Trzynastka…

…wcale nie jest pechowa:)

Dziś mija trzynaście lat od rześkiej ale bardzo słonecznej październikowej soboty, kiedy to przysięgaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. 
Wtedy oczywiście, roześmiani, pełni wiary w dobrą przyszłość, nie przypuszczaliśmy, ile przyjdzie nam razem przejść, znieść, udźwignąć na ramionach. Razem wiele można znieść jak się okazuje. Ale dobrze jest też, kiedy los, zamiast wymierzać większość kopów czasem czymś rozpieści.

Dla nas to Specjalna Rocznica Ślubu, bo z Janeczkiem. Najpiękniejszym prezentem, jaki mogliśmy sobie wymarzyć…Kiedy rok temu obchodziliśmy rocznicę, nie przyszło nam nawet do głowy, że za rok Ktoś jeszcze będzie w naszej rodzinie…

Na dalsze wspólne lata życzę więc sobie i P. tylko takich dobrych niespodzianek, prezentów od losu i po prostu, a może aż, miłości i szczęścia.

Jakby ktoś chciał powinszować, to tradycyjnie, to jest ten wątek:) 

dni …

…mijają szybko (mój ostatnio często powtarzany truizm;).
P. wziął sobie od wczoraj ustawowe dwa tygodnie  urlopu „tacierzyńskiego” (jak pisałam to w emailu to głupi słownik poprawił z marszu na macierzyński, grrr:). Super, że pogoda dopisała. Dzielimy dni na rozmaite wizyty lekarskie, zarówno nasze, jak i Janeczka, i spacery. Zabawne, jak Janeczek spokojny i grzeczny jest u lekarzy:) (Podobno ze mną było dokładnie tak samo). Wczoraj pani neurolog pokazywała nam pewne zalecane ćwiczenia pielęgnacyjne, spojrzeliśmy po sobie powątpiewająco czy tak samo pozwoli sobie je wykonać w domu, pani stwierdziła, że „w domu na pewno będzie lepiej” , hehe;) akurat. Znam swojego Syna i wiem, że przy lekarzach pokazuje swoje nieco inne oblicze;)

Pogoda wspaniała, podobno taka ma być aż do poniedziałku, co mnie ogromnie cieszy, bo staramy się to wykorzystać aby pospacerować razem jak najwięcej. 

Czytam na czytniku drugą część opowieści Le Tan Sitek, „Na rozdrożu”. Mnie się bardzo podoba. Ciekawie jest poczytać o życiu w latach sześćdziesiątych osoby z Wietnamu w Polsce. Na czytniku czeka kilka kryminałów poleconych mi przez znajomych z forum Kryminały i Sensacje. Jak w  tej ciąży (w przeciwieństwie do tej z Emilką) miałam przesyt kryminałami, tak teraz chętnie do nich wracam i trochę byłam „do tyłu” z nowościami i nowymi nazwiskami, nie wiem, po co warto jest sięgnąć a co sobie odpuścić z nowości kryminalnych.

Ostatnio otrzymałam miły prezent, Mąż jednej z Was, Kapitan statku (zawsze mnie raduje, że miałam okazję poznać prawdziwego Kapitana!) nabył dla mnie zakładkę z Kostaryki. Bardzo to dla mnie egzotyczne miejsce. Z takich dalekich i mało odwiedzanych miejsc to chyba tylko zakładka z Wietnamu jest w mojej kolekcji…dziękuję raz jeszcze.

Pozdrawiam Was i życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu!

