„Schronisko, które przestało istnieć”. Sławek Gortych.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2022). Ebook.

Książkę podarowała mi znajoma, dziękuję bardzo za możliwość zapoznania się z pierwszą częścią jednego z bardziej znanych cykli literackich (kryminalnych) w Polsce. Tym bardziej,że dopiero co Sławek Gortych odebrał nagrodę Bestsellera Empiku 2025 za kryminał „Schronisko, które zostało zapomniane”.

Przyznam się, że sięgałam po książkę z ogromnymi oczekiwaniami, które nieco zostały ochłodzone. I od razu powiem tak, nie narzekam, z lektury jestem ogromnie zadowolona. I nie, nie nudziłam się podczas jej czytania (znajoma mi osoba, nie ta, która książkę mi podarowała, powiedziała, że nie zmogła tej książki i że się nudziła. Bywa!). Po prostu okazało się, że chyba nastawiłam się na coś „bardziej” a otrzymałam bardzo dobry i wciągający kryminał, niemniej jednak czegoś mi ciut zabrakło. Czego? Ot, chociażby tego, żeby jednak osoba, która od początku wydawała się podejrzana, winną osobą jednak się nie okazała. 

Może też tak być, że ta pierwsza część to taki moment rozkręcenia się koła zamachowego karkonoskiego cyklu i że następne okażą się takie, o których powiem, że tak, o to właśnie mi chodziło, spełnia moje oczekiwania w stu procentach. Mam nadzieję, że wierni fani „Schronisk” nie poczują się urażeni. Jak piszę, wcale się nie nudziłam i podobała mi się intryga a nadto wprowadzenie w tle tego konkretnego rejon kraju. Karkonosze, góry, Kotlina Jeleniogórska, klimaty Liczyrzepy czy Ducha Gór, jak zwał, tak zwał. Przyznam, że z Liczyrzepą „spotkałam się” podczas wyjazdu naukowego na studiach, gdy odwiedzaliśmy Dolny Śląsk a koleżanka z tamtych stron będąca opowiedziała nam o nim. Lubię takie klimaty, a Wy? I to jest zdecydowanie plus tej serii, wprowadzenie nas do świata natury i przyrody i legend a dodatkowo, historie z tamtych rejonów kraju i czasu opisywanego przez Gortycha, że tak może kolokwialnie stwierdzę, same się wręcz piszą.
„Schronisko, które przestało istnieć” zaczyna się w chwili upadku III Rzeszy, gdy wysoko postawiony żołnierz niemieckiej armii zostawia skarb pod opieką mieszkającego na Dolnym Śląsku (będę stosowała nazwy polskie) autora i laureata Literackiego Nobla, autora Hauptmanna. 
Następnie przenosimy się do roku 2004 i poznajemy bohatera tej części, Maksymiliana Rajczakowskiego, (lekarza) który jedzie do schroniska Śnieżne Kotły. Schronisko kupił i zamierzał otworzyć lubiany przez mężczyznę wujek Artur, brat ojca. Niestety, mężczyzna zginął w tragicznym wypadku a bratanek jedzie tam, aby zobaczyć kochane przez wuja miejsce. Przed wyjazdem, który ma miejsce w listopadzie, spotyka się jeszcze na dworcu z ojcem, który chce go od tego wyjazdu jakby odstraszyć? Przynajmniej Maksymilian odnosi takie dziwne wrażenie. Jednak nie zraża się i wraca, jak się okazuje, w rodzinne strony, bo przed wyjazdem ojciec opowiada mu, że to Jelenia Góra a nie Wrocław są właśnie miejscem, skąd się wywodzą. 

No i już w Śnieżnych Kotłach zaczyna się dziać cała akcja. W drodze do schroniska Maksymilian w pociągu poznaje Martę, szybko dogadują się, że nie są sobie aż tak bardzo obcy, jak Maksymilian początkowo sądził. 
A w schronisku zostawionym przez zmarłego wuja zaczynają mieć miejsce niepokojące sytuacje i mężczyzna szybko orientuje się, że ktoś chyba go bardzo mocno nie lubi. Ale dlaczego? Przecież dopiero co przybył na miejsce. A wygląda to tak, jakby ktoś chciał go skutecznie od mieszkania tam i pobytu, odstraszyć. 

