zamieszanie…

i zmiany w Polskim Radio się działy. Jak to zawsze, kiedy rządzi polityka a nie zdrowy rozsądek, nic dobrego z tego nie wynika. Ale do jasnej ciasnej, komu przeszkadzał program o zwierzakach Doroty Sumińskiej, czyli "Cztery Łapy"? Tego nie rozumiem;( jedna z niewielu audycji, która faktycznie, można by nazwać, niosła ze sobą misyjny charakter radia, o którym tak lubią trąbić władze radia kolejne. Może komuś nie spodobało się, że kobieta propagowała zachowania pozytywne względem zwierzaków i ich ochrony, może nie spodobało się, że nakłaniała właścicieli zwierzaków do kastracji, żeby potem nie mnożyły się w nieskończoność? Nie mam pojęcia. Wiem jedno, coś się działo z jej audycją od 3 tygodni, były jakieś przerwy, od razu powiedziałam do P., że według mnie to zapowiada fakt zlikwidowania audycji i niestety, właśnie się tego "doczekałam". Czyli, dziś usłyszałam, ze to ostatnia audycja, że autorka ma nadzieję, że jeszcze się spotka z radiosłuchaczami, ale dobrze wiem, jak to w rzeczywistości wygląda;(

Bardzo mi smutno, bo faktycznie audycję Sumińskiej bardzo lubiłam i o ile mogłam, starałam się jej słuchać.

poumawiałam…

…się na terminy badań i wreszcie mam jaśniejsze spojrzenie na sprawę, bo wiem, że przynajmniej będą badania i coś tam się, mam nadzieję wyjaśni.
Dzisiaj Środa Popielcowa. Odkąd pamiętam, miałam niejasne wrażenie, że sypią nas nie spalonymi palemkami a tym prawdziwym prochem, pozostałością po tym, co cielesne…nie wiem, skąd mi się to ubrdało, ale jakoś tak mam…niby wiem, że nie, ale jest jakiś taki dreszcz…
W tym roku jakoś inaczej spojrzę na ten dzień. Pewnie przez wydarzenie sprzed dwóch tygodni. Coś tam człowiekiem potrząsnęło i nic już nie jest jak było. Lekcja pokory, nauczka, że "nie znacie dnia ani godziny" nie są jednak tylko czczymi słowami mającymi człowieka nastraszyć. Dopóki człowieka coś nie dotknie, w jakiś tam mocniejszy sposób, pewnie nie sposób spojrzeć na pewne sprawy z innego punktu widzenia.
Strasznie mi smutny wpis wyszedł, a nie chciałam w ogóle. Serio.
Może wpadłam w jakiś taki refleksyjny nastrój…

jemiołuszka…

…i teraz czekam na statystykach, jaki bum się na jemiołuszki znajdzie w poszukiwaniach. Uzyskałam zgodę na publikację zdjęcia autorstwa P., a więc jedno z moich ukochanych, jemiołuszka ze spotkania stadka ich w Konstancinie-Jeziornej dwa lata temu, właściwie wynika z tego, że tuż niemal przed czasem, kiedy opuszczają Polskę. Zdybaliśmy je więc można powiedzieć, w ostatniej chwili.

kowalik spotkany w Łazienkach warszawskich…

dzięcioł duży spotkany na spacerze, chociaż teraz już nie pamiętam, czy w lesie, czy nieopodal, jak się idzie w stronę stajni SGGW…

