
Na początek symbol Paryża. I pomyśleć, że jej historia zaczęła się od wybrzydzania na nią i narzekania, a co poniektórzy nadkładali ponoć drogi, aby to "szkaradzieństwo" ominąć;) A teraz, niech mi ktoś powie, że nie kojarzy się z byciem symbolem tego miasta?
Jak dobrze, że ominęła ją burza i została, bo robi naprawdę imponujące wrażenie!
Byliśmy na trzecim poziomie. Nawiasem mówiąc, cała wyprawa trwała kilka dobrych godzin, bowiem ponad godzinę stoi się aby kupić bilet a potem jeszcze prawie drugie tyle na drugim poziomie stoi się do windy, aby wjechać na poziom trzeci. Ale warto!
takie tam parę…
…obserwacji poczynionych w Paryżu. Uprzedzam, jest to moje jak najbardziej subiektywne zdanie, ktoś inny może zupełnie inaczej to miasto odbierać, a szczerze mówiąc, w jakieś zawiłe dyskusje nie mam zamiaru się wdawać, więc weźcie na wszelki wypadek pewien margines na owe wynurzenia;)
Co mnie zachwyciło w ubiorze tamtejszych? Nie , nie wszechobecna moda, bo wcale nie jest tak, że blichtr, pieniądz i haute couture widać na każdym kroku. Spodobało mi się natomiast coś zupełnie innego. Fakt, że tam każdy ubiera się, jak chce. Nie ma, jak w Polsce "obowiązujących" trendów, których, jak nie założysz, to w ogóle nie istniejesz. Ponadto, zlewka ze strony innych, co masz na sobie. Widziałam w gorący dzień kobiety w sandałkach i w ocieplanych botach i nikt się tym nie szokuje. Twoja sprawa, co zakładasz, byle by Ci było dobrze, wygodnie, czy jak tam sobie chcesz. Dla mnie plus!
Obowiązujący kanon buziakowy w Paryżu, to dwa buziaki w policzek. Pamiętam ze swojego wyjazdu w czasach licealnych, że w tamtejszym liceum poza stolicą zdecydowanie obowiązywały trzy buziaki;)
Prawdziwa Paryżanka nie ruszy się z domu bez papierosa w ręku i szala na szyi. Bez dwóch zdań. Co do pierwszego, jak Wiecie, nie zachwyca mnie to, co do drugiego wręcz odwrotnie, tym bardziej, że sklepów z rozmaitymi szalami jest pełno i na każdą kieszeń i można sobie nabyć coś cudnego, co też, oczywiście uczyniłam, bo u nas tego jakby brak.
Jeśli zaś chodzi o papierosy, to hurrra! nie można palić w knajpkach i restauracyjkach (jeśli, to na zewnątrz). Wiem, że po wprowadzeniu zakazu palenia Niemcy narzekają, że im się goście wypłoszą, no coś ciekawego, w Paryżu absolutnie tego nie widać. Knajpki są zatłoczone od rana do wieczora, a palacze po prostu na chwilkę wychodzą na papierosa i wracają na miejsce i dramat żaden się nie odbywa.
Czy ktoś , kto tam był dłużej , może mi wyjaśnić KIEDY oni pracują?:) Bo nie zauważyliśmy. Ja wiem, że jedzenie jest ważne, ale faktycznie tłok w przybytkach jedzeniowych trwa od petit dejeneur, aż przez lunch i oczywiście wczesną kolację aż po wieczór. W bistrach ludzie w garniturach, elegancko ubrani, i oczywiście turyści, ale zastanawiam się, kto i kiedy tam pracuje. Panuje tam niewątpliwie inny rodzaj pracoholizmu, niż u nas;))
Po kolejne, miasto tym razem wydało mi się potwornie tłoczne i jak dla mnie za tłoczne, za gwarne i za szybkie. Wiem, to ogromna metropolia, ale nie odczułam tego tak , kiedy byłam tam mając 20 lat. Może się zestarzałam ??