Historia tamtych terenów, teraz w granicach Polski, przed IIWŚ wiadomo, że nie, jest jaka jest. Niełatwa i chyba to specyfika terenów mocno przygranicznych, tym bardziej, że tam jest właściwie zbieg trzech państw, Polski, Czech i Niemiec. Okazuje się, że (tak, lubię bardzo to określenie i często je stosuję), „Stare grzechy rzucają długie cienie”. A zemsta bywa dla niektórych najsilniejszą motywacją. 

Plus, jak pisałam, za akcję dziejącą się tu, gdzie się dzieje, za to, że jest w to wpleciona niełatwa historia zarówno Polski, jak i konkretnie tamtych terenów. Trochę minusuję za dwie rzeczy. Lubię, kiedy trochę bardziej poznaję postać, charakter osoby, która staje się bohaterem. Wiecie, lubię wiedzieć, czy mam osobie kibicować, czy ma mi być wszystko jedno 🙂 Drugi minusik, o którym już wspomniałam, to ten, że wolę nieco mniej podejrzewać winnego, niż w tym przypadku, czyli w sumie niemal od początku. 

Niemniej jednak jako kryminał mający stanowić ciekawą lekturę „Schronisko, które przestało istnieć” spełnia wymagania zdecydowanie i do tego stopnia, że wczoraj zaczęłam czytać kontynuację serii a mianowicie „Schronisko, które przetrwało”. 

Moja ocena zatem to 5 / 6. 

„Pamięć drzewa”. Tina Valles.

 Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2026).


Przełożył Andrzej Flisek. 
Tytuł oryginalny La memoria de l’arbre.

Ta książka jest jeszcze piękniejsza, niż podejrzewałam. I ogromnie dziękuję Osobie, która mi ją sprezentowała. Dawno nie czytałam tak pięknej, dobrej, delikatnej a jednocześnie mówiącej o rzeczach ciężkich, prozy. 

„Pamięć drzewa” rozpoczyna się dwoma ładnymi i mądrymi cytatami i po jej zakończeniu kończy się takowym. 
Podzielona na, nawet nie wiem, jak to nazwać, bo nie rozdziały, skoro potrafią zająć stronę, czasem kartkę lub półtorej, krótkie flashe, wspomnienia, urywki, spostrzeżenia, odczucia zapisane na kartce, wspomnienia, książka, która szczęśliwie nie jest nie wiadomo, jak obszerna, niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. 
Powiem tak, Panie i Panowie, Tina Valles napisała „moją” książkę. Już od dawna chodziło za mną napisanie czegoś podobnego i w formie i w treści. W formie krótkich wspomnień, które ubrałabym w słowa. Tu to się zdarzyło i mogę jedynie żałować, że nie wzięłam się za to wcześniej. 
Autorka zatem ubrała w słowa wspomnienia narratora, dziesięcioletniego Jana. Takie urywki wspomnień, spraw, zdań z przeszłości osobiście nazywam „szufladkami wspomnień”, do których sięgam mniej lub bardziej intensywnie. 

Gdybyście ujrzeli mój egzemplarz, gdyby położyć go na stole i spojrzeć, mieni się kolorami od karteczek indeksujących. Tyle myśli, słów wydało mi się ważnych i koniecznych do zaznaczenia (oprócz karteczek są też podkreślenia ołówkiem). To wielki dar autorki, że potrafi o sprawach ciężkich i trudnych pisać z czułością i delikatnością, nieco początkowo nie do końca wprost. 

