…skasowałam swój własny wpis z bloga…na ogół nie stosuję aż takiej wewnętrznej cenzury, ale tym razem musiałam. Czasem jest tak, że dobrze napisać coś dla siebie samej w ramach osobistej terapii, ale potem to zdilejtować. Co uczyniłam. Bywa.
brak powiadomień…
od dwóch dni nie dostaję powiadomień o zostawionych na blogu komentarzach. Te nowsze, łatwiej mi sprawdzić, bo po prostu widzę liczbę zmieniającą się, ale jeśli ktoś zostawi mi komentarz w jakimś mocno starszym wpisie, to niestety, nie będę o tym pewnie wiedzieć.
Już raz tak miałam , ale wtedy po jednym dniu wszystko wróciło do normy. Teraz trwa to drugi dzień. Zostawiłam info na forum o blox, ale pewnie poinformują, co z tym można zrobić dopiero w poniedziałek. Widzę, że nie ja jedna mam z tym problem, bo dopisały się kolejne osoby…kiepsko nie wiedzieć, czy ktoś zostawił komentarz.
i znowu nie zostaliśmy…
milionerami. Wzdech;) Tylko jeden numerek się zgadzał (zawsze gramy na chybił trafił). No cóż, może następnym razem?:)
Za to wczoraj nabyłam drogą kupna sukienkę. Aż się zdziwiłam, że udało mi się od pierwszego rzutu oka stwierdzić, że to jest to, co mi się podoba.
Nabyłam też w tańszej cenie 9.90 z Empiku kolejną część opowieści Corinne Hofmann, "Moja afrykańska miłość". Poprzednia, "Żegnaj Afryko" całkiem mi się podobała.
pożary na Rodos…
…coś tę piękną wyspę w tym roku bogowie z Olimpu z jakichś tam przyczyn znielubili chyba, skoro wciąż ją jakieś doświadczenia spotykają. Słucham wiadomości i smutek mnie bierze, jak zawsze, kiedy pożary trawią ukochaną Grecję. Tak, wiem, tam jest to częste, ale naprawdę za każdym razem tak samo mnie martwi…Rodos jest przepiękną wyspą i w moim sercu zaraz za Kretą się znalazła…
Mam nadzieję, że władzom uda się opanować pożary szybko…
Wklejam zdjęcie, tu w Akropolu w Lindos, widok na Zatokę Świętego Pawła.

doszła do mnie wreszcie wczoraj…
…przesyłka od Chihiro, z uroczą kartką z japońskim akcentem, malarstwem z przedstawieniem spotkania w herbaciarni, śliczna, naprawdę, i płytą z grecką muzyką. Coś czuję, że wiem, co będzie mi dzisiaj rozbrzmiewało cały dzień;))
Dziękuję!
Wygląda na to, że chwilowo otrzymałam wszystko, na co czekałam. A o czym przynajmniej wiem, że zostało mi wysłane.
Obejrzałam też, bo bardzo się na niego wyczekałam, "Malowany Welon", w reżyserii Johna Currana.
UWAGA spoiler;)
Opowieść o facecie, który oświadczył się dziewczynie, w której on się zakochał ale ona w nim nie i który mocno się zdziwił, kiedy odkrył, że zabrana wkrótce po ślubie do jego pracy jako bakteriologa, do Szanghaju żona, wdała się w ognisty romans z angielskim dyplomatą. Zdziwił, ale duma nie pozwalała mu, rozumiecie, sprać po pysku rywala, więc wymyślił wyrafinowaną zemstę. Nie nie na rywalu, ale na żonie;) zabrał ją do ogniska cholery w jakąś potwornie daleką chińską prowincję. Przewidywalnie dosyć, ich niechętne stosunki po odkryciu zdrady, zmieniają się pod wpływem heroicznej i niemal judymowej pracy męża w owej prowincji, do tego stopnia, iż po miesiącach (raptem może dwóch) posuchy trafiają do łóżka. Znów przewidywalnie, pani po jakimś czasie odkrywa, że jest w ciąży, ale nie bardzo orientuje się, czy owoc miłości jest wynikiem romansu czy też może dzieckiem jej męża. Mąż jak się domyślałam , na sam koniec złożony cholerą umiera. Pani wraca do Londynu i tam mieszka z synkiem. Kurtyna.
