a raczej, akcja "oswabadzania jaskółki" miała u mnie dzisiaj miejsce na balkonie. Jaskółka wleciała, widać młodziutka, ledwie toto opierzone, sterczały jej te piórzyny , widać, młodziak…Niestety, zaczęła panikować i nie dość, że pchała się do mieszkania waląc w szybę, to widać było, że się denerwuje. Nie mniej zdenerwowałam się ja…..nie waliłam głową w szybę, ale przejęłam się nią, bo zaczynała wyglądać na podenerwowaną.
Nie chciałam od razu jej łapać, więc starałam się ją pokierować w stronę wylotu z balkonu. Prawie się udało. Robiąc po drodze kupsko na siedziszcze balkonowe, jaskółka skierowała się na parapet . Niestety, na jego wewnętrzną stronę…A u nas jest tak, że parapet przedziela coś w rodzaju szczebelków metalowych, które kończą się prostopadłą do nich barierką. I jaskółka wykoncypowała, że się przez owe szczebelki przeciśnie. Niestety, chociaż wyglądała na młodziaka, jednak trochę tego ciałka na niej był o i…wyglądało na to, że się klinuje. Gdyby nie to, że przeczuwałam, że się tym denerwuje, jej kokoszenie się , a raczej próba przedostania się byłaby nawet zabawna.
Wyszłam więc do niej z tekstem "No, jaskółka, co my z tobą zrobimy". Spojrzała na mnie czarnym, błyszczącym okiem, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. Następnie odwróciła łebek i spoglądała w dal…
Zastanawiałam się, jak zareaguje, kiedy wezmę ją w dłonie. Po doświadczeniach z kanarkiem, wiem, mniej więcej, jak ująć ptaszka w dłoń (proszę bez zbereźnych skojarzeń;))…
Ujęłam ją w złożone dłonie i nawet się zdziwiłam, bo nie latało jej jak opętane serduszko, a biło spokojnie. Wyjęłam ją nad barierkę a ona zrozumiała, że jest już dobrze, ćwierknęła, jakby chciała mi powiedzieć, że "dziękuje za pomoc".
Otworzyłam złożone dłonie i wyfrunęła mi z rąk…Pofrunęła spokojnym, pewnym lotem……..mam nadzieję, że nie będzie już więcej miała takich przygód…
63 lata…
temu wybuchło Powstanie Warszawskie.
Wiele teraz słychać głosów przeciw.
Ja zostałam wychowana w nurcie szacunku dla tych, którzy wtedy się sprzeciwili okupantowi i podjęli walkę. Nie umiem spoglądać na nich, jako na marzycieli, którzy niesłusznie podjęli nierówną walkę. A już szczególnie po ostatnio przeczytanym wywiadzie z Bartoszewskim…
Pewnie dlatego o 17.00 zadumam się nad tym, co wtedy się działo…
finetka mnie dzisiaj nie będzie lubić…
…a to za czarnowidztwo a raczej wypisanie się. Wiedziałam, po prostu czułam, że pewna sprawa nie wyjdzie. Wiadomo, w końcu, po ch..a Chiarze marzenia?
Nawiasem mówiąc,o osobie, dzięki której właśnie owe marzenia zostały storpedowane, bardzo brutalnie, nie umiem myśleć nic dobrego, więc staram się o nim myśleć jak najmniej …
Jestem maksymalnie zła. Żeby nie nazwać gorzej. Może dodam +18 i sobie napiszę.
Gość zachował się nieprofesjonalnie, a przez takiego sukinkota walnęły się w niebyt pewne nasze plany.
Ale nic to mówią, że dobro się wraca do ludzi, a ciekawe, jak jest ze złem, jakie się wyrządza innym…
Nie piszę nic więcej, bo złość mną targa okrutna.
ps. a tęcza to chyba tak się wczoraj ironicznie pokazała i wystawiła jęzor mówiąc "wsadź sobie w tyłek marzenia"…
ale piękne tęcze dwie widzę za oknem;)))
Jedna nad drugą…za oknem popaduje, świeci słońce i jest tęcza…bardzo lubię tęcze….od dziecka fascynowały mnie i zostało mi tak do dzisiaj…i zawsze mam jakieś lepsze myśli, jak widzę tęczę;)
trochę ściągnę od Darii:)
ale natchnęła mnie kulinarnym wpisem.
