dodałam trochę zdjęć…

…do poszczególnych wpisów dotyczących wakacji w Kotlinie Kłodzkiej i okolicach. Zapraszam więc do przypomnienia sobie ich wraz z poznaniem fotek. 

A na zachętę zdjęcie owiec, które przybyły na wypas z Gubałówki…Grzecznie trzymały się sugerowanych prędkości;)

owce z Puchaczówki

Frankenstein, Krzywa Wieża i nie tylko…

Ząbkowice Śląskie, które odwiedziliśmy za sprawą chęci zobaczenia najprawdziwszej Krzywej Wieży swego czasu nosiły nazwę Frankenstein. Po nazwie pozostał cykl imprez „Weekend z Frankensteinem”. Samo miasto jest bardzo ładne. Ogromnie mi się podobało. Sporo wyremontowanych kamienic, bardzo elegancki rynek z kawiarnianymi ogródkami, sporo fajnych sklepików i jacyś tacy uśmiechnięci i zadowoleni ludzie. Przynajmniej takie odnieśliśmy po wizycie w Ząbkowicach Śląskich wrażenie. 
Najpierw na chwilę poszliśmy zobaczyć ruiny zamku, które niestety, nie są do zwiedzenia a i ta część najmniej atrakcyjna się wydaje, jest bowiem nieco zaniedbana a otoczenie dość zaśmiecone wręcz. Następnie poszliśmy zobaczyć Krzywą Wieżę a wcześniej podziwialiśmy średniowieczny Kościół Świętej Anny. Krzywa Wieża jest super i naprawdę jest krzywa,a jej nieprawidłowość właściwie jak dotąd chyba w stu procentach nie została wyjaśniona tak do końca. Tak przynajmniej gdzieś tam wyczytałam. W każdym razie wieża, chociaż krzywa, ma się bardzo dobrze i stanowi niewątpliwą atrakcję miasta. A poczytać o niej można tu.

Następne podjechaliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego (co oni z tymi odniesieniami do zębów w tych nazwach, hmmm…), gdzie podziwialiśmy, niestety, wciąż z zewnątrz, (piszę „wciąż” bo jak tam byłam ostatnio 13 lat temu to też nie było możliwe wejście do środka) neogotyckie założenie pałacowe projektu nie kogo innego a samego Karla Friedricha Schinkel’a. Owo założenie w tym roku podobało mi się o wiele bardziej, niż kiedy widziałam je te naście właśnie lat temu. Nie bez znaczenia jest fakt, że teraz mogłam podziwiać go dla własnej przyjemności i w miłym towarzystwie;) Tak czy inaczej naprawdę jest to ciekawe i interesuje mnie, jak w końcu potoczą się losy tego miejsca, bowiem z tego, co się orientuję w grę wchodzą jakieś sprawy czy to spadkowe czy ogólnie rzecz biorąc nowego właściciela, w każdym razie coś tam jest mocno zagmatwane a szkoda, że w wyniku tego nie można po prostu zwiedzić interesującego miejsca (i mówię to ja, która nie przepada za neogotykiem). Niestety, wciąż jedyną formą zobaczenia wnętrze pozostaje internet, jak chociażby wikipedia.

W Kamieńcu jest również zespół pocysterski, ale nie planowaliśmy nawet go zwiedzać.

Wspomniałam nazwisko architekta Schinkel’a i dobrze, że padło ono w tym momencie, bowiem to jego autorstwa jest również kolejna rzecz, o której będę pisać, a mianowicie odnowiony obecnie Stary Wapiennik w Starej Morawie, gdzie już wracamy w okolice samego Stronia Śląskiego.
To arcyinteresujące dla mnie miejsce, a więc chcę chwilę mu tu poświęcić. Po pierwsze, Stary Wapiennik jako przecież miejsce kiedyś z założenia użytkowe, pokazało jak kiedyś nawet przedmioty, miejsca użytkowe, potrafiono zdobić czy stworzyć z nich wręcz dzieła sztuki. Pochylmy nad tym głowy. Po drugie, miejsce to teraz jest ciekawe, gdyż jest w rękach prywatnych.
W latach siedemdziesiątych zainteresowała się Wapiennikiem małżeństwo poznańskich artystów, Państwa Rybczyńskich. Początkowo chcieli go tylko odnowić, z czasem wapiennik nimi „zawładnął” , że się tak wyrażę. Obecnie jest to ich mieszkanie, siedziba, a również prowadzona przez Państwa Rybczyńskich Galeria Sztuki, Wapiennik Łaskawy Kamień, w której to mają miejsce rozmaite przedsięwzięcia artystyczne. 