Trochę zbyt przewidywalny, jak dla mnie, a mimo to uratowany grą aktorską film. No i jeszcze tymi wspaniałymi pejzażami i widokami wschodnimi, które dech w piersiach zapierają.
Jak mówię, trochę zbyt przewidywalny, ale faktycznie gra aktorska dobra, główni bohaterowie przekonująco zmieniające się między nimi nastroje i emocje, które bardzo po ludzku tu zresztą przedstawione. Jak w pewnej chwili stwierdzi Kitty, ludzie są po prostu ludźmi, nie chodzącymi ideałami, potrafią też zawieść innych.
Mnie irytowała postawa męża, który zamiast skonfrontować się z rywalem, który wyrwał mu młodą żonkę, ukarał ją tylko. Jakoś do mnie nie przemawia ta idea zbrodni i kary. Irytował mnie też wątek ciąży, co to pani teraz nie wie, czy to dziecię namiętnego kochanka, czy też męża, z którym czasem dla przyzwoitości również trzeba było alkowę odwiedzić.
Ale, jak się okazuje, życie jest ironiczne i zabawne jednocześnie i z opowieści już nie książkowych a całkiem z życia wiem, że podobno takie dylematy zdarzają się niewiernym żonom o wiele częściej, niż by się mogło zdawać. Dawno temu wyczytałam w jakichś badaniach, że podobno 5% mężczyzn na świecie bez swojej wiedzy, oczywiście, wychowuje nie swoje dziecko (przykro mi panowie).
Tak, czy siak, powiem tak, wyczekany "Malowany Welon" okazał się nieco zbyt przewidywalny, ale było to niezłe patrzadło na taki babski wieczór na przykład.
Szkoda, że Viva! nie przedłużyła kolekcji na sierpień, a przynajmniej nic o tym nie słyszałam, bo uważam, że wybrali ciekawe filmy.
coś tam w skrzynce…
…dzisiaj się znalazło. Ale głównie rachunki i takie pisma nie personalne. Listy od znajomych nie dotarły (mam nadzieję, że na razie, że jeszcze dotrą). Co mnie trochę wkurzyło, to zwrot listu do Dublinii, w sumie ok, że dotarł z powrotem, ale nadgorliwość nowego najemncy mieszkania mnie zirytowała. Trudno się mówi. Dublinia już dostała nową kartkę na nowy adres.
Tak, czy siak, wygląda na to, że raz na kiedy przynajmniej coś wrzucą do skrzynki…Ciekawe, kiedy i czy otrzymam listy i przesyłki od dziewczyn.
Idąc na spacer wstąpiliśmy w drodze powrotnej do Empiku, gdzie chciałam się skusić na tę książkę przez dziewczyny ostatnio polecaną, czyli "Błogosławieni, którzy robią ser", ale pan powiedział, że nakład wyczerpany. Dziwne. No nic, spróbuję gdzie indziej. Tak to zawsze jest, jak się coś chce, bo dopiero co mam wrażenie, że tę książkę widziałam dosłownie na każdej półce księgarni wszelakich, a jak się szuka, to nic z tego.
Ups, właśnie zobaczyłam, że i na Merlinie jest to trudno dostępny towar. Znaczy się znowu niefart. No, trudno się mówi…
od Annasza do Kajfasza…
…czyli moje boje z nieukochaną pocztą polską ciąg dalszy.
Tak, jak pisałam, coś nie tak jest z pocztą. Ściśle mówiąc, odnoszę wrażenie, że od paru dni po prostu listonosz nie był w naszym domu.
Jako, że musiałam i tak dzisiaj wybrać się na pocztę, wysyłałam coś za granicę, spytałam po drodze panów z ochrony, którzy bardzo uprzejmie pomogli mi i potwierdzili w zasadzie coś, czego i tak byłam pewna. Ostatni raz listonosz nawiedził dom we wtorek. Potem nie.
Poszłam na pocztę, oddałam list do wysyłki i próbowałam się dowiedzieć, co mam zrobić ,skoro listonosz do nas nie przychodzi a wiem, że są do mnie przesyłki (nie wspomnę o tym, że przecież są jeszcze rachunki itd, która też pewnie dochodzą a raczej właśnie nie dochodzą do nas). Pani jednak nie była chętna pomóc i odesłała mnie na inną pocztę, bo listonosze i tak chodzą właśnie z tej drugiej. Ja nawet to rozumiem, nie rozumiem jednego, czemu ona nie może zadzwonić też na ten urząd i zgłosić to, że listonosze nie przychodzą.
