wietrzna noc…

…o dziwo, nic mi się nie śniło? a może nie pamiętam? I dobrze.
Wiało nieźle. W nocy, o 2 wstałam popatrzeć, co się dzieje, to już nieźle duło, ale i tak kulminacja chyba nadeszła później, około 6. Teraz wiatr cichnie. I dobrze…ale wczoraj wieczorem, to byłam podenerwowana.
Słyszałam, że w Niemczech i Anglii wiało koszmarnie…wysłałam już email do Berlina, a z Anglii miałam wieści, czyli u nich chyba OK…

Nie cierpię takiego wiatru…

orkan za oknem

…mój nastrój powędrował w dół…byłam dziś na onecie, zajrzałam na blogi wytypowane do konkursu na blog roku. Szkoda, że bloxowi nie przyjdzie do głowy zrobić podobnego…jest tyle ciekawych blogów na bloxie, naprawdę…Nawet ja mam wśród swoich czytanych wiele naprawdę interesujących…zadumałam się przeglądając tamte, ile jest ciekawych…i jak bardzo mój jest przy nich nijaki. Nie umiem pisać zajmującym intrygującym językiem, nie przedstawiam fascynujących zdarzeń, nie opisuję głębokich doznań, ani przeżyc, jestem wredna, po cholerę komu w ogóle ten mój blog?

Tiaaaaa…orkan za oknem;/

panna niedotykalska…;)

"panna niedotykalska, ale jak się ją już dotknie, to gadać lubi", taki swój opis zauważyłam wczoraj na blogu Margi;))I jakoś nie mam pretensji, że nie trafiła mi się kwintesencja kobiecości na przykład, czy nie odkryty talent, bo wielce mi się ten opis spodobał. Cóż, to kwintesencja Chiary;))

Marga, wyczułaś mnie;))

przez najbliższe dwa dni o przesyłkach…

…możemy zapomnieć, bowiem ma się odbyć wymiana skrzynek pocztowych w naszym domu. I dobrze, te były ogólnie mówiąc, do krzaka. Tylko szkoda, że aż 2 dni im to musi zająć i dziwne, że nie w sobotę na przykład, kiedy u nas PP i tak nie chodzi. A nowe kluczyki do odbioru w piątek. Hm, pewnie jedna sztuka i znowu kolejny kłopot, trzeba będzie od razu zamówić sobie drugi, bo lubimy, jak każde z nas ma własny kluczyk od skrzynki.

wietrznie…

…bardzo, ale wyszliśmy dziś na spacer. O dziwo, było całkiem słonecznie, wiatr wywiał chmurzyska z deszczem, które przyniosły poranny deszcz…
Na spacerze skusiliśmy się na kawę u Bliklego. Irish Coffee, mniam, mniam…Mamy tu niedaleko ich kawiarnię, a jakoś nie wpadliśmy dotąd.  Okazało się, że jest tam spory ruch, co i rusz ktoś wpadał i wychodził z ciachem, ale i zostawali na kawkę , jak i my…Weszła sympatyczna rodzina, ona z trójką mężczyzn, to znaczy mężem i synami. Tata rodziny był bardzo sympatyczny, w ogóle, od razu jak weszli powstał koło nich ruch, ale taki miły, nienachalny, jakaś wielka pozytywna energia biła z tej czwórki a ja powiedziałam do P., że musi być fajny dom, w którym ponaddwudziestoletni syn ma chęć na wyskoczenie na spacer i kawę z własnymi rodzicami. Drugi syn był nastolatkiem…głowa rodziny tak fajnie dla nich zamawiał, głośno pytał, co chcą, to doskakiwał do stolika, żeby się upewnić, czy dobrze usłyszał, ale wszystko to tak sympatycznie robił, że aż się do niego uśmiechnęłam, a on do mnie. I nagle zrobiło mi się przyjemnie, że wymieniłam uśmiech z kimś obcym, tak zupełnie bez żadnych podtekstów, po prostu dlatego, że ten ktoś wydał mi się sympatyczny…
Wracając musiałam przytrzymać parę razy nakrycie głowy, bałam się, że mi zerwie wiatr;)

wczoraj zniknęłam z bloga, bo grałam;)

