urządziłam sobie podróż…

sentymentalną głównie wczoraj….Nie powiem, że to nie przez Judyttę, bo to ona właśnie spowodowała, że zachciało mi się zobaczyć na osławionym portalu społecznościowym , co u kogo słychać. Jak wiecie, nie mam tam konta, więc pierwszy raz w życiu rozważałam stworzenie swojego alter ego. Z pomocą jednak przyszła przyjaciółka (niech żyją baby i ich siła ;). Po prostu, wiedząc, że nie będę jej czytać prywatnych wiadomości, pozwoliła mi się logować na jej konto, aby właśnie móc poczytać coś więcej i pooglądać twarze dawno nie widziane.

Ja wiem, że mam skrzywienie przez rodzaj pracy P., gdzie dane osobowe są świętością, ale beztroska faktyczna niektórych w ujawnianiu swoich większości danych na owym portalu (jeszcze brak, żeby podawali swoje adresy:), rozbawiła mnie mocno. No, ale dzieki temu pooglądałam sobie ludzi, którzy z tych, czy innych przyczyn , zniknęli czy to dawno, czy niedawno z mojego życia. Zabawne było na przykład widzieć swojego pierwszego chłopaka zadzieconego i baaardzo podtatusiałego. (oj, w dodatku w wydaniu, jakiego nie cierpię obecnie). Zobaczyłam też, co słychać u naszej świadkowej, która z dnia na dzień po prostu przestała mnie znać. Bez żadnej kłótni. Po prostu, bo tak. To po doświadczeniu z A. właśnie zamknęłam się tak na ludzi. Wiem to, zdaję sobie sprawę, że jej postawa , w momencie, kiedy właśnie baaardzo potrzebowałam przyjaciółki, spowodowała, że zrozumiałam, że ludzie są okrutni, cyniczni i to ona właśnie spowodowała, że nie wierzę już chyba w przyjaźń, która mogłaby się w moim życiu wydarzyć. Na focie z dzieckiem wygląda słodko i niewinnie, obiektywnie przyznam, że wygląda nie na 31 latkę a na góra dwudziestotrzylatkę. Ale co z tego, jak pod tą słodka buzią kryje się siła osoby, która potrafiła w jakiś sposób zrujnować mi wtedy kawałek życia.
O dziwo, nie oglądanie zdjęć eksiów spowodowało emocjonalne rozchwianie i gonitwę myśli, a oglądanie właśnie tych wszystkich kobiet, które kiedyś to były przy mnie a teraz ich nie ma, w tym niektóre z nich odeszły po prostu a niektóre z nich, jak właśnie owa A. potrafiła potraktować mnie w sposób, jakiego nie życzę nikomu…

pachnąc zieloną herbatą…

W weekend nabyłam zapach "Greet Tea" Elizabeth Arden po korzystnej cenie. W Superpharmie mieli obniżki. Może poświąteczne. "Naszło" mnie na niego po tym, jak na Gwiazdkę otrzymałam w tym samym zapachu,ale z innej firmy smarowidło i płyn pod prysznic właśnie o tym zapachu. Do tego sama herbata i voila, powinnam czuć się zen;) Tym bardziej, że rozkoszuję się moim prezentem gwiazdkowym, czyli Creative ZEN, na którym mogę nie tylko słuchać muzyki, ale również oglądać filmy, co stanowi dla mnie nieustanne źródło radości. Przedwczoraj wieczorem obejrzałam sobie na nim we fragmentach "Volver", znowu zadumałam się nad tematem, który ostatnio tak mnie fascynuje, czyli mocą i siłą kobiet , które wspólnie działając , potrafią  przenosić góry.
Książkowo, to przedwczoraj właśnie zabrałam się za nową (dla mnie, nie wydawniczo, rzecz jasna) książkę Stasiuka, a jest to "Jadąc do Babadag" i …wsiąkłam w nią…mniam, mniam literatura;)

Orły, sokoły!

Hej, a to ci dzisiaj orła wywinęłam, a boli? Oj, jak;)
Poleźliśmy dzisiaj na spacer do lasu i szczerze mówiąc, większość spaceru drżałam, bowiem czułam dosłownie, że coś się wydarzy dokładnie w ten deseń. Drogi w lecie wymarznięte, widać deszcz, czy roztapiający się śnieg, zamarzł, wyślizgane, tak, czy siak, łyżwy lepiej by mieć, niż zwykłe buty. Większość drogi szłam poboczami, w krzaczorach i w ogóle. No i już było prawie, prawie. Jak to mówią, witałam się z gąską, kiedy tuż przy końcu drogi bach, wywinęłam orła. Z poślizgiem klasycznym, oczywiście, zjeżdżając do tego z mini górki. Rąbnęłam łokciem i bokiem o ziemię i zamarłam. Przez chwilę rozważałam, czy w ogóle chce mi się wstać, ale zostałam podniesiona przez P. Niestety, poleciały łzy, bo ból był, a jakże. Nic to. Nic sobie nie połamałam, chodzę spokojnie, tylko boli a jutro zapewne pojawi się malowniczy sinior.
Z pozytywniejszych akcentów dnia, obeszliśmy, jak zawsze, WOŚP, wpłacając co nieco, a czerwone serducha pysznią się obecnie na naszej skrzyneczce na klucze, w przedpokoju.
Mam nadzieję, że miło minął Wam weekend…