Kolejna sprawa. Miasto to zdecydowanie nie jest przystosowane dla osób niepełnosprawnych i matek z dziećmi. To nie Niemcy, gdzie linia metra nie dość, że świetnie skomunikowana, to jeszcze wszędzie są windy. Nie. Tu, nie wyobrażam sobie szczerze mówiąc, jak osoba niepełnosprawna może się z łatwością poruszać po mieście. Nie jest to miasto dla osób na wózku zdecydowanie;( A tak się mówi, że na Zachodzie dbają o tego typu sprawy. No więc najwyraźniej nie wszędzie.
Moje obawy co do porozumiewania się w języku angielskim na szczęście się szybko rozwiały. Na każdym kroku widać tam nie tylko turystów, ale i mieszkających tam na dłużej Amerykanów i Anglików i widać, że i miejscowi się do tego przyzwyczaili i dostosowali. Jednak, kiedy się dało, staraliśmy się przynajmniej trochę mówić po francusku.
Nie jest to miasto tanie. No, ale na to się nastawialiśmy. Z czasem udaje się poznać miejsca, gdzie kupi się coś zdecydowanie taniej, na pewno mieszkający tam dłużej, wiedzą, gdzie się nie zrujnuje, jednak przeciętny turysta, zanim je pozna (a przecież nie zawsze ma czas), musi liczyć się z wydatkami.
Po raz pierwszy podczas naszych wyjazdów zdarzyła nam się niemiła i niebezpieczna sytuacja. Nie chcę opisywać szczegółów, dość, że warto jest faktycznie stosować się do zaleceń polecanych na wszelakich turystycznych portalach, a mianowicie nie nosić przy sobie dokumentów, a jedynie ich kserokopię a z pieniędzy , niewielką sumę. Jednak nie przeczę, że mocno mnie ta sytuacja zdenerwowała i spowodowała , że zastanowiłam się, że jakoś w Rzymie, Lizbonie, Wiedniu, wszędzie, gdzie bywaliśmy, mieliśmy sporo farta albo zwyczajnie, jednak są to bezpieczniejsze miasta…
W sumie powiem teraz pewnie coś bardzo obrazoburczego dla miłośników tego miasta. Cieszę się, że tam mogłam wrócić, ale nie jest tak, że mam ochotę na kolejne powroty. To nie jest "moje" miasto.
I zdecydowanie poprawiła się moja opinia o Rzymie, który jak teraz patrzę, podoba mi się o wiele bardziej. Zresztą na opinię o RZymie miało wpływ pewne nieporozumienie hotelowe, które musieliśmy wyjaśniać na miejscu…a tak, to to jest fajne miasto.
Ot, garść refleksji na gorąco. Zdjęcia będą, ale jak P. się nimi zajmie technicznie. No i będę musiała powybierać, bo oczywiście, mamy ich znowu nieprzebraną ilość, coś ponad 2 tysiące;) Tak to jest, jak są dwie cyfrówki w rodzinie;))
podróż tematyczna…
…mróz i śnieg za oknem nastroił mnie podróżowo..Nie ukrywam, że również pocztówki od Engi tak na mnie wpłynęły. A ponieważ nic tak nie poprawia mi humoru, jak dobra książka albo myśli o zwiedzeniu ciekawego miejsca, zaczęłam dumać, co bym sobie najchętniej w tym roku zwiedziła. Grecję, oczywiście, ale i chętnie wróciłabym się do Lizbony. Już teraz na spokojniej zwiedzilibyśmy to, czego wtedy nie udało się zwiedzić. No i jak zawsze miły czas spędzilibyśmy w knajpkach…Fado koniecznie…
A Paryż? Tak mnie ta kartka natknęła, że kawałek Amelii sobie obejrzałam i stwierdziłam, że tym razem, gdybym tam pojechała, właśnie odbyłabym podróż śladami Amelii. Wiem, że są biura, które organizują takie trasy zwiedzania Paryża, ale pewnie z pomocą netu i dobrych ludzi, można większość tych miejsc samemu znaleźć i zwiedzić je sobie.
Odbyliście kiedyś taką podróż tematyczną? Śladami ulubionej postaci literackiej? Autora? Aktora? Albo nie wiem, podróż z degustacją wina?
