słoniowe akcenty…;)

Na Urodziny, bo to i "stopa słonia" od P., na obrazku poniżej, i książka od Chihiro, opowiadania Haruki Murakami, tym razem pod tytułem "The Elephant Vanishes" (ciekawe, jak te mi się będzie czytało). Oprócz tego dostałam od koleżanki z Anglii laleczkę kokeshi (wie o moim zainteresowaniu Japonią i o fakcie, że kolekcjonuję te japońskie lalki), kosmetyczkę albo etui na okulary, z Indii i zabawny wisiorek (raczej nie w moim guście, szczerze mówiąc, aczkolwiek do letniego stroju, kto wie, czy kiedyś nie założę). P. też mnie rozpieścił, między innymi dostałam od niego ulubione smarowidło i płyn pod prysznic o zapachu zielonej herbaty. Dostałam też płyty, między innymi kogoś, kogo "poznałam" muzycznie parę dni temu dzięki jednej z osób, które tu śladu nie zostawiają , ale ze mną piszą;) Dziękuję A. z Kabat za polecenie mi Beth Orton, jej płyta "Comfort Of Strangers" baaardzo mnie urzekła…….jak to fajnie, że kiedyś się do mnie odezwałaś;)
Wieczorem idąc na spacer wyjęliśmy ze skrzynki jeszcze jakieś awizo, więc coś do mnie jeszcze dotrze, ale trzeba będzie wystać na poczcie w tygodniu…

jakby nie było…

to dziś. Godzinnie jeszcze się nie urodziłam, ale jednak zaczął się dzień moich kolejnych Urodzin. Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie lubię Urodzin…no, nie lubię i już. Zawsze przynajmniej tydzień przed nimi już to przeżywam. Upływ kolejnego roku itd, zbyt dużo rozmaitych refleksji , niekoniecznie optymistycznych…no, ale może ktoś chce mi złożyć życzenia, to popełniam ten wpis w tym celu:)

Update, sprawdźmy, co też się zdarzyło tego dnia na przestrzeni historii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/7_marca

słodko-gorzki…

…ten dzień, czyli jak w życiu. Na poczatku dnia udało mi się nieporozumieć z kimś, kto teraz się pewnie nadął i obraził. Trudno. Wyciągałam dłoń, starałam się zatrzeć kiepskie wrażenie, ze swojej strony zrobiłam, co mogłam, niepotrzebnie tylko znowu okupiłam całą sytuację nerwami, bowiem, jak się mówi, mleko już się wylało i nie ma co gdybać itd. Jak to mówią, wszystko zależy od zależności i stopnia relacji, w rodzinie jak mawiała Shlirley Valentine, większość nieporozumień urasta do rangi konfliktów bliskowschodnich hehe.
Tak, czy siak, bez sensu się dzisiaj zdenerwowałam, bo wpływu już  na to większego nie mam. Wyszło jak wyszło i nie mam co rozpamiętywać w nieskończoność.

Za to po południu miła niespodzianka w skrzynce (czyżby w tym tygodniu dzień prywatnej korespondencji a nie rachunków wypadł w środę? ), bowiem dotarł film od Ekolozkii i mini liścik, a od Reginy22 dwie kartki. Jedna z Bawarii z owym bajecznym  Zamkiem Neuschwanstein (na tle zimowych lasów , jeziora i gór wygląda wręcz zjawiskowo!), a druga ze Szwajcarii, z  Greifensee, które ma rozmiar całkiem sporawy;)
Dziękuję za pamięć;)

