wejścia…

…z kilku miast w Stanach mam ostatnio na blogu, jednak nie wiem, kto to może być. Niniejszym posyłam pozdrowienia w stronę Nowego Jorku, Plano w Teksasie i Los Angeles.
Pozdrawiam też zaglądającą osobę z Wuppertalu.
Tak mi się skojarzyło z tym, co ostatnio pisała u siebie Spacerek, która też ma wejścia z różnych miast i która zastanawiała się, kto to może być…

jak nie wiadomo, o …

…czym rozmawiać, pogadajmy o pogodzie.
WYMIOTUJĘ już kolejnymi panicznymi informacjami na temat epidemii świńskiej grypy zza wschodniej granicy, którymi zasypują mnie kolejne serwisy informacyjne.
Tak więc temat zastępczy, pogoda.
Dziewczyny z Paryża (Karolinabart i Goraca) doniosły, że tam u nich obrzydliwie i deszczowo.
Pamiętam, jak w Paryżu potrafi lać , aczkolwiek ja poznałam ten deszcz wiosenny (co nie znaczy , że jakiś specjalnie przyjemny).
U nas pogoda chwilowo ustaliła się na typowo jesiennym poziomie. Nocą mamy mróz, niestety. Za dnia nawet w słońcu ciepło, za to zimny i nieprzyjemny wiatr, który wzmaga uczucie zimna.
Na jutro coś słyszałam , że zapowiadają śnieg z deszczem, ale na Onecie widziałam prognozę, która to zapowiada, ale na czwartek.
Byle do wiosny!
Dziękuję za ciepłe słowa w wiadomym wpisie jak również emailowo, cenię je sobie bardzo. Nie piszę odpowiedzi w komentarzach, bo nie bardzo wiem, jak skomentować, czasem trudno.

są…

…takie dni, tygodnie, miesiące, kiedy niemal wszystko, za co się człowiek nie weźmie, nie wychodzi, kiedy nie dostrzega się tego światełka w tunelu, chociażby nie wiem jak wytężało się wzrok.
Rozsypałam się, jak źle sklejony wazon.

dialogi…

…na cztery nogi przy okazji Rocznicy:)
Wczorajsza kolacja we włoskim przybytku pyszności nieopodal naszego domu przebiegła tak, jak sobie wyobrażałam. A więc udało się zasmakować kulinarnych specjałów. P. zjadł tatara z łososia i solę w sosie curry z borowikami i krewetkami. Ja zaś smażone kalmary w sosie pomarańczowym a na drugie domowej roboty makaron (spaghetti) z borowikami i krewetkami również. PYCHA. Na deser, niestety, nie było już miejsca;)
Przy okazji obfotografowaliśmy, co się dało , pewnie ludzie obok myśleli, że nieszkodliwi wariaci przyszli do knajpy, no, ale jakże nie uwiecznić się w taki wieczór? Ha.
Przy okazji odbyliśmy jak zawsze ciekawy dialog małżeński.
Ja, oglądając dość krytycznie jedno ze zdjęć, na którym wydawało mi się, że P. zrobił kiepską minę -"Znowu zrobiłeś jakąś głupią minę".
P. "A mnie się wydawało , że się przyjemnie uśmiechnąłem".
Kurtyna;)

Dziesiąta Rocznica Ślubu.


Mija dziś dziesięć lat, odkąd sobie z P. ślubowaliśmy. O poprzednich pisałam
tu i tu.

Jak wiedzą ci, którzy dość regularnie czytają moje zapiski, jestem osobą, która nie lubi wszelakich urodzin, rocznic, sylwestrów i innych takich, bowiem łączy się to u mnie z jakimiś podświadomymi próbami podsumowania czegoś tam, ogarnięcia całości, nadania temu konkretnych znaczeń a to nie zawsze wychodzi mi na zdrowie.

Jednak, co tu dużo kryć, świętujemy i tego się nie zmieni. Świętujemy kameralnie, żadnych pomp ani cudów wianków z tej okazji nie będziemy urządzać, spędzimy ten dzień we dwoje, ale z poczuciem, tak myślę, radości, że te dziesięć lat potem wciąż jesteśmy razem.