Barcelona, czasy współczesne i dziesięcioletni narrator, Jan. Pewnego dnia rodzice oznajmiają synowi, że babcia i dziadek zamieszkają z nimi. Teoretycznie dla dziecka, które ma z dziadkami świetny kontakt, to powinna być wspaniala nowina. I jest. Ale szybko widzi, że ta zmiana niesie ze sobą coś więcej, niż sprzedaż domu dziadków w Vilaverd i przenosiny do córki z rodziną. 
Jan szybko orientuje się, że z dziadkiem coś się dzieje. 
My domyślamy się, jako dorośli dość szybko, że dziadek choruje na najprawdopodobniej chorobę Alzheimera, ale chłopiec oczywiście tego nie wie. Wie natomiast, że i mama, córka dziadka i babcia i tata, który ma dobre układy z teściem, bardzo się czymś związanym z dziadkiem martwią. 
Urzekła mnie metafora drzewa. Dziadek ma w swoich wspomnieniach ważne dla niego drzewo. Pamięta je z własnego dzieciństwa i minie trochę czasu, zanim Jan pozna z ust dziadka historię niezwykłej wierzby płaczącej. Wierzba została ścięta po tym, jak w czasie wyjątkowo silnej burzy została częściowo spalona po uderzeniu pioruna. Ale jej wspomnienie towarzyszy dziadkowi przez całe jego życie a z czasem, kiedy zaczyna stopniowo zapominać coraz więcej, to wspomnienie wysuwa się na plan pierwszy.
Odchodzące drzewo staje się zatem metaforą odchodzenia dziadka. Na razie głównie pamięci starszego pana, Joana, z czasem jak się domyślamy, również jego jako takiego.
O najtrudniejszych sprawach można pisać prosto i ten zabieg udaje się Valles zapewne dlatego, że na narratora opowieści wybrała właśnie dziecko. Ono nie bawi się w medyczne nazwy i technikalia, jego opowieści o codziennym powrocie ze szkoły z dziadkiem, o wspólnej z dziadkami grze w domino, o tym, jak żyje się po zmianie, to wszystko wprowadza czytelnika z łagodną akceptacją tego, co niestety, nieodwracalne. 

To kolejna książka po „Listach doA. Mieszka z nami Alzheimer” Anny Sakowicz, w której to dziecko poznaje niestety, bardzo blisko, świat choroby bliskiej osoby. U Anny Sakowicz chorowała babcia, tu- dziadek. W obu przypadkach dziecko nie wie dokładnie, z czym właściwie przyszło się mierzyć zarówno bliskiemu, który choruje, jak i tak naprawdę wszystkim członkom rodziny.

„(…) Ale dziadek nie powiedział mi, że to dzięki pamięci jesteśmy tym, kim jesteśmy”, to zdanie pada w „Pamięci drzewa” i nie ukrywam, ogromnie mnie poruszyło. Czyżby więc to pamięć miała nas określać? To, jak wiele jeszcze pamiętamy z tego, co przeżyliśmy, co potrafimy, kim są nasi bliscy? 
Czy pamięć przodków też na swój sposób nas kształtuje?

Cała ta książka przesiąknięta jest wręcz wzruszeniem. Ja nieraz miałam naprawdę mokre oczy (ładne określenie dla faktu spłakania się, prawda?). Jest taka scena „oszukiwania” dziadka podczas nakrywania do stołu. To, jak żona i wnuk działają, by starszy pan jeszcze nie odczuł do końca nasilającej się choroby, jest naprawdę mocno chwytające za serce. 
Każdy z nas ma swoją wierzbę, którą utracił i której utrata uczy każdego z nas nieodwracalności pewnych procesów, godzenia się ze zmianami, godzenia się ze strata i odchodzeniem. 
Nie wiem, czy Tina Valles przeszła z kimś bliskim proces choroby i stąd miała aż tyle spostrzeżeń i być może to to powoduje, że jej proza jest prawdziwa, nie jest niepotrzebnie dramatyczna, nikt tu nie epatuje niepotrzebnym nadmiarem nieszczęścia. 
Jest to za to piękna opowieść o miłości. O rodzinie, o tym, że to ogromnie ważne móc na siebie wzajem liczyć w najcięższych chwilach. 

„(…) Zamiast w głowie zachowuję to w sercu, bo tej pamięci nigdy nie stracę.
– I co jeszcze tam chowasz?
-Wszystko, co kocham, Janie.”

Jestem zachwycona tą książką i oczywiście,że zazdroszczę tym z Was, przed którymi jest jej lektura. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Okno z widokiem na Fuji”. Dominika Giordano.

 Podtytuł: Japonia-kraina szeptów i niedomówień.

Wydana w Helion. Gliwice (2025). Ebook.

