…Odszedł Wojciech Pokora.

Jakiś uśmiech zgasł bezpowrotnie. 

Bardzo wiele razy i nieustająco rozśmieszał mnie. A przy tym, jego role komediowe traktowane przez Niego były w sposób mistrzowski. Człowiek śmiejąc się nie czuł się głupio a po prostu rozbawiony do łez niejednokrotnie. Właściwie każda jego rola była świetna ale w mojej pamięci ulubiona (często mi się ta scena ze szpitala wojskowego przypomina) to Jego rola w „C.K. Dezerterzy”. Za każdym razem kiedy to oglądam, płaczę ze śmiechu. I , z przyczyn trochę innych, rola w „Poszukiwany, poszukiwana”. Wspaniała. 
Panie Wojciechu, dziękuję za tyle chwil, w których Pan zawsze mnie rozbawił i sprawił, że świat był po prostu weselszy.

 

dawno…

…nic nie pisałam, to w telegraficznym skrócie. 

Od początku stycznia mamy w domu trzy nowe lokatorki, patyczaki, Flipa, Flapa i Lilę 🙂 Piszę „lokatorki” mimo, że dwa imiona męskie, tak wyszło 😉 

Nie wiedziałam, że terrarium i hodowla owadów może być aż tak zajmująca. Patyczaki wiodą życie Zen i obserwacja ich naprawdę dobrze koi stargane nerwy. 

Książkowo, to znów pożyczona i trwa jej lektura czyli zaczęłam i jestem w mniej więcej połowie „Kolekcji nietypowych zdarzeń” Toma Hanksa, tak, tego aktora. Naczytałam się różnych opinii, raczej krytykujących a ja jestem wręcz zachwycona . Mnie się bardzo podobają i naprawdę trafiły w moje upodobania książkowe. 

Dzień dobry …

…w pierwszym dniu Nowego Roku 2018.

Napiszę jak już napisałam w innym miejscu, raz jeszcze niech ten Nowy Rok 2018 będzie dla nas wspaniały a także, jak moja pierwsza kawa, pyszny i taki pozwalający na to aby wspólnie celebrować niby to zwykłe chwile, jak ja to nazywam, szczęstki , z których składa się nasze szczęście. 

wyruszyli…

…Maryja i Święty Józef chyba już wyruszyli z Nazaret do Betlejem. Jak wyczytałam w internecie, odległość obu miast to około 150 kilometrów więc po prawdzie sądzę, że już są w drodze. 
Jak nieciekawie musiała czuć się Maryja kiedy czuła, że ostatnia rzecz jaką musi czynić to siadać na osła i ruszać w daleką drogę, skoro zaraz miała stać się matką. Wyobrażam sobie, że przekonana była, że zdążą to jednak załatwić, wszystko na przyjście na świat dziecka zostawiła w domu i ruszyli świadomi tego, że władza zawsze stara się w ten czy inny sposób obywateli skontrolować, w tym przypadku zliczyć. Ponieważ myślę, że ta dwójka była osobami odpowiedzialnymi i nie migającymi się od obowiązków, podjęli się tego. Tak czy inaczej Oni są już w drodze.
Ponieważ Święta niebawem a wiem, że nie wszyscy będą zaglądać do internetu (i dobrze, skupmy się na sobie i bliskich ) więc pożyczę swoje własne życzenia z innego miejsca.

Ode mnie i mojej rodziny przesyłam wszystkim tym, którzy mnie czytają a także tym, którzy zajrzą tu przypadkowo, Wiele Dobra. Tym, którzy jak ja , czekają na Narodziny Dzieciątka życzę oby przyniosło nam Nadzieję, Dobro i Miłość. Tym, dla których to jedynie wolne od pracy dni aby spędzili te tak, jak sobie winszują, odpoczywając, bez napinki i stresu. 

Wszystkim zaś Życzę Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich. Oraz wiele Radości i Spokoju.

Ja nie mogę doczekać się wspólnego kolędowania. Uwielbiamy kolędowanie i chociaż sław muzycznych ta rodzina się nie dochowała, nie szkodzi, kolędujemy z zapałem.

