rozmaitości…

…niedawno dostałam kartki z Indii, za które bardzo dziękuję. Kartki tym razem nie z wyjazdu turystycznego, a z pobytu na dłużej. Jedna z blogowiczek wyjechała tam do pracy. Chętnie podpytuję o to i owo, bo lubię takie spostrzeżenia szczególnie te dotyczące tak zwanych zwykłych ludzi, ich codziennego życia, obyczajów, zwyczajów itd. Nie jakieś tam wydumane refleksje a zwyczajności, to mnie interesuje najbardziej. Chyba zawsze najbardziej ciekawi mnie człowiek…

Parę ostatnich weekendów pod znakiem nie tylko wizyt u Emilii ale i ponownego przypominania sobie uroków Warszawy. Dwa tygodnie temy, kiedy był taki ostatni w tym roku zapewne ciepły, wręcz letni weekend odwiedziliśmy Ogrody Wilanowa. Bardzo piękne. Byliśmy tam dobre parę lat temu, wtedy jakieś remonty ich trwały, nie mogliśmy zwiedzić całości. Teraz widać, jak odnowiono, naprawdę pięknie to wygląda. 
Dwa ostatnie weekendy to z kolei Łazienek przypominania. Tłumów masa, obcokrajowców ogromna ilość (nie wiedziałam, że tylu ich odwiedza Warszawę). Wyjątkowo udało nam się zaopatrzyć w orzechy, toteż ruszyliśmy na poszukiwanie wiewiórek. O indywidualną wiewiórę nie było łatwo, ludzie stosując sztuczki znane z wielkich korporacji podbierali sobie kolejne Basie i starali się przekabacić na swoją stronę niby to korzystniej i smaczniej wyglądającymi orzechami. Już myślałam, że wyjdziemy bez obdarowania chociaż jednej orzechami! Na szczęście, udało się pójść w nieco mniej nawiedzaną część parku, gdzie już i tłumy mniejsze (bo nie to, że nie słychać było ludzi wędrujących , rozglądających się i stukających dwoma trzymanymi w dłoniach orzechami (nie wiedziałam, że tak się wabi wiewiórki, to chyba jakaś nowość?). Udało się i nam i dwie rudaski zostały obdarowane orzechami i ganiały potem z wyrazem paniki w oczach nie wiedząc, gdzie zakopać, aby natychmiast nie został ów orzech skradziony przez wszędobylskie wrony siwe. Jedna z wron widząc nas z workiem z orzechami śledziła nas! W końcu P. stwierdził, że da jej orzech i dopiero to pozbawiło zadziornego ptaka chęci bawienia się w naśladowcę detektywa…Orzechy jeszcze zostały, więc pewnie kolejne weekendy spędzimy na podkarmianiu wiewiór. 
W obu parkach oczywiście masa ludzi, i oczywiście Młode Pary, szczególnie wczoraj dużo, widać, że jednak Łazienki wciąż są niezłym miejscem do pleneru, chociaż ciepło pewnie szczególnie paniom nie było.

W naszej okolicy osiedliły się puszczyki i niedawno kilka razy słychać było ich rozdzielanie terenów. Najbardziej „horrorowy” odgłos sowy, który twórcy tychże filmów tak lubią wykorzystywać, to właśnie rozlegało się niedawno w naszej okolicy. Wspaniale mieć tak blisko naturę. „Nasz” puszczyk chyba wiemy, gdzie mieszka, mam nadzieję, że go nikt nie przepłoszy, ostatnio widziałam dziewczyny świecące latarkami po drzewach. Po co? I tak go nie znajdą, jak go zirytują, to i tak bezszelestnie przeleci sobie na inne drzewo. P. nagrywał puszczyka, kiedy, to ciekawe, przeleciało nad nami stado gęsi. Pora była zdecydowanie nie na przeloty, bo po 21.00 (popełniowy księżyc dodawał atmosfery), więc sądzę, że ktoś chyba te gęsi musiał przestraszyć, bo skąd o tej porze by się znalazły na niebie?
Tak to u nas właśnie się mieszka, niby w mieście, a jak na wsi. Nie narzekam na to właśnie. Ostatnio coraz bardziej nie lubię tłoku, tłumów. Nigdy nie lubiłam, ale teraz szczególnie. Wolę spacery w naszej okolicy, spokojniejsze, szczególnie kiedy wieczorem, bo i ciekawe odgłosy usłyszeć właśnie można.  

Ziemia…

…Kłodzka była przez nas eksplorowana przez ostatnie dwa tygodnie. Przy okazji krótki wypad do Czech, zupełnie na luzie i turystycznie, nawet nie w góry a na popas. 

