„Magia Bożego Narodzenia”.

Fern Michaels , tytułowe „Magia Bożego Narodzenia”, Cathy Lamb „Najpiękniejsze święta”, Mary Carter „Święta w stylu Maui”, Terri duLong „Święta w Cedar Key” (na okładce zarówno wersji papierowej jak i ebooku pojawiła się niestety, nieprawidłowa wersja imienia autorki Terri duLong).

Wydana w Wydawnictwie Bellona. Warszawa (2015). Ebook.

Przełożyła Paulina Maksymowicz.
Tytuł oryginalny zbioru Holiday Magic.

Bardzo, bardzo ładny zbiór czterech opowiadań, które łączy, oczywiście i żadna to niespodzianka, motyw Świąt Bożego Narodzenia. Zbliżających się, dodam.
Każde opowiadanie jest na swój sposób oryginalne ale łączy je jedno, ciepło, radość, podkreślenie, że nie tylko w Święta, ważne jest dla człowieka poczucie bycia kochanym, potrzebnym, poczucie przynależności. Że rodzina i przyjaciele są bardzo ważni i cokolwiek by się nie wydawało, żadne materialne dobra nie zastąpią nam drugiego człowieka. Możliwości kochania go, rozmowy z nim, pomocy mu, pośmiania się z nim, wypłakania.
Każde z opowiadań mi się podobało. Pierwsze i drugie wzruszyło najbardziej. Trzecie rozśmieszyło ogromnie, tak bardzo, że naprawdę podczas lektury zaśmiewałam się często. Ale i ono ma w sobie wzruszający motyw, który spowodował łzy. Czwarte opowiadanie również jest ładne, opowiadania o byciu solidarnym z miejscową społecznością.
Każde z opowiadań na swój sposób czegoś uczy. I chociaż, nie sposób zaprzeczyć, są to nauki i mądrości nieco wtórne i znane nam, ale jakże często zapominane.
Doceniajmy nasze najmniejsze radości. Cieszmy się z tego, że mamy z kim świętować i nie tylko (święta nie zdarzają się przecież aż tak często w roku). Cieszmy się z tych, którzy towarzyszą nam nie wtedy gdy odnosimy spektakularne sukcesy ale kiedy doznajemy porażki.
I sami bądźmy pomocą dla drugiego człowieka.
Bardzo ładne, bardzo optymistyczne, bardzo radosne i bardzo świąteczne w swojej wymowie opowiadania. Idealny pomysł na prezent na Mikołaja czy Święta dla kogoś, dla kogo Święta Bożego Narodzenia są ważne i kto je po prostu kocha.

Moja ocena 5 / 6. 

„Pierwsza kawa o poranku”. Diego Galdino.

Wydana w serii „Życie jest piękne” przez Edipresse. Warszawa (2016).
Przełożył Tomasz Kwiecień.

Tytuł oryginału Il primo caffe del mattino.

 Będę mieć oko na tę serię wydawaną pod krzepiącym i niosącym ze sobą obietnicę, że książki te będą się kończyć dobrze i szczęśliwie 🙂 tytułem „Życie jest piękne”. Co prawda ta akurat książka nie rzuciła mnie jakoś szczególnie na kolana ale po pierwsze, nie zawsze czytam same rzucające mnie na kolana książki, czasem a może nawet i częściej niż mi się wydaje, czytam jedynie takie, które sprawiły mi przyjemność czy zrelaksowały, to raz, dwa, chciałam zobaczyć czy dobrze się kończy. Uwaga spoiler , tak dobrze się kończy. 🙂

Tak czy inaczej, wśród zapowiadanych czy już wydanych w tej serii tytułów niektóre znam bo czytałam parę lat temu bądź niedawno (na przykład na 30-stego stycznia 2017 roku zapowiadana jest książka „Moja wielka grecka przygoda”, którą czytałam nie tak dawno temu) jest kilka, na które mam chęć.

„Pierwsza kawa o poranku” nie jest niczym odkrywczym, nie otwiera przed nami nowych drzwi czy rozwiązań a mimo to przeczytałam ją z pewną nawet przyjemnością a to dlatego, że jakoś polubiłam głównego bohatera, bo budził we mnie sympatię, bo akcja książki działa się na rzymskim Zatybrzu , bo  Massimo przejął po tacie Bar Tiberi (nazwa od rodowego nazwiska). Bo wielką rolę odgrywa tam kawa, którą sama tak lubię i trochę żałuję, że sama nie mam już „swojej” kafejki (a miałam taką na osiedlu), do której mogę wejść i będą wiedzieli, jaką kawę chcę zamówić zanim otworzę usta.
Ot, takie czytadełko, o którym szybko się zapomina ale które wiele szkód mi na pewno nie wyrządziło. No, chyba, że ktoś oczekuje nie wiedzieć jakiej ambitnej literatury, to nie, niech nie sięga, bo się rozczaruje i będzie z pewnością narzekał.