 

czas szybciutko pędzi…

…czasu wolnego niewiele, ale o tym nie muszę pisać, sądzę, że większość się orientuje:) 

Po przerwie sięgnęłam po książkę, na czytniku oczywiście, bo zwykła niestety, niewygodna w większości sytuacji teraz. Niech los wynagradza codziennie twórcę czytnika do e-booków;) Czytam „Jezioro” Indridassona. Coś czuję, że trochę mi zejdzie ale nieważne, nigdzie się nie spieszę;)
Z kryminałów to jesteśmy zachwyceni „Paradoksem”, który emituje w czwartkowe wieczory Dwójka telewizyjna. Inny serial, niż większość polskich , których po prostu jakoś nie jestem w stanie strawić. A tu przyjemne zaskoczenie. I chyba o tym , jak bardzo nam się podoba , świadczyć może fakt, że mimo, że nie mamy na za wiele rzeczy czasu, to ten serial nagrywamy sobie i w wolnej chwili oglądamy, tak się spodobał nam i tak nas wciągnął.

A miłośnikom Wallandera podpowiadam, chociaż myślę, że wiedzą, że Ale Kino! od wczoraj emituje nowe odcinki serii angielskiej. Mimo, że wolę szwedzkiego Wallandera, to muszę powiedzieć, że wczorajszy odcinek, na który się „załapałam”, nieźle się oglądało.

Dobrego, spokojnego weekendu dla Was! 

przegapiłam rocznicę…

…własnego blogowania:) Dopiero wpis o dekadzie zapisków na blogu Czary przypomniał mi o tym, że 30 lipca minęło osiem lat, odkąd popełniłam pierwszy wpis…
Blog w tym czasie ewoluował. Miał być o podróżach, stał się zapiskami o życiu. Pojawiły się nowe, niechciane na pewno działy, jak ten o stracie Dziecka. Że jest potrzebny, wiem, bo nie ma chyba dnia, żeby ktoś nie szukał czegoś takiego (niestety) w necie i nie trafiał na mój blog.

Odwiedziło mnie wielu ludzi i pomimo, że wielu z nich już zupełnie nie zagląda (a widuję ich u innych) , mam do nich wciąż wielki sentyment, bo wiadomo, kawał czasu się człowiek wzajemnie odwiedzał i ze sobą pisał.

Pewnie dalej będzie tak, że ktoś zostawi mój blog, pewnie pojawią się nowi Czytelnicy. Po zeszłym roku mam dystans do życia netowego. Kiedyś bardziej je przeżywałam. Teraz wiem, że jednak net to net. Z jego plusami ale i minusami.

Generalnie to i tak nie powinnam narzekać. Chamskie czy niegrzeczne komentarze zdarzały się i tak stosunkowo rzadko, więc plus, bo wiem, że są osoby, którym dostaje się nie wiedzieć czemu i po co co i rusz. Takie życie? czyjeś znudzone chyba, bo ja wiem, że stratą czasu jest ślęczenie nad czyimiś zapiskami i dodawanie złośliwości, no, ale do tego też trzeba pewnie swoje przeżyć. A może i nie.

Tym, którzy wciąż wiernie zaglądają, wielkie dzięki i pozdrowienia…No i tradycyjnie , życzę Wszystkim Wam dobrego, spokojnego weekendu!

 

zarzucę truizmem…

…czas leci. Parę dni temu minął rok, jak pojechaliśmy na wakacje w Kotlinę Kłodzką. A dopiero co wydawało by się. Pogoda wtedy dopisała o wiele, wiele bardziej. Ale też ciekawe, lato było nieciekawe właśnie do naszego wyjazdu, potem cały wyjazd była pogoda bardzo udana (wręcz ostatnie dni pobytu wielkie upały). Pewnie gdyby była taka pogoda, jak teraz, to mniej by się przyjemnie zwiedzało a na pewno nie jest wtedy też fajnie chodzić po górach.

Muzycznie odkryłam na nowo stare piosenki, które jak mówię, są jak wino, im starsze tym lepsze. Nabyliśmy płytę Louisa Armstronga i rozkoszujemy się nią. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale uważam, że kiedyś naprawdę przeboje były wręcz wycyzelowane muzycznie, w tym sensie, że każdy dźwięk miał swoje określone miejsce, nic nie było przypadkowe, dbano też chyba bardziej o tekst, tak mi się wydaje. 