Wapiennik można zwiedzać, podobno najlepiej umówić się telefonicznie, my podjechaliśmy chcąc zrobić jedynie zdjęcia a okazało się, że pani Erna jest akurat „wolna”, więc zaczęła nas oprowadzać, potem doszli jeszcze inni państwo i przejął naszą grupę syn państwa Rybczyńskich. Jest to muzeum, więc uprzedzam zainteresowanych, że zwiedzanie oczywiście jest za opłatą, ale według mnie warto. Ja samego wnętrza nie widziałam, P. wszedł na górę wraz z grupą, ja zaś podziwiałam przepiękny Ogród Japoński, który stworzyli nieopodal właściciele. I który ma widok na Fuji. A tak, właśnie;) szczegóły dla tych, którzy to miejsce odwiedzą, dowiecie się wszystkiego… Jest po prostu bajeczny. Synowa właścicieli zajmuje się sztuką wschodu, tworzy rozmaitości z papieru czerpanego. Ja nabyłam dla siebie ciekawy lampion z tegoż papieru właśnie, który teraz tworzy przemiłą atmosferę i przypomina mi o tym ciekawym miejscu jak również gdzieś tam myślami przenosi do Kraju Kwitnącej Wiśni. 
W Wapienniku można też nocować, szczegóły oczywiście na stronie miejsca. 
Dla mnie z racji zainteresowań ciekawe było też pokazanie wnętrza pracowni graficznej państwa Rybczyńskich, stare maszyny graficzne i to, co można z ich pomocą wyczarować, budziło wyobraźnię. Może to nie do końca znane miejsce na trasie zwiedzania tej części Polski, ja bardzo polecam. 

O Wapienniku można jeszcze poczytać i tu.

 

Krzywa Wieża w Ząbkowicach Śląskich

Javornik.

Mówiłam, że chciałam do Czech? No, chciałam. No i byłam;) 

Po tym jakże lakonicznym wstępie coś więcej. Pierwotnie w planach był Broumov. Bo Broumov naprawdę jest wart odwiedzenia, polecam osobom, które będąc w okolicach zastanawiać się będą nad jego odwiedzeniem. Jednak pod koniec pobytu pogoda zrobiła się bardzo już letnia i zwyczajnie nie chciało mi się jechać (mimo klimy w aucie) godzinę z kawałkiem w jedną stronę. Miałam ochotę spędzić ten „czeski” czas na jakimś bardziej lenistwie, niż ganianiu po niewątpliwie ciekawych zabytkach. 

No i udało się tak spędzić. Shalu podsunęła nam pomysł pojechania do Javornika. Dojeżdża się od strony Lądka Zdroju przez przejście graniczne w Lutyni i zaraz po przekroczeniu granicy polskiej wjeżdżamy na dobrą nawierzchniowo drogę, która najpierw wiedzie nas na Travną a potem do Javornika właśnie. Bezsprzecznie największym zabytkiem Javornika jest zamek-Janski Vrch, który to pełnił rolę letniej siedziby biskupów wrocławskich. Są w nim oczywiście oprócz ciekawych mebli, ceramiki, przedmiotów artystycznych, ciekawa kolekcja, a mianowicie jedna z największych (o ile nie największa, jeśli dobrze pamiętam) kolekcji fajek. Naprawdę niektóre z nich to istne cacka. 

Są dwie trasy zwiedzania, my trochę przypadkiem wybraliśmy tę krótszą, ale nie szkodzi, był czas na dobry obiad z piwkiem (od razu uprzedzam, tak,tylko ja piłam, bo P. kierowca a i nie jest wielbicielem piwa). Za wejście na Zamek można płacić w złotówkach, suwenirki czy pocztówki już trzeba opłacać w koronach, trochę szkoda, bo nie mieliśmy. 
O zamku można poczytać tu. 