nieukochana instytucja moja…


Ponieważ mam kolejne wejście na bloga z poczty polskiej jako niestety, zmuszona do wciąż użytkowania tejże monopolistycznej instytucji, bardzo bym prosiła, żeby urzędnicy w czasie godzin pracy mniej grzebali po necie i wyszukiwali hasła "hoseni" na przykład, a może nieco bardziej oddali się temu, co powinni, czyli pracy na przykład? Byłabym bardzo wdzięczna, jako, że chętnie otrzymałabym swoje prezenty świąteczne, które 15 grudnia wysłała mi z Londynu Monoli, a które do mnie nie dotarły i na których otrzymanie powoli tracę nadzieję. Może bym nie traciła, gdybym mogła przyczpuszczać, że urzędnicy tejże poczty pracują a nie bawią się w necie.
Po necie poserfujcie sobie u siebie w domku.

Czy ktoś może mnie pocieszyć, że jeszcze w ogóle ową przesyłkę otrzymam? Bo szczerze mówiąc, ja już przestałam w to wierzyć.

miniony rok…

…jednak mimo najszczerszych chęci, żeby ten miniony jakoś zepchnąć w niepamięć, ciągle mi się jeszcze kłębi pod postacią jakichś rozważań, podsumowań jednak. I stwierdziłam wczoraj jedno, że udała mi się jednak jakaś rzecz w zeszłym roku. Odkryłam dwóch dobrych lekarzy. Trafiłam na dwie osoby, które mają taki stosunek do pacjenta, o którym można sobie marzyć. Wydają się być kompetentne, ale jednocześnie są miłe i nie stwarzają wrażenia, że przyjmują cię z łachy, nawet jeśli to ty im płacisz, a nie odwrotnie, niestety:)
To cholercia, cokolwiek mi się udało;)
A takie miałam myśli po wczorajszej wizycie u jednej z tych osób właśnie. Wreszcie, w pewnej kwestii, mam wrażenie, że ktoś się mną chce zająć, że chce pomóc, że zaopiekuje się mną. I jakoś poczułam wielką ulgę, odetchnęłam spokojniej i chyba nieco jaśniej zerknęłam na pewne sprawy.
Dobra, lecę odpukać w niemalowane, żeby nie zapeszyć tych zachwytów;)

co tam panie w…

…kulturze minionego roku u mnie było?
Ot, naszło mnie na małe podsumowanie. Z dziedziny najbezpieczniejszej, czyli nie doprowadzającej do rozterek czy smutnych nastrojów, bo z dziedziny kultury.
I tak, na FK i w paru innych miejscach już krążą pytania o "najważniejszą książkę roku 2007". U mnie nie umiem nazwać konkretnej tą najważniejszą. Było kilka takich, które zapamiętam z różnych powodów na dłużej.

I tak na pewno "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze" Aglaja’i Veteranyi’i (tak to się odmienia?), za nastrój, który w niej panował. I za to, że mimo, że nie pocieszyła a wręcz odwrotnie, to śniła mi się w nocy czyli zrobiła na mnie wrażenie.
"Wesele Anny" Natachy Appanah za niezwykłe przedstawienie relacji matka-córka. Treściwe, konkretne i bardzo prawdziwe.
"Rebeliantka o zmarzniętych stopach" Johanny Nilson, za spotkanie z literaturą szwedzką jakże zdawałoby się inną, niż znane mi kryminały Mankella a jednak w paru punktach tak zbieżną.
Fabicka za jej cykl o Rudolfie, za humor i poprawienie go zdecydowanie;)
"Drugie ciało" Milorada Pavica, za to, że miała klimat a także za to, że była to książka, w istnienie której po drodze podczas poszukiwań zwątpiłam kilkakrotnie;)
"Postrzyżyny" Hrabala, za klimat, za humor (ale sceny z psem i tak Maryni nie daruję;).
"Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai. Za całokształt. I za zrozumienie wielu aspektów życia na emigracji. Podobnie, w "Imienniku" Jhumpy Lahiri.
"My sister’s keeper" Jodi Picoult za to, że to była moja pierwsza po angielsku przeczytana książka, za tematykę i za to, że poruszyła mnie do łez szczerych.
"Cena wody w Finistere" Bodil Malmsten, za niesamowity klimat i za uświadomienie, że o marzenia trzeba walczyć, nawet jeśli czasem nam samym wydają się one nic nie warte lub nie do spełnienia…
"Moje drzewko pomarańczowe" Jose Mauro de Vasconcelos, za to, że mimo smutku bijącego z treści, pokazał mi, że świat to również dobrzy ludzie, którzy mają wiele serca dla smutnych i opuszczonych.

