…czyli wcielam w praktykę zasady i rady z książki Katarzyny Kędzierskiej „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”.
W sumie, to nie zdawałam sobie sprawy z tego ile bezsensu trzymanych przedmiotów, rzeczy się „dorobiłam”. Znam teraz swoje „grzeszki”, i po uczciwej rozmowie samej z sobą wiem, że chcę się z tym nadmiarem rozprawić raz a dobrze. I wiem jedno, bardzo poważnie każdy następny zakup rozważę. O.
Plus, wreszcie mówię „pa pa” nietrafionym prezentom, czy przedmiotom, które zalegają w szafie na zasadzie „przydasi”. Jeśli coś się nie przydało kilka lat, raczej sprawa wątpliwa, żeby się przydało w jakiejś bliżej dającej się określić przyszłości.
No, marketing i sprzedawcy pewnie nie kochają tej mody na minimalizm , to taka moja prywatna refleksja.
after party…
…czyli w sobotę odbyła się kameralna , rodzinna impreza Urodzinowa naszego Czterolatka 🙂
Jakby mi ktoś rok temu powiedział, że odbędzie się w takim a nie innym składzie, to chyba bym nie uwierzyła bo rok temu problemy zdrowotne bardzo wiele zmartwień naszej rodzinie przyniosły. Tak czy inaczej, po raz kolejny stwierdzam, że człowiek bardzo często (bo oczywiście, że nie w każdym przypadku tak jest) do tego aby się podźwignąć ze zmartwienia czy z choroby, potrzebuje odpowiedniej motywacji. Tak na pewno było w tym przypadku a mnie to cieszy bo rok temu zmartwienia a teraz wspólne świętowanie i radość.
Dzień wcześniej odbyły się urodziny w przedszkolu, krótki czas, podczas którego my razem pokazaliśmy dzieciom z grupy Jasia zdjęcia z minionego roku i opowiedzieliśmy o nich trochę, potem ja poczytałam dzieciom fragment książki (w tym roku każdy Jubilat przynosi w dniu swego świątowania książkę dla grupy, według mnie całkiem niezły pomysł), a na koniec popląsaliśmy z całą grupą w rytm radosnej muzyki. Ufff, świętowania mam powyżej uszu 😛
Niemniej jednak najważniejsze, że Jaś zadowolony. Na swoje „rodzinne” urodzinowe przyjęcie miał torcik z ulubioną bohaterką bajki rysunkowej i mimo, że P. dostał ataku śmiechu kiedy wyjął ozdobę z pudełka to Jasiek był przeszczęśliwy i oto chodzi (a ja powiedziałam P., że fakt, że bohaterka wydawała się być daleko posuniętą w latach ale przynajmniej wiemy, że ozdoba faktycznie ręcznie robiona a nie jakieś tam chińskie lukry z nie wiedzieć czego , o!).
A ja właśnie zaczęłam czytać „Przysługę” Kate Atkinson. Jak rozumiem (aż sprawdziłam w Biblionetce) ma być to kryminał, sensacja, ja na razie czytam to jak rewelacyjną obyczajówkę, dodatkowo zaśmiewam się co chwila z fajnych i zabawnych tekstów czy spostrzeżeń autorki.
Życzę zarówno sobie jak i Wam dobrego i spokojnego tygodnia.
o tym, jak udany…
…był to urlop i jak bardzo udało się chociaż na chwilę oderwać od tak zwanej „prozy życia” niech świadczy fakt, że wczoraj udało mi się zapomnieć o fakcie zmiany nazwy przedszkolnej Jasia. Dodatkowo zabawnie było gdyż usiłowałam się dogadać z nową panią, która w tym roku będzie nową nauczycielką w grupie Jasia. Szczęśliwie , całe nieporozumienie udało się szybko wyjaśnić 🙂 A jeszcze do niedawna w sumie pamiętałam, bo sama Mu o zmianach jakie Go czekają po wakacjach, opowiadałam. Bo to i nowa sala, i nowe miejsce w szatni i nowa pani. No i nowa nazwa grupy właśnie. Sporo tych zmian, szczerze mówiąc.