Nie będę mydlić oczu, wszyscy, którzy są razem dłużej, niż rok czy dwa o tym wiedzą, że nie ma tak, że nasze życie usłane jest różami . No, niestety , nie;) a więc i nasze tak właśnie usłane nie jest.

Nie będę też was wkręcać, że jesteśmy małżeństwem idealnym, w takie nie wierzę, ani pary ani małżeństwa, ani jakiegokolwiek rodzaju związki międzyludzkie wszelakie. Powiedzmy jednak , że mimo wielu problemów, jakie nam towarzyszą od samego początku małżeństwa (w tym poważnych i rozległych kłopotów zdrowotnych, jakie nas dotykały i dotykają) wiemy jedno. Możemy na siebie liczyć. Właśnie na siebie , na nikogo więcej. To dużo i mało pewnie, ale może o to w tym wszystkim chodzi. Sama nie wiem.

Wydaje mi się, że to dopiero co był ten dzień, kiedy przysięgałam P. przed Ołtarzem i kiedy zaczynała się nasza droga jako małżeństwo. Czas leci i ten truizm wszyscy znamy, a więc i kolejnym rzucę, wydaje mi się, że to dopiero co było a dziesięć lat minęło.

Jesteśmy teraz w dość niepewnym pod pewnymi sprawami punkcie naszej wspólnej drogi. Jeszcze nie wiemy, jak dalej potoczą się pewne nasze plany i założenia. Czy wreszcie się coś uda, czy znów dostaniemy w twarz od losu. Któż to wie. Pozostaje nam starać się zachować w tym wszystkim optymizm. Pozostaje więc , jak te dziesięć lat temu , znowu wziąć się za ręce i ruszyć wprzód z nastawieniem, że razem da  się wszystko pokonać.

„Zawsze razem” jak mamy wygrawerowane na naszych obrączkach. Zawsze. Razem.

Chciałabym za dziesięć lat powiedzieć sobie, że jest lepiej, niż było dziesięć lat temu. Ale nie, że jest gorzej. Tylko i aż tyle.

techniki szpiegowskie zawsze na czasie, telepatia…

…działa.
Techniki szpiegowskie jednak się przydają, nie ma to tamto.
Listy z Monoli piszemy słuszne. Od kilku lat je piszemy,  żeby nie było. Znacie moje zdanie, że żaden email nie jest w stanie "wykosić" listu papierowego. Nie trzeba się z tym zgadzać, to moja opinia:) moja się nie zmieni. Listy piszę, odkąd pamiętam i tak już mam, że uwielbiam je i pisać i otrzymywać.
No więc, listy z Monoli piszemy słusznych rozmiarów. Tradycją rodzinną stało się już, że kiedy dostaję list od niej, to P. zawsze komentuje "dostałaś książkę":) Jakby nie było, na list słusznej objętości, odpisuje się równie słusznym listem. No i chyba z rok temu P. podsunął mi pomysł. To było wtedy, kiedy PP naraziła mi się już maksymalnie. P. mówi "co się będziesz stresować, przed zakopertowaniem sfotografuj ten list, jak nie dojdzie, będziesz mogła przynajmniej wysłać jego elektroniczną wersję". Jak tu Go nie kochać chociażby za ten świetny pomysł? Od tej pory dużokartkoworozmiarowe listy do Monoli są przeze mnie obfotografowywane, a jakże. Czuję się niemal jak jaka Mata Hari albo i inna Krystyna Skarbek, kiedy rozkładam starannie list na stole, robię pstryk, potem odwracam na drugą stronę, to samo i tak znowu z następną kartką. Jakbym niemal tajne materiały kopiowała albo i inne tam nie wiedzieć , co:)
Śmiałam się z tego do niedawna. Dopóki nie wyszło, że wysłany przeze mnie list do Monoli nie dotarł. A wysłałam w poniedziałek, ale nie ten miniony a ten półtora tygodnia temu.
Wyszło na to, że list zginął. Szkoda wielka, bo myśli i emocji akurat w niego napakowane było niesamowicie wiele. No, ale co robić. Zginął, trudno się mówi. Co więc zrobiłam? Wysłałam po raz pierwszy właśnie jego kopię elektroniczną. Jak ja wtedy P. dziękowałam za Jego pomysł.
No i akurat dzisiaj odpisując komuś na email poruszyłam ten temat. Że właśnie do jednej osoby pisząc list robię jego fotografie. Bo dużo do Niej piszę i nie powieli się przecież myśli, emocji danej chwili.
I tak po napisaniu tego zaczęłam myśleć o Monoli. I tak sobie myślałam o Niej i myślałam i …dostałam od Niej sms , że …dzisiaj jednak mój list dotarł;))
No i jak tu nie wierzyć w telepatię. Akurat z Monoli coś takiego nam się zdarza w obie strony nie po raz pierwszy, więc zdecydowanie utwierdza to moją wiarę w telepatię właśnie…