Wspomniałam już o dobrym jedzeniu, które to zadowoliło moje podniebienie w restauracji Taverna, która jest nieopodal rynku (zresztą całe miasteczko naprawdę jest niewielkie).  Zrobiłam tam sobie prawdziwą ucztę dla podniebienia z obowiązkowym oczywiście smażonym serem. Pycha;)
A w ogóle, to okazało się, że znam zaskakująco sporo piosenek czeskich (hm, niektóre jeszcze z czasów Czechosłowacji:). Pamiętacie Holki z naszej szkolki?:) 


Szczeliniec Wielki…

…jak już wspomniałam, Szczeliniec to było miejsce, które bardzo chciałam odwiedzić już dawno temu. I cieszę się, że udało nam się zrealizować ten plan. Dojechaliśmy chyba tradycyjnie bo od strony Karłowa.
Niestety, akurat trwa remont, więc na Szczeliniec nie podchodzi się tymi tradycyjnymi schodami a obejściem, nie wszystkie więc jego atrakcje udało nam się zobaczyć, (na przykład Głowę Księżniczki Emilii), ale większość form skalnych mogliśmy podziwiać. Kto był na Szczelińcu i wędrował między skałami wie jedno. Dobrze jest być giętkim i raczej smukłym. Są bowiem przejścia wąskie, wąziutkie, a bywało, że jedyny sposób przejścia to jak się śmiałam „na taniec ludowy, góralski” czyli w kucki i dalej (albo dla mniej wygminastykowanych, na kolanach;). Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Chyba przejście Diabelską Kuchnią i Piekiełkiem…zimno i dość strasznie i dobrze, że są łańcuchy, bo bez nich na pewno bym nie zeszła w dół. Uprzedzam też, że warto naprawdę wziąć porządne buty, takie, które nie będą się ślizgać po podłożu. My wzięliśmy górskie ale widziałam tam osoby w według mnie, niezbyt dobrze dobranym na taką wyprawę obuwiu.
Kołyski Księżniczki Emilki jako jednej z dwóch słynnych chybotek nie odważyliśmy się ruszać…kto wie, jakie byłyby tego konsekwencje…
Dookoła mnóstwo niezwykle ciekawych form skalnych. Niektóre z nich są oznaczone na szlaku, takie, jak kwoka, małpolud, wielbłąd itd, niektóre to już pole do twojej własnej wędrowcze wyobraźni. A można zobaczyć naprawdę wiele, wystarczy tylko czasem przechylić głowę, czasem spojrzeć pod innym nieco kątem, czasem zmrużyć oczy.  
Szczeliniec reklamuje się między innymi faktem odwiedzenia go swego czasu przez samego Goethe’go. Czyli nawet tam jakiś ślad literatury…Oczywiście dla mnie Szczeliniec  i tak najbardziej kojarzyć się będzie, o czym wspominałam już, z „Bocznymi Drogami” Joanny Chmielewskiej.
Jedną z najciekawszych jednak form reklamy miejsca jest Legenda o Księżniczce Emilii i czarnoksiężniku, który zraniony po tym, jak zakochała się ona w innym,  zamienił zamek dziewczyny wraz z nią i jej otoczeniem w kamienne bryły właśnie, które to podziwiać możemy podczas wędrówki. 

Cieszę się, że udało nam się pojechać i zobaczyć na własne oczy to, co dotąd było jedynie w wyobraźni i po oglądaniu w pismach dotyczących podróży…Szczeliniec jest fajny;)

 

Wielbłąd w Szczelińcu

dobry przewodnik…

…zarówno człowiek-przewodnik (chociaż mimo wszystko lubię zwiedzać sama, nawet jak coś tam mi umknie podczas oglądania zabytków czy miejsc) jak i książkowy to podstawa. Jadąc w Ziemię Kłodzką udało nam się oprócz paru innych jak przewodnika z cyklu „Polska Niezwykła” czy kiedyś otrzymają Polskę z Plusem Pascala przewodnik, jak sami wydawcy piszą, „przewodnik dla prawdziwego tyrysty”. Nie narzekam na tamte, ale ten okazał się być wyjątkowo dobry i ogromnie się cieszę, że go jednak mimo nie niskiej niestety ceny, kupiliśmy. 