Dziwię się, że ludzie na „weselne piosenki” wybierają coś innego niż Louisowe „What a wonderful world”, według mnie to piosenka, którą powinno się sobie puszczać w takich właśnie radosnych dniach, kiedy zaczyna się coś nowego, z czym oczywiście wiążemy dobre nadzieje, że będzie…tylko dobrze!

W W-wie mamy niezły kłopot komunikacyjny, z racji sytuacji na budowie metra. Początkowo nie wydawało się, że zalany fragment odetnie nas od Wisłostrady na długo, a teraz coś już straszą o kilku nawet miesiącach. Co to jest dla każdego podróżującego po W-wie , nie muszę pisać. Nam odcięto tym sposobem jedną z najlepszych dróg na cmentarz, do Emilki i dla mnie jest to wymierny problem. Oczywiście, że nie najpoważniejszy, jaki mam ale odczuwalny. 

Książkowo, to wciąż pozostaję przy Agacie Christie. Niedawno skończyłam „Zatrute pióro”, co do którego byłam przekonana, że wiem, kto jest mordercą. Jakże się miło zdziwiłam dosłownie na ostatnich stronach, kiedy się okazało, że się pomyliłam, więc miałam przyjemność z lektury. Teraz wzięłam się za „Morderstwo odbędzie się…”, tu już na pewno pamiętam, kto zabił, ale to mi nie przeszkadza, czytam bardziej dla klimatu i samej Christie a raczej jej pióra. 

Olimpiada…

…trwa od tygodnia, więc zerkam na co się da i oglądam, chociaż niektóre decyzje sędziów mocno mnie niesmaczą. Jednak wczorajszy dzień zdecydowanie „biało-czerwony”, najpierw wioślarki, które zakończyły swój bieg (dziwna nazwa jak na wyścig na wodzie, hm) z przygodami, na szczęście nic się kontuzjowanej zawodniczce nie stało. Wieczorem dwóch silnych Chłopaków, którzy zdobyli dla nas złoto, czyli Adrian Zieliński (brawo! mimo niesprzyjającej mu atmosfery w jego własnym związku, umiał się chłopak zebrać i pokonać przeciwności) i oczywiście Tomek Majewski. To, jak napisałam w innym miejscu, rok Tomasza, czyli najpierw narodziny jego Syna, Mikołaja a teraz obrona złotego medalu (z czego, tego jestem akurat pewna, narodziny Syna zdecydowanie są dla sportowca ważniejszym wydarzeniem).

Podczytuję znów Agathę Christie, ona na mnie działa , wiem, brzmi to ciekawie, ale w jakiś sposób uspokajająco. I tak czytałam ostatnio „Noc w bibliotece” i „Zatrute pióro”, a teraz chyba wezmę się za „Trzecią lokatorkę”.

Dobrego, spokojnego weekendu dla Was życzę.

Francja…

…odwiedziła mnie pod postacią pocztówek, za które dziękuję Nutcie i Czarze:) Od Nutty dostałam pocztówkę z typową starą zabudową miasteczka Troyes a od Czary reprodukcję obrazu prezentującą Rue de Clichy z roki 1900! Obraz, który przeniósł mnie odrobinę w stare, dawne czasy. Lubię miasta a faktycznie ciekawie jest je oglądać również w postaci obrazów dawnych mistrzów. 

Kolejna fala upałów i ważne sprawy, które z gatunku zajmujących mocno głowę powodują, że nie mam ochoty pisać osobnej recenzji dla książki o Japonii, którą ostatnio przeczytałam, a jest to „Japonia w sześciu smakach” Anny Świątek. Niezłe, według mnie czytadło. Żadne odkrycie nie zostało tam dokonane, ot, kolejne spojrzenie na Japonię osoby, która spędziła tam rok, więc nie kogoś, kto tam mieszka, ale zawsze chwilę przebywał. Sporo fajnych zdjęć, ciekawe opisy przygód autorki tamże. Jak mówię, Ameryka nie została odkryta, ale w sam raz na letni czas. (Oceniam na 4.5 / 6).