niby słońce…

…za oknem a nastrój taki sobie. Przez czekające mnie spotkanie w weekend, to na pewno. Że też ja się tak tym wszystkim stresuję. Dziś rozmawiałam z przyjaciółką, spytałam, co radzi w sytuacjach stresu, odpowiedziała pół żartem pół serio, "sport, prochy i alkohol"…..żeby to było takie łatwe. Ot, strzelasz sobie kielicha i problemy odpływają w niebyt. Niestety. Nie jest łatwo. Od kilku dni po glowie telepie mi się cały czas myśl o zmianach, jakie chciałabym dokonać. Najgorsze, że za tymi myślami nie idą jakieś konkretne pomysły. Wszystko zdaje się zamykać w "chciałabym", "powinno", "muszę dla własnego dobra"…rozmywa się jednak kiedy usiłuję to jakoś złapać, zatrzymać bliżej i zerknąć owym myślom w twarz…tak czy siak, idzie czas zmian, takie mam wrażenie. Powstały pewne postanowienia. Jak to kiedyś usłyszałam, jak sam człowiek o siebie nie zadba, to nikt inny o niego nie zadba, coś w tym jest, pomóc sobie w pewnych sprawach umiemy tylko my sami, nikt nam przecież nie siedzi we wnętrzu, w naszych głowach, emocjach , uczuciach…

niedzielne to i owo…uprzedzam, długi wpis…

Coś mi się wydaje, że wyjdzie mi trochę chaotyczny wpis. Bo tak, po pierwsze, wiosna panie i panowie, wiosna za oknem! A to powoduje zamęt w przyrodzie, w sercach, w nastrojach!

Po drugie, mam "czasoumilacz", czyli wreszcie i Plus zdecydował się na to, na czym Era z powodzeniem zarabia, a więc, kiedy się do mnie dzwoni, można usłyszeć muzykę, zamiast tylko sygnału dzwonienia. U mnie jest muzyka latynoska, a co?!:) Monoli, która parę dni temu do mnie dzwoniła , nieźle się zadziwiła;)) Mówi do mnie "Aż na telefon patrzyłam, co się dzieje" ;))

Po trzecie, dzisiaj w nocy wybory ważne, kinowe. "Katyń" i …czy wygra w kategorii filmów nieanglojęzycznych? Powiem tak. Filmu nie widziałam i nie zamierzam. Z tego samego względu, co nie obejrzałam "Pasji" Gibsona. Od dziecka wiedziałam, że Katyń zgotowali nam radzieccy sąsiedzi. Nigdy nikt nie wmawiał mi w rodzinie, że było inaczej. Paradoskalnie czasem myślałam, że może powinniśmy odczuwać coś w rodzaju "wdzięczności" dla Niemców, że w ogóle dzięki nim mieliśmy DOWODY na zbrodnię…Bo bez odkrycia grobów, nikt pewnie nigdy o Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie itd by się nie dowiedział…
Nie mam więc potrzeby oglądania o tym filmu, o którym słyszałam rozmaite opinie. Mnie wystarcza jedna, o słynnych ostatnich minutach filmu. Nie, dziękuję, to nie dla mnie, nie na moje doły ostatnio itd. Mam bogatą wyobraźnię i mniej więcej wyobrażam sobie, jak katyńskie, wschodnie piekło wyglądało.
Niemniej jednak OGROMNIE kibicuję temu filmowi na rozdaniu Oskarów. Nie za jego wartość artystyczną na temat której nie widząc go nie zamierzam się wypowiadać , ale kibicuję mu dlatego, że osobiście marzę o tym, aby JAK NAJWIĘCEJ osób na świecie obejrzało go i poznało prawdę katyńską. Tak, jak marzę o tym, aby nigdy w podręcznikach do historii nie pojawiało się kłamstwo historyczne "polskie obozy koncentracyjne" , tak samo chciałabym, aby ludzie na świecie, szczególnie młodzi, mieli okazję dowiedzieć się, jak ta prawda historyczna wygląda. Bo wiem, że nie wszyscy mieli okazję mieć dom, w którym się o tym, jak sprawy wyglądały, mówiło wprost i bez zakłamania. A wiele osób na świecie nie wie, bo po prostu i zwyczajnie, o tego typu wydarzeniach na lekcjach historii ich nie uczono. I znowu przypomina mi się w tym wszystkim osoba, którą miałam kiedyś okazję poznać, osoba, która zwariowała z miłości…Miałam 20 lat, kiedy ją poznałam, ona ponad 80 i wciąż (z jednej strony wiedząc, że jej najdroższy mąż, z którym łączyła ją miłość namiętna, szalona, aż nieprzyzwoita jak na lata trzydzieste i czterdzieste zginął na Wschodzie właśnie) mówiła o nim jak o wciąż żywym i o tym, że "kiedy A. wróci, to trzeba będzie zweryfikować plany budowy domu, bo kiedyś myśleliśmy, że będziemy mieć dzieci, a teraz, to wiadomo, że nie i że taki duży dom nie będzie nam potrzebny"………..
Tak więc tak, kibicuję "Katyniowi" i bardzo chciałabym, żeby ten film Oskara otrzymał.
Update, właśnie takie coś na Gazecie wynalazłam, to apropos prawd historycznych i świadomości niektórych, którzy w szkole o tym się nie uczyli:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4957916.html