No i powiem tak, nie dziwię się Czechom, że kręcą takie pozytywne fajne optymistyczne filmy. Mają świetne piwo, niezłe jedzenie (mnie przynajmniej smakuje) i rewelacyjne drogi…

Ale, może się zestarzałam, ale jednak wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej…

co pewien czas…

…tak, dopada mnie coś w rodzaju słowotoku. A co chciałam napisać? Co pewien czas odbywa się coś w rodzaju wzajemnego wręczania sobie nagród wśród blogerów, zapożyczając z Mikołajka, „wszyscy nagradzają wszystkich”. Kolejna zabawa odbyła się czas jakiś temu, trzeba było mianować szesnaście blogów, z tych, które się czyta i napisać o sobie siedem rzeczy, które rzekomo nie są znane czytelnikom bloga. Zapewne sztuka trudna dla takich dinozaurów, jak ja, uważni i dłużej czytający znajomi sporo o mnie wiedzą. No i ja , jak Czara, nie umiałabym nagrodzić konkretnych blogów, bowiem u mnie w linkach same interesujące, wychodzę z tego założenia. Ale i tak nie musiałam się martwić, bo nikt mnie nie nominował, zazwyczaj to mnie omija.
Ale sama idea napisania siedmiu rzeczy o sobie, rzekomych sekretów skusiła , tak więc…

1. nie lubię sobót…tak tak. Ten chyba najbardziej lubiany przez innych dzień tygodnia mi kojarzy się jakoś nieprzyjemnie. To w ten dzień dostałam sms z wiadomością, że córeczka znajomej Blogerki jest na OIOMIE. To w sobotę dostałam informację o tym, że chłopak znajomej zmarł. Kilka innych nieprzyjemnych wiadomości również tego dnia mnie doszło.

2. nienawidzę szpitali. Mam na nie traumę od wczesnego dzieciństwa, kiedy to trafiłam zupełnie bez sensu (jak się potem okazało) do szpitala poza W-wą, w którym co ciekawe, nic złego mnie nie spotkało, a przemiłe panie pielęgniarki zabrały mnie nawet na porodówkę pokazać płaczące dzidziusie.

3. odczuwam lęk odbierając telefon z numeru, którego nie znam.

4. z przyczyn osobistych bardzo chciałabym kiedyś skontaktować się z Aleksandrą Nieśpielak.

5. mogę wiele przebaczyć ale pamiętam…

6. …a to wiąże się bowiem z moją pamięcią, którą mam jak przysłowiowy słoń, co wcale nie jest zawsze takie fajne, bo są rzeczy, które chciało by się wymazać z pamięci.

7. maniakalnie niemal uwielbiam stare polskie seriale jak „Wojna Domowa”, „07 zgłoś się”, „Czterdziestolatek”, znam niektóre teksty na pamięć i niektórymi z nich posługuję się wręcz na co dzień.

Jakby ktoś chciał się pobawić (czy jest jeszcze ktokolwiek, kto nie wziął udziału w tym sekretniku?) to niech zostawi tu ślad z adresem bloga.

plaga komarów…

…właśnie na gazecie wyczytałam, że wszyscy narzekają. Myślałam, że tylko u nas ta swołocz komarowa się rozpleniła. Jeśli narzekałam w zeszłym roku, to wtedy to było nic, teraz jest koszmarnie. Środki przeciw komarom pomagają według mnie względnie. A i te w domu, włączane do kontaktu nie do końca, zawsze jakiś się prześlizgnie przez zaporę i rankiem oczekuje mnie uśmiechnięty jak drapieżny wampir w łazience. Wczoraj stoczyłam dwie nierówne walki z dwoma niezależnie zaczajonymi na mnie tamże. Raz myłam zęby, więc cwany wiedział, że nie mam jak go dopaść. W naiwności swojej myślałam, że może uda mi się go zatopić, w rezultacie cała łazienka zalana a ja w końcu rozplaszczyłam go na ścianie, chociaż się ich brzydzę. Drugiego ubiłam, kiedy myłam ręce (znowu wiedział, że mam je zajęte) zdecydowanym klaśnięciem. 
Brrr…Z niepokojem myślę o zbliżającym się wyjeździe. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy Kotlina Kłodzka obfituje w komary? No nic, oby nie. Chociaż optymistką po tegorocznych lipcowych ulewach bym nie była. Nie wiem, jak Wy, ale ja jako alergik naprawdę źle znoszę ukąszenia komarów, bąbel rozlewa się naprawdę spektakularnie.

