Brzeziniak…

W niedzielę poszliśmy lasem do brzeziniaka. Mamy tu w okolicach takie
miejsce, gdzie można pomiziać się z brzozami. Podobno to przynosi
zdrowie;) mam nadzieję, bo okazji do zintegrowania się z naturą nie
opuszczam…Nie tylko ja, bo często drzewa są dosłownie oblepione
ludźmi. Przychodzi się tam też na przekąskę czy naukę, więc chyba to
miejsce ma w sobie to coś. A tak wyglądałam jednocząc się z naturą…


zajrzałam Ci ja sobie do Margi…

…a tam się okazuje, że zostałam do jakowejść odpowiedzi wywołana;)) Odpowiedzi na pytanie, dlaczego piszę bloga. Mam wrażenie, że kiedyś już gdzieś o tym pisałam, ale…nie wiem do końca, czy po prostu u kogoś na blogu o tym nie wspomniałam…
W sumie, to nawet fajnie tak samemu sobie zadać to pytanie.
Ja podobnie, jak Marga, zwierzę słowa jestem i już jako młodzież popełniałam pamiętniki. W nich więcej było, co zauważam po latach , obserwacji świata, czy aktualnych wydarzeń, niż opisu uczuć, wywnętrzania się na wszystkie strony itd. Być może nie umiałam i nie umiem odkryć się sama przed sobą. kto wie, może i tak jest…
Blog, że takie cudo jest, wiedziałam, bo w tv i mediach pojawiały się informacje, że internauci zaczynają prowadzić takie internetowe dzienniki, ale jakoś nie nęciło mnie to. Czytałam wcześniej o blogach, których właściciele znikali bez słowa a ich czytelnicy próbowali ich odszukać itd i aż zastanawiało mnie, jaka może być siła takiego internetowego przekazu, że ktoś polubi dane miejsce, ba, przywiąże się i to do tego stopnia, że będzie mieć ochotę nie dość, że wracać, to jeszcze poznać na przykład autora bloga. Ale jakoś mnie nie nęciło. I pewnie jeszcze jakiś czas by mnie nie znęciło, gdyby nie sytuacja na pewnym, nieczynnym już forum, na którym wklejałam opisy swoich wyjazdów (na prośbę, żeby nie było, że się chwaliłam na siłę, czy coś). Wtedy koleżanka forumowa zaproponowała mi pomoc w założeniu bloga. Wiedziała bowiem, że jestem dupa wołowa jeśli chodzi o internet i powiedziała, że poprowadzi mnie przez rejestrację, a to dlatego, że jak stwierdziła, dobrze by było te wspomnienia podróżowe czytać w jednym konkretnym miejscu.
I tak się zaczęło. Blog mój powstał w 2004 roku właściwie w celu opisywania wyjazdów, podróży. Z czasem, zaczęłam pisać więcej refleksji i rozmyślań, z czasem też, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, blog zaczął żyć nieco swoim własnym życiem.
Podoba mi się w nim to, że faktycznie wiem, że ludzie go czytają, zostawiając swoje komentarze. Nie zawsze muszę się z nimi zgadzać, ale jest to dla mnie wspaniała droga do poznania zdania, opinii innych, niż moje, czego, taka jest prawda, w zwykłym papierowym pamiętniku nie mogłabym uczynić.

Nie, nie wywołam nikogo do odpowiedzi. Ale , jeśli macie chęć napisać w paru zdaniach, co Was skłoniło do pisania bloga, chętnie o tym poczytam…

kolejny magnes na lodówkę…

…tym razem z Irlandii, wczoraj otrzymany. Strasznieśmy się ze znajomymi długo nie widzieli, jakoś się terminy nie zgrywały, a to my się pchnęliśmy na wakacje a to im coś nie pasowało. No, ale wczoraj wreszcie spotkaliśmy się na japońskiej kolacji i było miło…Na lodówkę przybył jak wspomniałam magnes, tym razem z zielonego kraju, oczywiście właśnie w zielonym kolorze, z dziewczynką, która tańczy ich słynny irlandzki taniec, a także otrzymałam muszlę z Chorwacji, z Korculi konkretnie, o którą prosiłam do mojego muszlowego zbioru…podobno nie jest tam o muszlę łatwo…
Zbiór na lodówce się powiększa, jako, że tydzień temu otrzymaliśmy chodaki z Holandii, właśnie na lodówkę jako magnesik.

