintrygował, że postanowiłam zobaczyć co i jak. 

I okazało się, że miałam dobrego czytelniczego nosa bo „Tęsknica” okazała się świetnym czytelniczym wyborem. Dlaczego zaintrygował mnie opis tej książki? Bo skusiło mnie to nawiązanie w niej do słowiańszczyzny, dawnych wierzeń, elementów ludowej obrzędowości.

Narratorką opowieści jest Iga pracująca na wysokim stanowisku w jednej z korporacji. Pewnego dnia kobieta słabnie w pracy i trafia do szpitala. Tam okazuje się, że lata pracy czy raczej eksploatowania się w niej niestety, spowodowały trwały uszczerbek na jej zdrowiu. Na szczęście kobieta nie stara się przekonywać samej siebie, że to lekarze się mylą i daje sobie czas na regenerację i zwolnienie lekarskie. 
Aby dojść do siebie w innych niż miejskie, warunkach, wynajmuje chatę dla gości na terenie posiadłości Nadziei. Siedlisko o nazwie „Pomiędzy” znajduje się we wsi, wcale nie zapyziałej i opuszczonej jak można by pomyśleć a sama gospodyni o pięknym imieniu jest miłą osobą, młodą i prowadzącą właśnie coś na kształt wynajmu domu dla tych, którzy z jakichś powodów chcą na dłużej wyjechać. W oczach lokalnych mieszkańców nie jest może jedną z najbardziej lubianych mieszkanek, o czym szybko dowiaduje się Iga ale pomiędzy kobietami rodzi się stopniowo coraz bardziej silna więź przyjaźni. 
Jako, że Iga ma zalecony przez lekarkę prowadzącą naprawdę solidny odpoczynek, spędza w „Pomiędzy” długi czas. A podczas jej pobytu zaczyna się dziać coraz więcej dość dziwnych wydarzeń i sytuacji, które nie do końca jest ona w stanie wytłumaczyć. 
Do najgorszej dochodzi pewnego dnia gdy Iga zostanie postawiona w sytuacji niejako bez wyjścia. I to od niej i jej działań, chociaż na szczęście, z pewnym wsparciem, będzie zależało naprawdę wiele. Czy Iga znajdzie w sobie siłę do przezwyciężenia uprzedzeń, lęków i obaw przed tym, co nieznane? Czy odnajdzie w sobie siłę do stanięcia oko w oko z czymś niewytłumaczalnym a jednocześnie dziejącym się w jej życiu tu i teraz?

Książka „Tęsknica” ogromnie mnie wciągnęła. Podobał mi się przede wszystkim styl pisania Anny Sokalskiej. Taki plastyczny, mięsisty wręcz. Podczas lektury książki czułam się jakbym wędrowała przez namalowane obrazy albo kolorowe sny należące do kogoś bardzo tajemniczego. 
I jednocześnie bardzo chciałam przekonać się jak zakończy się historia narratorki a jednocześnie chciałam aby trwała i trwała jeszcze bardzo długo. 
Jest tu masa magii, obyczajów ze starych wierzeń, podań, ze słowiańszczyzny, są i Rodzanice i demony i tytułowa tęsknica i tajemnicze miejsca i krainy, nieprzebrana masa tajemnic i dziwności. 
Jeśli lubicie tego typu klimaty, zdecydowanie to książka dla Was. 

Przy tym wszystkim mnie samej spodobało się również, że pomiędzy takim właśnie świetnym stylem, ciekawą fabułą, autorka zostawia nam miejsce na różne pytania, które w zabieganym codziennym świecie możemy sobie sami zadawać i to z pewnością nie raz. A mianowicie, na ile powinniśmy zatracić się w cpdzienności, obowiązkach i pracy? Co z naszymi marzeniami? Czy powinniśmy zawsze im ulegać czy też starannie je segregować? 

Myślę, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z książkami Anny Sokalskiej i cieszę się, że zdecydowałam się poznać coś, co wyszło spod pióra tej autorki. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jezioro pełne łez”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Kontynuuję lekturę kryminałów Wojciecha Wójcika i oto sięgnęłam po coś nieco starszego. 
Akcja tego kryminału rozgrywa się, co mnie zainteresowało, na granicy Warmii i Mazur czyli w regionie, w którym od wielu lat bywamyrodziną na wyjazdach wakacyjnych.

