Tu na Penken. Nawet ustawiły się w eleganckim rzędzie do fotografii. Przyjrzyjscie się drugiej krowie od lewej strony, widać dzwonek!
Dolina Zillertal.
Ciekawe;) ostatnio mam różne dziwne doświadczenia z wklejaniem zdjęć na blox. Czyżby coś "ulepszali"? Mam nadzieję, że się teraz wreszcie pojawi.
A zdjęcie zrobione podczas jednej z wypraw.
Dolina Zillertal jest piękna. Gdziekolwiek się nie wjedzie, jest po prostu urokliwie i można odbyć wiele miłych wędrówek. Tu coś, co lubię, czyli góry w tle, łąki i lasy. I ćwierkające ptaki dookoła. Nic dodać, nic ująć!

sielsko, anielsko…
jak to określiła Daria a potem Marga, było na tym wyjeździe. Dla mnie zupełnie nowość. Począwszy od klimatu, poprzez otaczającą mnie naturę, jej spektakularne objawienia, które jak pisałam, co i rusz, dosłownie zwalały nas z nóg.
Mój zachwyt zaczął się na lotnisku, kiedy zobaczyłam auto, jakie dostaliśmy w wypożyczalni. Jako, że wyjeżdżając, nie wiedzieliśmy, jakie będzie, ucieszyło mnie, że był to mój ulubiony wóz BMW (chociaż ostatnio baaardzo podobają mi się Audi). Tak więc po szybkim jedzeniu w Burger Kingu na Monachijskim lotnisku, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do Mayrhofen, możecie o nim poczytać trochę tu http://en.wikipedia.org/wiki/Mayrhofen.
A miasteczko znajduje się w Dolinie Zillertal.
Nasz hotel położony był na krańcu miejscowości. Sama miejscowość przyjemna, niby "kurort", a jak dla mnie , wystarczający, akurat, nie za wielki i przesadny, być może zresztą, że wynikają te moje spostrzeżenia z faktu, że nie mieliśmy, na szczęście, okazji przebywać tam w sezonie. Kilka marketów, restauracje, lodziarnie (konditorei), sklepy z pamiątkami i nie tylko. Ot, taki kurort z deptakiem. Wybrany przez nas między innymi ze względu na położenie i fakt, że tam, gdzie planowaliśmy, łatwo i szybko było się nam stamtąd wydostać.
Podobało nam się,że na okoliczne wzgórza i szczyty łatwo dostać się tam kolejką. Jako, że nie jesteśmy jakimiś zaawansowanymi górskimi wędrowcami, więc odpowiadało nam, że wjeżdżaliśmy sobie na taką górkę czy na jej podnóże i tam mogliśmy wędrować, decydując, ile czasu chcemy sobie na łażenie przeznaczyć, i kiedy zdecydować się na powrót.
Odkryliśmy "zaświstaczone" miejsce jakim były okolice Hintertux, czyli podnóża lodowca Tux. Pod sam Tux też wjechaliśmy (już na szczyt nie, bo nie mieliśmy tylu ciepłych ubrań naszykowanych, tam bowiem jak wiecie, śnieg i ciągle na nartach sobie jeżdżą a i temperatury niskie). Widok lodowca był niezwykły! Także zabawnie było zobaczyć, jak ludzie zjeżdżali po nartach kolejką na dół i buciska narciarskie zmieniali na leciutkie japonki 🙂
Okolice Hintertux były dosłownie zaświstaczone. Norka koło norki. Świst za świstem. A świstaki, jak pisałam, dopisywały! Ale oczywiście, nie tylko tam się kręciliśmy.
Widok gór niezwykły. Lasy iglaste robią wrażenie, ja osobiście wolę takie widoki gór, właśnie z zalesionymi stokami, zboczami. Ale były też , szczególnie w wyższych partiach, już niezalesione, a bijące w niebo majestatycznymi skałami, z których często wypływały kaskadowe wodospady, co tworzyło niepowtarzalne wrażenie.