Massimo jest sporo po trzydziestce i prowadzi rodzinny interes. Jego siostra Carlotta wraz z mężem mieszka za granicą a Massimo mieszka sam ale nie może powiedzieć, że jest samotny bo jest otoczony ludźmi. 
Jednak oczywiście brakuje mu kogoś, z kim mógłby spędzić życie. I tak, to Ona, wkraczająca pewnego dnia do jego baru spowoduje łomot jego serca i wywróci jego życie do góry nogami.
Tak, to romans, jakby nie było i tak, trochę przelatywałam kartki bo chyba jednak nie do końca jest to mój ulubiony gatunek literacki ale Diego Galdino popełnił tę książkę z jakimś takim wdziękiem, że jak mówię, czytało mi się dość dobrze.
Na końcu książki zabawnie omówione typy ludzi, którzy lubią pić określony rodzaj kawy 🙂 I Wiecie, co ? W moim przypadku sporo się sprawdziło. Ale nie zdradzę, o jaką kawę chodzi.

Moja ocena 4 / 6. 

„Dom córek”. Sarah-Kate Lynch.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016). 
Przełożyła Anna Dobrzańska.
Tytuł oryginału The House of Daughters. 

Książka ta została wydana w serii „Życie jest piękne” (która to seria zawiera tytuły, które znam i takie, które mnie zainteresowały). I nabyta przeze mnie w kiosku dzięki koleżance blogowej, które mi o niej przypomniała 🙂

Lubię , już to teraz wiem, utwierdziłam się tą lekturą w tym zdaniu, książki tej autorki. Są optymistyczne i wszystko dobrze się kończy. A że czegoś takiego właśnie ostatnio potrzebowałam, to była idealna książka na moje sprawy i nastroje. 

Trzy siostry, Clementine, Mathilde i Sophie spotykają się po śmierci ojca w jego winnicy. Zarówno dom i winnicę wszystkie trzy dziedziczą. Problem? Dom się lekko sypie, winnica ma poważne problemy finansowe a siostry się albo nie znają albo jeśli się kiedyś spotkały to raz i dodatkowo po owym spotkaniu – nie znoszą się.

A jednak pomimo iskier jakie pomiędzy nimi nie raz będą iskrzyć i nieporozumień oraz co chwilę wybuchających kłótni, z czasem wszystko się poukłada.
To książka obyczajowa, nie udająca niczego ponad to, czym jest. Czyli ciepłą opowieścią o ludziach. O ich życiu, o radościach i problemach. O tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem ale wraz z innymi udaje się często przynajmniej trochę poukładać swoje sprawy i pokonać problemy.

Autorka, Sarah-Kate Lynch lubi ludzi. Lubi po prostu „drugiego człowieka” i to się w jej książkach czuje.
Sądzę, że sama jest osobą, która nie dobije kogoś złośliwym i niepotrzebnym słowem a powie „Jestem obok i jeśli tylko mnie potrzebujesz, jestem gotowa być z tobą”. Takie przynajmniej wysnuwam wnioski po lekturze jej książek.
Do tego zawsze pilnie „odrabia lekcje”. Kiedyś na temat produkcji sera, niedawno czytałam książkę z pszczołami w roli prawie głównej i tam też lekcja na temat pszczół odrobiona, teraz winiarstwo i znów widać, że zasięgnęła języka przed napisaniem książki.

Jak napisałam, lubię jej książki za szczęśliwe zakończenia i fajne postaci. 

Moja ocena to 5 / 6.

wiosna…

…się nam przypomniała jaka jest fajna, w Świąteczne dni. Niedziela i Poniedziałek świąteczny pogoda piękna. W Poniedziałek zatem zainaugurowaliśmy zgodnie z naszą własną niepisaną tradycją rodzinną, sezon w powsińskim Ogrodzie Botanicznym. I wykupiliśmy przy tej okazji od razu karnety na cały sezon, co się nam niezwykle opłaca finansowo. 

