…Monachium jest bez wątpienia Targ Wiktuałów. Oczywiście musieliśmy zobaczyć go na własne oczy. Jest to ni mniej, ni więcej, tylko coś w rodzaju naszego bazarku, ale bardzo schludnie urządzonego. Można dokonać tam zakupu, jak nazwa sama wskazuje, najrozmaitszych wiktuałów, takich, jak owoce,z najrozmaitszych stron świata, oliwki, warzywa, miody, mięso, wędliny, itd…do tego jest ogródek piwny, gdzie można i piwa się napić i kiełbaskę zjeść. Ja kiełbas nie jadam w ogóle, ale maliny nabyliśmy i naprawdę smaczne były. W dodatku kupcy tak ładnie te swoje towary wystawiają, ułożone to wszystko w ładnym rządku, czyściutkie, aż chce się kupować od razu! Ja nabyłam daktyle, nie dla owocu, co dla pestki, z których to pestek chcę eksperymentalnie wysiać sobie palmę. Jak będzie? zobaczymy.
Muzealnie, jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Alte i Neue Pinakothek. Zbiory obu muzeów naprawdę fantastyczne a że budynki blisko siebie umiejscowione można łatwo przenieść się z jednego do drugiego, żeby kontynuować podziwianie zbiorów.
Bylismy też podziwiać Państwowe Zbiory Sztuki Antycznej , które były imponujące. Budynek jest tuż obok Propylei wzorowanych na Akropolu ateńskim i Glyptoteki, również stylizowana na antyczną budowlę, stąd , jak napisali w przewodniku, swego czasu Monachium nazywano "Atenami nad Izarą":)
Muzealnie, wstąpiliśmy do Stadtmuseum, które ma jedną z największych ponoć na świecie kolekcję lalek, szczególnie jednak marionetek, pacynek i lalek z teatrów lalkowych właśnie. Oprócz tego bardzo interesujące zbiory instrumentów muzycznych z całego świata. Niestety, część muzeum była w remoncie, więc zbiorów związanych z życiem monachijczyków nie udało nam się zobaczyć.
Zwiedziliśmy też Rezydencję, czyli rezydencję bawarskich królów wraz z imponującym skarbcem z niezwykłymi zbiorami, z których zarówno korony wrażenie na nas zrobiły, jak i wysadzany szlachetnymi kamieniami posążek Świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Same pomieszczenia Rezydencji również interesujące, nie tak bardzo jednak, jak Nymphemburgu. I tu znowu nie zobaczylismy, niestety, jednej z głównych atrakcji, czyli Teatru zwanego Cuvilles Theater od nazwiska architekta, który go zaprojektował, jako, że jest w remoncie.
Wyjeżdżając gdziekolwiek…
dobraliśmy się z moim P. doskonale. Nie wiem, jak to się stało, ale lubimy w podobny sposób spędzać wakacje. To znaczy, kiedy jesteśmy w miastach lubimy pozwiedzać zabytki i nie tylko, ale nie wzdragamy się też przed relaksem na plaży. Jak dobrze, że taki chłop mi się trafił, bo dzięki temu nasze wakacje wszelakie, to miło spędzony czas a nie czas utyskiwań, czy wzajemnych pretensji. Że nie wspomnę, że dreszcz mnie nachodzi na myśl o tym, że mielibyśmy jechać z kimś jeszcze. Nam naprawdę dobrze jeździ się we dwoje.
Zwiedzając miasta oboje lubimy poobserwować zwykłych ludzi, zwykłe życie. I tak dlatego oboje bardzo się ucieszyliśmy, kiedy okazało się, że nasz hotel, chociaż oddalony od ścisłego centrum chwilkę S-bahnem (akurat na naszym placu przecinało się kilka ich linii, więc dosłownie o każdej porze co chwilka jakiś dogodny dla nas jechał), a w najbliższej okolicy mamy tak zwaną "zwykłą dzielnicę mieszkalną". Nie ma dla mnie większej radości, niż obserwowanie mieszkańców. I tak, popołudniami chodziliśmy sobie na krótki spacer po tej naszej dzielnicy, przysiadając czasem na ławce, czasem zaglądając do okolicznych sklepów, patrząc na mieszkańców okolicznych kamienic…
Stołowaliśmy się też 3 razy tamże, raz w miejscowej włoskiej tratorii, w której widać było, że są stali klienci, bo kelnerzy rozbawieni żartowali z nimi, wiedzieli, czego oni sobie życzą, a jeden pan wziąwszy klucze od domu za 5 minut pojawił się ze sweterkiem, który narzucił na ramiona żony. Lubię takie "miejscowe" miejsca, gdzie wiem, że trafiają właśnie nie turyści a przynajmniej nie głównie, a właśnie miejscowi.