Neue Pinakotheka. Monachium.
A tak Wam wklejam. Może się poafirmujemy, to nas wszystkich stać będzie na takie cuda??:)

zakupy w Monachium…
ostatni taki zakupowy raj widziałam w Lizbonie. Mam na myśli sklepy dla mnie, czyli szarego człowieka. Oczywiście w takim Rzymie na przykład Japonki ganiają z torbami z najdroższych butików, ale podkreślam, jadąc gdzieś lubię znaleźć sklepy dla zwykłego człowieka, jakim się czuję a nie córki Billa Gatesa. I tak, w Monachium odczułam coś w rodzaju raju zakupowego. Wróciłam obkupiona w rozmaite rzeczy, których (nie przesadzam) w W-wie szukam od kilku miesięcy a niektórych, to i lat. A tak. Poza tym, wszyscy mówili, że Monachium, to najdroższe albo jedno z najdroższych miast Niemiec. Być może, z tym, że rzeczy, które nabyłam wszystkie były tańsze od tych w Polsce a przynajmniej ceny były porównywalne.
Oczywiście smarowidła z TBS, a jakże;) , bielizna, nowa torebka, trzy sweterki, i różne tam inne.
Niemniej jednak przy tym wszystkim odczułam dwie rzeczy. Tam sprzedawczynie są takie, jak pewnie powinny być. Miłe i pomocne. Ale zaskoczenie, co? Uśmiech nie schodził im z twarzy i same chętnie podchodziły z pomocą. Nie lubię tych naszych, więc wzdragałam się początkowo, kiedy taka w moim kierunku się zbliżała, ale nagle okazało się, że sprzedawczyni może być miła i sympatyczna i naprawdę coś tam pomóc. Szok:) Wyrażenie "inny świat" był chyba w czasie tego wyjazdu najczęściej przez nas powtarzanym.
Same sklepy oferowały o wiele więcej towarów i wybór jakiś taki dla każdego, a nie, jak u nas, jak modne są dzidzibutki, to hurra, innych w sklepie nie znajdziesz. To samo widziałam właśnie w Lizbonie. Po prostu liczą się z kupującymi i rozmaitością gustów i upodobań a nie lecą ślepo za ohydną modą…
I wiecie, co? Ja, która, jak wiecie, nie cierpię robić zakupów, nagle tam poczułam, że gdybym miała te sklepy z tym wyborem,z tak miłą obsługą, to podejrzewam, że i ja polubiłabym chociaż trochę bardziej zakupy ciuchowe…zwyczajnie, na to, co przebiegłam po sklepach, widziałam, że nie byłoby, jak u nas, że po kilku godzinach, jak wyjdę z jednym ciuchem, który chociaż trochę spełnia moje oczekiwania, to jest dobrze. Nie, tam zwyczajnie znalazłabym to, czego szukam.
Może kupimy bilety w jakichś tanich liniach na okolice wyprzedaży na wiosnę;))
Inny świat, inny świat…….
Altes Rathaus. Monachium.
W tym średniowiecznym budynku obecnie mieści się Muzeum Zabawek.

Karlstor.
Pozostałość fortyfikacji średniowiecznych. Zamyka wejście na Starówkę. Za nią w tle, sympatyczna fontanna, z tego, co zaobserwowaliśmy, miejsce spotkań, szczególnie młodych. Pewnie jak u nas Kolumna Zygmunta po wakacjach…

Nationaltheater. Monachium.
Częścią architektoniczną zabudowań Rezydencji jest też budynek Nationaltheater. Tu z zewnątrz.
Skarbiec Rezydencji. Monachium.
W skarbcu Rezydencji, jak wspomniałam, było wiele fantastycznych dzieł sztuki. Bajeczne korony, biżuteria, ale największe wrażenie zrobił na nas posążek Świętego Jerzego walczącego ze smokiem, ozdobiony taką mnogością kamieni szlachetnych. Cacko!

Wnętrze Asamkirche. Monachium.
Barokowe cacko, czyli Kościół Św. Jana Nepomucena, zwany jednak Kościołem Asamów.