Dziś od rana za to pada deszcz, raz spokojniej, raz całkiem konkretniej. 
Miłego, spokojnego po Świętach tygodnia życzę tradycyjnie sobie i Wam 🙂 

weekend…

…był dość intensywny. W sobotę spacer do Ogrodu Botanicznego, korzystając z ładnej pogody. 
Niedziela, bardzo przyjemna. Najpierw jazda Janeczka. Od wakacji Janeczek ma swoje początki jazd (na razie jest to obwożenie i zapoznawanie się z jazdą konną, własnym ciałem na koniu i samymi końmi) na koniach. Okazało się, że dobrze, że szkoła jeździecka, którą początkowo chcieliśmy wybrać dla Niego (a która jest dużo dalej niż ta, do której zapisaliśmy Go w rezultacie) potraktowała nas niesympatycznie, bo w wyniku tego wdrożyłam intensywniejsze poszukiwania i okazało się, że dobrze pamiętałam, niedaleko nas jest szkoła jeździecka. Tak więc od kilku tygodni Janeczek już kontynuuje swoje wakacyjne hobby.

Po jeździe udało się nam odwiedzić miejsce, które odwiedzić chciałam już bardzo dawno temu, a mianowicie Służewski Dom Kultury. Miejsce faktycznie super, fajnie położone, super architektura. O mnogości zajęć się tam odbywających rozpisywać się nie będę, to może sprawdzić w internecie każdy zainteresowany.
My byliśmy z okazji odbywającego się tam Festiwalu Kultury Japońskiej, który odbywał się z powodu Przywrócenia Warszawie Dzwonu Pokoju. Sam dzwon widzieliśmy, na ceremonii przywrócenia nie byliśmy, bo odbywała się później. Niemniej jednak trochę japońskości się udało nam „łyknąć” chociaż wiadomo, że ze względu na Janeczka za długo nie chcieliśmy przebywać. 
Nabyliśmy książkę dla Janeczka, o Japonii , dla dzieci. Tak na przyszłość , ale spodobała mi się. To książka „Banzai. Japonia dla dociekliwych” Zofii Fabjanowskiej-Micyk. Dla siebie dwa japońskie gadżety. Panowie zjedli coś na ciepło z jednej z obecnych tam restauracji japońskich. Z dania Janeczkowi najbardziej smakowała cukinia, marchew i bakłażan 😉
Myślę, że sama impreza była bardzo fajna, chociaż zabrakło mi na przykład stoiska z mangą chociażby, czyli takiego stricte literackiego.

Miałam zacząć czytać trzecią część opowieść o Idzie Agnieszki Krawczyk i nawet w sumie zaczęłam, ale zaczęłam czytać coś innego, czyli „Warszawski niebotyk” Marii Paszyńskiej.

Życzę zarówno sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

 

Pozdrawiamy z Mazur

Gdzie wakacjujemy od soboty. 

Pogoda okazała się z gatunku „drut” a więc korzystamy.

Spełniło się jedno z największych marzeń Janeczka. Odbył swoją pierwszą jazdę konną. Muszę przyznać, że zaskoczył nas oboje tym, że właściwie zachował się jakby jeździł od miesięcy. Jak to mówią, w siodle urodzony! 

Coś się mi widzi, że trzeba będzie rozejrzeć się za jakąś szkółką w naszej okolicy. 

Pozdrawiamy i życzymy sobie i Wam oczywiście miłego i spokojnego długiego weekendu. 

niespodziewanie…

…udało mi się jednak wczoraj na końcówce weekendu ździebko odpocząć. Okazało się, że niektóre nerwy (jak zwykle) były trochę na wyrost a trochę trzeba przyznać chyba moje nastawienie wczoraj w pewnych sytuacjach było takie a nie inne, że sama sobie pomogłam. 


Zaczął się nowy tydzień, dla mnie szczególny bo przed kolejnymi urodzinami.
A mówiąc o tego typu okazjach to jutro (tak zawsze liczę bo Janeczek urodził się przecież 31 sierpnia a i luty nam zawsze w paradę wchodzi ) Janeczek będzie miał dwa i pół roku. Ale ten czas leci !


Z książek, zaczęłam nowego Hakana Nessera i jego „Sprawę G.”. To już niestety, ostatnia z tego cyklu książka. Ciekawe czy i kiedy coś tego autora u nas wydadzą. To jeden z moich ulubionych autorów, o czym podejrzewam, że stali czytelnicy blogu wiedzą doskonale.

Tradycyjnie już, sobie i Wam życzę dobrego, spokojnego tygodnia. 
 

dziś policzyłam…

…że do Wigilii dziewięć dni. A do ostatniego dnia roku raptem…siedemnaście (licząc sam dzień Sylwestra). Zleciało? Tak. Wiem, truizm. 
Po Świętach siądę i przepiszę wszystkie ważne daty do nowego papierowego kalendarza. Tak, jestem chyba jedną z niewielu osób, które wciąż takowe używają.