Ale trudno, widać tak to właśnie musi być. Po drodze dotarł do mnie P. i w ramach spaceru poszliśmy na pocztę tę, na którą nas odesłano.
Dotarliśmy i jako, że jeszcze nie było 20.00 udaliśmy się wprost do stanowiska kontrolera. A muszę powiedzieć jedno, to jest poczta całodobowa, więc kłębi się tam zawsze dziki tłum. Kiedy czekaliśmy na kontrolera obserwowałam znerwicowanych ludzi, którzy zawsze się tam nastoją, zanim odbiorą swoje polecone. Zadźwięczał numerek i do okienka spanikowanym kurcgalopkiem jakaś kobieta. A baba w okienku do niej nieprzyjemnym tonem "A co to? Drukują podwójne numerki?" była nieprzyjemna i z łachą stwierdziła, że kobieta wcisnęła nie to, co trzeba, co za tym idzie, ona jej poleconego nie wyda. I kobieta odtruchtała potulnie na swoje miejsce aby ustawić się na nowo w kolejce liczącej ileśdziesiąt pewnie osób. Koszmarna była ta baba z okienka, uosobieniem koszmarnej baby urzędniczki, która wrzeszczy na klienta. Zdziwiłam się w ogóle, że ta obsobaczona kobieta nic się nie odezwała, jakby to na mnie sie babsko wyzłościło, to bym na pewno jej powiedziała, że można być uprzejmiejszym i grzeczniejszym.
No, w międzyczasie do okienka dotarła pani kontroler. Na nasze stwierdzenie, że od trzech dni listonosz nie chodzi, powiedziała, że tak, to prawda. Po czym powiedziała, że to efekt tego, że nie ma listonoszy. Są wolne wakaty i brak pracowników. I że mają albo dzisiaj chodzić na trzy zmiany (nikt nie przyszedł z poczty) albo jutro. Na nasze zapytanie, co zrobić, kiedy nam nie przyniosą do poniedziałku, że przecież gdzieś leży poczta do nas i czeka, powiedziała, że można przyjść i wtedy nam ją znajdą. Tiaaa…ciekawe. Oczywiście najlepiej z samego rana.
Kurczę, zdenerwowałam się tym. Bo to, że listonosz nie chodzi, wiedziałam, bo czekam na trzy przesyłki a ich nie ma, chociaż już dawno powinny być. Natomiast zdenerwowałam się tym stwierdzeniem, że nie ma listonoszy, bo nie wiem, co to dla nas oznacza. Czy będą roznosić pocztę raz w tygodniu? raz na dwa tygodnie?
Bo chyba mają jakiś obowiązek , że muszą chociaż raz na jakiś czas roznieść ? Chociaż mnie już chyba w przypadku poczty polskiej nic nie zdziwi…
W rezultacie i tak wyszliśmy z niczym, bo czuję, że i tak trzeba będzie po własną pocztę iść w tygodniu…
miseczka jagód polanych kefirem…
…nie śmietaną, coby za tłusto nie było;) i już się czuję super…
Dzisiaj siedzę sama, bo Mąż na wyjeździe służbowym. Wracając do domu spotkałam znajomego. On mi się ukłonił, ja go bowiem nie poznałam. Zadumana byłam, bowiem rozważałam czy wstąpić na pocztę i spytać, gdzie do jasnej ciasnej podziewa się listonosz w tym tygodniu. Czy im aby nie zaginął. Zamiast tego spytałam się znajomego (mieszkają w bloku naprzeciwko) czy do nich poczta w tym tygodniu jakakolwiek doszła. Ja bowiem coraz bardziej rozdrażniona jestem faktem, że nic w skrzynce nie ma a tu Monoli mi list wysłała w poniedziałek, Chihiro we wtorek list z płytą a tu ani widu ani słychu po przesyłkach. Mało tego, odniosłam wrażenie, że i w innych skrzynkach pusto.
Ale powiedział,że do nich coś tam dochodzi, znaczy się albo mam niefart kolejny z pp albo nie wiem, co. Może jeszcze dojdzie, chociaż zaczynam się martwić.