no i co, fajniusia ta jesień?

…Wpis dedykowany wszystkim tym, którzy mi się tu zawsze nad jesienią rozpływają. To wiecie, co? Dziękuję za taką jesień i obrzydliwą breją walącą z nieba na skos przez łeb. Współczuję ludziom, którzy w sobotę mają mieć Ślub. Optymistką w obliczu takiej aury bym nie była.
Ohydna jest taka jesień. A to kto wie, może preludium do jeszcze bardziej ohydnej zimy. Coś w radio przed chwilą facet postraszył, że ma być zima stulecia, chociaż mam nadzieję, że to tylko takie krakanie na razie.
A tymczasem "rozkoszujmy się" zimnem, walącą w twarz breją śniegową i urokiem naszych ulic i chodników w taką aurę.
Z roku na rok gorzej znoszę jesień i zimę.

i ty możesz zostać szpiegiem;)

No i wybraliśmy się. Wcześniej czytałam o tej wystawie na gazecie (niestety , link z artykułem, który pamiętam, nie działa, działa jedynie ten mniej mnie interesujący), potem słyszałam w radio (a może na odwrót?;).
W każdym razie dziś był ten dzień, kiedy korzystając z faktu, że padał nieprzyjazny deszcz, który zniechęcał do spacerów, wybraliśmy się do warszawskiego Muzeum Techniki na wystawę Tajemniczy Świat Techniki Szpiegowskiej. Patrząc, na kłębiące się tam tłumy, odnoszę wrażenie, że większość Polaków, to niezrealizowani szpiedzy;) a serio, wystawa SUPER.
Po wyjściu z niej poczułam, że nie jestem stuprocentową kobietą, bo nie mam w torebce ani szminki wyposażonej w ostrze ani moja torebka nie wyposażona jest w kamerę;)
Co do samej wystawy, to są to dwie części, jedna, to eksponaty dotyczące szpiegostwa, zebrane z różnych agencji wywiadu, takich jak CIA , czy KGB, ale nie tylko. Są tam też trzy interaktywne gry, które na pewno przypadną do gustu zwiedzającym. Ale również, w pewnej chwili należy odkryć, gdzie zamontowano kamerę, która nas filmuje. Wcale nie jest to takie oczywiste, a jeśli odkryliście to od razu, to może znak, że powinniście rozważyć zmianę swojej ścieżki kariery.
Druga część wystawy, to eksponaty związane z ekranizacją książek dotyczących najsłynniejszego szpiega Jej Królewskiej Mości.
Mnie jednak bardziej przypadła do gustu owa część z większą ilością eksponatów, dotycząca właśnie sposobów szpiegowania i ilości i możliwości wykorzystania rozmaitych okoliczności, przedmiotów itd. Również zwierząt, jak gołębi pocztowych. Gołąb spuszczony na spadochronie ubrany w wełniany sweterek , który to gołąb dostarczał informacji a potem sam wracał do nadawcy, to dopiero pomysł.
Oczywiście nie brak polskich akcentów, jak nazwiska naszych polskich matematyków, którzy złamali szyfr ENIGMY czy chociażby nasza polska szpieg, Krystyna Skarbek.

Wystawa ta jest czynna do końca listopada. Myślę, że (sądząc również po ilości odwiedzających) jest interesująca i jeśli nie macie pomysłu na to, co zrobić z deszczowym popołudniem, to może to być jeden z pomysłów na wykorzystanie go.