Wczoraj byliśmy na Jasełkach w przedszkolu Jasia. Remedium na wszelakie smutki i zło tego świata może stać się obejrzenie takich Jasełek w wykonaniu kilkulatków. Pozwala to chociaż na chwilę oderwać się od dnia codziennego i od związanego z tym czy to niepokoju czy zmartwień i na chwilę przypomnieć sobie, że tak naprawdę cudownie jest dzielić radość z innymi. Czego na nadchodzące Święta życzę nam wszystkim. 

Tydzień do Wigilii…

…czyli dopiero co odliczałam dwa miesiące do Świąt a tu do Wigilii tydzień, Nowy Rok też już w sumie niedługo. 

U nas tydzień okołoświątecznych przygotowań i wygłupów. A więc wczoraj kontynuowanie naszej rodzinnej tradycji, czyli wspólne wypiekanie pierniczków. Jaś je udekorował, nie żałował posypki , ja wcześniej okrasiłam uczciwie czekoladą. 

Dzisiaj z kolei nasza tradycyjna sesja zdjęciowa. Część zdjęć w czapkach Mikołajowych, część P. pobawił się gadżetem z komórki i ani chybi jesteśmy rodziną reniferów pomocników Mikołaja. 

Plus, my sami oglądamy sobie na raty tradycyjnie „To właśnie miłość” a z Jasiem „Kraina Lodu. Przygoda Olafa” (było wczoraj i dziś rano na Polsacie) i „Epoka Lodowcowa. Mamucia gwiazdka”. Przyjemnie było obejrzeć. Olafowa przygoda zupełnie przypadkiem oddała ducha tego, o co mi chodzi i o co walczę kiedy chcę abyśmy piekli pierniczki czyli stworzenie naszej własnej tradycji świątecznej tej konkretnej rodziny. Pierniczków bowiem ani w moim domu ani w domu P. nie piekło się przed Świętami. I te wypieki są właśnie taką naszą tradycją. Wychodzą nam różne, kiedy patrzę na cuda udekorowane jak jaja Faberge w necie mogę tylko pokiwać głową, natomiast liczy się oczywiście coś innego niż ich strojność a smak jest wyborny.

Mam nadzieję, że spokojnie spędzacie weekend. 

świąteczna…

…towarzyszyła nam w sobotę na kolejnym charytatywnym kiermaszu organizowanym przez między innymi przedszkole Jasia. Nie napiszę oklepanego słowa tak lubianego przez speców od sprzedaży i marketingu czyli „magia Świąt” bo zwyczajnie nie sądzę aby była tam magia. Była konkretna robota, praca i moc solidnych przygotowań, które zaowocowały tym czym zaowocowały. A mianowicie tym, że (mimo, że tak, teraz się przyznaję, nie wierzyłam w to, że się to uda) udało się nam podczas owego kiermaszu zebrać 43 tysiące złotych.
Na kiermaszach szkolno – przedszkolnych od zawsze zbieramy na konkretny, charytatywny cel. Dwa lata temu było to na hospicjum dziecięce „Gajusz” , rok temu na leczenie pewnej dziewczynki. W tym roku zbieraliśmy na wyremontowanie mieszkania dla konkretnej rodziny. Rodziców z niepełnosprawnym dzieckiem,synem. Mieszkają wraz z babcią na drugim piętrze. Synek, Krystian, porusza się na wózku. Zniesienie wózka za każdym razem przy braku windy w domu, w którym mieszkają…nie muszę na pewno opisywać jak to wygląda. A Krystian wymaga terapii więc wiadomo, tu już nie chodzi tylko o to, że siedmiolatek nie może wyjść z mamą czy babcią na spacer (ale w sumie dlaczego nie??) ale i nawet wyjście na terapię jest wyzwaniem. Spółdzielnia załatwiła zamianę mieszkania na mieszkanie mieszczące się na parterze. I świetnie. Ale było w takim stanie, że trzeba było je wyremontować. Suma, jaką przedstawiono (rodzina ta jest pod opieką bardzo interesującej Fundacji , z którą zresztą nasze przedszkole podjęło stałą i bardzo wartościową współpracę na przykład do dzieci przychodzą starsze pani i starsi panowie i na przykład grupa Jasia ma „przyszywanego Dziadka Jerzego”) brzmiała poważnie. Ale nie na tyle abyśmy nie spróbowali zebrać jej podczas akcji przynajmniej część.