Narratorem pierwszoosobowym jest Marcin, bohater, którego życie nie zawsze układało się dobrze. Poznajemy do jako pracownika ośrodka wypoczynkowego „Rybitwa”, w którym piastuje stanowisko kierownika kulturalno-oświatowego czyli jak się to nazywa popularnie, kaowca. 

Pięć ostatnich lat Marcin spędził w Zakładzie Karnym ponieważ niestety, w wyniku bójki zabił człowieka. 
W chwili gdy rozpoczyna się akcja książki mężczyzna rozkoszuje się wolnością, tak na nowo odkrytą. 
Pracę w ośrodku pomógł mu załatwić Michał. lokalny biznesmen i osoba majętna, z którym to bratem Marcin ma dobre układy. Jak również z bratową, Marysią. To oni nie zapomnieli o nim gdy trafił do więzienia, to oni pomogli mu stanąć na nogi gdy z niego wyszedł po odbyciu całej zasądzonej mu kary. 
Nie chce on jednak nadużywać pomocy brata i chociaż na powrót do zawodu nauczyciela, wykonywanego przed pamietną w skutki bójką nie ma szans, chce stanąć na nogi i być niezależnym.
Praca w ośrodku wczasowym nie jest taka zła, pozwala spokojnie wejść z powrotem w rytm życia na wolności. 
Niemniej jednak nie wszystko układa się tak jakby sobie to wymarzył. 
W ośrodku, w którym pracuje zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw, włamanie do archiwum dokumentów tego miejsca, następnie niestety, zostaje zamordowany jeden z wczasowiczów. I tu zaczyna się niepokój Marcina bowiem orientuje się, że ktoś w to morderstwo usilnie chce go wrobić.
Marcin nie ma zamiaru dać się wrobić w czyn, którego nie popełnił i zaczyna prowadzić swoje własne, prywatne śledztwo. To dochodzenie doprowadzi go do poznania wielu tajemnic dziejących się w jego najbliższej okolicy. Nic nie jest takie, jak Marcin myślał, chyba też z czasem zaczyna się przekonywać, że nie zna swoich bliskich tak dobrze, jak o tym myślał. 
A dziwne wydarzenia i sytuacje nawarstwiają się w szybkim tempie i czasu na rozwikłanie tego, co tak naprawdę się dzieje i kto chce wrobić Marcina jest coraz mniej. 

Jak zawsze u tego autora, postaci jest sporo, zaszłości z minionych lat wiele i wpływają one oczywiście na teraźniejszość. Jest też ciekawie skonstruowany klimat ośrodka wypoczynkowego już po sezonie ale wciąż jeszcze ze słonecznymi dniami, z wodą nareszcie nagrzaną na tyle, że kąpiel w jeziorze naprawdę relaksuje. I oto nagle, w tym dość sielankowym obrazku pojawia się zbrodnia. A jak jest zbrodnia, będzie musiała być i kara. Chociaż jak się okazuje, nie zawsze. 

Czytałabym z pewnością szybciej ale akurat był czas przed i świąteczny a wtedy, wiadomo, skupiam się na byciu z bliskimi a książki zostają na wieczory lub nawet na nocne godziny.
Tak więc dość długi czas lektury nie wynika z tego, że mi się nie podobała ale zwyczajnie nie miałam na nią zbyt wiele czasu. No ale wreszcie skończyłam i oto piszę, że jeśli ktoś jej nie zna, to polecam ten kryminał.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Życzenia Świąteczne, grudzień 2023

Tradycyjnie, ponieważ zbliżają się już Święta Bożego Narodzenia, chciałabym tu na blogu złożyć Wszystkim Wam, którzy tu zaglądacie, Zdrowych, Spokojnych Świąt oraz Wspaniałego Roku 2024, który już przecież tuż tuż.

Na te nadchodzące świąteczne dni życzę aby każdy spędził je tak, jak mu jest to najbardziej w tej chwili potrzebne. Celebrując je religijnie albo odpoczywając i spędzając czas z bliskimi, jeśli to jest dla nich najważniejsze. 
Ze swojej strony tradycyjnie życzę Wam i Waszym Bliskim dużo zdrowia, bo to naprawdę wiem, truizm ale silny ogromnie, że jeśli ono dopisuje, wiele jesteśmy w stanie zrobić, przeżyć, odczuć. 
Również spokoju i życzliwych ludzi wokół. Takich, którzy nie tylko będą zajmować się swoją osobą ale czasem zainteresują się też w stu procentach Wami i tym co tam Wam w duszy gra.

Spokojnego i Zdrowego świątecznego czasu !