Wiosna jej odbiła?

Dziejszy spacer do Konstancina bardzo udany. Chociaż pogoda dopisała tak sobie , bo nie było słonecznie i chwilami dość chłodno (a przecież według prognoz to wczoraj, kiedy była bajeczna pogoda , miało padać a dzisiaj miało być pięknie i słonecznie;), to miło spędziliśmy czas. Przy okazji spotkaliśmy "szaloną" wiewórkę, która wyczyniała sztuki. P. sfotografował jedną z jej sztuk. Ciekawe, co robiła? Piłowała sobie zębiszcza? Wyszukiwała jakieś odpowiednie korzonki czy miękki mech do gniazda? Wiosna jej odbiła? W każdym razie złapała coś z ziemi i piłowała to w zębach z zapałem. Mieliśmy radochę. P. sfotografował też dzięcioła dużego. Fajny ten jego nowy obiektyw, dobrze, że go namówiłam.

Na obiad poszliśmy do włoskiej restauracji, którą już od jakiegoś czasu chcieliśmy odwiedzić. Objedliśmy się baaardzo;) Ja ,to nawet nie wiem specjalnie czym, może fakt wypicia sporej ilości wody mineralnej (tej samej, którą zawsze piliśmy w Rzymie) spowodował uczucie tak wielkiej sytości?

moje przygody z PP, czyli…

…książek nie lubią. 🙂 Pewnie, bo co taka książka? Tylko zmądrzeć od czytania można. (No, zależy, co się czyta). Dzisiaj dostałam książkę wysłaną wczoraj przez Judyttę. Pomijam fakt, że chyba pierwszy raz udało mi się otrzymać od kogoś priorytet w czasie wyznaczonym przez PP (chociaż nie pamiętam, czy zakładka od Stregi nie doszła też na czas? dumam…). Książka włożona była przez Judyttę do szarej koperty. Do mnie doszła, owszem, w kopercie, ale i w folii ze stosownym napisem, że "przesyłka dotarła w stanie naruszonym" i takie tam blablabla. Zrozumiałabym, gdyby koperta była naddarta, czasem tak się zdarza, gdy porusza się przy noszeniu na przykład czasopismo , które prenumerujemy, jego róg potrafi naderwać kopertę. Tu jednak koperta była ewidentnie i równiutko przecięta (cud, że książka w ogóle z niej nie wyleciała:) jeszcze jeden dowód na to, jaki to przypadek.;). Na szczęście widać osoba, która zajrzała, stwierdziła, że tego się nie da opchnąć na Allegro albo, że "eee, nie Wiśniewski, to nuda" i…książkę dzięki temu dostałam. Ufff…A książka, która się nie spodobała komuś tam , i dobrze,to "Rebeliantka o zmarzniętych stopach" Johanny Nilsson. Judytto, dziękuję za pamięć i pomyślenie o mnie;)

8 marca…

czyli Dzień Kobiet. Hmm, za czasów mego dzieciństwa pamiętam, że hucznie obchodzony. Potem trochę skryty w cieniu Walentynek. Ja nie widzę specjalnego sensu, jako, że wiecie, że nie przepadam za wszelkimi Świętami, jak to nazywam "obligatoryjnymi", ale…jak zawsze wiele refleksji mi do głowy z tej okazji przyszło. Święto kobiet, tej części populacji świata, która pada wielokrotnie częściej ofiarą przemocy czy to w rodzinie (właśnie Jedynka Radiowa dzisiaj na ten temat audycję prowadzi), czy przestępstw ogólnie (przemoc, gwałty, porwania do domów publicznych itd).

Nie jest łatwo być kobietą. Chyba nigdy nie było. Jesteśmy na z góry trudniejszej pozycji. I dlatego wspierajmy się baby, nie dokuczajmy sobie wzajemnie, nie podkładajmy sobie świń…Nie mówię tu o haśle, którego nie cierpię, "solidarność jajników", ale o zwyczajnej życzliwości.

Kobiety, bądźcie szczęśliwe i piękne na wiosnę i uwielbiane przez swoich bliskich (wcale nie tylko partnerów). Czujmy się bezpieczne i szczęśliwe, tego nam wszystkim życzę…

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *  *

a to dokładam, dostałam dziś na gadzie od koleżanki i spodobało mi się;)