Otrzymana na Święta książka doczekała się przeczytania i to, jak widzę, dość prędko, jak na moje możliwości i to, jak dużo różnych spraw wciąż się u mnie dzieje. 
W sumie sięgając po nią nie wiedziałam, czego się spodziewać. Co wiedziałam na pewno to to, że nie jest to żaden przewodnik.
Autorka to osoba, która przebywała w Japonii dwanaście lat, z czego siedem na stanowisku Konsula RP w Tokio. Można więc przyznać, że szczęśliwie wie, o czym pisze, bo kiedy przebywa się w jakimś miejsc dłużej, zwyczajnie poznaje się dane miejsce tak bardziej przyziemnie, od podszewki. 
„Japonia z widokiem na Fuji” to zbiór refleksji i spostrzeżeń Dominiki Giordano na temat kraju, w którym przebywała ponad dekadę. 
Okazało się, że sporą część spraw, o których pisze, wiem, więc nie było to w żaden sposób dla mnie jakąś nowością. Ale nie wszystko. Na przykład zaskoczyły mnie stwierdzenia o tym, jakoby Japonia wcale nie była takim imperium technologicznym, jak się może nam wydawać. Tu faktycznie, poczułam się zdziwiona. 
Jest jeszcze jedna kwestia, którą cieszę się, że autorka poruszyła, a mianowicie temat, o którym niedawno dosłownie tylko usłyszałam, takim „hasłem”, ale nie sięgnęłam wtedy po więcej, nie wiem w sumie, dlaczego, bo sam temat wydaje się być bezsprzecznie wart dowiedzenia się więcej, a mianowicie problem porwań rodzicielskich w tym kraju. 
Giordano jako konsul stykała się zapewne ze sprawami ciężkimi i sama o tym pisze, jak chociażby o sprawie Polki, która zwróciła się do niej o pomoc po tym, jak mąż w czasie, gdy wyjechała do chorej matki do Polski, oczyścił mieszkanie z mebli i wraz z córką wyjechał w nieznane jej miejsce nie odbierając telefonów od zrozpaczonej kobiety, która wróciła z Polski i zastała mieszkanie w stanie, o którym pomyślała, że padło ofiarą włamywaczy a z rodziną nie mogła się skontaktować. To nie ukrywam, temat, który teraz ogromnie mnie zainteresował i który chyba spróbuję zgłębić, chociaż jak sądzę, nie jest to ten z tematów, który ten kraj chciałby akurat najbardziej promować. Niemniej jednak, według mnie, jest ciekawy i wart poznania czegoś więcej. 

Jak napisałam na początku, sięgając po książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc może i dobrze, bo nie nastawiłam się nie wiedzieć, co. 
Na pewno na plus, bo to akurat nieczęste, brawo dla autorki za to, nie pisze o Japonii „na kolanach” i z tylko i wyłącznie zachwytem. Nie jest też tak, żeby nie było, że wylewa na kraj kwitnącej wiśni wiadro pomyj, ale ma przytomne, realne spojrzenie na ten kraj i nie ukrywa wad i mankamentów życia w nim. 
Ale też, to ciekawe, przypomina o uważnym spojrzeniu i pamiętaniu o tym, że to, co nam, Europejczykom, wydawać się może niekomfortową sytuacją, w tamtym kraju może uchodzić za coś pozytywnego. Różnice kulturowe jednak jak najbardziej mają się dobrze. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Wygrzebane”. Monika Plisecka.

 Wydane w lavapublishing.pl   Wrocław (2025).

„Wygrzebane” to tomik poezji, składający się z dwudziestu wierszy, który to tomik udało mi się wygrać w zabawie na stronie poetki na Fb. 
Nie ukrywam, że jest to dla mnie nowe nazwisko w świecie wierszy i taka wygrana jest odczuwaniem ekscytacji przed poznaniem nowego, połączonej z niepokojem, co, jeśli spotkanie się nie powiedzie. Na szczęście, już po drugim wierszu mogłam odetchnąć. Jak to mawiała Ania z Zielonego Wzgórza / Anne z Zielonych Szczytów, bywają tak zwane pokrewne dusze. Najwyraźniej i czyjeś słowa ubrane w wiersze mogą stanowić jakąś łączącą czytelnika z poetą nić czegoś na kształt takiego właśnie „pokrewieństwa dusz”.