Kolejna sprawa, jaka mnie zachwyciła, to alpejskie łąki! Owe sielskie, anielskie, które "grają" …cykaniem, głosami owadów i oczywiście, dzwonkami! Bowiem nieopodal ukwieconych łąk, często na łąkach są wspomniane już przeze mnie, towarzyskie krowy, które chętnie podchodzą zainteresowane turystami i one grają dzwonkami zawieszonymi na ich szyjach. Dzwonkami, których głos niesie się daleko, daleko. Czasem podjeżdżając gdzieś kolejką, słyszeliśmy dzwonki i wypatrywaliśmy wysoko pasących się krów.
Roślinki tam rosnące też urocze;) szczególnie podobały mi się astry alpejskie i rododendron alpejski. Chyba fajnie, że mogliśmy być tam nie w sezonie, jako, że czasem mieliśmy wrażenie, że miejsce jest tylko dla nas!
Jedna rzecz, która nas zdziwiła. Spodziewaliśmy się, że na jezdniach będzie przyjemniej. O ile na autostradzie jeżdżą OK , z pełną kulturą, to tam, szczególnie na górskich odcinkach , czuliśmy się, jak w Polsce. A nawet gorzej czasem. Nie widziałam bowiem zbyt często, żeby ktoś wjeżdżał na czerwonym świetle. A tam miało to miejsce przy górskich jednokierunkowych tunelach, w których często czeka się, aż wyjadą ludzie z przeciwnej strony. Mieliśmy też drugiego dnia nieprzyjemną okazję widzieć pozostałości prawdopodobnie śmiertelnego wypadku. Musiał zdarzyć się dosłownie kilka minut po tym, jak przejechaliśmy owe miejsce na drodze, bowiem paręnaście minut potem wracaliśmy tamtą drogą i już zaczynało się korkować, była też policja i karetka, a potem przyleciał po motocyklistę , bo to on zderzył się z autem, helikopter. Ciekawe, czy po niego, czy wzięli go na narządy.
Żeby nie kończyć pesymistycznie, nam na szczęście nie zdarzyła się niemiła drogowa sytuacja, może dlatego, że jednak człowiek wyczulony na tych naszych drogach.
I jeszcze polecam stronę:
http://www.tyrol.com/
A świstak siedzi i zawija je w te sreberka;)
Obiecany Świstak.
Tu "złapany" przez nas wraz z jego żoną , kiedy wygrzewał się na górskiej drodze. Kiedy zobaczył, że P. ruszył "upolować" go z aparatem, świstak niespiesznie udał się w kierunku łąki. Pani świstakowa zniknęła w norce, a on zajął się tym , co świstakom wychodzi najlepiej. Nie, nie owijał czekoladek w sreberka tym razem, a zajadał się trawą, czy co tam świstaki zajadają w ramach ulubionej przekąski.
refleksje, tak na gorąco…
Widoki Tyrolu, Alp, lasów, wodospadów górskich , krów pasących się na górskich łąkach, świstaków! powaliły nas na kolana i pewnie długo się jeszcze z tych kolan nie podniesiemy.
P. w górach bywał. Mój wyjazd w górskie okolice był pierwszy od lat baaaaardzo wielu, praktycznie taki z łazikowaniem to pierwszy, więc tym bardziej cieszę się, że się udał!
Niemiecki poćwiczyliśmy. Przy okazji, Marga, dowiedzieliśmy się, że podobno mamy akcent twardy, jakby z okolic Berlina;) A co Powiesz na "fenszter"? i "aufweiderszejen"? Ja się śmiałam.
Nie dopadłam ani jednej salamandry, co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się ich wiele. Za to znalazłam jedną, jedyną szarotkę, która rosła wzdłuż szlaku i obfotografowałam ją wzdłuż i wszerz.