i makolągwa spotkana w Alpach, jedno z moich ulubionych zdjęć

nowe hobby…

…nie takie nowe zresztą, jakieś dwa lata z kawałkiem już jak się zaczęliśmy tym interesować. Myślę, że zapoczątkował to fakt zamieszkania na "wsi", jak sobie z naszych Kabat dworujemy, czyli blisko lasu i zwierzyny wszelakiej, a po części na pewno na fakt tego wpłynął zakup przez P. lepszego obiektywu do aparatu. Obiektywu, z którego możemy teraz robić (P. robi konkretnie) o wiele lepszych zdjęć ptaków.
I nagle okazało się, jak wiele ich jest dookoła i jaka to radość, kiedy po takich "łowach z aparatem" siadamy ze zdjęciami na komputerze obłożeni stosikami atlasów ptaków. Zbiór zaczął się od "Kieszonkowego atlasu ptaków" Jonathana Elphicka i Johna Woodwarda, a rozrósł się już do liczby sześciu książek i książeczek. W tym liczę "Ptaki Polski" Kruszewicza, otrzymane na Gwiazdkę zeszłego roku, jak i dwie nowe książki, niedawno nabyte w jakiejś niższej podobno cenie przez P. Dowiedziałam się o zakupie dopiero , jak rozpakowaliśmy paczkę merlinowską, ale jak się okazało, świetnie, bowiem w jednym z nowych atlasów był ptak, którego w innych nie było, a właśnie jeden z tych, które identyfikowaliśmy.
Podoba mi się ten element niespodzianki, jaki jest w czasie owej właśnie "identyfikacji". Niekiedy oznacza to długie minuty poszukiwań, tym bardziej, że żadne z nas nie jest specem w tej dziedzinie i zajmujemy się tym tyleż od niedawna co w dodatku naprawdę zupełnie hobbystycznie.
Moim ulubionym momentem jest ten, kiedy zdjęcie danego ptaka ukazuje jakąś dość charakterystyczną cechę, i kiedy nagle po niej widzimy w danym atlasie tak, to ten ptak. W ten sposób zidentyfikowaliśmy wczoraj makolągwę z wyprawy w Alpy, czy też wczorajszy najnowszy zdjęciowy "łup", a mianowicie dzwońca. Dzwońce siedziały w krzaczorach już bardzo blisko naszego domu i sfotografowaliśmy je niejako przypadkiem. Odkąd bowiem mamy kanarka, doszło nowe działanie, słuchanie głosów ptaków. Już nie są one dla nas prawie tym samym, o nie. Do tej pory rozpoznawaliśmy Pana Słowika, dającego niesamowite koncerty w krzaczorach niedaleko domu. Dzwońce też dawały charakterystyczny odgłos i wiedzieliśmy, że to jakieś nowe dla nas ptaki, bo ani mazurki, ani sikorki przecież.
Jednak parę tygodni temu z wielką radością P. rozpoznał głos dzięcioła i faktycznie, dzięki temu udało nam się wypatrzyć dorodną parkę państwa dzięciołostwa na drzewie. Acha, i nie mam tu na myśli charakterystycznego stukania w drzewo, to już chyba wie każdy, że tak zachowuje się dziecioł, ale mówię o ich odgłosach dziobem, głosowych, że się tak wyrażę.
Dobrze jest mieć takie nowe, trochę niespodziewane dla siebie samego zainteresowanie…

to i owo…

…różności.
Zainteresowanym zdrowiem kanarka odpowiadam, że na szczęście, Sowa doszedł już do siebie (pewnie już nie pamięta, że chorował, ja wręcz odwrotnie, nieźle się nim przestraszyłam). Kupiliśmy mu nowe płyty z odgłosami ptaków i szaleje za nimi wyśpiewując trele.  Co do mnie, to ganiam po lekarzach. Jestem już na etapie, że proszę mnie w ogóle o lekarzy nie pytać, nie będę odpowiadać. Serio. Osiągam ten stan dość szybko po doświadczeniach z naszą sł.zdrowia, nawet tą teoretycznie płatną (co z tego, że w ramach abonamentu, przecież ktoś za to płaci, nie jest tak, że za darmo). Ja w ogóle nie lubię rozmawiać o sprawach zdrowotnych, może dlatego stan ogólnego wkurzenia na to wszystko osiągam dość szybko. Z tego wszystkiego poczułam się o wiele lepiej, pewnie na zasadzie "aby w tym kraju ganiać po lekarzach trzeba być zdrowym".

Mniej ostatnio czytam, ale zaraz Wam szykuję recenzję czegoś wielce smakowitego, co udało mi się przeczytać i co rozbudziło apetyt. Słucham ostatnio muzyki, co do której się Wam nie przyznam , dość obciachowa, ale najwyraźniej mi tego potrzeba ostatnio;)

Wczoraj zjedliśmy, jak się okazało , tyle pączków, co statystyczny Polak, a mianowicie, 2.5. Tako rzekli w "Wiadomościach" zanim wyszliśmy na spacer, nie ma to tamto;) Pączki, to towar, którego nie jadam w ogóle, za to w ten jeden dzień budzi się we mnie paczkowe zwierzę. MUSZĘ zjeść minimum jednego, inaczej się ugotuję wewnątrz.

Zaafaerowana zrzuciłam przychodzącą rozmowę na komórkę. Niestety, z nieidentyfikującego się numeru. Nie lubię takich sytuacji. Ale zawsze pocieszam się, że wrzucony na skrzynkę osobnik odkrył, że to pomyłka. Inna osoba bowiem pewnie albo by się nagrała na skrzynkę albo zadzwoniła raz jeszcze, prawda?

szlachetne zdrowie…

…itd. Oklepane, ale ciągle aktualne.
Brak mnie na necie, bowiem zdrowie mi się posypało. Stało się to dość nagle i nie mówimy tu o grypie ani wirusie.
Czeka mnie teraz to, czego nie cierpię, czyli wędrowanie od gabinetów do gabinetów i badania, ale jak to mówią, trza się badać. Nie ma innej rady.
W każdym razie powiem jedno, jako, że jestem z natury pesymistką i czarnowidzem, trzeba się cieszyć chwilą, bo kto wie, czy jutro nastąpi, haha;)
Jak już żartuję , to znaczy, że nie jest tak źle. Acha i naprawdę , nie warto się denerwować. Nerwy do niczego dobrego z reguły nie prowadzą.