Z jednej strony kocham czytać wiersze i często to podkreślam, ubolewając nieustannie, że wciąż czytam poezji za mało, z drugiej, nie lubię zbytnio o niej pisać. Dlaczego? Z biegiem lat mam wrażenie, że po prostu najchętniej czytam, wchłaniam i przeżywam ten gatunek literatury a nie po drodze mi z akademickimi rozkmninianiami tegoż. Poza tym, nieustannie mam wrażenie,że autor wierszy ma wrażenie, że ja, jako czytelnik, „wyjaśniam” mu to, co czuł gdy pisał dany wiersz. 

Napiszę jednak parę słów i to nie tylko o samej treści. Nie ukrywam, że jest dla mnie zaskoczeniem już sam tytuł tomiku, bo „Wygrzebane” brzmi dla mnie bardzo konkretnie, sucho, tak trochę jakby mocno konkretnie. I gdzie to ma się do poezji? Treść jednak szybko zweryfikowała moje zdziwienie i oto sądzę, że to trochę tak, że wiersze w tomiku (powstałe na przestrzeni kilkunastu lat) są tu potraktowane tak dualistycznie. Są bowiem „wygrzebane” z szuflady (lub pewnie prędzej elektronicznych zasobów) a kiedyś wcześniej, nieco to zabrzmi może zbyt surowo, „wygrzebane” z głowy w postaci myśli ubranych potem w słowa, emocji, które w wierszach znalazły ujście. I ja podczas lektury ku mojemu zdumieniu odkryłam wiele takich nagle wygrzebanych myśli i refleksji, nie wszystkie były tymi przyjemnymi, o nie! niektóre mocno uwierały, inne nawet zabolały, ale to chyba dobrze? poezja powinna człowiekiem poruszać, inaczej jakżeby się nią w ogóle można zachwycać?
Ogólny ton panujący w tomiku nie wydał mi się jakiś hura optymistyczny. A może inaczej. Nie ma tu jakiejś ironii, nie ma śmiechu przez łzy. Bywa więc mocno ciężko i boleśnie. Niestety. Ale, co zaskakujące (najbardziej dla mnie samej) nie jest to tomik, do którego nie chcę wrócić. Nie , nie. Odwrotnie. Teraz położę go sobie na mojej pokazanej na stronie blogu na Fb niedawno stretce książek przy łóżku, żeby się teraz te wiersze „przegryzły”, jak dobrze skonstruowana sałatka warzywna na święta i żebym w każdej chwili mogła do nich sięgnąć. 
Wreszcie, nie mogę nie wspomnieć o okładce, która przykuwa wzrok. Oto jakieś pole, przed nim łąka a po prawej stronie w tle typowe dla naszej szerokości geograficznej dość wysokie drzewa liściaste. Z lewej strony zdjęcia bardziej pośrodku widzimy idącą tyłem postać, sylwetka sugeruje że jest to kobieta w czarnej kurtce z kapturem narzuconym na głowę. Na pierwszym planie zaś widzimy biegnącego za postacią kobiety dość dużego psa. Ogólnie zdjęcie to od razu przywodzi mi na myśla naszej rodzinne wyprawy z psem przyjaciół, na które chodzimy rodzinnie podczas naszych wakacji na wsi, gdzie właśnie najchętniej spacerujemy sobie po takich terenach… Mój apel zatem „Więcej psiaków na okładki książek!” 🙂

Co do samych wierszy, to zrobiłam sobie ocenę każdego z dwudziestu podarowując mu notkę od 1 do 6, z czego 6 to oczywiście najlepsza nota, a następnie zliczyłam wyniki i tak oto wyszło mi, że siedem wierszy otrzymało ode mnie notę najwyższą, czyli 6 na 6. Dwukrotnie uznałam, że wiersz oceniam na 5.5 na 6. Pięć razy była to nota 5 na 6 i sześciokrotnie 4 na 6. Uważam to za bardzo przyzwoity wynik, tym bardziej, że ci, którzy mnie znają od lat wiedzą, że przy całej mojej sympatii do kogoś, piszę, jak czuję i jak to mówię, „jak jest” a nie kadzę, żeby komuś nie zrobić przykrości. Dorosły człowiek zresztą, publikując jakąś treść liczy się też przecież z jakąś krytyką. Albo z tym, że część tekstu spodoba się bardziej a część mniej. 
Natomiast uważam, że większość wierszy otrzymało ode mnie dobre noty i że jest to przede wszystkim dla mnie samej sygnał, że chcę sięgnąć po więcej wierszy pani Moniki Pliseckiej.