Z życia sąsiedzkiego, od dłuższego czasu sąsiedzi z góry dołożyli do swojego stałego repertuaru nowość. Doszły awantury. Od „ligthowych” z tylko wulgarnie wywrzaskiwanymi przez któryś męski głos przekleństw do takich fest, jak ja to nazywam z rzucaniem czymś twardym i hałaśliwym na podłogę a niestety, nasz sufit. Dziś rano obudziła mnie ta lightowa, bez walenia w podłogę. Awantur do tej pory chyba nie było, chociaż teraz nie wiem, być może to , co brałam za dzieciaków kłótnie rodzeństwa było awanturami? Z tym, że wtedy nie było tak strasznie wulgarnie. Zastanawiam się, który to pan taki awanturny, mężuś czy wyrośnięty już syn student. No i co tu z takimi zrobić? Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc, a przyznam się Wam, że taki „bierny” udział w czyjejś awanturze działa na mnie bardzo nieprzyjemnie, naprawdę takie złe emocje jakby z góry spływały;( 

7 lat jakby nie było…

…7 lat stuknęło dziś temu blogowi (oby nie jak w Misiu, temu blogu oczko wyleciało).
Nie wiem właściwie, to napisać, datę odnotowuję z kronikarskiego obowiązku. Nastroju do świętowania nie mam, ale zawsze tam na spragnionych czeka a to poczęstunek a to napiwek. Nie wiem, ilu wiernych czytaczy teraz tu przebywa, chyba tych z samego początku brak, jak to w życiu, o czym ostatnio pisałam, są znajomości, relacje, które dotyczą tylko fragmentu naszego życia, to fakt oczywisty i tyle.
Gdybym na początku blogowania wiedziała, ale nie, dobrze, że właśnie nie zna się przyszłości.
Dziękuję wiernym czytelniikom za odwiedziny.  

szczyt lenistwa…

…starsi czytelnicy ( ojej, jak to brzmi) wspomną zapewne z naszego siermiężnego acz jakże szczęśliwego dzieciństwa takie zeszyty, w których pisało się szczyty, szczyt głupoty, dowcipu itd itp.
Szczytem lenistwa dziś w moim wykonaniu okazało się wysłanie sms na balkon do siedzącego tam P. z zapytaniem, czy też nie ma dostępu do netu. Mnie się bowiem nie chciało ruszyć szlachetnego tyłka z kanapy. Dodam, że do przejścia do balkonu miałam jakieś siedem czy sześć większych kroków.
I jeszcze, jakby ktoś chciał ponarzekać na pogorszenie pogody, deszcze i opady to może zgłaszać pretensje do mnie,bowiem wyraźnie łączę ten fakt z zeszłoweekend’ową sobotą, kiedy to po latach poszukiwań udało mi się nabyć drogą kupna espadryle, które kiedyś w owym dzieciństwie siermiężnym stanowiło żelazny punkt mojego letniego ubrania.
I jeszcze, jak wiecie, moje życie ostatnio na pewno nie rozpieszczało mnie pewnikami. Ba, pokazało, że dzieje się wiele bez sensu i na pewno nic nie jest pewne, ale jeden pewnik coroczny właśnie się niedawno ukazał na forum turystycznym gazety a mianowicie odwieczne pytanie, bez którego lato nie było by latem, naprawdę, a mianowicie "dlaczego jeździcie z biurami podróży?". Dla mnie owo pytanie regularnie pojawiające się w okolicach szczytu sezonowych wyjazdów w ostatnich latach jest większym pewnikiem, niż to, czy będzie śnieg na Boże Narodzenie.

cisza, jak ostatnio napisała jedna blogowiczka…

…na ogół oznacza same dobre wiadomości. Mnie życie nauczyło, że nigdy tak nie jest.
3 maja, w moje Imieniny przyszła na świat nasza córeczka, Emilia, która jest dla mnie najpiękniejszym prezentem Imieninowym, jaki mogłabym sobie wymarzyć.
Poród był nieplanowany, szybki i miał bardzo dramatyczny przebieg, nie chcę tu teraz się rozpisywać, bo pędzę po raz pierwszy na OIOM do CZD, gdzie leży nasza córcia.
Na chwilę obecną jej stan jest stabilny ale wciąż ciężki. Liczy się tak naprawdę każda godzina. Wdało się zapalenie płuc, saturacja jest tym co martwi lekarzy. Ogólnie napiszę tak, nie życzę najgorszemu wrogowi tego, przez co teraz przechodzimy.
Jeśli piekło istnieje, to po nim stąpam.
Na przemian modlę się i płaczę.
Tych, którzy wierzą w modlitwę, ze szczerego serca proszę o nią w intencji Emilki.

Całą ciążę miałam zrypaną psychikę, całą ciążę drżałam o nią i okazuje się, że matczynej intuicji nie powinno się nigdy lekceważyć.