Jest to przewodnik „Ziemia Kłodzka. Przewodnik dla prawdziwego turysty”. Autorami są Waldemar Brygier i Tomasz Dudziak, a wydany został w Oficynie Wydawniczej Rewasz, Pruszków (2010). Trzeba dodać, że są również współautorzy poszczególnych części tego przewodnika, bowiem jest to wręcz pasjonująca lektura, można dowiedzieć się nie tylko o urodzie tego regionu lecz o jego historii, przyrodzie, geologii, nietoperzach zamieszkujących wiele miejsc tamże i wielu innych ciekawych rzeczy. Podczas wyjazdu muszę powiedzieć, że nie przeczytałam żadnej z książek, które ze sobą wzięłam, natomiast właśnie czytałam przewodnik. Muszę powiedzieć, że naprawdę jest solidnie napisany, aczkolwiek nieco dysonansu wprowadza to, że o jednym miejscu często szukać trzeba informacji w na kilku różnych stronach (z racji tego, że omówione są solidnie trasy wypraw i wtedy podane są też informacje dotyczące danych miejsc a jest również alfabetyczny skorowidz nazw, gdzie również są różne dane). Ale to tu wyczytałam, że owce, które tak polubiłam przywożone są aż spod samiuśkich Tater, czyli z Podhala i wiele innych ciekawostek, których nigdzie indziej nie znalazłam. 

Wydawnictwo jak widzę na okładce specjalizuje się w przewodnikach dotyczących naszych gór ale nie tylko, bo również widzę, że Ukrainy dotyczące również są u nich wydawane, jak również Słowacji. 
Ja mogę szczerze polecić, bo naprawdę bardzo się nam przydał ten przewodnik. 

Polecam stronę wydawnictwa:

http://www.rewasz.pl/

 


 

złoto…

…zawsze fascynowało i sprawiało, że powstawały kopalnie tego metalu. Co się dzieje obecnie z jego cenami, sami widzimy, co tylko potwierdza, że złoto wciąż trzyma się mocno. 

W Złotym Stoku można zwiedzić dawną kopalnię złota. Sama Kopalnia organizuje zarówno trasę „pieszą”, jak i spływy pontonami wśród korytarzy, jak się jednak można domyślić, na tę drugą atrakcję są największe kolejki. My akurat nie byliśmy na to chętni z góry, ale słyszałam przy kasie, że kiedy byliśmy tam około 11.00 to pierwsze wolne bilety na spływ można było nabyć na dopiero 16.00. Jednak domyślam się, że jest to wielka atrakcja dla dzieci i pewnie warto.

My zdecydowaliśmy się jak mówię, na jedynie poznawanie dawnej kopalni na własnych nogach. Jak we wszystkich tego typu miejscach warto zaopatrzyć się w jakieś cieplejsze ubranie wierzchnie. Nauczeni doświadczeniem kopalni soli w Hallstatt wzięliśmy ze sobą kurtki i długie spodnie i przyznam, że dobrze zrobiliśmy. Czuć jednak te siedem stopni. Do Kopalni Złota wchodzi się wejściem do jednej z dawnych sztolni, zwanej Gertrudą i tam odbywa z przewodnikiem część trasy, a potem wychodzi się i kolejny raz podchodzi w górę aby wejść do nowej sztolni, Czarną Górną. Podczas pierwszego wejścia można poznać miejscowego gnoma i wysłuchać ciekawostek, jak chociażby tego, jak mało złota tak naprawdę udaje się wydobyć z rudy, co oczywiście tłumaczy cenę kruszcu. Drugie wejście jest krótsze, ale według mnie ciekawsze, bowiem to podczas niego widzimy podziemne miejsce graniczne z Czechami, jak również wspaniałość, czyli podziemny wodospadzik, który robi wielkie wrażenie. No i to z tamtego miejsca na powierzchnię wyjeżdża się specjalnym tramwajem, kolejką…
O Kopalni Złota można poczytać tu.


W Kopalni zimą nocują nietoperze. W ogóle wiele miejsc położonych w tamtych rejonach jest zimowiskiem nietoperzy, jak chociażby Twierdza Kłodzka czy Jaskinia Niedźwiedzia, o której teraz napiszę.