Przyszłam do domu i nieopatrznie wsłuchałam się w wiadomości na obu kanałach, których informacje zawsze oglądamy i tak dowiedziałam się, że jeszcze w tym roku z więzienia w Strzelcach Opolskich wyjdzie za dobre sprawowanie jeden z najgroźniejszych pedofiów w Polsce (mordował dziewczynki, o ile dobrze usłyszałam, bo w kuchni w tym momencie byłam), w Londynie boją się napadających na ludzi gangów nożowników mordujących swoje ofiary, PiS obraził się na tvn i spółkę i przestanie u nich bywać , znowu z nożami, tym razem szalony mąż zranił swoją mocno ciężarną żonę , uszkadzając i ją i dziecko , po czym zbiegł i jedyna chyba sezonowo ogórkowa wiadomość, w Berlinie po wczorajszym alarmie bombowym mają atrakcję, urodziły się bowiem bliźnięta nietypowe, jedno o białym drugie i ciemnym kolorze skóry z ojca Niemca a mamy z Ghany bodajże.
Czas chyba przestać włączać wiadomości, jak to mają być wieści sezonu ogórkowego.
coś się z tymi cenami…
…pozajączkowało. Przez tę cholerną książkę "Winnica w Toskanii" (cholerną, bo obudziła we mnie marzenia i pragnienia zmiany, na którą zapewne w obecnej chwili zwyczajnie nas nie stać , a pragnienie pozostało) nic od wczoraj nie robię, tylko łażę po rozmaitych serwisach sprzedaży nieruchomości i oczy mi się robią coraz to większe. Otóż, panie i panowie, niektóre nieruchomości są tańsze, niż te, które nabyć można w Polsce.
Jakiś czas temu na pewnym forum wyczytałam, że młode małżeństwo kupiło sobie dom w Egipcie. Pomyślałam "hoho, nieźle z kasą", a jak tak chodzę po tych serwisach, widzę, że to wcale nie musi oznaczać niemożliwe. Owszem, to dalej kosztuje, tylko jak widzę dom, który można wykorzystać na podnajem na sezon a część na własne wakacje, to przestaję się dziwić, że ludzie zaczynają tak inwestować i coraz więcej osób na taką sprawę się decyduje.
Niedawno na Kabatach chłop sprzedawał ziemię. Kawałeczek. Dosłownie. Chciał prawie milion (zdaje się, że 900 tys , jakoś tak, zadzwoniliśmy z totalnej ciekawości). Jak widzę dom w Niemczech, który praktycznie stanowi dwa niezależne mieszkania, który jest w tej samej cenie, to zaczynam się zastanawiać, co jest grane.
Haha, jakby to Polska była wymarzonym miejscem do życia na całym globie…
Paranoja jakaś z tymi cenami…
ziemia się zatrzęsła…
…wczoraj na Rodos i od razu wytworzył się lekki nastrój paniki. Wczoraj w radiowej Jedynce sporo się o tym mówiło, nawet był głos speca, który stwierdził, że w ostatnim pół roku trzęsień ziemi było tak mniej więcej w Grecji jedno na dwa tygodnie. Oczywiście, uwzględniamy tu te niezauważone przez przeciętnego człowieka.
Podróżując po Grecji już podczas pierwszej wyprawy zorientowałam się, jak bardzo trzęsienia ziemi tam uprzykrzają życie mieszkańcom. Sporo zabytków zniknęło z powierzchni ziemi bezpowrotnie właśnie po takim trzęsieniu ziemi.
Trochę dziwią mnie głosy spanikowanych, jako, że zakładam, że jak się w jakieś miejsce człowiek wybiera, to stara się zorientować przynajmniej minimum na temat danego kraju, do którego się wybiera, ale być może się mylę…
Za to zainteresowało mnie coś innego. Patrząc na statystyki trzęsień ziemi w Grecji wygląda na to, że podczas którejś z naszych jak dotąd siedmiu tam podróży, musieliśmy coś takiego przeżyć, tylko pewnie nawet się nie zorientowaliśmy. Ciekawe…
Swoją drogą, myślę, że nie jest fajnie podczas wymarzonych wakacji przeżyć tsunami czy większe trzęsienie ziemi chociażby…