Z innej beczki, dzisiejsza wiosenna , jak ktoś w moim wpisie poniżej zaznaczył, KWIETNIOWA wręcz pogoda, sprzyjała spacerowi. Mimo, że moje ciśnienie od rana plasowało się w totalnych dołach (kawa okazała się wręcz niezbędna), odbyliśmy wspaniały, ponad dwugodzinny spacer do lasu. Odkryliśmy zupełnie nowe miejsca. Tyle lat już tu mieszkamy a teraz odkyliśmy super część lasu, która kojarzyła się nam obojgu z mazurskimi spacerami w Puszczy Piskiej…Przy okazji, dawno, dawno temu na Forum Książki, ktoś napisał, że wróży sobie na lato, z pierwszego motyla, jakiego zobaczy po zimie, na wzór Muminków, które to podobno robiły;) Nie wiem, czy tak naprawdę było (muszę wrócić do Muminków, koniecznie!), ale ja od tamtej pory też sobie tak wróżę i oto wiadomo, że tegoroczne lato będzie dla nas miłe, słoneczne i ciepłe, bowiem wypatrzyłam Cytrynka……

Spacer więc był super przyjemny, wklejam na dowów fotę (tu dotarliśmy do ulubionego brzeziniaka)…

Na koniec, poznaliśmy wreszcie nową kuchnię hinduską, jaka się ostatnio otworzyła no, nie tak niedaleko nas, ale na Ursynowie. Wzięliśmy dania na wynos, i okazały się pycha i naprawdę sycące, mniam! Będziemy częściej wracać;)
No, uprzedzałam, że wpis, nie dość, że chaotyczny, to będzie długi i nie omyliłam się;)

wiosenna burza…

zimową nocą, no, tego chyba nie znałam, do nocy wczorajszej, kiedy to obudziły nas grzmoty i przeraźliwe bębnienie deszczu w parapet i okna, jako, że porywisty wiatr siekał nimi prosto w szyby…baaardzo nieprzyjemna to noc była. Poszliśmy sprawdzić okna, czy nie przeciekają, ale dobrze udało się je uszczelnić po letniej "przygodzie"…

Wczoraj źle się czułam, jakiś dzień miałam w półśnie…Nie wiem, pogoda to pewnie, ciśnienie, wszystko na raz.
Wieczorem zajrzeliśmy do Empiku, gdzie nabyłam drugi kryminał niemidsomerkowy Caroline Graham. Obecnie czytam  jej "Zawiść nieznajomego", a nabyłam drugi jej kryminał  "Morderstwo w Madingley Grange". Nabyłam także coś, co mnie bardzo zainteresowało ze względu na miejsce, w jakim dzieje się książka, a mianowicie współczesny Egipt, a jest to "Kair, historia pewnej kamienicy", Alaa Al Aswany…nic chyba nie czytałam z literatury tamtego regionu, a nie powiem, zaciekawiła mnie ta książka, aczkolwiek okropnie nie podoba mi się tytuł, jaki został stworzony na potrzeby polskiego rynku. Ja niby wiem, że pewnie chodziło o to, żeby zwróciło na książkę więcej osób uwagę, ale nie podoba mi się, jest za długi i jakoś niezręcznie brzmi. No, ale podejrzewam, że trzeba było wtrynić do niego nazwę Kair, żeby było egzotycznie i żeby większe zainteresowanie wzbudziła okładka. Zobaczymy, jaka będzie książka, na razie widzę, że na merlinie mają ją w promocji:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/1,584582.html