Z innej beczki, co czytałam, kiedy mnie nie było. Dokończyłam na wyjeździe książkę „Złota dama” Anne MArie O’Connor. Książka ta opisując losy jednego obrazu interesująco przedstawia sytuację Austrii przed IIWŚ, potem po Anschlussie i po wojnie. I o tym jak rabowano mienie żydowskie i jak bardzo Austriacy po IIWŚ światowej mieli problem z przyznaniem się do własnych grzechów i chętniej coś wypierali. (Nie jest to jednak, mam tego świadomość, rzecz odosobniona czy typowa dla tego konkretnego narodu). Mnie ta książka zainteresowała bo ciekawi mnie zaplątanie Historii Sztuki w skomplikowaną historię ale nie jestem do końca pewna czy każdemu ta książka się spodoba. Mnie najpierw wciągnęła, nawet bardzo, potem ogromnie przygnębiła, a niestety, końcówka głównie mnie znudziła bo jakoś zbytnio mi się ciągnęła. Podobno na podstawie książki powstał film.
A niedawno skończyłam czytać „Alfabet. Moje życie” Ojca Knabita. Dobrze poczytać słowa kogoś mądrego i zrównoważonego, co też udało mi się uczynić.
wróciliśmy…
…jeśli nie z raju to z jego przedpokoju 🙂
Powiem a raczej napiszę tak, pierwszy raz chyba zdarzyło się, że to co zastaliśmy okazało się o wiele lepsze niż to, czego się spodziewaliśmy po zdjęciach oglądanych wcześniej w internecie i opiniach o tym miejscu czytanych.
Albowiem, jak mówi nie stare przysłowie pszczół , a moje własne, serdeczności i domowej atmosfery, nie odda się na żadnym, nawet najpiękniejszym zdjęciu. To trzeba przeżyć.
Porzuciliśmy hotele i resorty na rzecz pensjonatu, i to okazała się świetna decyzja. Albowiem czuliśmy się tam nie gośćmi hotelowymi co gośćmi ale przyjaciółmi domu.
Gospodarze i ich pracownicy, którzy są ze sobą na zasadzie mocno przyjacielskiej związani, robią wszystko aby zamieszkujący u nich goście czuli się jak najlepiej. I nie ma różnicy czy gość jest na jedną noc (a bywali tacy, „w drodze”) czy na więcej, jak my.
Objadaliśmy się nieprzytomnie ale też jest to zasługa pani E., która swoją kuchnią z palcem nie wiem gdzie (pani gotująca to raczej nie powinna w nosie 🙂 ) wygrałaby wszystkie konkursy z mistrzami kulinarnymi w tytułach.
Objadaliśmy się też bo pierwszy raz od dawna serwowano nam naprawdę domowe jedzenie w dwustu procentach. Kury znoszą tam jaja, warzywa są albo z ich ogrodu albo z ogrodów pracowników. Możesz sobie urwać ogórka lub pomidora jeśli masz na to chęć i nikt ci tego nie wyliczy.
Jasiek, o czym wspominałam w pierwszym wpisie o wakacjach, wdrożył się w życie wiejskiego gospodarza i dylał z właścicielką po jaja wieczorem. Super było Go obserwować gdy pewnym ruchem sięgał po latarkę, którą zabierali aby odkryć jaja poukrywane w najrozmaitszych miejscach.
Miejscówka znaleziona nieco przypadkiem przez P. po tym nieudanym wyjeździe czerwcowym okazała się zadośćuczynieniem i dodatkowo, zyskaliśmy kawałek „swojego miejsca na ziemi”, do którego , to wiemy wszyscy, chcemy powrócić na pewno. Zrealizowałam swoje do tej pory niespełnione ale już od teraz tak, marzenie o wakacjach na prawdziwej wsi. Wiem,wiem, że są osoby, które taki wyjazd nie za granicę a na polską wieś, uznałyby za nudny ale jak to dobrze, że dla każdego jest możliwość tego, co mu sprawia przyjemność, dzięki temu w miejscach takich ja to, w którym byliśmy, nie ma (jeszcze, jak się obawiam!), tłoku.
Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą jak czytałam i zachwycałam się „Siedliskiem”, książką napisaną przez Janusza Majewskiego na podstawie scenariusza to serialu pod tym samym tytułem. Potem zachwycił mnie i serial.
