sąsiedzkie tete a tete…

Wracamy ze spaceru. W drzwiach do klatki schodowej mijamy się z "ulubionym" sąsiadem z góry. Tym, co nam hałasuje z rodzinką do społu i który, jak zdradzili nam sąsiedzi mieszkający z nim naprzeciwko, nigdy im się nie odkłaniał na "dzień dobry" aż zaprzestali im mówić owe "dzień dobry". Ja zła, bo go nie lubię i nawet mijać się nie lubię. Mijamy go, kiedy sąsiad wydaje z siebie odgłos "gwrbrw"…chyba do nas. P. mówi "dobry wieczór". Jadąc windą zastanawiamy się.
Ja: "Co to było?"
P. :"Chyba powiedział nam dobry wieczór".
Ja: "Eee, chyba kaszlał"…
kurtyna.

wieś spokojna, wieś wesoła;)

zapewne, ale tylko wtedy, kiedy leje…Śmiejemy się czasem, że mieszkamy na wsi, z racji i bliskości lasu i dzikich zwierzaków, które ciągle tak blisko.
Niestety, las coraz bardziej przez człowieka zajęty, niszczony, co mnie martwi…
Trochę to wszystko bez głowy ze strony gminy organizowane. W Powsinie przy lesie jest polana, gdzie tłumy koszmarne imprezują. Palą ogniska. Nie da się tego raczej zlikwidować, więc może gmina powinna trochę pomyśleć i na przykład jakieś toalety poustawiać? A tak, to sikają po krzakach, bo gdzieś te hektolitry piwa przecież trzeba wydalić z organizmu.
Wczoraj poszliśmy do lasu na spacer i niestety, obok musieliśmy przejść. Piszę "niestety", bo nie lubię tego miejsca. Wiecie, że nie cierpię tłumów wszelakich, więc to na pewno między innymi dlatego. Nie byłabym w stanie odpocząć, gdyby mi na głowie siedziały, leżały, biegały takie tłumy, jak tam. Dwie pijane nastolatki właśnie pełzły po parkanie oddzielającym ścieżkę od lasu, aby pójść do lasu siknąć.
Chwilę potem minęliśmy na szczęście hałaśliwe miejsce i powoli oddalaliśmy się od tłumu dyskutując właśnie o tym, że te toalety, to mogliby poustawiać…Nagle usłyszeliśmy tętent i oto okazało się, że owe pijane nastolatki prawdopodobnie wypłoszyły dwie sarny z kniei. Sarny galopowały przez lasy szukając schronienia. Swoją drogą, człowiek, to już, ale, że zwierzaki już idiocieją i w ogóle zbliżają się do miejsc tak głośnych i z ogniem? No nic, może te dwie sarny tak pierwszy raz i więcej tego błędu nie powtórzą.
Tak, czy siak, podumaliśmy, ile to razy właśnie dziką zwierzynę jednak w tym lesie widywaliśmy. W końcu są tam też paśniki, w zimie wypełnione sianem, co świadczy o tym, że dzikie zwierzaki ciągle nie tak daleko od nas żyją.
Że nie wspomnę o obserwowanej przez nas rodzinie bażantów, które mieszkają już tak blisko osiedli, że bliżej chyba nie można…I tak oto mieszkamy jedną nogą w mieście, a jedną już na wsi…

Owce, klif, zieleń i…

…błękitne morze;) To wszystko na pocztówce, którą dzisiaj otrzymałam…Irlandia…hmmm, miejsce, które kiedyś chciałabym odwiedzić…owce mają miny owiec od sprawy szpadla w "Sprawiedliwości Owiec"…czyżby kolejna sprawa do wyjaśnienia??

Miło spędziłam dzień…

…Imienin…co prawda w nocy miałam męczący sen, który trochę mnie zirytował, ale postanowiłam, że nie popsuje mi nastroju. Postanowiliśmy iść za ciosem i tym razem pojechaliśmy do Wilanowa, co prawda z nastawianiem nie na zwiedzanie pałacu, ale ogrodów. Trafiliśmy do parku, gdzie widzieliśmy dwie kacze rodziny z małymi kaczętami. Jako dziecię miasta do dziś takie widoki mnie rozbrajają, tym bardziej, że kaczęta były naprawdę małe i słodkie;) Najbardziej podobały mi się, kiedy z wody wskakiwały na liście nenufaru i na tychże liściach pędziły na swych krótkich kaczych łapkach, aż się za nimi kurzyło. Draczne są, nie ma co. Jak P. wgra zdjęcia na pewno zamieszczę jakieś zdjęcie kacząt, żeby Wam pokazać, jakie były fajne…
Po obiedzie zwizytowaliśmy wreszcie kawałek kulinarny "Starej Papierni", a mianowicie włoską knajpkę "Pomidoro", gdzie zjadłam naprawdę smaczne gnocchi z prawdziwkami i sosem truflowym. Mniam;) z racji Imienin pozwoliłam sobie na tiramisu, cóż za rozpusta dla podniebienia! Dlatego też po powrocie do nas, od razu jeszcze wybraliśmy się na lokalny spacer.
Dostałam piękne prezenty, z których najbardziej zaskakujący okazał się kryształ-zawieszka…
A teraz zamierzamy wznieść mój toast dobrym hiszpańskim czerwonym winem;)

Poland? I love it!