Jaskinia Niedźwiedzia to miejsce niezwykłe i na pewno na skalę europejską. Odkryta zupełnie przypadkiem stała się miejscem chętnie zwiedzanym. Tu uwaga dla chcących zobaczyć to miejsce, polecam zawczasu dodzwonić się do kasy i zarezerwować sobie miejsce. Wejścia do Jaskini nie odbywają się każdego dnia, poza tym grupa liczy najwyżej ileś tam osób. Po prostu warto zadzwonić (chociaż w sezonie jest to podobno trudne, nam bilet rezerwowano z miejsca, w którym mieszkaliśmy) i mieć pewność, że w dniu, kiedy się zjawisz przy kasie i odbierzesz bilet będziesz mógł odwiedzić to niezwykłe miejsce. Acha i również uwaga, parkuje się na dole a potem do Jaskini albo dociera piechotą około pół godziny albo można skorzystać z podwózki meleksem.

A naprawdę warto je zobaczyć mimo, że oczywiście nie zwiedza się jej całej a udostępnioną jej część. I znów uwaga, polecam wziąć ze sobą coś naprawdę ciepłego. Ja czułam zimno i pogratulowałam sobie wzięcia ciepłych rzeczy.
A po co psuć sobie podziwianie stalaktytów, stalagmitów, stalagnatów i rozmaitych pięknych form naciekowych marznięciem? Początkowo sądzono podobno, że w Jaskini mógł stacjonować człowiek pierwotny, jednak poza szczątkami Niedźwiedzia Jaskiniowego i innych zwierząt plejstoceńskich na ślad człowieka pierwotnego tam nie natrafiono. A szczątki owego starego zwierza, jakim był wspomniany Niedźwiedź zobaczyć można podczas zwiedzania. Warto podczas zwiedzania uruchomić wyobraźnię, bowiem kształty form naciekowych są naprawdę niewiarygodne i co fajne, każdy może zobaczyć tam coś innego. 45 minut zwiedzania przebiega człowiekowi nie wiedzieć, kiedy. Strona Jaskini Niedźwiedziej tu.

Niedaleko są jeszcze dawne kopalnie Uranu, ale my się tam nie wybraliśmy.

Natomiast miejsce, które każdemu polecam to położone w Kletnie właśnie, niedaleko parkingu, na którym parkuje się przed wizytą w Jaskini, to Muzeum Ziemi Geologiczne. To tam oprócz wspaniałej kolekcji minerałów z całego świata można zobaczyć rozmaite skamieniałości, jak cztery gniazda dinozaura z jajami! Można tam też nabyć zarówno biżuterię z minerałami jak same minerały. Ja bardzo lubię takie miejsca, więc je polecam. Można o Muzeum poczytać tu.

 

Wejście Gertruda

 

Srebrna Góra…

…, która nazwę swą zawdzięcza dawnemu wydobywaniu srebra. Cała ta okolica obfitowała w metale i minerały, co często odzwierciedla się w nazwach miejscowości. 
Miejscowość malowniczo położona, podjeżdża się do niej drogą, spora część zabudowy ostała się mimo wojennej zawieruchy, w tym warto zwrócić uwagę na zabudowę w ścisłym „centrum”, gdzie zachowana została część dawnych koszar wojskowych.

Tamte ziemie również obfitują w twierdze wszelakie, jak widzę bo i ta kłodzka i ta w Srebrnej Górze właśnie. Rozumiem, że to uwarunkowania historyczne skłoniły do budowy takich a nie innych rozwiązań. Ja akurat nie jestem jakąś wielką miłośniczką takich budowli, ale P. chciał zobaczyć, to czemu by nie. Auto zostawia się na parkingu i znowu, podobnie, jak w przypadku Sanktuarium na Iglicznej, zdąża się piechotą w stronę Twierdzy. 
Nie zwiedza się całej Twierdzy, a tylko jego część, Donżon, kazamaty i można wejść na koronę Donżonu, z którego to miejsca rozciąga się bardzo malowniczy widok. Zwiedza się z przewodnikiem, panem z miejscowego stowarzyszenia miłośników Twierdzy. Panowie ze stowarzyszenia podchodzą poważnie do przedsięwzięcia, są ubrani w stroje z epoki, jak również na sam koniec mają dla nas niespodziankę, czyli wystrzał z repliki, ale jednak zabytkowego pistoletu. Muszę powiedzieć, że pan podczas naszej wizyty tamże i pokazu owego wystrzału pomógł nam dosłownie zrozumieć sens dwóch naszych powiedzonek, czyli do trzech razy sztuka i spalić na panewce. Za to na sam koniec, jak się jednak udało, jak huknęło, to ho ho!
Sama twierdza jest ciekawą budowlą, polecam poczytać materiały w internecie, ja polecam chociażby ten. 