I po tym wyjeździe wiem jedno, tak, jak marzyłam, czytając i oglądając wtedy, znalazłam „moje” Siedlisko…
dwanaście lat minęło…
…nie, nie jak jeden dzień ale fakt faktem ,że dość szybko. A minęło tyle od dnia gdy zaczęłam pisać mój blog.
Początkowo miał dotyczyć czegoś zupełnie innego i pisałam na nim dość rzadko. Potem to się zmieniło i blog stał się miejscem zapisków trochę z życia, trochę stał się miejscem, w którym zapisywałam swoje wrażenia z przeczytanych książek czy obejrzanych filmów.
Odwiedzało mnie dużo czytelników, z tego początkowego grona czyta mnie chyba właściwie teraz parę zaledwie osób. Ale nie piszę jak może ktoś podejrzewa, dla statystyk (te kiedyś sprawdzałam , z ciekawości, teraz już nie). Piszę dla siebie samej chociaż oczywiście, miło jest przeczytać komentarz bo to zawsze naocznie pokazuje , że po drugiej stronie ekranu jest drugi Człowiek.
dziesięć lat…
…temu spotkaliśmy się z K. po raz pierwszy. To jedna z tych niewielu netowych znajomości, która nam zdecydowanie wyszła i o której myślę w kategorii „przyjaźń”. Korespondencyjna ale właśnie tym bardziej może cenna, że jakoś się ją udaje utrzymać pomimo braku częstszych spotkań, rozmów innych niż te emailowe itd.
Kiedy w tym roku K. napisał, że znów przyjeżdża do Polski aż się obojgu nam wierzyć nie chciało, że to minęło aż dziesięć lat. Dekada, dokładnie niemal tyle bo w lipcu 2006 roku spotkaliśmy się w podobnym czasie.
Aż się nie chce wierzyć co wydarzyło się podczas tej dekady. Tamta Chiara, gdyby jej powiedzieć, co wydarzy się przez te dziesięć lat, nie uwierzyłaby. Zresztą, dobrze, że nie wiedziałam. Przyszłości lepiej nie znać.
Tak czy inaczej, cieszę się ogromnie, że mogliśmy się spotkać z K.. Przede wszystkim dlatego, że poznał Jasia 🙂 No ale oczywiście również dlatego, że miło było się spotkać razem po takim czasie. Ale jednak wszyscy stwierdzamy jednogłośnie, że następne spotkanie musi się zdecydowanie odbyć wcześniej niż za dziesięć lat 🙂
od pewnego czasu…
…czytamy „Kubusia Puchatka” Jasiowi. Nadszedł ten czas i czytanie tej konkretnej książki wyszło z inicjatywy samego zainteresowanego. Wcześniej usiłowałam czytać Mu Kubusia Puchatka i nie szło, podobnie zresztą z audiobookami, które Jaś otrzymał swego czasu a są czytane przez samego Janusza Gajosa i o ile ja się chętnie bardzo zasłuchiwałam w jedną ze swoich ukochanych książek z dzieciństwa (teraz też zresztą:)) to Jaś niekoniecznie.
Tak czy inaczej, teraz sam zechciał i nawet wyciągnęłam swoje dwa egzemplarze z dzieciństwa, wydane przez Naszą Księgarnię. „Kubuś Puchatek” to wydanie z roku 1979 i aż łzy wzruszenia poleciały podczas oglądania i przypominania sobie (a mam w niej nawet zaznaczone wciąż fragmenty na konkurs recytatorski, w którym brałam udział) tych dobrych chwil z czasów dzieciństwa. Nawiasem mówiąc, ceny książek dla dzieci powróciły do niektórych obecnych i książka ta wtedy kosztowała 30 złotych. „Chatka Puchatka” to moje wydanie z roku 1983, mocno zniszczona. I o ile „Kubusia Puchatka” mam wznowienie już bardzo współczesne i o tyle fajne, że w wersji polskiej i oryginalnej, więc super, to „Chatka Puchatka” mocno zniszczona więc nabędę nową. Nawiasem mówiąc, jako dorosła jeszcze inaczej odbieram tę lekturę (poodkrywałam, że większość moich znajomych to postaci z KP:)).