małe rocznice…

Dzisiaj mija równo 5 lat, jak mieszkamy na Kabatach. I , jak to bywa w przypadku ważnych z tych czy innych przyczyn dni dla człowieka, pamiętam dokładnie, jak on nam mijał.
Nawet pamiętam, że nie padało, bo się cieszyliśmy, że właśnie w deszczu nie będziemy wynosić rzeczy…Deszcz zaczął się następnego dnia i laaaaałoooooo….całą jesień.
Pamiętam, z jakimi nadziejami się tu wprowadzaliśmy. I jak niewiele z tego, na co wtedy liczyłam, się spełniło, niestety.
Po pięciu latach stwierdzam, że dalej nie umiem się tu do końca zagnieździć. Z drugiej strony, obawiam się, że w każdym nowym miejscu gdzieś tam mogłabym mieć problem. Najmniej zapewne na Żoliborzu, bo tam zwyczajnie znamy stare kąty, ale kiedy szukaliśmy mieszkania, po pierwsze nic ciekawego tam się nie budowało, a po drugie, ta okolica wydała nam się wtedy najbardziej OK.
Nie mówię, że jestem jakoś bardzo zawiedziona, pewnie w normie. I wiem, że na moje odczucia wpływa jakoś fakt, że nie mamy tu za wielu znajomych, czasem, jak się przejdziemy na spotkanie kabatczyków, ale jakoś tak, żeby mieć z kim wyskoczyć na piwko, to nie. Trudno jest nawiązać znajomości nie mając dzieci i psów, stwierdzam. A może to ja taki dzikus jestem, też możliwe.
Na moje negatywne odczucia na pewno wpływ mają też sąsiedzi nad nami, którzy po dwóch cudownych latach spędzonych w ciszy wprowadzili się i oto o pojęciu cisza możemy zapomnieć.
Nigdy więcej mieszkania z innym nad, zawsze ostatnie piętro.
Albo dom. Kiedyś. Bardzo kiedyś, bo teraz to opcja wyniesienia się niemal na wieś, co mi osobiście nie pasuje.
Nic to, tak mi się przypomina co roku o tej porze ten dzień,kiedy wprowadzaliśmy się z taką nadzieją…..

kochana mamusiu…

powinien zaczynać się list współczesnych dzieci (mam nadzieję, że jednak mniejszości), nie podawaj mi środków uspokajających, jeśli chcesz wyjść poimprezować z tatusiem, czy pobzykać się z nim w spokoju. Możesz naprawdę wydać te parę Euro czy Funtów na opiekunkę. Lepsze to, niż mnie zabić a potem zrobić międzynarodowy cyrk.

Link do artykułu, który mnie zainspirował:
http://fakty.interia.pl/prasa/news/przelom-w-sprawie-zaginiecia-madeleine,975055

I teraz pytanie…ciekawe, czy znajdą się wystarczające dowody na to, co się zapewne stało. Tak naprawdę, to już dawno powinno się tak, a nie inaczej skierować śledztwo, niestety, jak wiemy, w przypadku zaginięć dzieci statystycznie sprawcą porwania czy mordu w sporej części okazuje się ktoś z najbliższego otoczenia dziecka, jak rodzice na przykład.

Jak wyglądało to tutaj? Zobaczymy. Śledztwo trwa. Być może "święci’ niedługo zlecą z piedestału.
Słyszałam od kogoś z Anglii, że ludzie tam oburzeni. A niby czym? Tym, że policja i śledczy chcą wykonywać swoją pracę poprawnie? że nie zakładają z góry, że jak mamunia, to już, od razu niewinna? A niby dlaczego?
Już kiedyś pisałam o syndromie Munchausena, więc nie jest to przecież wyssane z palca.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, jakie były ewentualne motywy mamuni, która miała ochotę się zabawić i karmiła dzieci (wszystkie) środkami uspokającymi…

Raz trafiliśmy do hotelu, w którym większość stanowili Anglicy i od tej pory nigdy więcej. Nie wspominam o tych, którzy chleli na umór (przy nich Polacy wydają się być abstynentami), ale o tych ich dzieciach targanych ze sobą na te długonocne posiadówy przy alkoholu właśnie …a dzieci mają całą masę, mnożą się raczej na potęgę, więc przy takim stoliku często gęsto jeden wózek a i jakiś ledwo co łazikujący dzieciak przy nodze. No, ale lepsze to, niż przedawkować leki uspokajające, czyż nie?