A nawet, powiedziałabym, restauracyjnym.
My też ostatnio odkryliśmy nowe miejsce dla siebie. To otwarta na miejscu francuskiej knajpki (która początkowo nawet nam się podobała a potem niestety , nie) restauracja włoska.
Mniam. Pisałam już o niej kiedyś tutaj, ale znowu napiszę, bo wczoraj znowu po spacerze w tężniach wpadliśmy tam na obiad. Tym razem oprócz sałatki ze świeżego szpinaku i tradycyjnie już foccacia, zjadłam ravioli z borowikami w sosie śmietanowo szałwiowym. O mamo. Dawno tak mi się coś w ustach nie rozpływało, takie cudo.
Żeby tylko ta restauracja jak najdłużej się utrzymała i nie podzieliła losu poprzedniej…tak nam brak na Kabatach włoskiego miejsca.
Hmm…rozmarzyłam się wspomnieniowo i jedzeniowo i znowu poczułam smak owych ravioli…
Żeby nie było, potem znowu poszliśmy na spacer, po okolicy. Lubię spacerować na Kabatach. Mijamy czasem ludzi i dumam, jak to jest , że często takich na pierwszy rzut oka sympatycznych ludzi się mija a jakoś nowe znajomości trudno jest zadzierżgnąć.
W tym kraju, jak się nie ma dzieci albo psa, to chyba niemożliwe jest zapoznać się z kimś z dzielnicy…
zapachy…
Kakunia u siebie (niestety zamkniętym, więc nie wszyscy poczytają) wywołała mnie do zwierzeń zapachowych, a to przecież taki ważny dla mnie temat, jako, żem "węchowiec", jak ja to nazywam…
Kakuniu, nie wiem, czy podam jakieś konkrety. Napiszę na wstępie, że u mnie jest tak, że mój świat składa się z zapachów. Także zapach wspomnień.
I tak, mój ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona, który kojarzy mi się i ze Ślubem i z najfantastyczniejszymi wyjazdami do ukochanej Grecji. I na inne miłe wakacje. Do tego stopnia, że na wyjazd praktycznie prawie zawsze biorę ten zapach. Gwarantuje pomyślność;) i udany odpoczynek…
W moim domu zawsze czymś musi pachnieć. Albo są to kadzidełka z L’Occitanne , o zapachu zielonej herbaty albo świece zapachowe z Alladyna (ostatnio rozkoszuję się zapachem mango ale lubię też lawendę). W szafkach pachnie lawendą a to za sprawą kulek zapachowych z Saponarii jak również woreczków z najprawdziwszą lawendą i nasączonych lawendowym olejkiem od przyjaciółki przywiezionych z Hvaru.
Zapach , gdzieś u mijanej na ulicy czy w sklepie osoby potrafi przywieźć na myśli cały szereg wspomnień…
Nie muszę mówić, że dane zapachy zostały też "zapamiętane" z konkretnymi osobami.
A zapachy takie, które mnie rozczulają?
Wspomniany już ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona …
Hmmm…zapach, który odnajduję w smarowidle z TBS, w "Brasilian Nuts"…jakiś taki słodkawy, nieco egzotyczny, spokojny…
zapach rozgrzanej plaży, kiedy jestem nad brzegiem morza w Grecji, z tym charakterystycznym zapachem roztapiającego się na skórach olejku do opalania, rozgrzanego piasku…
uwielbiam zapach lasów iglastych, szczególnie rozgrzanych słońcem…
wanilia (której w perfumach nie lubię, za to w potrawach mi bardzo się podoba)…
zapach zielonej herbaty…uspokaja…
deszcz…i jego zapach…taki charakterystyczny…
hmmmm…karmel, czekolada, ładnie pachnie…
i wiele, wiele innych…
O zwierzenia zapachowe, jeśli chcą, proszę :
Shalu, Madymail, Margę, Malą_mi, Judyttę. Jeśli jednak nie będzie Wam się chciało pisać, oczywiście, zrozumiem.