No i wczoraj wieczorem i nocą poczułam się trochę jak Prosiaczek z jednego z opowiadań z „Kubusia Puchatka”. Ale najpierw Wstęp Bronisław, że tak sobie pozostanę pod wpływem Kubusia Puchatka.
Najpierw , w poniedziałek wieczorem „Akcja Matki” czyli smsowe umawianki trzech z nas , mam z grupy Jasia, aby się we wtorek po przedszkolu umówić na placyku zabaw. No i fajnie, chociaż pisząc smsy, wspomniałam, że pogoda niestety, na ten tydzień niepewna ale stwierdziłyśmy, spróbujemy.
I co? I kiedy te pół godziny deszczu , które podczas dnia pojawił się na Kabatach miało miejsce? Tak, dobrze podejrzewacie, akurat w czasie, gdy byliśmy na placu. Na szczęście rozpadywało się powoli i udało się trójce szalejącej wspólnie pobawić chociaż trochę bo jak wszystkie wiedziałyśmy i nie musiałyśmy tego werbalizować, gdyby plany nie wypaliły to…wieczór każda z rodzin miałaby ciężki, oj , miałaby…Dodatkowo, gdy P. poszedł po Jasia, to dzieci podekscytowane kłębiły się przy furtce i jak powiedziała jedna z pań cały dzień nic tylko o tym opowiadały…:)
Tak więc na szczęście, chociaż trochę, ale trójka się pobawiła (tworzą taką trzyosobową paczkę, dwóch chłopaków i jedna dama :)).
Po powrocie do domu aż się żachnęłam bo oczywiście pogoda nagle się poprawiła. A z placu nas deszcz wygnał, nie nas jednych, zresztą, ech…
Ale wieczorem nagle nadciągnęła ciemna chmura i zaczęło silnie padać. A potem okazało się, że padało mocno przez całą noc. Kilka razy się budziłam i co? I za każdym razem lało. A podobno i burza była. O tym, że faktycznie mocno lało, dowiedzieliśmy się rano. Podobno po nocnych ulewach największe straty akurat w naszej części Ursynowa. Stacje metra dwie zamknięte, piwnice pozalewane, ulice podobnie niektóre. P. powiedział, że na naszej taka kałuża, że niektóre osobówki mogą się martwić przejeżdżając tamtędy 😦
U nas tradycyjnie, garaż zalany trochę ale póki nie piwnice, nie jest źle.
Natomiast dzieci zachwycone. Są tu takie miejsca „stałych kałuż” i widzę, że najmłodsi , wyposażenie w kalosze, zachwyceni spędzają tam kolejne dziesiątki minut. Jest to jakiś pomysł na spacer z dzieckiem, przynajmniej się nie martwisz o atrakcje, dziecko kotłuje się godzinę w kałuży, najszczęśliwsze, a ty człowieku dumaj kto cię wrabia i zapewnia cię, że twojemu dziecku potrzebne są te wszystkie mądre bardziej lub mniej zabawki skoro i tak najlepsze to nieco więcej niż przeciętnie wody, dobre kalosze i czas spędzony z mamą lub tatą…
Tak czy inaczej, pisząc, że poczułam się trochę jak Prosiaczek podczas ulewy, trochę tak się czułam, zastanawiając się czy dalej będzie padać tak intensywnie jak to postraszyli mnie w radiowej zapowiedzi dziś rano czy może niekoniecznie jak mnie przekonuje P. po prześledzeniu wszystkich trzech prognoz pogody, które regularnie śledzi.
dwie…
…pocztówki z Toskanii niedawno otrzymałam, za które ofiarodawczyniom bardzo dziękuję. Przyjemnie popatrzeć na piękne widoki i popodróżować sobie tym sposobem nie ruszając się z domu. Toskania to jeden z tych kierunków, które chciałabym móc kiedyś zobaczyć. Zarówno podziwiając krajobrazy jak i zabytki.