Z okazji DNIA KOBIET najlepsze życzenia:
Zdrowia…pieniędzy… i powodzenia…
Lubię Was wszystkie: i WIEDŹMY i JĘDZE
No i NIEWIASTY ( bo te to są wszędzie)…
Ale nie pora dzisiaj na morały…
Zawiążmy związek – NA WIEKI WYTRWAŁY…
Trzymajmy się razem – tak będzie wygodnie….
Niech chłopom na nasz widok opadają spodnie…
Niech im się w porach to i owo wznosi…
Nośmy głowy w górze; niech to ON poprosi,
Niech nam się spełnią najskrytsze marzenia…
Niech akcje podskoczą nie do pomyślenia…
Niech na nasz widok drży męska połowa…
Niech od oglądania się za nami boli chłopów głowa…
Niech nam Pan Dyrektor da podwyżki duże…
Niech każda z Was dzisiaj dostanie róże…
Tego Wam życzy…Na chłopów nie liczy…
Wasza koleżanka… (co ma też punkt słaby)
TRZYMAJCIE SIĘ BABY !

takie tam…wspominki…

w TV leci reklama, Mc Donalds, która przypomina, że w Polsce są od 15 lat. Dobrze pamiętam te ich początki. Aczkolwiek nie jadam już u nich, to nie będę owijać w bawełnę i przyznam się, że pierwsze wizyty to było przeżycie.Pierwszego hamburgera zjadłam, dobrze pamiętam, przy Świętokrzyskiej, w towarzystwie brata ciotecznego, który mnie na niego zaprosił. Ale to było przeżycie. Potem fascynacja shakeami, po jednym się pochorowałam (prawdopodobnie jednak winne okazały się grzybki w occie, które sobie potem beztrosko w domu zafundowałam;), potem zaś spotykałam się tam na kawie, czy przekąsce ze znajomymi. Tak, tak, niewiele ciągle było miejsc, gdzie można było pójść, to szło się tam, w dodatku ceny mieli w miarę, a to się liczyło, więc…

Pamiętam też pierwszą przejażdżkę pierwszym odcinkiem metra…i to, jak wysiedliśmy na stacji Kabaty, wyszliśmy a tam…wygwizdów panie i panowie…nic, w tle jakieś domy ale poza tym,to pole. Gdzieżby mi wtedy do głowy przyszło, że w przyszłości tu właśnie, na owym wygwizdowie będę mieszkać? Że nie wspomnę, że zero z wygwizdowa zostało, każdy kawałek Kabat zabudowany na maksa…
Heh, tak mnie na wspomnienia wzięło….
W dodatku boli mnie głowa. Proch nie pomógł. To chyba migrena, albo ciśnienie albo nie wiem, może stres ze mnie wczorajszy złazi?…

Złoto dla Małysza;)

Ale się cieszę;) Śmieję się caly czas, że się udało. Mocno trzymałam za niego kciuki, żeby wskoczył po to złoto i …wskoczył. A Polonia w Sapporo ładnie kibicowała, widać, że kibice dodali mu mocy;)

nastrój dalej beznadziejny…

doszedł coroczny mieszany nastrój, jaki mam przed stuknięciem kolejnego roku…myślę, że to jakiś syndrom. Są ludzie, co chorują na reisefieber, ja mam najwyraźniej geburtstagfieber…już przywykłam, że co roku mnie trzepie przynajmniej jakiś tydzień wcześniej…za dużo refleksji, myśli, podsumowań, które nie wychodzą na dobre, uczucia stagnacji, które wewnętrznie mnie zabija…"fantastycznie". Plus ciągle irytacja ostatnimi wiadomościami , plus irytacja na wiele innych rzeczy, niemożność osiągnięcia tak zwanego spokoju…mam być tą cholerną spokojną taflą jeziora, ale mi cholernie nie wychodzi…

Złość przechodzi powoli w smutek. Pojawiają się łzy znienacka. Zwalam to na karb wielu spraw, ale może powinnam wprost nazwać rzeczy po imieniu, że nie radzę sobie z pewnymi emocjami na pewne tematy…

Kupię sobie chyba złotą rybkę i będę do niej ględzić, bo nie chcę już zamęczać P. albo Mamy…zwyczajnie wiem, że to może być męczące…

zła…

że bez kija nie podchodź. Takie mam od wczoraj wk…rwa…, że historia.
Jad kapie mi z pyska , wkurzenie nie mija na razie. Jak się na to wszystko kawy napiję, to już w ogóle…strach będzie się do mnie odezwać. A właśnie idę na kawę;)

Oddalam się, żeby Was nie denerwować;)

roślinne umawianki…

A może kwiaty rośliny mają swój tajemny język? Bo czym wytłumaczyć, że w zeszłym roku o podobnej porze roku zakwitł nam zamioculas i kaktus (zdjęcia na bloga wtedy nawet wrzuciłam obu roślin). A w tym roku o dziwo, znów Zamioculas nam zakwitł, na razie kwiat się przebija, a dziś rano zauważyłam, że ten sam kaktus, co w zeszłym roku, ponownie kwitnie…Może one się po prostu umawiają ze sobą na to kwitnienie?
Jestem podekscytowana, bo uwielbiam, kiedy roślina w domu hodowana kwitnie, to dla mnie znak, że dobrze się u nas czuje…