Widzieliśmy prawdziwe świstaki, słyszeliśmy ich świstanie, cieszyliśmy się ich minami i tym, że możemy je widzieć.
Na zawsze zapamiętam dźwięk dzwonków, które noszą krowy i który to dźwięk niesie się daleko, daleko po łąkach i halach i po nim poznajesz, że jakieś towarzyskie stado jest nieopodal. Towarzyskie piszę, bo krowy bardzo lubią tam się z człowiekiem spotkać. Jak cię wypatrzą, często gęsto zdążają, żeby się przywitać, a były takie, co od niektórych nawet głasków się domagały.
Nabiał i czekoladę mają tam rozpływające się w ustach! Wspaniałe!
Jedzenie mi jednak kompletnie nie podchodzi, wierna pozostaję kuchni śródziemnomorskiej.
Ludzie też trochę mnie zawiedli. Zawsze myślałam, że jest zasada, że w stolicach są mniej mili czy outgoing, niż na prowincji, a tu odwrotnie, zdecydowanie bardziej wolę Wiedeńczyków. I tak w moim prywatnym rankingu na najbardziej sympatycznych mieszkańców są Maltańczycy i Grecy na tym samym miejscu.
Natura jest tam przepiękna i aż nie mogę uwierzyć, że widziałam to na własne oczy!!!
Więcej napiszę za jakiś czas…
do usłyszenia niebawem
Już jutro powrót do domu.
Wyjazd okazał się super, ale chętnie wracam do siebie. Jednak, zgodnie z powiedzeniem, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!;)
Cieszę się, że kartki podochodziły. Z wieści od opiekującej się mieszkaniem moją Mamą wiem, że i od Was skrzynka pełna. Dziękuję Nenie, Monoli, Mardze i Ciekawej_swiata.
Pozdrawiam i do usłyszenia niebawem!
O Portugalii w gazecie…
http://serwisy.gazeta.pl/turystyka/1,51098,3741489.html
właśnie kiedyś musimy wrócić do Portugalii, wynająć auto i ruszyć te zamki i zamczyska pozwiedzać, bo tym razem zwiedziliśmy tylko ten w Lizbonie, jako, że do Sintry nie wpuszczali (ci, co czytali moje wspomnienia z Lizbony pamiętają, że był to efekt okropnej ulewy (czytaj, takiej, jakiej nigdy nie widziałam wcześniej)).
Miłej lektury a może i inspiracji na jakiś wyjazd;)
podróże, małe i duże…
i nie zawsze moje;)
Lubię oglądać wszelakie programy o innych krajach. Nawet te, które trochę z góry mówią właściwie głównie o tym, co już się na temat danego kraju wie. Ostatnio na dwójce jest w piątki nowey program "Podróże z żartem". Nie wiem, ile już było odcinków, załapałam się na Grecję i dzisiaj na Kubę.
Hmmm, rozmarzyłam się…od obejrzenia "Buena Vista Social Club" bardzo bym chciała kiedyś na Kubę pojechać…a po przeczytaniu "Stu Butelek na Ścianie" E.L. Porteli jeszcze bardziej;)
Tyle krajów na mnie czeka…Japonia, Brazylia, Indie (chociaż tam wiem, że pewnie się nie wybrałabym z różnych powodów zdrowotnych) , Irlandia, Kuba właśnie, Hiszpania…
Z zaprzyjaźnionego forum o Grecji…
http://www.greekislandspetses.gr/
dowiedziałam się, że wyspa opisana w "Magu" to Spetses.
Oto więc strona poświęcona tejże. Chętnie bym się wybrała…
Wiedeńskie wspomnienia, dorożki…
chociaż nie odbyliśmy takiej przejażdżki, ale załączam zdjęcie jednej z najbardziej charakterystycznych wiedeńskich atrakcji, czyli dorożki. Tu konie w płaszczach, jako, że trafił się wyjątkowo chłodny maj…
