2 lata od wejścia Polski do Unii…

ja jako zwolenniczka, bardzo się te dwa lata temu cieszyłam. Pamiętam, że kiedy oglądaliśmy w TV ceremonię z obchodów wejścia Polski do Unii Europejskiej, nawet łza wzruszenia pojawiła się w moim oku;) Serio, serio. Ruszają mnie takie rzeczy.

Jeszcze jakieś parę lat wstecz, podróżując po Grecji, widzieliśmy, ile tam powstaje inwestycji, głównie drogowych (to widzieliśmy najbardziej, jako turyści), dzięki dotacjom z UE. Pamiętam też, kiedy w roku 2003 podczas podróży do Lizbony, z przesiadką w Niemczech, kiedy zostało nam mało czasu na przejście do drugiego samolotu musieliśmy stanąć do bramki dla ludzi spoza Unii. Pamiętam też pierwsze wakacje, w Grecji właśnie, w roku 2004, kiedy z satysfakcją stanęliśmy na lotnisku w Iraklionie w kolejce w napisem "Obywatele Unii Europejskiej".

Czy my, jako Polacy wykorzystamy tę szansę, którą owa przynależność nam daje? Oby. Tego życzę nam wszystkim. Bo to jest dla nas szansa, którą należy wykorzystać!

Z życia blogopisarki;)

Co pewien czas zajrzy ktoś nowy na mój blog, zostawi ciekawy komentarz. Lubię wtedy sprawdzić, kto zacz, zobaczyć, czy pisuje też może bloga. Najczęściej tak jest. A więc, dodaję do zakładek taki blog…w ten sposób moj alista blogów odwiedzanych rośnie, rośnie…

Ciekawe, swoją drogą , u ilu osób , nawet nie wiedząc, też jest moje pisanie w liście "odwiedzanych"…

Przeglądam sobie ulubione forum o podróżach…

i turystyce ogólnie www.virtualtourist.com i widzę, że są osoby, które naprawdę długo przygotowują się do podróży. Na przykład, wybierają się do Rzymu w lutym 2007 i już pyta o restaurację . To nie jest jedyny przykład. Często widzę, że ludzie pytają o coś, choć ich wyjazd ma mieć miejsce na przykład za pół roku, czasem więcej…Ciekawe, z czego to wynika.

W takim razie wygląda na to, że jestem totalnie nieprzygotowana na podróż, bo nawet nie mam sprecyzowanego planu zwiedzania…;)

Pogoda, jaka jest każdy widzi;)

"W sam raz" na długi weekend;)

Aż się cieszę, że na razie jesteśmy w domu. Przed południem P. pojechał do naszej znajomej, która prowadzi szkółkę roślin i odebraliśmy dwa kiwi (będą piąć się po kratce zamiast dławisza, który nas olał), 10 sztuk aksamitków w trzech kolorach, i , jednak …cyprysika japońskiego. Jednak piszę, bo zeszłoroczny niestety źle zniósł przeniesienie do mieszkania. W tym roku opatulimy mu na zimę doniczkę i zostanie na balkonie. Zresztą, kogo obchodzi zima, jak wiosna dopiero co się zaczęła?:)

Po południu praliśmy, ogarnęliśmy mieszkanie, zjedliśmy obiad, a wieczorem wyszliśmy na sushi i do galerii, gdzie nabyłam jeszcze parę rzeczy na wyjazd.

Myślałam, że uda mi sie dopaść "Blondynkę na Kubie" Pawlikowskiej i wznowioną podobno pierwszą część autobiografii Chmielewskiej, ale nie znalazłam w Empiku. Może po powrocie.

Długi weekend …

ludzie wyjeżdżają. Czytam teraz na blogach. Są plany na grilla z przyjaciółmi, są plany wycieczek. Patekku obiecała mi pocztówkę;)

Naród wyrusza na podbój, czy to kraju, czy zagranicy!

Wszystkim życzę miłego odpoczynku. My wyjeżdżamy dopiero w środę. Ciekawe, czy ktoś zostanie i będzie na forum, czy blogu…

Warszawa się wyludnia…

robi się ciszej, spokojniej. A u nas , na Kabatach widać to bardzo, bo tu sporo osób spoza miasta. Właściwie, większość. Najbardziej widać to właśnie w takie długie weekendy i wakacje…

Jakby przycichło na górze…może sąsiedzi się ruszą i będziemy mieć piękne preludium do urlopu? Cisza, spokój. Aż boję się pomyśleć, żeby nie wykrakać i zaraz ich nie usłyszeć , jak tupią i walą mi nad głową.

Hmm, rozmarzyłam się;)

ps. wykrakałam;( jednak znowu tupią…oj, oj, czyżby jednak nie wyjeżdżali na te parę dni? A tak nas rozpieścili swoją nieobecnością na 1 listopada, na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, że aż się nastawiłam na ten weekend;/

Finał…

mam 30 lat, a naiwna, jak dziecko.

Dziś już dostałam emaile od M. Po pierwsze , co chociaż pocieszające, raz jeszcze podziękowała mi, że mogła mi się wyżalić, wygadać i że jej napisałam te moje odpowiedzi. Ale, ale…ale oczywiście, niepotrzebnie aż tak się przejmowałam, bo już zaczęli rozmawiać i ona chce , żeby dali ich związkowi kolejną szansę. Kolejną i to ona będzie dawać, bo facet się nie poczuwa.