I jak zwykle, ruszyła para parę tygodni przed kiermaszem. Przygotowania, załatwianie sponsorów, namiotów, oprzyrządowania, przygotowanie do wspólnego kolędowania, szykowanie przez nasze dzieci dekoracji, które potem sprzedawaliśmy na stoiskach poszczególnych klas i grup. Oprócz tego stałe kiermaszu czyli aukcja, na którą wystawiamy fantastyczne przedmioty. W tym roku P. załatwił na aukcję dwie książki bardzo słynnego autora polskiego, który nie tylko napisał podpis ale serdeczną dedykację dla osoby, która wylicytuje książkę. Planowanie co które stoisko przygotuje na stoisko , kto jakieś przedmioty na sprzedaż a kto jakie jedzenie , słodkości. My wypiekaliśmy nasz ciastoplacek 😉 I oczywiście dostarczyliśmy lampki do dekoracji stoiska, oprócz tych książek na aukcję. 

Oprócz tego kolejna nasza tradycja czyli obecna na kiermaszach foto budka, w której za drobną sumę można zrobić sobie wspaniałe rodzinne zdjęcie. Zawsze ustawia się do niej kolejka i nie inaczej było w tym roku.  Nasza rodzina wystąpiła w roli brygady pomocników Świętego Mikołaja czyli jako dwa renifery i jeden Elf. 

Na kiermasz dotarliśmy niemal na początku bo wpisaliśmy się jako biorący udział w aukcji. Nie my jedni zresztą ze znajomych bo na przykład tata koleżanki Jasia licytował ( i udało mu się je wylicytować) rękawice bokserskie Kuleja. 

Tłum był nieprzebrany. Czy to za sprawą reklam w lokalnych mediach czy za sprawą ludzi, którzy polecali to wydarzenie krewnym i znajomym  (nie tylko królika) ale ogólnie dawno takiego tłumu nie pamiętam. Pachniało piernikami, barszczem, krokietami , grzybami z bigosu, kapustą z bigosu i z pierogów z kapustą i grzybami. Słodkości kusiły i zapewniały, że w tak szczytnym celu jak zbieranie pieniędzy na remont dla Krystiana i jego rodzinki kalorie wyjątkowo idą na długi spacer i na pewno nie wejdą w biodra. Słychać było kolędy. Nad stoiskami z produktami i nad nami, którzy tam byliśmy unosiła się atmosfera, której tak brakuje na co dzień czyli wspólnoty. Poczucia bycia z drugim człowiekiem. I dobra. Tak, takiego zwykłego ludzkiego dobra.

I kiedy wieczorem na stronie naszego przedszkola wyczytałam sumę jaką udało się nam zebrać czyli tak, 43 tysiące złotych, sumę, która przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania, zwyczajnie jak to ja, wzruszyłam się a z tego wzruszenia pociekły mi po policzkach łzy. 

Wyszło mi z tego iście świąteczne opowiadania z dobrym zakończeniem czyli cóż, potraktujmy to jako mój przedwczesny prezent dla Was na jutrzejsze Mikołajki. Tak, można się zebrać, można się zjednoczyć, można się dogadać i można wzajemnie wspomóc kogoś. A ile to zapewnia człowiekowi pozytywnych emocji i adrenaliny. Od dobra szczęśliwie można się uzależnić. Czego wszystkim nam życzę. 

Dopisek z dnia 13.12, otóż po przeliczeniu okazało się, że pieniędzy udało się zebrać więcej bo ponad 47 tysięcy 🙂 Jest moc !

dzisiaj mija…

…właściwie już minęło, piętnaście lat odkąd wprowadziliśmy się na Kabaty.
Nasze pierwsze własne. Już dawno „za ciasne” ale właśnie – własne. I nasze. Mieszkanie. Kiedy się wprowadzaliśmy do głowy nie przyszło nam oczywiście, jak się nam tu będzie mieszkało. Ile wyleje się łez i tych z nieszczęścia ale i tych ze wzruszenia, ze szczęścia. 
Mieszkanie darzę wielkim sentymentem z różnych osobistych powodów. A przeszło swój własny „chrzest” kiedy w zeszłe Boże Narodzenie Wigilia do tej pory zawsze odbywająca się u Rodziców a od 2012 roku – Dziadków, miała miejsce u nas. 
Swoją drogą ale ten czas leci. Piętnaście lat minęło a ja wciąż pamiętam tamten dzień, kiedy tu zamieszkaliśmy i zaczęliśmy wieść życie jak to mówimy z uśmiechem „podmiejskie” a na pewno „pod lasem”. 