Kochani, to tyle, chciałam zostawić wiadomości , bo wiem,że czyta mnie tyle serdecznych nam osób, a im więcej dobrych emocji do nas wysłanych, tym wierzę, że musi pomóc.
Musi, prawda?

magnolie już kwitną

Zainteresowanym donoszę, że w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie kwitną już magnolie. Wczoraj wybraliśmy się na spacer z całkiem innym założeniem, to znaczy mnie się marzyły stricte wiosenne kwiatki i rośliny a tych nie było za wiele, jedynie narcyzy ładne i nieco tulipanów kolorowych, za to ku naszemu zdziwieniu okazało się, że magnolie kwitną, jak najbardziej i mają się świetnie.
Wiem, że sporo osób wyczekuje na ten moment, tym bardziej, że nie jest on najdłuższy, a więc daję znać. Na plakacie, który widniał w Ogrodzie zauważyłam, że 25-tego zapraszają nawet na zwiedzanie i podziwianie magnolii tamże z przewodnikiem.
No proszę, nie przyszło mi do głowy wcześniej sprawdzić jaką też Ogród ma stronę w internecie a ma:

http://www.ogrod-powsin.pl/

Równo 85 lat temu Polskie Radio rozpoczęło swoje nadawanie. Jak wiecie, ja od wielu lat pozostaję wierna Jedynce radiowej, szczególnie, jak trafia się okres, kiedy mniej politykują, zresztą akurat audycje, których ja słucham, na szczęście o politykę się nie obijają i dobrze, bo od dłuższego czasu ten temat tylko mnie rozdrażnia.
Polskie Radio kojarzy mi się nieodparcie z jedną na najlepszych polskich komedii, przedwojennym filmem "Piętro wyżej" , przy którym to współczesne twory usiłujące nosić miano polskiej komedii romantycznej mogą się jedynie schować i najlepiej nie wychodzić już w ogóle.
W "Piętro wyżej" spiker Polskiego Radia Pączek nie dość, że zagrany świetnie przez Eugeniusza Bodo, to jeszcze właśnie rozśpiewany na antenie o tym, że "umówił się z nią na dziewiątą".

wiosna na całego…

…wczorajszy spacer do lasu potwierdził, że wiosna na całego jest i życie wrze po zimowej zastoi.
Specjalnie poszliśmy do lasu, bo u nas bardzo "zaziębiony" las, to znaczy niekoniecznie, że kicha i kaszle, ale zięby go sobie szczególnie ulubiły. Ja z kolei lubię zięby i ich śpiew, który zawsze mnie przekonuje, że wiosna nadeszła na pewno. A jeszcze jak panowie rozdzieliwszy tereny nie boją się nic i tkwią na gałęzi ogromnie blisko człowieka i śpiewają mu niemal w twarz, no to już wiadomo, wiosna się rozgościła. Wszyscy krzątają się za swoimi sprawami gniazd, porządkowania tychże i niebawem za uwodzeniem pań i lęgami.
Dzięcioły szaleją aż miło, również kują, stukają, podejrzewam, że sprawdzają jakość dziupli przed lęgami, no, przynajmniej na ich miejscu to właśnie bym robiła.
Również kosy i śpiewaki pojawiły się i wyraźnie krzątają za sprawami.
Uwielbiam ten odgłos lasu w kwietniu i maju, kiedy las wrze, krzyczy wręcz, ogłasza, że zima poszła sobie precz, że zimowej ponurości wszyscy mówią nie, że pojawia się nowe życie i odnawia to, co wydawało się drzemać.
Kiedyś moją ulubioną porą roku było lato, ale to chyba wynikało z bycia dzieckiem i co zrozumiałe, z wakacji, które wtedy na lato przypadały. Teraz moją ukochaną porą roku jest wiosna.

dzisiejsza data…

…nastroiła mnie do wpisu przypomnieniowego. Nie, nie chodzi mi ani o Prima Aprilis (wkręciliście dziś kogoś?) ani o Międzynarodowy Dzień Ptaków (wszystkiego najlepszego dla ptaków z tej okazji), a o to, że jedynka. Pierwszy kwietnia. Która to data skojarzyła mi się z nieodwołalnym obowiązkiem rozliczenia się z ukochanym państwem za pomocą pitu. No i, co mamy od lat kilku, możliwością przekazania swojego jednego procenta jakieś organizacji pożytku publicznego czy osobie indywidualnej, która ma konto w takiej właśnie fundacji. I nie przyjmuję do wiadomości wykrętów w stylu "ale mój jeden procent to tak niewiele, że nie ma sensu". Sens ma każdy grosz, naprawdę. Pomyślcie sobie, że te pieniądze naprawdę komuś się przydadzą.
My już mamy wybrany cel oddania naszego 1%, a Wy? Pamiętajcie, jest jeszcze czas, aby spokojnie się zastanowić i podzielić z kimś, kto będzie tego potrzebował.