Acha, wybrałam dostępne ogólnie blogi, żeby nam wszystkim się dobrze czytało;)
przygoda w…
Empiku. Nauczyliśmy się w piątek jednej rzeczy. Po odejściu od kasy sprawdzaj, czy w torbie jest wszystko, za co zapłaciłeś.
Nabywalismy rozmaite rzeczy, a to pismo, a to dwa babskie pisma z czytadłami dodanymi a to nabyłam po bardzo korzystnej cenie nie czytaną przeze mnie książkę ostatnio lubianej egzotycznej autorki Giny B. Nahai (niecałe 10 złotych za książkę), wzięliśmy też przedostatnią część "07 zgłoś się".
I dopiero w domu, przy rozpakowywaniu, okazało się, że filmu w torbie nie ma. Musiał się zawieruszyć, kiedy chłopak przy kasie mizia tymi towarami w celu rozkodowywania antyzłodziejskiego. Tak, czy siak, filmu nie było, godzina była już na tyle późna, że do sklepu zadzwoniliśmy dopiero w sobotę rano.
Nie wiem, czy film został i się zorientowali, czy postanowili o klienta zadbać, najważniejsze, że mogliśmy go odebrać. Jednak wyprawa przez całe miasto nauczyła nas, że teraz będziemy po odejściu od kasy zerkać, czy wszystkie produkty się jednak znalazły.
7 bezpańskich milionów czeka…
taką elektryzującą wiadomość usłyszałam wczoraj w TV. Parę dni temu padła główna wygrana w Totka i właściciel kuponu do tej pory nie zgłosił się do kolektury.
Według mnie, jak przegapi, z tych, czy innych względów, to warto, żeby nigdy się nie dowiedział, co mu przeszło koło nosa……
Swoją drogą, przyjemnie by było ustrzelić tego typu wygraną.
Gracie w Totka? My raz na ruski rok, jak jest wyjątkowo nęcąca wygrana w perspektywie, czyli ciekawa kumulacja…ale na razie nawet trójki nie trafiłam…
nasz pierwszy raz;)
czyli zakupy w e-markecie.
Zrobiliśmy to. Kilka razy , parę miesięcy temu zauważyłam , że do bloku naprzeciwko podjeżdża samochód dostawczy z napisem "frisco. internetowe zakupy"…zainteresowało nas to. Znajomy kupuje w e-leclercu i nie narzeka. Mówi, że woli spędzić czas z żoną i dzieckiem. Co racja, to racja. Postanowiliśmy więc, że po powrocie i my zobaczymy, jak to jest kupować w e-markecie…
Towar dowieźli w czasie, w którym mieli dowieźć, ładnie zapakowany w ekologiczne torby, wszystko schludnie.
Nie dość, że wyszły nas te zakupy (a poszliśmy na całość i zrobiliśmy mega zakupy) taniej, to jeszcze i czas oszczędzony i nie nadźwigaliśmy się.
Podoba mi się;)
Będziemy ponawiać.
dobra, przyznam się…
…w poniedziałek miałam nastrój, w czasie którego pomyślałam o zamknięciu bloga…serio. Chyba pierwszy raz miałam taki kryzys. Może to dlatego, że ostatnio sporo osób , do niedawna goszczących u mnie, przestało pisać i jakoś mnie to zasmuciło. Może moje ostatnie nastroje na to wpłynęły. Może jeszcze coś innego. Ale pomyślałam sobie, że kto by Wam opisywał lektury i ciekawe miejsca, jak nie ja, no kto??*
*autorka bloga stara się sobie w ten sposób powiększyć i tak nadmiernie rozbuchane ego;))