Upały wróciły, oddychać ciężko, generalnie chyba nie mogłabym żyć w krajach południowych, utwierdzam się w tym przekonaniu coraz bardziej.

Miłego, spokojnego weekendu dla Was. 

z zupełnie innej beczki…

…porzucając temat lektur (obecnie czytam dawno wyczekiwaną książkę „Głową w mur Kremla”, również w formie ebooka, ta lektura akurat jest udana), to to, co dzieje się w pogodzie ostatnio naprawdę mocno przeraża. Zmartwiły mnie te trąby powietrzne, które nawiedziły Kujawsko-Pomorskie ostatnio. Znowu natura pokazała swoją siłę…okropnie przygnębiające obrazy wczoraj w tv widziałam, zniszczone domy, ale chyba (nie wiem, dlaczego) największe wrażenie zrobił na mnie widok zniszczonych setek hektarów Borów Tucholskich, te prawie stuletnie drzewa połamane jak zapałki…

Od dłuższego czasu stosujemy z P. terapię jak z rysunku Andrzeja Mleczki, który widziałam niedawno. Obym teraz dobrze go „odmalowała słowami”. Lekarz zaleca pacjentowi aby ten poprawił jakość swego życia i zaleca mu kurację (mam nadzieję, że dobrze teraz pamiętam) czyli „programy przyrodnicze tak, programy publicystyczne nie”. Robimy dokładnie tak samo. Odkąd mamy dekoder, zaczęliśmy z niego korzystać i nagrywamy sobie stosy programów przyrodniczych (najbardziej lubię te, których lektorem jest pani Czubówna, jednak naprawdę jest świetna!). Czasem podróżniczych ale właśnie głównie o zwierzętach czy przyrodzie. Zauważyłam, że brak oglądania polskich polityków i naszego polskiego piekiełka bardzo dobrze na nas wpływa a dzięki owym programom człowiek nie dość, że czuje się zrelaksowany to jeszcze naprawdę wiele ciekawych rzeczy się dowiaduje. 
Bardzo polecam taką terapię, gwarantuję poprawę jakości życia a na pewno zmniejszenie nerwów… 

Dobrego, spokojnego tygodnia Wam życzę.

upały…

…koszmarne, dają się we znaki. Noc z soboty na niedzielę była ciężka, ledwo co spałam, praktycznie tyle, co nic. Podobno upały mają potrwać do czwartku, zobaczymy, jest ciężko. Dziś w nocy burza, która praktycznie nie przyniosła żadnego orzeźwienia…Teraz też burza przed chwilą i również żadnego oddechu.

Przeczytałam „Uciec jak najwyżej. Niedokończone życie Wandy Rutkiewicz” Ewy Matuszewskiej. Miałam coś napisać, ale szczerze, nie mam siły, pogoda mnie osłabia, więc tylko odnotowuję. Jest to jednak lektura głównie dla pasjonatów gór i wspinaczki, chociaż ja sięgnęłam po nią nie ze względu na jakieś zainteresowanie wspinaczką czy alpinizmem a ze względu na ciekawą postać, o której mogłam przeczytać. Nie zawiodłam się, postać bardzo interesująca…Niedawno minęło dwadzieścia lat odkąd Wanda Rutkiewicz została w górach…

Zapomniałam wcześniej napisać, w czwartek bodajże był bardzo ciekawy dokument, zbiór filmów na temat miasta (to zdaje się projekt, wiem, że takie filmiki krótkie o mieście są też o Moskwie na przykład) „Świat od świtu do zmierzchu. Tokio”. Polecam, jak będą powtarzać i ktoś by się wahał. Może też można gdzieś indziej go obejrzeć. Film pokazuje jakiś fragment życia różnych osób, tu był i wróżbita, do którego ludzie przychodzą po wróżby, i lekarz, i próba teatru No, i teatr inny, również uchodźcy z terenów dotkniętych zeszłoroczną katastrofą tsunami i tego, co miało miejsce w japońskiej elektrowni atomowej.