To z książek, a z muzyki, odkryciem okazała się Sam Philips, której płytę "A boot and a shoe" przysłała mi Monoli…i Amy Winehouse, którą odkryłam dopiero pod koniec roku.

Z filmów, to w kreskówkach rządzą zdecydowanie, a jakże by inaczej, "Wlatcy Móch", których też odkryłam dopiero pod koniec roku.
Z tych niekoniecznie kreskówkowych, "Rzymska opowieść", "Biegnij, Lola, biegnij", "Dzień świra", "Volver", "Ukryte pragnienia" (chyba jeden z lepszych filmów, jakie w ogóle widziałam!), "Labirynt Fauna", "Transamerica" (za to, że to film amerykański, który klimatem jest zbliżony do kina europejskiego, jakie lubię)…

Nieźle, uważam;) sporo tych odkryć i zachwytów było w minionym roku..
.

Z Nowym Rokiem…

…nowym krokiem;)
Oby nam się itd…
Z Nowym Godom, jak mawiają w Rosji;)

Wczorajszy wieczór bardzo sympatyczny nam wyszedł. Domyślam się, że dla większości wydałby się nudnawy, dla mnie po końcówce roku z silnymi emocjonalnymi doznaniami, był akurat.
Obejrzeliśmy parę odcinków "Włatców Móch", co za tym idzie, pośmialiśmy się.
Północ przywitaliśmy winem musującym (bardzo smacznym, nawiasem mówiąc), pomyślałam sobie o Was o północy;), pograliśmy w scrabble i pogapiliśmy się trochę na fajerwerki.
Sądząc po tym, że w tym roku zaczęły się wyjątkowo wcześnie i było ich strasznie dużo, ludzie w jakiś silny sposób chcieli odegnać miniony rok. Albo może ja to sobie tak tłumaczę.

Kalendarze zostały zdjęte a na ich miejscu pojawiły się nowe. Monoli, ten śliczny od Ciebie z kwiatami wylądował w rezultacie w kuchni, obok tego z widokami greckimi, wyspami tropikalnymi i misiami;)

W komputerowym pokoju jest ten z widokami Alaski, jaki otrzymaliśmy od rodziny stamtąd…

I oto znowu , tradycyjnie mam nadzieję, że Nowy Rok okaże się dla mnie łaskawszy. Że trochę rozpieści. Spełni jakieś marzenia. Nie poskąpi zdrowia. Że będzie szczęśliwy dla mnie i moich bliskich…

To niech się darzy!

Wszystkim Odwiedzającym…

…życzę, żeby Nowy Rok 2008 był pełen Zdrowia, Spokoju, Radości, Miłości a jeśli niespodzianek, to tylko miłych. I niech otaczają Was tylko dobrzy, serdeczni Wam ludzie.

U nas dzisiaj pośnieżyło, czyli kto wie, być może faktycznie od jutra zacznie się biała zima. Jeśli wychodzicie na bale i lokale, to polecam nie zapomnieć o śniegowcach 🙂

Jakby co, to u mnie impreza na blogu trwa. Zostawiam Wam zapalone światło, kawałek sernika i herbatę ciepłą. A jak ktoś ma ochotę na zacniejszy trunek, to o północy nie zabraknie;))

nie przepadam…

za końcówką roku, bowiem zawsze mnie myśli nachodzą rozmaite, refleksje, a w większości nie są one jakieś budująco wesołe. Cóż, smutas podwójnie wtedy ze mnie wychodzi.
Nie robię więc żadnych podsumowań roku, coby się jeszcze bardziej nie dobijać , nie robię też nigdy żadnych noworocznych postanowień, sama z siebie bowiem jestem uczciwa i nic tak nie popsuło by mi nastroju, jak okłamywanie samej siebie.
Za to dokonam krótkiego podsumowania blogowego życia w mijającym roku.
Pod tym względem był udany. Wpadło do mnie i zostało trochę nowych osób. Trochę osób wiem, że czyta, a nie piszę, te więc pozdrawiam.
Odkryłam sama kilka ciekawych dla mnie blogów, w tym , ostatnie odkrycie, pod sam koniec roku, niezwykle zabawne i super piórem pisane opowieści z Kataru, hucznie polecam, to tu:
http://katar1.blox.pl/html

Po raz kolejny okazało się, że ta moja pisanina komuś tam się przydaje…czy to ze względów na moje książkowe opisy i refleksje czy to na wynurzenia ogólnie. To też mnie pokrzepiło. Wiedząc, że kogoś poruszył dany wpis , mam świadomość, że nie piszę w próżnię.
Parę osób porzuciło mojego bloga, pare, nie ukrywam, porzuciłam i ja. Cóż, to właśnie blogosfera.
Mimo to rok blogowy należy do udanych…