…od wczoraj patrzy na mnie swoim łagodnym , jakby zamglonym spojrzeniem. Nie, nie, nie mam oryginału (szkoda, chlip;)), ale podkładkę pod mysz z reprodukcją obrazu, także magnes na lodówkę, reprodukcję do oprawienia i nawet smycz do czego się chce z jej twarzą. Jednym słowem, "Dziewczyna z perłą" u nas rządzi…A to za sprawą Męża, który wróciwszy z parodniowego wyjazdu do kraju Vermeera naprzywoził właśnie te cudeńka. Jak tu nie wzruszyć się i za sprawą tych drobiazgów i albumu Vermeera, jaki otrzymałam? Kochany Mąż. Wie, że Vermeer to mój ulubiony malarz. Album był w Polsce nie do zdobycia. Wszędzie podczas podróży szukałam, ale albo były, owszem, za to w językach autochtonów (niestety, włoski czy francuski nie są moimi drugimi językami), albo nie dość interesujące. Ten jest cudowny, z każdym obrazem Vermeera opisanym dokładnie i omówionym.
Aż drżę na samą myśl, że wieczorem spokojnie z nim siądę, zapalę lampkę, w kubku zaparzę zieloną herbatę i przeniosę się na chwilę w magiczny świat artysty, który umiał może zwykłe czasem chwile przedstawić na swoich obrazach w sposób niezwykły zaiste…
A swoją drogą, wariatka ze mnie, za chwilkę stuknie nam dziewięć lat po Ślubie, a ja się za Nim tak stęskniłam, że wczoraj pojechałam na lotnisko, żeby już te parę chwil wcześniej Go zobaczyć. No, czy ja nie jestem szalona?:)
Pamiętam, że po Ślubie, kiedy wyjeżdżał na pierwszy wyjazd, ktoś mi powiedział, "Wiesz, parę lat po Ślubie, to to się nawet lubi, jak się tak dłużej przez chwilkę nie widzicie, to dobrze robi". No więc, najwyraźniej ja mam inaczej, bo wciąż wcale nie lubię tych wyjazdów. Nie jesteśmy uwiązani do siebie, jak mamy ochotę wyjść gdzieś niezależnie, to wychodzimy, nie ma problemu.
A na lotnisku, jak to na lotnisku, sporo fajnych scen do zaobserwowania. Powitania zdawkowe i obojętne, rzucanie się sobie na szyje, na wszelkie sposoby witanie, nawet takie, które nagle z pary tworzy jakiś odrębny twór, obojętny na potrącających ich ludzi wlokących bagaż na wózkach………..
ps. gdyby ktoś jednak nie wiedział, jak ona wygląda, to…
http://pl.wikipedia.org/wiki/Dziewczyna_z_per%C5%82%C4%85
owca w lesie, czyli…
u leśnika w Leśniczówce w Lesie Kabackim mieszka najprawdziwsza owca!
Nie wiem, z jakiej okazji tam sobie mieszka, ale wyglądała na bardzo zadowoloną. Umoszczona wygodnie rozkoszowała się pięknym jesiennym dniem. My też rozkoszowaliśmy się pięknym dniem i zorganizowaliśmy sobie miły spacer lasem do Ogrodu Botanicznego, a wracając natknęliśmy się na nią, a więc oto zdjęcie.

nie ma to, jak…
…miłe "babskie" spotkanie. Okazuje się, że mogą się powieść spotkania z kimś, z kim się do tej pory pisało, ale…no właśnie. Ja, dzikus, wiem, jedno. Żebym się z kimś miała spotkać, muszę chociaż trochę go "poznać". Nie umiałabym się spotkać z kimś, z kim nie wymieniłam jakichś myśli. Mało tego, co powiedziałam dzisiaj na spotkaniu, nie z każdym, z kim piszę, odczuwam potrzebę spotkania. Dziwne? Może, ale cóż, ten typ tak ma;)
Z innych miłych rzeczy, widzę, że ściągają pocztówki od wielkiej włoskiej podróży Dublinii, bo dzisiaj dotarła druga (po wczorajszym Rzymie!). Tym razem z przepięknym widokiem Positano! Hmmm, do tej pory nazwa kojarzyła mi się z jedną z pizzerii, do których chodziliśmy swego czasu dość często;)
Bardzo szybko kartki owe dochodzą, bo data na stemplu 22 września! To tylko trzy dni. Za piękny widok na karcie dziękuję.
Niestety, wystałam się też, jak głupia, na poczcie, jako, że coś dotarło do mnie awizowane (może książka ?). Ale , nastałam się, nie dość, że sporo osób dookoła kaszlało i prychało, to w dodatku trafiłam na dokładnie tą samą panią, co we wtorek, tak, tę, która zapomnieliśmy, jak wygląda, kiedy zniknęła na zapleczu. Wtedy jednak przyniosła mi przesyłkę, a tym razem, niestety, okazało się, że przesyłki nie ma;( może jest na drugiej poczcie i nie została przywieziona, więc pani wzięła ode mnie numer telefonu i ma dzwonić w tej sprawie.