nie odzywałam się…

…bo miałam ciężkie dni.
Zaczęło się od tego, że śniła mi się P. Ona zawsze śni mi się, kiedy ma się stać coś nieprzyjemnego. Nie cierpię tych snów, ale nic na to nie poradzę, zdarzają się i potem często dzieje się coś niefajnego. Może to odziedziczone po Mamie, której zawsze śniła się niedobra dla niej babcia i potem zdarzały się problemy.
Mnie od chwili, kiedy coś się tej dziewczynie pogibało w relacjach z nami i relacje zostały urwane w dość nieprzyjemny sposób śni się P. Tak, czy siak, nie lubię snów o niej, bo są naprawdę często zapowiedzią czegoś niedobrego, na przykład kiedy śniła mi się w noc przed wylotem z Monachium, bałam się wsiąść do samolotu. W rezultacie okazało się, że "tylko" zapomnieliśmy laptopa z lotniska. Mogło być gorzej;)
Teraz śniła mi się więc z piątku na sobotę i całą sobotę byłam automatycznie podenerwowana i przekonana, że coś się wydarzy. Nic się nie działo, dotarliśmy na spotkanie z moją przyjaciółką i jej mężem, które to spotkanie okazało się naprawdę bardzo udane, zasiedzieliśmy się , wróciliśmy do domu późnym wieczorem w świetnych nastrojach przekonani, że niebawem spotkamy się ponownie. A w domu zastaliśmy chorego Sowę;(
Nie chcę wdawać się w szczegóły. Problemem stała się obrączka , którą na łapkę ptaka nakładają hodowcy, ale chyba nie tylko, być może inna sprawa, podczas pierwszej kąpieli trochę się przeliczył i być może wtedy skręcił łapkę…dość, że powstał problem z łapką. Dobrze, że mamy naszego zaufanego lekarza weterynarii (wspominałam kiedyś tu na blogu, że dla mnie lekarze weterynarii to inny, lepszy gatunek człowieka) i zaraz w niedzielę popędziliśmy z rana do niego z Sową. Chwile od soboty wieczorem do dzisiaj pamiętam jak przez mgłę. Coś się działo a ja nie do końca wiem co. Wiem, że wróciły się mi w pamięci chwile sprzed 5 lat i śmierć poprzedniego kanarka i ten wielki lęk, że coś złego stanie się ponownie i historia się powtórzy.
Na razie, na szczęście, wygląda na to, że się poprawia. Trzymajcie mocno kciuki. Ale powiem, że rano znowu się spłakałam, bo wyglądało na to, że chyba nie jest dobrze…
W każdym razie, raptem tydzień u nas jest a już przekonałam się, jak bardzo zdążyłam go pokochać. A po ostatniej smutnej historii usiłowałam się oszukać, że uda mi się okłamać własne serce i nie pokocham następnego maleństwa.

a tak w ogóle…

…to sama poczułam, że ta ostatnia recenzyjka o filmie jest taka bez ikry. Sorry, ale w ostatnich dniach sięgnęłam emocjonalnego dna. Nie mam więc ani chęci ani ikry do pisania, tworzenia czegokolwiek z słów. I jestem też na tym etapie, że nie chcę ani o tym rozmawiać ani o tym pisać ani o tym nic. Miałam nawet nic nie pisać na ten temat na blogu ale stwierdziłam,że wyjaśnię, czemu mnie tu ostatnio więcej nie ma niż jestem. 

ogłoszenie drobne do osoby, która wysłała mi email…

Pozdrawiam osobę, od której otrzymałam dzisiaj dwa emaile, między innymi o Van Goghu. Niestety, mimo, że odpisałam, nie wiem, jak to z odpowiedzią będzie, bowiem w polu nadawcy nie widzę nicka a jako nadawca występuje "ludzie@gazeta.pl". Mam jednak nadzieję, że email ode mnie do Ciebie dotarł. Jeśli nie, to pozdrawiam tą drogą.
Właśnie dostałam powiadomienie pocztą, że nic z tego, tak więc sorry, ale brak odpowiedzi z mojej strony nie jest wynikiem wrodzonego chamstwa a niemożności odpowiedzi z powodów technicznych. Nie znam Twojego nicka, a więc nie jestem w stanie zrobić odpowiedzi na emaile. Szkoda.
UPDATE: dzięki za email z nickiem, niestety, odpowiedź wróciła taka sama, z jakichś bliżej niewiadomych mi powodów, nie mogę do Ciebie wysłać emaila.
Może nie masz jeszcze założonego konta pocztowego na gazecie? Tak więc raz jeszcze dzięki za emaile i pozdrawiam.