Takie dzisiaj zdanie usłyszałam na temat mojego kraju;)
Poszliśmy dzisiaj na Starówkę…Tak, na spacer, nie w przelocie. Dawno nie byliśmy. Oj, dawno. W międzyczasie odwiedziliśmy starówki w paru innych krajach, więc chcieliśmy przypomnieć sobie naszą…Spacerowaliśmy więc po uliczkach, trafiliśmy na imprezę przed Zamkiem Królewskim z okazji Dnia Flagi (minęliśmy się nawet z ministrem obrony narodowej), zjedliśmy obiad w ulubionej tajskiej restauracyjce i ruszliśmy na pyszną kawę waniliowo-orzechową do "Pożegnania z Afryką"…I tam właśnie przy stoliku obok siedzieli jacyś obcokrajowcy. Do dziewczyny zadzwonił telefon i wynikało z rozmowy, że ktoś spytał się jej, gdzie obecnie jest. Odpowiedziała z ogromnym entuzjazmem " In Poland! I love it!"…Nie ukrywam, zrobiło mi się bardzo, bardzo sympatycznie…

to już 3 lata…

…odkąd wstąpiliśmy do Unii Europejskiej. Pamiętam tamten dzień. Pamiętam, jaką radość wtedy odczuwałam. I dalej odczuwam. Mimo ostatnich miesięcy, kiedy w kraju jest jak jest, wierzę, że tamto wejście sprzed 3 lat nie zostanie zmarnowane, że może nie ja, ale moje dzieci, odczują tego skutki. Te dobre skutki…

zgadałyśmy się z Soyneną, że…

…praktycznie nieświadomie w podobnym czasie zainaugurowałyśmy "tajne stowarzyszenie błyszczącej kostki", czyli ozdobiłyśmy je bransoletkami…;)
To taki element nadchodzącego lata…
Lato zdecydowanie nadciąga…dzisiaj było obłędnie ciepło, jak na porę roku, oczywiście.
Poszliśmy na spacer popołudniu i czuliśmy się, jakby był lipiec, co najmniej. Zające znikły. Może jednak był "ten dzień" i teraz siedzą w kotlince z dala od ludzi i czekają na wylęg? Hmm…
Do lasu kabackiego nadciągały takie masy ludzi, że hasło,iż cała Warszawa wyjeżdża na długi weekend wydało nam się przesadzone. W reklamówkach stukało szkło i pyszniły się czipsy. Uciekliśmy jak najdalej;)
Oczywiście użarło mnie coś natychmiast. Niestety, po raz drugi chciałam dać szansę offowi. W drodze powrotnej wstąpiliśmy więc po Autan, który jak dotąd nas nie zawiódł, i smarowidło po ugryzieniach owadów.
Szkoda, że pogoda ma się jakby skiepścić…żeby chociaż nie padało…

Aksamitki i cebulki tulipanów…

…czyli eksperymenty ogordnicze dokonane na balkonie dzisiaj przez nas zostały. Poza posianiem nasion aksamitków , które otrzymałam od naszej naczelnej ogrodniczki -Shalu, posialiśmy jedną skrzynkę bratków, a także wsadziliśmy w ziemię cebulki tulipanów. Ciekawe, czy coś z nich będzie. Poza tym, wsadziliśmy w skrzynki pelargonie i  bratki (fioletowe i żółte).  W tym roku mniej roślin, jakoś zeszłoroczne upały, które "wykosiły" nam  sporo roślin, zniechęciły nas do  rozmachu. Ciekawe, jak tam roślinki się będą miały…

decyzja podjęta…

…tyle razy się psuł, że zostaje wymieniony. Ciągłe zaskakiwania z jego strony, nie działanie w ważnych chwilach, numery, jakie nam wycinał. Jednym słowem, wymieniamy na nowszy model. Komputer, bo o nim mowa. W środę ma być w sklepie. Od wczoraj muszę pisać na laptopie. Na nim nie mamy wielu programów, jak gg (ten może akurat zamontujemy chwilowo), skype’a i masy innych, ale trudno, do środy się wytrzyma a pewnie w weekend podszykujemy sobie ten nowy. Problemy z komputerem zaczęły się praktycznie szybko po kupnie, co i rusz jakaś część tego składaka nie wytrzymywała, raz spędził w serwisie sporo czasu i do końca nie było wiadomo, co się dzieje. A dla nas to akurat ważne narzędzie pracy, więc musi dobry. Dlatego trudno, kolejny zakup, ale może się zwróci (już cena o połowę niższa, niż ten, co 4 lata temu został nabyty).