Wystałam się więc bez sensu pół godziny. Wychodziłam taka zakręcona i trochę zgnębiona tym wszystkim, a przy drzwiach otrzymałam jeszcze opierdol od facia, który sobie przy nich stał, że rzekomo wychodzę nie tą, co trzeba stroną. Wkurzyłam się i stwierdziłam " Ale pan miły,naprawdę!".
Serio, czasem mnie zastanawia, co takiego jest w Polakach, że nie zasną dobrze, jak nie dopieprzą komuś drugiemu. OK, różnie to ze mną bywa, nie twierdzę, że jestem aniołkiem, ale odnoszę wrażenie, że moje zjebki w stronę innych mają jakiekolwiek uzasadnienie, a nie są rzucane ot tak w kosmos, coby mi się nastrój poprawił.
Wkurzyłam się i tyle.
A zaraz wyłazimy na spacer, a przy okazji odbieramy leki z apteki, co to je wczoraj zamówiliśmy u pani, a ona z kolei w hurtowni. Lek drogi, niestety, to i jakiś nieczęsty, bo jeszcze po południu w aptece go nie było, ale dzwoniliśmy i jest, uff…
z prawdziwą przyjemnością…
obejrzałam nagrodzone zdjęcia. Uwielbiam świetne zdjęcia. Bardzo lubię zdjęcia pokazujące ludzi, społeczności, miasta, takie trochę rozedrgane, uchwycone jakieś chwile, rozmowy, sytuacje nie do odtworzenia, uchwycone emocje. I to na tych zdjęciach znalazłam. Bardzo podziwiam ludzi, którzy mają talent fotograficzny. Sama takiego nie posiadam, nie mam "tego" spojrzenia, które umie niby banalną sytuację oddać w kadrze w niezwykły sposób.
Link do artykułu i zdjęć poniżej:
http://wyborcza.pl/1,75480,5715370,Takiej_armii_swiat_nie_widzial.html
dzień wypełniony…
…najrozmaitszymi sprawami. Najpierw po raz drugi uderzyliśmy w celu zaszczepienia się przeciw grypie. W piątek pierwsza próba, nieudana, dzisiaj na szczęście już z powodzeniem, aczkolwiek też nie obyło się bez przygód. Mam nadzieję, że będzie wszystko OK, chociaż, jak rzadko, bolała mnie ręka, w którą zrobiona została szczepionka.
Potem wyprawa do IKEI. Z założeniem spożycia ikeowskich klopsików, za którymi oboje przepadamy. No dobra i tarty truskawkowej;) Z przygodami również, kiedy do naszego stolika podszedł dzieciak, który rzuciwszy mi spojrzenie w stylu "co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" wsadził palce w marchewkę P. i po prostu zaczął ją jeść. Nie reagowaliśmy bo po pierwsze, zamurowało nas, po drugie, nie mamy w zwyczaju wychowywać cudzych dzieci. Jego ojciec ze wstydu przybrał barwę nawet nie czerwoną a bordową. Zachował się OK, bo surówkę odkupił, ale podał ją nam na szybko, nie patrząc w oczy. Myślę, że przeżywał;))
W IKEI, jak to w IKEI, oczy miałam dookoła głowy, jak na szypułkach, jako, że jest to jeden z niewielu sklepów, w których prawie wszystkie towary mi się podobają i które mogłabym mieć. Nabyliśmy nową pościel, w kwiatuszki:), poza tym raczej duperelki do wystroju, jednak głównym nabytkiem okazał się dywan do pokoju komputerowego, za którym krzątaliśmy się już czas jakiś. Podłoga w komputerowym strasznie się niszczy od jazdy po niej krzesła do komputera, a więc trzeba było nabyć dywanik. Całkiem przyzwoity i za niezłą cenę, poza tym podbity gumą, a więc nie będzie się ślizgał. Już mieliśmy tam kiedyś dywanik, na którym można było wywinąć orła gigant, więc teraz wiedzieliśmy, że chcemy dywan właśnie, a nie dywanik.
Po IKEI udało nam się wyjść na fajny spacer. Mimo tego, że na początku padał deszcz, potem na szczęście poprawiła się pogoda. Na stole błyska do nas brązowym okiem kilka kasztanów, jakie ze spaceru przynieśliśmy. Mieliśmy konkurencję w postaci paru nieletnich w tym zbieraniu, ale kilka kasztanów udało nam się zebrać;) Ususzę i będzie można zimą pobawić się nimi w dłoniach, poczuć ich ciepło i tę niesamowitą magię, jaką wysyłają nam kasztany…
powiadomień o nowych komentarzach…
…znowu nie mam, od dwóch dni. Zgłosiłam na forum o blox, ale , no cóż, nie skomentuję. Po co mam się denerwować. Ja rozumiem, że mają zapewne szereg większych problemów (patrząc, jak blox czasami potrafi działać albo i nie działać), ale jakiś komentarz w stylu "znamy problem, działamy, próbujemy rozwiązać" czy coś w ten deseń nikomu by chyba korony z głowy nie strącił. Przypomniałam sobie, że ktoś z Was mi mówił, że mogę na blogu zobaczyć ostatnie komentarze, tylko zapomniałam jak.