Monachium według mnie ma wiele atrakcji dla każdego. Również podróżujący z dziećmi znajdą tam coś dla siebie. Bo to i Deutsche Museum jest podobno fantastyczne i jedno z najlepiej zorganizowanych ZOO. My zaś skusiliśmy się na Sealife w Olympiapark. Samego parku olimpijskiego nie obchodziliśmy, tyle, co okolice Akwarium właśnie, z wieżą olimpijską i sztucznym jeziorem.
Samo Akwarium super, sporo kolorowych stworzeń morskich, ale najfantastyczniejsze -koniki morskie (stworzenie, które bardzo lubię).
Widzieliśmy bajeczny i kapiący wprost od barokowych ozdób Asamkirche (mimo, że jak Wiecie baroku nie lubię, to nawet mnie on a raczej jego architektura i wystrój wnętrza zafascynował.
Wyprawą na peryferie miasta, była wyprawa do Nymphenburga, tego, w którym kiedyś mieściła się również manufaktura porcelany. Sam Nymphenburg, to jeden z najładniejszych zespołów pałacowo -ogrodowych Europy. Ogród w nim faktycznie wielki, przechadzają się po nim, o dziwo, kaczki i chyba jakiś rodzaj gęsi? Nie pawie, jak u nas, co mnie nieco zaskoczyło. Mijając po drodzę Parę Młodych, którzy najwyraźniej przyjechali tam na plener, poszliśmy w kierunku Amalienburg, który to jest perełką rokoka, pałacykiem myśliwskim. I tak, jak nie lubię baroku, to jego rokokowa odmiana w tej budowli aż mnie urzekła. Znacie to uczucie, kiedy kicz sięga sufitu do tego stopnia, aż zaczyna Wam się podobać? Coś takiego mniej więcej odczułam tamże.
Jednak owo poczucie nie towarzyszyło mi podczas zwiedzania innej budowli , samotni do modlitwy, jaką zażyczył sobie Maksymilian Emanuel, zwanej Pustylnią Magdaleny. Na zewnątrz budowla stylizowana jest na średniowieczną ruinę i nawet "ujdzie", wnętrze jednak jest więcej, niż kiczowate. Wygląda mniej więcej tak, jakby ściany i sufity wyłożono cementem, w który powlepiano muszle i jakieś kamyki. Wielkie brrr;))
Udaliśmy się więc z powrotem, aby podziwiać wnętrza samego pałacu, które okazały się przyjemne dla oka…
Ciąg dalszy nastąpi…
Miasta z klimatem…
miasta z klimatem uwielbiam. W ogóle lubię miasta, ale te z tym czymś, tym, jak wcześniej napisałam, nieuchwytnym klimatem, które je tworzy, lubię szczególnie. Monachium zdecydowanie okazało się miastem z klimatem.
Przyznam się, że podobało mi się znacznie bardziej, niż Rzym na przykład;)
Wiem, że się pewnie niektórym narażę, ale trudno. Jest, jak jest.
Co mi się jeszcze podobało? A to, że uśmiech z twarzy zlazł mi, jak starty kredowy napis gąbką z tablicy, dopiero w Polsce, kiedy trafił nam się megagburowaty i niesympatyczny taksówkarz, który dobitnie przypomniał mi, że już jesteśmy w Polsce.
Przyznam się otwarcie, że jechałam do Niemiec pełna stereotypów. Jednak gdzieś tam na dnie pamięci się czaiły, mimo, że staram się stereotypy omijać szerokim łukiem. A jednak. Spodziewałam się ludzi w stylu piwko i kiełbaska, rubasznych nieco, pewnie w stosunku do siebie otwartych, a do innych , szczególnie obcych, niekoniecznie, raczej z grzeczną rezerwą. I oto nastąpiło totalne zaskoczenie. Na plus, oczywiście! Jak dotąd podejrzewałam, że ludzie mili są raczej w mniejszych miejscowościach, gdzie wiadomo, jakoś czas inaczej pędzi, mniej się spieszyć trzeba. a tu zaskoczenie. Na te 5 dni z kawałkiem, kiedy byliśmy, co i rusz spotykały nas dowody sympatii wręcz, miłych odezwań, niezlicznych uśmiechów, jakie tam ludzie wymieniają ze sobą, ot tak, po prostu, już po raz kolejny podkreślać nie muszę. Tak, czy siak, uśmiech, jak napisałam, zlazł mi z twarzy dopiero w Polsce.