Nie wiem, jak będzie, co się okaże prawdą, a czy nie. Faktem pozostaje jednak to, że zdaje się, że coś w tej sprawie mocno śmierdzi i mam nadzieję, że nie zostaną wystosowane noty mające na celu ukrócenie działań przeciw rodzicom tylko i wyłącznie dlatego, że rodzicami właśnie są (co nie czyni ich nieskazitelnymi).

I tylko dzieciaka w tym wszystkim strasznie żal…

Egzotyki na pocztówkach ciąg dalszy…

…czyli dzisiaj otrzymałam pocztówkę z Kuala Lumpur (nie miałam w kolekcji!), ale także  z greckiej wyspy Nissyros, czym nadawcy (czynie?:) zrobiły mi wielką radość!
Także otrzymałam książkę od Judytty, zachwalaną na jej i Shalu blogu książkę "Jaskółka i Koliber" Santa Montefiore. Już sobie na nią ostrzę zęby;))

Poza tym, Engo, dostałam Twój email i wysłałam Ci również z gmailowego adresu  swój adres pocztowy, więc może mi ta kartka jednak będzie mi pisana;))

Jak nie dojdzie, to znaczy, że nie;))

Miłego wieczoru wszystkim…

a poczta siedzi i…

…chyba kur…a owija je w te sreberka. Czyli, narastająca frustracja związana z tą instytucją. We wtorek! wysłałam pocztówki do niektórych znajomych , z Monachium, ale wysłałam z Warszawy. Wysłałam do Polski. W środę za granicę (mala_mi, między innymi do Ciebie). I coś widzę, że chyba mogę stracić nadzieję, że w Polsce podochodzą. Bo ile mają iść??? W piątek Strega dostała, o czym mnie nie omieszkała poinformować. W sobotę do Anglii (tam poczta działa chyba najlepiej, z tego, co widzę), wczoraj do Japonii. A do Was nie…aaaaa! czy mam zacząć wyć??
Kurde, co oni robią z tymi listami, czy pocztówkami, które nie dochodzą? Jedzą?
Chociaż nie już wiem. Podobno zaczął się sezon opałowy i niektórzy, tak, moi drodzy, gromadzą sobie rozmaitości, którymi potem opalają w domkach…
Osłabia mnie sytuacja z instytucją i nieustanna walka z nią w podstawowych sprawach, jaką jest dostarczenie zwykłych kartek, czy listów…….

Przechwaliłam też naszego nowego listonosza. Mam wrażenie, że po okresie wdrażania się, zaczął chodzić z listami z rzadka. A potem się dziwią, że ludzie wybierają emaile. No logiczne, jak mają nie wybierać??

tak, jestem…

…strachajłem i tego typu akcje, które miały miejsce 6 lat temu w Stanach a potem w Madrycie i Londynie, nie czynią mnie twardej, a raczej bardziej przestraszoną. Nic na to nie poradzę, że ten dzisiejszy świat mnie przeraża.
I tak, przyznaję się, gdzieś pod skórą jest we mnie lęk podczas jazdy metrem (konieczność , kiedy mieszka się na wsi Kabaty). Lotu samolotem się nie boję, bo wiem, że tam , w przestworzach nigdy nic złego mnie nie spotka.
I tak, dokładnie pamiętam, co robiłam 6 lat temu, są takie dni, które z tych, czy innych przyczyn zapamiętuje się na długo. Pamiętam, że byliśmy na pięknej Krecie, słońce grzało niemiłosiernie, cykady cykały, lazurowe morze kusiło swym ciepłem i to, co wydarzyło się tyle tysięcy kilometrów dalej wydawało się prawie niemożliwe. Tylko fakt, że ktoś nas o tym poinformował i po 10 dniach wakacji włączyliśmy odbiornik telewizyjny (nigdy nie oglądamy TV podczas wyjazdów), i na każdym kanale widzieliśmy ten sam przerażający widok, uświadomił nam, że to prawda. Pamiętam, że moją pierwszą myślą było to, że zacznie się wojna a my tu utkwiliśmy i że chciałam jak najszybciej być w domu, z bliskimi…
Świat stał się od wtedy dla mnie dużo mniej przyjazny, chociaż nigdy do najbardziej przyjacielskich nie należał…