Dobra, przypomniałam sobie, widzę, że zostawiliście komentarze w notce o jesieni, pędzę poczytać.
Tak, od wczoraj jestem zła i mi nie przeszło. A pogłębiło się podczas dnia.
konsekwencja nigdy…
…nie była moją mocną stroną;) dlatego wczoraj powróciłam do torby pomarańczowej. Co nie zmienia faktu, że miałabym ochotę na zmianę, ale…no właśnie. Nabycie dla mnie torby graniczy chyba z cudem. Teraz będąc w Chanii była cała masa skórzanych wyrobów (nabyłam świetne japonki za banalną cenę), i wśród takich sobie portmonetek czy torebek były oczywiście takie, które mnie zainteresowały, ale…nigdy w 100% nie było to to, czego oczekuję;( bez sensu nabywać było więc kolejną torebkę, o której się wie z góry, że nosić się jej nie będzie.
Poza tym, to nie jestem dzisiaj w świetnym nastroju, jako, że odkryłam minę, na jaką wsadziła nas sąsiadka, ta, która wyszła za mąż za cudzoziemca i zjawia się w kraju li i jedynie na moment, w wakacje. A mianowicie, umożliwiła mieszkanie komuś z rodziny (wiem, bo przypadkowo owe panny nam się przedstawiły) i niestety, widzę, że nie będzie to fajna koegzystencja. Blok, jak to blok, zbudowany bez sensu, ale że tak słychać kogoś będzie, nie wiedziałam. Kobiecina faktycznie musiała być cicha, bo jej nigdy nie słyszeliśmy. Nawet jak przyjeżdża teraz z dzieciakami, to nie ma problemu.
Niestety, dziewoje najwyraźniej odreagowują wyrwanie się spod rodzicielskich skrzydeł. Szkoda tylko, że my to słyszymy. Może jestem pesymistycznie nastawiona dzisiaj, może imprezki nie będą się powtarzać zbyt często, jednak dzisiaj wstałam niewyspana i podenerwowana i dumam od rana, co z tym fantem zrobić. Nie chcę wyjść na starą ciotkę i laski opierniczać, ale mam ochotę dać im przynajmniej znak, że SŁYSZAŁAM w pewnym punktach mojego mieszkania KAŻDE ich słowo i towarzyszącym im panów również (szczególnie pewnie po alkoholu). Nie mam ochoty się nie wysypiać, bo panny urwały się ze smyczy i zaczynają się tym cieszyć.
KURDE. Czy my naprawdę nie możemy mieć fajnych sąsiadów? Jak ci z góry nieco ucichli (odpukać), to teraz nowa bieda. Zaczynam się załamywać.
Księstwo…
…Liechtenstein, a raczej jego stolica Vaduz na pocztówce robi całkiem sympatyczne wrażenie. Nie miałam do tej pory pocztówki z tego kraju, za to kiedyś otrzymałam z Luksemburga, ot w ramach ciekawostki. Wczoraj doszła też pocztówka z wakacji mojej australijskiej przyjaciółki w Nowej Zelandii. Niby wiem, że tam teraz zima, ale zrobiło na mnie wrażenie zdjęcie z Queenstown z ośnieżonymi szczytami gór! W dodatku M. pisze, że próbowali jazdy na nartach i bardzo im się podobało;) A tak bała się wyjazdu tam, bo ona zdecydowanie jest ciepłolubna i bała się zimna i śniegu, a tu proszę, chyba złapała bakcyla, którego jednak nie uda się jej zbyt często powtarzać.
Wczoraj mieliśmy bardzo miłe spotkanie, które zdecydowanie poprawiło mi nastrój i podładowało akumulatory. Nie ma to, jak spotkanie z kimś, kto jest nam życzliwy i z kim dobrze się nam nie tylko pisze, ale i rozmawia. Generalnie, jak w reklamie-bezcenne.
Doszła też książka, którą byłam zainteresowana, "Ukryte wady", zaczęłam czytać. To chyba moje pierwsze spotkanie z literaturą z Danii, tym bardziej ciekawa jestem, jak mi pójdzie, bo na razie czyta się faktycznie dobrze, wciągnęła mnie.
są takie dni…
, które z rozmaitych powodów pamięta się pewnie na całe życie. Ja pamiętam, jak 6 lat temu przenosiliśmy się na Kabaty. Przyszło zostawić Żoliborz, na którym oboje wychowaliśmy się na rzecz tej dzielnicy i nowego mieszkania, z którego tak się cieszyliśmy. Ale ten czas leci, już 6 lat minęło. Po drodze pozmieniali się sąsiedzi i niestety, wprowadzili ci nad nami, co spowodowało, że tylko dwa lata mieliśmy ciche i spokojne. Ale co robić, "uroki" życia w bloku:(
A pogoda te sześć lat temu była zdecydowanie lepsza. Było cieplej, słonecznie i miło. Za to następnego dnia lunęło i jak padało, to chyba przez dwa następne tygodnie deszcz padał, padał, padał…