Dzień blogów…

…takie święto w kalendarzu świąt nietypowych.

To ja sobie i innym zaglądającym tu do mnie blogerom składam Najlepsze Życzenia 🙂
Sobie, siłą rzeczy, życzę jak najlepszych książek, dużo weny aby sensownie przelać na papier 😉 własne myśli i odczucia i oczywiście aby na mój blog zaglądano a przede wszystkim – czytano 🙂 I inspirowano się nim.

 

wieś warmińska…

…sielska po raz trzeci tworzyła nasz urlop. A raczej i wieś i jak zwykle fajne miejsce do mieszkania i serdeczni ludzie i nasi zaprzyjaźnieni już z nami gospodarze i nowi ludzie, z którymi się poznaliśmy. W maju, kiedy byliśmy tam drugi raz po powrocie zażartowałam do P., że najprawdopodobniej dopóki dziecko będzie chciało z nami, rodzicami, jeździć na wakacje, to temat wakacji mamy załatwiony. Teraz już nie traktuję tego jako żartu a raczej jako …pewnik 🙂

Sądzę, że dla niektórych takie wakacje byłyby zwyczajnie nudne ale szczerze, dla nas są w porządku. Dla mnie wielkim plusem jest to, że teren na tyle jest bezpieczny i znany, że Jasiek spokojnie może go eksplorować a my mamy możliwość siądnięcia na leżaku z książką. Przeczytałam aż cztery książki podczas wyjazdu, co mnie samą zaskoczyło bowiem urlop to raczej do tej pory był mało książkowy czas. A były to „Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna” Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Takie czytadło z Chorwacją w tle, pierwsza część z trzech opowieści o trzech siostrach.

Następne dwie książki to łupy za mniej niż dziesięć złotych każda z „owadziego” dyskontu. Pierwsza to „Ogród oleandrów” Rosy Ventrello. Zaskakująco udana książka, opowieść z perspektywy dorosłej już bohaterki, która największy nacisk opowieści kładzie na swoje dzieciństwo upływające w małej miejscowości włoskiej chwilę przed wybuchem IIWŚ. Wojny jest w książce mało, nawet przez chwilę zastanawiałam się nad tym, po czym stwierdziłam, że może autorka miała już dosyć podobnych książek a chodziło jej o coś innego bo sam opis tego dzieciństwa, niby takiej zwykłej codzienności podobał mi się bardzo i jak mówię, książka bardzo udana.

Drugim łupem była książka Guillaume Musso o tytule „Ponieważ cię kocham”. Muszę powiedzieć, ż to było moje pierwsze i już wiem, że nie ostatnie spotkanie z książkami tego autora. Jak ja się uchowałam bez żadnej książki tego autora zwłaszcza, że promocja jego książek jest od lat silna i nazwisko nie było mi obce? nie wiem, wiem, że książka bardzo mi się podobała. 

A ostatnia książka, to „Francuski klejnot” Anny J. Szepielak, kontynuacja „Francuskiego zlecenia”, o której to książce pisałam tu, w tym wpisie.  Mnie się podobała i uważam tę książkę za udaną. 

13 lat…

…temu zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. To spory kawałek czasu. Przez te trzynaście lat zdobyłam doświadczenie w pisaniu jak również „poznałam” nowych ludzi. Niektórych osobiście. 

Najpewniej mój blog nie jest najpopularniejszym w sieci ale przynajmniej mogę powiedzieć, że pozostaję sobie wierna w tym blogowaniu.

Przesyłam wszystkim moim wiernym Czytelnikom jak również nowym gościom serdeczne pozdrowienia z sielskiej warmińskiej wsi  (miejsca, które P. odkrył rok temu a w którym jesteśmy trzeci raz) i dziękuję, że moje miejsce w sieci wciąż odwiedzacie.