na salonach;)

tytuł przewrotny celowo trochę;) Z kabackich nowości- salonów nam się namnożyło. Żadnych tam salonów, na których bułkę przez bibułkę czy herbatę o five o’clock;) ale takich konkretnych. Bo oto na trasie spaceru pojawił się salon z najprawdziwszymi motorami (ciekawe, czy opłaca się taki umiejscowić na krańcach Kabat, widać tak), ale i czeka nas otwarcie innego i na ten, nie ukrywam, ucieszyłam się bardziej. Bo o ile na motory pogapię się przez szybę i stwierdzę co najwyżej, że ładne, to z drugiego jak najbardziej skorzystam. Otóż od kwietnia będziemy mieć Empik. Otwiera się w budynku Tesco, dostępny będzie z zewnątrz, więc nawet do galerii wchodzić nie trzeba będzie. No, wreszcie Kabaty doczekały się Empiku. Owszem, mamy księgarnię, ale co tu dużo kryć, taki salonik prasowo książkowo muzyczno kartkowy zdecydowanie się przyda. I nie ukrywam, że będzie mi do niego bliżej. Szkoda tylko, że otwarcie dopiero w kwietniu, hmmm…może kłopot z ekipami, wszak większość budowlańców zasila teraz szeregi mieszkańców Wysp. No, ale to wczorajsze odkrycie naprawdę nas ucieszyło.

czasem więc…

ta nasza pisanina na coś się przydaje…po raz kolejny parę dni temu zaskoczenie zupełnie, ale miłe, od razu mówię. Kiedy pojawił się w skrzynce email, od nieznanej mi osoby, która czyta, nie zostawia komentarzy, ale jest obecna na moim blogu, i co najważniejsze, okazuje się, że coś tam , co człowiek pisze, jest dla tego kogoś po drugiej stronie ekranu ważne…za każdym razem robi takie coś na mnie wrażenie…że jest coś takiego, że druga strona odbiera to nasze pisanie w tak pozytywny sposób, że nawet email, który pisze, wydaje się jakby od nas samych do nas samych…przyjemne uczucie, nie powiem…

nie przestają zadziwiać mnie…

…Amerykanie. Każdy, kto trochę mnie zna wie, że nie jestem maniaczką owego państwa. Kraj fascynował mnie, jak miałam 10 lat, dostawałam w paczkach od ciotki lalki barbie i gumę balonówę i wydawało mi się, że coś na kształt raju umiejscowione jest w Ameryce, a potem mi przeszło. Owszem, wciąż uważam, że jest to kraj, który (swoim!) obywatelom daje masę możliwości rozwoju itd, ale nie, nie, miłośnikiem tegoż nie jestem.
Na mój niekoniecznie hurraoptymistyczny stosunek do Ameryki wpływa też fakt, że to im zerwał się ze smyczy satelita szpiegowski, który, jak wszystko pójdzie źle, może walnąć w Polskę tuż przed moimi Urodzinami, fakt, że w przyszłym roku do Stanów bez wiz pojedzie prawie cała Europa z wyjątkiem Polski wklejam link do artykułu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4933211.html

(ale tarczę antyrakietową, to by się u nas chciało wybudować, hehe), a już takie pomysły, jak ten, o którym będzie poniżej zastanawia mnie najbardziej. Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że największego hopla na punkcie bezpieczeństwa ma państwo Izrael, ale chyba nawet oni nie wpadli na taki cudaczny pomysł, jak ten, wklejam link do artykułu:
http://www.idg.pl/news/140438/W.USA.twoj.laptop.nie.jest.twoj..html

Jak to było w jednej z moich ulubionych książek we wczesnej młodości ,"szczęścia i zdrowia życzy kominiarz".