My dotarliśmy do Twierdzy tuż przed burzą. Niesamowite, że całą burzę udało się przeczekać podczas zwiedzania, gdy wychodziliśmy na koronę Donżonu już praktycznie nie padało prawie.
Twierdza posiada jeszcze jeden atut, słodkiego oczywiście ciekawskiego mieszkańca tejże, który oczywiście musiał naszą grupę odprowadzić do makiety i nieco nas poobserwować, jest to bowiem czarna jak noc kotka, podobno Kazia, aczkolwiek według mnie Kazimiera brzmiało zdecydowanie lepiej.  

 

Donżon w Twierdzy Srebrna Góra

 

 

Bielice…

…chcesz znaleźć się na końcu świata? Gdzie żadna sieć nie ma zasięgu? Gdzie wydaje Ci się, że czas się zatrzymał? Nie nie, nie piorą tam w balii i nie jeżdżą końmi (to znaczy jeżdżą, ale używają tych mechanicznych), ale na pewno czas biegnie tam zdecydowanie wolniej niż w reszcie zagonionego świata. Takim miejscem są Bielice i szlaki za samą wsią już. Wiem, że teraz Melilla się uśmiechnie, bowiem tak, ja Bielice kojarzyć będę już zawsze z postacią Marka Hłaski, który tam przebywał i tamtejsze klimaty i doświadczenia przekazał w swojej powieści „Następny do raju”, którą jak wiemy zekranizowano pod tytułem „Baza ludzi umarłych”. Ponieważ był to chyba ulubiony polski autor mojego Ojca, patrzyłam na Bielice trochę Jego oczami. Do Bielic dojeżdża się autem a potem osoby znające się na znakach drogowych widzą, że jest zakaz wjazdu wszelkich pojazdów, zatem wyłazi się z auta i rusza na własnych nogach piechotą na wspaniały spacer po okolicach, które wszak położone są w obszarze Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego.
Bielice owiane są legendami o podobno mających pozostać tu na wieki skarbach niemieckich pochodzących oczywiście z okresu IIWŚ, niemniej jednak ja w skarby wierzę średnio (chociaż kto wie, kto wie, co się tam działo i co się ukrywało podczas ucieczek…) , jednak według mnie ich największym atutem jest właśnie krajobraz, niezwykle piękne widoki, powietrze, które pachnie w jakiś niezwykły sposób. To kolejne miejsce, które polecam na spacery, najlepiej oczywiście, kiedy nie trafi się jak my na intensywne w całym regionie ścinki drzew…
Z Bielicami kojarzy się jeszcze dwie osoby, Michała Klahra, wspomnianego już przeze mnie przy okazji Kolumny na Rynku w Lądku Zdroju, który urodził się tam i niezwykłego Księdza, o którym doczytałam kiedyś u Melilli a którego postać jest według mnie niezwykła i warta pokazania, że są księża, którzy faktycznie czynią swą powinność uczciwie i z powołaniem, są nastawieni na drugiego człowieka. Możecie o Księdzu „Kruszynce” przeczytać tu. 

 

Bielice

nieopodal Międzygórza…

…pielgrzymi mogą odbyć wyprawę do Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, Przyczyny Naszej Radości. Jest tam przywieziona w połowie osiemnastego wieku kopia figurki Matki Boskiej z Mariazell, której kult ma tam miejsce. W roku 1983 Papież Jan Paweł II dokonał podczas Mszy we Wrocławiu koronacji tej cudownej figurki. To kolejne miejsce, które z tego co się zorientowałam nawiedzają między innymi bezdzietne kobiety z nadzieją na wyproszenie łask potomstwa…
Do samego Kościółka jest wejście zapewne w czasie Mszy Świętej, my więc popatrzyliśmy jedynie spoza krat na ową figurkę. Zdjęć robić nie można, ale można nabyć kartki w sklepiku z rozmaitościami obok. Można podziwiać za drobną opłatą ruchomą szopkę i interesującą wystawę związaną z samym miejscem i ogólnie kultem Marii na Ziemi Śląskiej…Uwaga dla chcących się tam wybrać. Uprzedzam, że nie podjeżdża się pod samo Sanktuarium, a zostawia auto na dole i jakieś dwa z kawałkiem kilometry podchodzi pod górę drogą w lesie. Więcej o samym miejscu tu.