Obcy ludzie odzywali się do nas. W większości (jestem z nas dumna;), rozumieliśmy, co mówią. Czasem pytali się, skąd jesteśmy, jeden kelner widząc nasz pośpiech (zjeść coś szybko i dalej wrócić do zwiedzania), radził nam spokój i relax;) bo oni się tu nie spieszą…Babcia, która przysiadła się na chwilkę na ławce, na której siedzieliśmy i jedliśmy lody, podnosząc się pożegnała się z nami życząc nam dobrego dnia. Chłopak karmiący kaczki w parku zagadnął nas , radząc się, czy to, co im podaje nie zaszkodzi im itd…
Drobiazgi? Może. Ale jakże obce tu u nas. Powiem tak…inny świat. Strasznie mi się spodobała ta ogólna uprzejmość i życzliwość. Fakt, że kiedy czekałam na P. wymieniającego pieniądze w banku, trzy nadchodzące osoby dopytały się, czy aby ja nie stoję w kolejce. Nieważne, że byłam od kolejki daleko (specjalnie, żeby właśnie przychodzący mogli stanąć). Ale przecież nic nie szkodzi się spytać, czyż nie? Kolejny drobiazg, który mi się spodobał…
Cóż jeszcze? Bardzo spodobało nam się to, że tam wieczorami życie wrze. Na mieście, w restauracjach zatłoczono. Lubię taki klimat i nie spodziewałam się takiego dość południowego klimatu właśnie w niemieckim mieście. Piwo leje się strumieniami, a pijanych czy agresywnych jakoś nie widać. Że nie wspomnę, że w piątek widzieliśmy podążających zgodnie kibiców dwóch przeciwnych drużyn na mecz…inny świat, że się powtórzę…inny świat…
To tyle pierwszych refleksji. Będę dopisywać;)
Acha, co do zwiedzania. Zwiedziliśmy więcej, niż sami przypuszczaliśmy, że nam się uda. Z planu, jaki był, nie dotarliśmy jedynie do Deutsche Museum, jako, że kolejka przed nim nie przypominała ani tej przed Luwrem, ani tej przed National Gallery (tu wierzę P. na słowo, jako, że ja w Londynie nie byłam).
Achensee.
Największe jezioro Tyrolu. To u nas większe się zdecydowanie trafiają;)) W dodatku trafiliśmy , kiedy było zachmurzone i dość chłodno. Podziwialiśmy więc grupę młodych chłopaków, którzy wbiegli na pomost z piłką zamierzając grać. Kiedy wleźli do wody , już takiego entuzjazmu nie wykazywali.

Hall in Tirol.
To małe miasteczko nieopodal Innsbrucku, które posiada prawie niezniszczoną zabytkową Starówkę, sporo budynków pamięta czasy gotyckie.

Doliną Zillertal…
jeździ kolej. Na ogół nowoczesny skład. Jednak kilka razy dziennie pcha się kolejka stara, jak się można domyślać, wzbudzająca największe zainteresowanie turystów. Naszego nie, bo to, jak ona kopciła i śmierdziała i na pewno zanieczyszczała środowisko, nie budziło naszego entuzjazmu. I gdzie tu te opowieści o ekologii? A tu na fotce owa kolejka właśnie.

Zamek Tratzberg. Widok z krużganków.
Piękne,
naprawdę piękne miejsce. Wnętrza bajkowe, wymarzone wprost do kręcenia
filmów kostiumowych! Stare meble, które przypominałam sobie ze
slajdowisk z rzemiosła artystycznego. Ach! Naprawdę warto zwiedzić.
Z zamku przywiozłam kilka zakładek do książek, jedna już do kogoś powędrowała;)
Zamek Tratzberg.
Wrócę na chwilę do podróży. Jednym z dwóch renesansowych zamków, jakie
odwiedziliśmy, był Zamek Tratzberg. Niesamowite wnętrza! Niestety, w
nim zdjęć nie można robić, a więc mam tylko zdjęcia krużganków i z
zewnątrz, kiedy to ruszyliśmy pod strome zbocze zdobyć go. Dopiero
kiedy dotarliśmy na górę zziajani i z wiszącymi do pasa jęzorami i
kiedy minął nas schodzący w dół uśmiechnięty pan kiwający w stronę
zamku ręką oznajmiając, że jeszcze tylko "eine minute", zorientowaliśmy
się, że pod górę wjeżdża mini kolejka, taka z typu turystycznych…no,
ale nieważne, my zdobyliśmy zbocze i stwierdziliśmy ,że nie dziwne, że
Zamek Tratzberg nigdy nie został zdobyty, jako, że po dotarciu na
szczyt, zdobywający zwyczajnie już nie mieli na nic siły;)))
Jezioro zaporowe Schlegeisstausee.
Jedna z większych zapór, jakie widzieliśmy, tworzy to niezykłe, wielkie i malownicze jezioro u stóp Lodowca Schlegeis. Wyprawa obowiązkowa, jako, że widoki naprawdę malownicze!

Zamek Ambras.
W gabinecie osobliwości znalazłam też prototyp naszych japonek. To nic innego, jak dowód na to, że projektanci nie wymyślają nic nowego, a korzystają ze starych, sprawdzonych wzorów. Moda, to wieczne powroty!