A już sobie tyle razy obiecywałam, że po takim jej alarmującym emailu mam odczekać i nie przejmować się aż tak, tylko spokojnie odpisać za parę dni, kiedy oni już są pogodzeni?

No więc, od dziś obiecuję sobie, że tak będzie.

Howgh.

Nie mam już siły.

Dobrze chociaż, że P. widząc mnie wczoraj w naprawdę kiepskim stanie wymusił na mnie solidny spacer. Wiosną i latem wychodzimy na spacery prawie codziennie, ale wczoraj miałam taki stupor. Jednak mnie pogonił do wyjścia i dobrze. Przy okazji zobaczyłam, że w tych naszych kabackich knajpkach życie wieczorno towarzyskie wre. No i pewnie. Przynajmniej jest z przyjaciółmi gdzie pójść wina, czy piwa się napić. Czy soku, w wersji bez procentów;)

Roztrzęsłam się…

Roztrzęsło mnie…

Jednak bardzo biorę na siebie kłopoty, zmartwienia innych…

Jestem świeżo po lekturze listu od przyjaciółki z Australii. Oczywiście znów kłopoty z mężem. A jak by ich mogło nie być, skoro z tym małżeństwem, to było losowanie? Czy znając kogoś emailowo i przez kilka tygodni, kiedy się z nim było na wakacjach można zadecydować "Tak, to ten, na dobre i na złe". Aczkolwiek znam kogoś, kto po 2 dniach się zdecydował i właśnie żyje z mężem już ponad 40 lat i jest szczęśliwy, to nie wierzę w powszechność takich szczęśliwych rozwiązań.

A najgorsze, że M. dla tego dupka zostawiła kogoś bardzo fajnego i wartościowego. Wiem, bo z P. poznaliśmy jej eks, kiedy przyjechał po rozstaniu do Polski. Fajny , rozsądny, z poczuciem humoru chłopak, który przede wszystkim KOCHAŁ M. Ten jej obecny mąż, to egoista pierwszej wody, przy, niestety, dużych skłonnościach do znęcania się psychicznego. Widziałam to przed Ślubem.

Ile to przegadałyśmy minut te 3 lata temu, kiedy zrywała zaręczyny z R… Jaką jednak wtedy miałam nadzieję, że się nie zdecyduje na ich zerwanie. A jednak zerwała. I postawiła wszystko na jedną , bardzo niepewną kartę. Jestem jej przyjaciółką, więc jeszcze potem po prostu miałam nadzieję, że to ja uprzedziłam się do T. , jej nowego faceta, który szybko stał się jej mężem, że może to moje niepotrzebne podejrzenia. I że wolałabym, żeby tak było. Niestety, wszelkie znaki na ziemi i niebie, a także reakcja jej rodziców, i przyjaciółki, którą przy tej okazji tam straciła, powinny mi pokazać, że nie wymyślałam sobie, że nie jest dobrze.

I nie jest.

Moja przyjaciółka jest w toksycznym, bardzo niebezpiecznym dla jej psychiki związku.

Te zmiany na gorsze widzę już od samego początku.

Teraz to się pogłębia. Nie ma już mojej "starej " M. Jest nowa. Która mi się prawdę mówiąc dużo mniej podoba. Bo ma mówić, co on jej każe, czy na co pozwoli. Bo może założyć taką sukienkę, jaką on jej pozwoli.

Bo nie może widzieć się z siostrą, której on nie znosi, jeśli on jej na to nie pozwoli.

Najgrosze, że mieszkamy ŚWIAT od siebie. To nie Warszawa, że umówiłybyśmy się w naszej przytulnej kabackiej restauracyjce na pyszną kawę i przegadały sprawy…

W dodatku, pan i władca, cenzor numer jeden, od 2 lat siedzi sobie przy każdej rozmowie telefonicznej, jaką ona do mnie wykonuje.

Młoda, śliczna, niegłupia dziewczyna, ucząca się i robiąca karierę, a z drugiej strony zniewolony stwór.

Jak jej pomóc??????

Po dzisiejszym emailu widzę, że są tam również inne poważne sprawy, problemy, które są na serio poważne……….

Czuję się bezradna…

Dzień fatalnych wiadomości;(((((((

Dziś jest paskudny dzień, paskudny…zewsząd dowiadywałam się złych, smutnych, przygnębiających wieści.

Najpierw wyczytałam na blogu koleżanki, że czeka ją centrum onkologii i operacja….strasznie się tym zdnerwowałam…potwornie.

Następnie po przyjściu do domu wieczorem dostałam email od koleżanki, która napisała mi, że jej brat trafił do szpitala z guzem na płucach;( nie wiedzą, czy to gruźlica, czy coś innego…:(

Teraz, dosłownie przed sekundą, sms od przyjaciółki z Australii…pisze, że coś się złego dzieje, ma kłopoty i napisze mi dziś długi email…

Nie przerabiam…zbyt mnie to martwi, dotyka, przejmuję się. Tak chciałabym im pomóc? I co? NIC…tak to przynajmniej czuję. Czy fakt, że obiecam im, że się za nich pomodlę, że wierzę, że wszystko będzie dobrze , na pewno będzie dobrze, czy to im pomoże??