Międzygórze w mojej prywatnej ocenie to jedno z najładniejszych miejsc w tamtym rejonie. Posiada niezwykłą aurę alpejskiej wioski z jego alpejską właśnie architekturą drewnianą domostw i pensjonatów. Bardzo ładne miasteczko, w którym również pozostało do dnia dzisiejszego trochę starej zabudowy. 
Jak mniemam większość jednak je odwiedzających trafia tam za sprawą Wodospadu Wilczki, który można podziwiać. Możecie poczytać o nim w Wikipedii o tutaj.

Wodospad robi imponujące wrażenie a podziwianie go polecam w dzień słoneczny, kiedy to jest naprawdę niezwykłe widowisko. Bardzo lubię takie cuda natury…

Wodospad w Międzygórzu

 

Czarna Góra…

…polecam zajrzeć na stronę www.czarnagora.pl

W okresie letnim działa jeden wyciąg, co 45 minut. Warto wiedzieć, że bilety nabywa się w karczmie nieco powyżej wejścia na wyciąg, co na pewno trochę czasu zajmuje, więc warto to uwzględnić jak się chce zdążyć „na styk”. Wjeżdżając na Czarną Górę ma się wiele możliwości wędrowania szlakami, zarówno docierając pod Śnieżnik i zdobywając go, jak również można pokręcić się na górze i zjechać w dół, jak też zejść w dół, co zajmuje nie tak wiele czasu. Szlaki są oznaczone zarówno pod samą Czarną Górą, skąd można o ile się nie mylę, ruszyć nawet na Międzygórze. To już dla bardziej zaawansowanych wędrowców. Widoki w każdym razie gdzie się człowiek nie ruszy, jak w reklamie, czyli bezcenne. Naprawdę można oko napaść zarówno widokami, jak i można się zrealizować fotograficznie. No i poprawić kondycję. 

Po drodze na Przełęcz Puchaczówka można napotkać owce, które co wieczór wędrują w dół z gór, gdzie są wypasane, aby zdążyć na nocleg do Bacówki. Bacówka oferuje oscypki. Tak, oscypki, albowiem owce te przyjeżdżają na wypas z Podhala, aż spod Gubałówki. Obecnie oscypki mają już mało owczego mleka, jednak jest przewaga krowiego, to nie wiosna, ale jak ktoś dotrze tam wiosną, to na pewno naje się ich z przewagą mleka owczego. Owce obecnie były golasami albowiem dopadł je owczy fryzjer, ale myślę, że przed zimą pokryją się ciepłą wełną i nie podziębią się. Dobrze, że pogoda była świetna to myślę, że się nie pochorują.

Okolice południowo-zachodniej Polski, jak wiemy obfituje w Zdroje. Dawne „wody”, do których jeździło się podreperować zdrowie.  „Wody” zmieniły nazwę na zdroje, a poza tym nic się nie zmieniło, dalej jeżdżą tam ludzie aby nabrać sił i zażyć leczniczych wód. Trzeba przyznać, że sporo ludzi z małymi dziećmi wybiera taki pomysł wypoczynku połączony ze zdrowym stylem życia. My byliśmy w dwóch zdrojach, Dusznikach i Lądku Zdroju. 
Lądek Zdrój znowu dzieli się na dwie części, miejską ze Starówką (szkoda, że nie wszystkie kamieniczki odnowione, trochę jest dysonans) z pręgieżem, kolumną autorstwa słynnego w okolicy Michałą Klahra Starszego (z klanu rzeźbiarskiego Klahrów) i częścią uzdrowiskową ze słynnym chyba na całą Polskę domem zdrojowym Wojciech.
Nieopodal Wojciecha jest przyjemna kawiarnia w stylu wiedeńskim, w której raczyliśmy się słodyczami i niezłą kawą (podobno, mnie od czasów ciąży do kawy ciągnąć przestało, więc zdanie opieram jedynie na opinii P.). 

Będąc w Lądku nie sposób nie odwiedzić Arboretum. Bardzo polecam to miejsce jako cel relaksującego spokojnego spaceru wśród oszałamiająco pięknego drzewostanu. Domyślam się, że wiosną jest tam najpiękniej ale i teraz było bardzo miło. No i tam spotkaliśmy sąsiada z Kabat;). 

okolice Czarnej Góry