Zawiesiliśmy naszą gwiazdkę, ozdobę Bożonarodzeniową, jaką otrzymaliśmy od Mamowego Mikołaja. Uruchomiliśmy też lampki, które rok temu P. zawiesił na górze , pod sufitem i na żaluzjach balkonowych. Świeciły się prawie do wakacji 🙂 Chyba w maju się znudziły Janeczkowi. A potem to już my stwierdziliśmy, że teraz to poczekają do Świąt. I w Mikołajki zostały uroczyście „odpalone”.
W budynku nieopodal co roku mam miłą niespodziankę. Ktoś wiesza na balkonie wspinającego się Mikołaja. Co roku wiesza, ja co roku się miło dziwię i cieszę jak dziecko, potem Mikołaj wspina się do lutego, kiedy go zdejmują i ponownie wkracza na balkon w Mikołajki, kiedy to ja znów się cieszę bo zdążyłam do tej pory zapomnieć, że spodziewać tam się go trzeba. Miło mieć taki mały, prywatny constans 😉 W tym roku Mikołajem ucieszył się też Janeczek więc tym bardziej miło, że mam towarzysza w tej radości. 
Na patio też już powiesili lampki na jednej z trzech choinek, które rosną. Jak się wprowadzaliśmy dwanaście lat temu to choinki były choinkowymi maluchami. Teraz są drzewa jak się patrzy;) I też co roku cieszę się gdy po zmroku na jednej z nich rozbłyskuje tyle kolorowych światełek.

Życzę sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

trwaj chwilo…

…jesteś piękna, aż chce się napisać.

Za oknem totalne lato, słońce , ciepło, szum morza.

Wspaniałe towarzystwo Janeczka, P. i Przyjaciół. To wszystko sprawia, że aż chce się powtarzać w nieskończoność słowa z tematu wpisu.

Miłego, spokojnego weekendu  Wam życzymy…

„Miłość na marginesie”. Yoko Ogawa.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B, Warszawa (2011). 
Przełożyła Anna Horikoshi.
Tytuł oryginalny Yohaku no ai.

Miliłby się ten, kto spodziewałby się po tej książce romansu. Poszukujący tego gatunku nie znajdą tu tego, czego szukają, od razu uprzedzam. Bo pomimo, że o miłości traktuje ona, to o miłości specyficznie ujętej. 

Panie i panowie, niniejszym oznajmiam, że „odkryłam” dla siebie kolejną autorkę, po której książki będę chętnie sięgać oczywiście o ile wydawnictwo rozpieści mnie kolejnymi jej tłumaczeniami i wydaniami. A samo na swojej stronie podaje, że autorka popełniła ponad dwadzieścia książek a więc…jest na co czekać. Tak, jak MUZA „ma” Murakamiego tak według mnie warto aby W.A.B zajęło się wydawaniem książek Yoko Ogawy. Bo ze wszech miar według mnie jest warto. W zeszłym roku bowiem zachwyciłam się jej „Muzeum Ciszy”, o którym pisałam tu.

Autorka to specyficzna, pisząca takim niezwykle delikatnym, subtelnym wręcz językiem, który niezwykle do mnie trafia i mnie zachwyca.

Sama Ogawa w swoich książkach nie dość, że posługuje się właśnie delikatnym, subtelnym językiem (odnoszę wrażenie, że naprawdę bardzo dobrą pracę wykonuje Pani Tłumacz) to i o subtelnych, delikatnych sprawach na ogół traktuje. Często bardzo intymnych. A pomimo tego udaje się jej uniknąć nie dość, że stworzenia wydmuszki, z której nie wynika nic, to dodatkowo wszystko to napisane jest z jakimś takim smakiem. Czasem mam wrażenie, że to nie słowa czytam a raczej oglądam piękne malowidło wschodnie stworzone przy pomocy tuszu i akwareli.

Bohaterka tej opowieści pewnego dnia zaczyna mieć problem ze słuchem. Trafia do specjalistycznej kliniki i poniekąd tą drogą nawiązuje znajomość, która w przedziwny sposób okaże się powiązana z jej przeszłością.
To opowieść jak dla mnie. Ukazująca, jak ważne w naszym życiu są wspomnienia. I jak nie warto jest się ich wyrzekać czy wręcz usuwać ich z naszej pamięci. O tym, że możemy kochać nasze wspomnienia, żyć nimi lub nawet w nich samych.

Ogromnie mi się podobała, autorką zachwycam się ogromnie i czekam na kolejne książki Yuko Ogawy w polskim tłumaczeniu.

Moja ocena po raz kolejny najwyższa czyli 6 / 6.