nie, nie w kasynie;) ten hazard mnie nie kręci. W gierkę. Kompletnie nie jestem maniakiem gier komputerowych. Jedyne, jakie mnie kręcą, to te, w których trzeba wydostać się z pokoju uprzednio zebrawszy jakieś potrzebne do ucieczki przedmioty (ze 3 lata temu taką fajną ktoś nam podesłał, graliśmy razem z P. ) i Samorost. Właśnie te 3 lata temu ktoś też podrzucił mi (chyba B.?) grę Samorost, część pierwszą, a teraz , przyznaję się, wyczytałam w wielką radością na blogu Pentelki, że jest część druga (ona też dowiedziała od kogoś tam z kolei) i …wsiąkłam. Dotarłam sama bardzo daleko, z czego jestem dumna z siebie, jako, że jak na osobę, która kompletnie z grami nie ma nic wspólnego (prawie, samorost przecież:), nieźle mi poszło. Ale pomoc P. wczoraj okazała się niezbędna do wykrycia, jak wyrwać z niecnej pułapki ludka, kiedy już prawie udało mu się wyzwolić pieska…brzmi jak bredzenie, zastanawiacie się, co wzięłam? Nie, nic, po prostu bardzo lubię tę grę. Głównie za animację, niesamowite tło muzyczne i tak zwany całokształt.

Jakby ktoś chciał sobie zagrać, to hucznie polecam:

http://www.samorost.net/samorost2/

na dole strony jest odnośnik do Samorost 1 , jak Wam się spodoba;)

wczorajsza paczka…


…była od penpalki P. Penpalki, z którą pisał w czasach początków studiów…K. to Amerykanka, jak najbardziej, nauczycielka akademicka, bardzo fajna , wykształcona kobieta (w tym roku stuknęła jej 40stka). Teraz korespondencję z nią prowadzę głównie ja, jako, że P. zwyczajnie nie ma już czasu…

K. jakieś7 lat temu poznała miłość życia, starali się o dziecko, ale poroniła. Bardzo to przeżyła. Potem jednak los zaczął im sprzyjać, zaszła ponownie w ciążę i urodziła bliźnięta. Dzieci jak się okazało , chore. Psychicznie są jak najbardziej zdrowe, jednak fizycznie bardzo poszkodowane, od urodzenia przeszły już sporo operacji. I co się stało? Ano ta wielka miłość życia K. nagle jak się okazało, nie wytrzymała. Po prostu? Przerosło go to. Okazało się, że w amerykańskim śnie nie ma miejsca na chore dzieci. I jak to często w życiu ma miejsc, zwinął żagle i odpłynął w siną dal, a raczej opiekuńcze ramiona innej pani. Która nawiasem mówiąc ma dzieci. Zdrowe.

A K.? Jak to kobieta. Musi dać sobie radę. Nieważne, że często pada na pysk. Przecież musi dać radę. I daje. Bardzo ją za to szanuję i podziwiam. Jest bardzo ładną kobietą i mam cichą nadzieję, że jeszcze kogoś fajnego w życiu spotka. Kogoś, kto zasłuży na miłość jej i Bliźniaków. Kogoś, kto im tą miłość da.

Jedno jest dobre. K. ma wspaniałą rodzinę. Często gęsto wyśmiewa się Amerykanów, że wszystko mają takie zasłodzone, że to tylko w filmach przedstawione są cukrowe rodzinki. A ona ma wspaniałych Rodziców. Nie patrzących amerykańskim mitem, że dorosłe dzieci mają dać sobie radę same. Pomagają jej w opiece nad Bliźniakami. Inaczej pewnie mogłaby zapomnieć o swojej pracy…Ma też wspaniałą Babcię, która skończyła 94 lata, jest całkowicie sprawna i też często zajmuje się synami K.
Może jest tak, że jak w jednym aspekcie życia człowiekowi się nie powiedzie (w tym przypadku-nieodpowiedzialny mąż, którego własne dzieci obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg), to wynagrodzone jest w innym (tu dobra rodzina)?
Podziwiam K. za to, że jest taka, jaka jest i mam nadzieję, życzę jej, żeby kiedyś uzyskała więcej spokoju i może poznała jeszcze kiedyś kogoś wartościowego…