Z książek, to czytałam „Obce dziecko” Rachel Abbott. Wciągnęła mnie ogromnie ale jakoś ją mocno odchorowałam ze względu na tematykę i to, co się tam dzieje. Nie chcę za wiele zdradzać tym, którzy by się na lekturę zdecydowali ale wiem, że na przyszłość książki, w których coś złego dotyka dzieci, jednak sobie daruję, oczywiście jeśli wcześniej wyczytam , że coś takiego ma się w książce zdarzyć.
Przyjaciółka z rodziną spędza czas na Korculi i chyba jest im tam dobrze sądząc po zdjęciach, które wczoraj przysłała. Chorwacja to też kierunek, który mnie interesuje i kusi. Dużo fajnych miejsc, które chciałoby się odwiedzić, dużo. To chyba dobrze bo można snuć plany i kiedyś je zrealizować.
apetyt…
…jednak faktycznie rośnie w miarę jedzenia …
Sądząc po komentarzach, jakie już czytam tu i ówdzie a dotyczących wczorajszego meczu polskiej drużyny z drużyną portugalską.
I tak sobie myślę, że niektórym nie dogodzisz, żeby nie wiem co.
Bo jakby im jeszcze miesiąc temu powiedzieć, że taki mecz jak wczoraj w ogóle się odbędzie, zapewne by się cieszyli. A teraz już narzekają.
Ja napiszę tak, nareszcie podczas światowej jakby nie było, imprezy sportowej, mogłam obejrzeć mecz polskiej reprezentacji z prawdziwą przyjemnością i nie musieć nucić pod nosem „nic się nie stało…”.
Polska drużyna na tej imprezie nie przegrała żadnego meczu i jest to według mnie powód do uczucia, że nareszcie jest komu kibicować.
A że zawsze znajdą się malkontenci, no , cóż.
Mamy coraz silniejszą drużynę i to cieszy. Myślę, że wnioski co i jak poprawić, też zostaną po tym Euro wyciągnięte i przetrenowane na spokojnie. Jest chyba nareszcie na co czekać gdy grać będzie nasza drużyna, a to mnie cieszy bo przyjemnie jest móc kibicować nie tylko siatkarzom.
jestem nad jeziorem…
…mam przymknięte oczy, wsłuchuję się w szum fal i przybrzeżnej roślinności. Mad głową latają mewy a mój Mąż i Syn są obok. Nie, to nie nowy rodzaj modnej afirmacji ale prawie to, co miało być czyli krótka historia naszego niedoszłego urlopu. Na wstępie (ale nie Bronisławie) , już przed wyjazdem dopadło nas choróbsko. P. poszedł do lekarza, ja nie, co uważam za błąd, ale za błędy się płaci.
W piątek wyruszyliśmy na dawno oczekiwany urlop na Mazury.
Mieliśmy niefart ogromny bo nie dość, że jechaliśmy podczas tej strasznej nawałnicy, która się przetoczyła nad kilkoma województwami, to w dodatku niemal zaraz po przyjeździe do hotelu zaczęły być problemy. Ponieważ, co wyszło potem w tak zwanym praniu, od ponad 30 lat nie mieli w okolicy takiej nawałnicy, pozwalało słupy energetyczne i zabrakło prądu. Hotel włączył agregat ale mimo, że prąd był, to wody już nie było.
Najpierw mieliśmy nadzieję, że to się uda załatwić szybciej, potem jak minęła doba a nie było żadnej informacji kiedy konkretnie szkody zostaną naprawione , zdecydowaliśmy się na powrót do domu.
I w sumie zrobiliśmy dobrze, bo nasze choróbsko, które mieliśmy nadzieję, że jednak się zwinie, nie zwinęło się a wręcz rozwinęło. U mnie dodatkowo problemami z okiem 😦
Tak więc oboje na antybiotyku, ja mam ostre zapalenie zatok i tak na skraju zapalenia oskrzeli.
Dostałam tyle leków (plus nakaz siedzenia w domu), że nic tylko cały dzień praktycznie co chwila coś zażywam, biorę, zakraplam, wpuszczam maść do oka, psikam, itd itp.
A prace domowe same się nie zrobią, niestety, więc takie kurowanie się plus robota 🙂
Trudno, stało się jak się stało a ja zyskałam nowe doświadczenie i przekonanie, że jak się choruje, to się nie wyjeżdża bo to bez sensu.