Życzę Wam dobrego, spokojnego tygodnia.

po Euro 2012…

…zleciało, bardzo szybko! I tak, przyznaję się, ja z tych osób, które totalnie się tego po sobie nie spodziewając, wciągnęły się w oglądanie meczów i kibicowanie!

Teraz, po całej imprezie napiszę, super, że się tak udało. Bo według mnie się udało. Ok, nie wyszło pewnie wszystko, co miało wyjść (głównie zarzuty dotyczą infrastruktury drogowej) ale szczerze? Nie mam ochoty w tym wpisie marudzić, więc to zostawiam. Co było super? Ano to, że (taką przynajmniej mam nadzieję) ci , którzy w tych dniach odwiedzili Polskę przy okazji meczu, przekonali się, że niedźwiedzie nie chodzą tu po ulicach a i Polacy są generalnie dla gości właśnie serdeczni i życzliwi a nie agresywni i chamscy. Według mnie było bardzo kolorowo i na pewno nie do zapomnienia. Fajnie, naprawdę cieszę się, że przeżyłam taką imprezę, jednak jakby nie było jedną z największych sportowych imprez, u nas w kraju!

Trzy tygodnie kolorowych, wesołych twarzy w telewizji (nie wybrałam się w strefę kibica więc nie wiem, jak tam było, ale podobno-świetnie), miłych opinii obcokrajowców o nas (niesamowicie fajna promocja kraju, bo z gatunku tych najlepszych czyli bez reklamy, marketingu a oparta jedynie o własne dobre doświadczenia odwiedzających Polskę). I co było super cenne, przez trzy tygodnie żadnych polityków w telewizji. Super.

Zachwycili mnie kibice z Irlandii. Swoją wiernością i, nie będę oryginalna, oczywiście tą słynną już pieśnią śpiewaną pod koniec przegranego meczu. A równocześnie swoim poczuciem humoru, radością życia, jaką prezentowali poza stadionami. 

Bałam się, tak, teraz to mogę napisać, jakieś totalnej klapy i tej uff, uniknęliśmy, jak świetnie. Bałam się też, to z innej beczki, jakichś zamachów terrorystycznych i to na szczęście nas ominęło!

Tak, przyznaję się, jestem, jak to ktoś ironicznie i chyba w założeniu miało być, że cynicznie napisał na pewnym forum, „niedzielnym kibicem” aczkolwiek, nie ukrywam, że rozsmakowałam się w meczach i przejrzę to, co mamy dostępne na dekoderze, może uda się oglądać jakieś naprawdę dobre mecze również poza taką imprezą jak Euro. 

Z punktu widzenia piłki, to dla mnie samo Euro 2012 było ciekawe, mam wrażenie, że żaden z meczów nie był tak po prostu nudny! Było ciekawie i mimo wszystko zdarzyło się kilka niespodzianek, włącznie z samym wynikiem, przecież Hiszpanii udało się osiągnąć coś do tej pory nieosiągalnego czyli zdobyć tytuł Mistrza Europy drugi raz z rzędu!

Sam mecz finałowy był wspaniały, pełen emocji i znów Hiszpanie, którzy w poprzednim meczu wydali mi się nieco statyczni, w tym ukazali jeszcze inne swoje oblicze, praktycznie zmietli na boisku Włochów, którzy przecież do tego momentu grali też pięknie.

Nie rozumiem tylko jednego, czyli łez piłkarzy włoskich po zajęciu drugiego miejsca. Niestety, nie będę już umiała zrozumieć, jak można coś takiego potraktować jako powód do łez, kiedy nie jest to tak naprawdę żadna, naprawdę żadna tragedia, są w życiu inne, te prawdziwe, te , które naprawdę powodują łzy…

Generalnie, imprezę w swoim osobistym oczywiście odczuciu, uważam za bardzo udaną i cieszę się, że jednak ją u nas mieliśmy. Będzie co wspominać:)