Wiersze, które otrzymały ode mnie notę 6 na 6 to: „O czasie”, „Tabula rasa”, „Życzenia”, „Stanowcze znaki zapytania”, „Sprawa osobista”, „Dzień Dziecka” i „Inaczej”.

Najbardziej i to tak ex aequo poruszył mnie wiersz „O czasie” i „Sprawa osobista”. Nieco dosłownie mniej – „Dzień Dziecka”. 
 Czym ujęła mnie poezja Moniki Pliseckiej? Szczerością? Prawdą, nawet jeśli boli? Modne jest teraz określenie „stanąć w prawdzie” (nie wiem doprawdy, kto wymyślił taki słowotwór), niemniej jednak poetce udaje się stanąć naprzeciwko zarówno samej siebie, jak i wspomnień lub tego, co bierzemy za wspomnienia (nie wiem, jak Wy, ale ja czasem zastanawiam się, co jest wspomnieniem a co przyjęłam za takie pod wpływem na przykład czyichś opowieści). Nie boi się też poetka ani tego, że zbytnio się odsłoni, ani tego, że dla kogoś te emocje będą „śmieszne”. Nigdy, żadne emocje wypływające z taką szczerością z człowieka nie mogą stać się przyczynkiem do śmiechu, bardziej zaś do refleksji i współodczuwania. 
Ja z pewnością ogrom tych słów rzeczywiście współodczułam i nawet, jeśli przypłaciłam to łzami, to uważam to za oczyszczający rodzaj Katharsis. 


Posłużę się jednym fragmentem z tomu, jest to fragment wiersza „O czasie” 


„(…) O czasie 
dowiadujemy się po czasie.
(…) 
To nie jest odkrywcze, 
ale ożywcze za to
i za tamto, czego już 
nie dogonisz – płać teraz.

Płacz. „


Mój kolejnhy apel na dzisiaj „Czytajmy więcej poezji! Czytajmy wiersze Moniki Pliseckiej!”.

Moja ocena tomiku „Wygrzebane” to 6 / 6. 

„Rakel”. Satu Ramo.

Wydana w Wydawnictwie Harper Collins. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożyła Karolina Wojciechowska.

Tytuł oryginalny Rakel.

Wciągnął mnie ten cykl o śledczej Hildur Runarsdottir pracującej na Fiordach Zachodnich Islandii. Wciągnął mnie nie tyle za swoją warstwę kryminalną, chociaż tę też, co raczej za to, że autorka, mimo, że nie jest Islandką, ale mieszka na tyle długo na wyspie, że ciekawie przedstawia też warstwę społeczno obyczajową i takie po prostu codzienne sprawy, które mnie akurat interesują.

„Rakel” to kolejna część imiennej serii o Hildur i rozpoczyna się w chwili, gdy poznajemy to, co działo się w rodzinnym domu śledczej, która po wypadku rodziców trafiła pod opiekę siostry matki, właśnie tytułowej Rakel. Tradycyjnie poznajemy akcję zarówno tę współczesną, jak i tę z przeszłości, to charakterystyczne dla książek autorki.

Jedna z sióstr kobiety chce mieszkać w ich rodzinnym domu i odnawia posiadłość, gdy na terenie zostają znalezione kości człowieka. I jak szybko się okazuje, nie są to kości jednej osoby. Poza tym w „Rakel” dowiadujemy się też o losach jej współpracowników, na przykład Jakoba Johansona, który teraz mieszka z synem, który to syn nie do końca umie się zaaklimatyzować i w nowym miejscu zamieszkania i w nowej szkole.

No i do tego oprócz paru dochodzeń, które są przedstawione w książce, poznajemy też rozwój nowej (relatywnie nowej) Hildur i pochodzącego z Laponii Antona. Tak więc ogólnie to jest sporo wątków, które się mieszają, ale też na końcu część z nich rozwiązuje się, a część zapewne dopiero się rozwiąże w dalszej części cyklu.

Czekam zatem na kontynuację, zwłaszcza, że jeden wątek z życia osobistego Hildur mocno mnie zaintrygował, jestem ciekawa, jak się rozwiąże.

Moja ocena to 6 / 6.

„Zagadka świątecznej zbrodni”. Susan Gilruth.

Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2025).

Przełożyła Ewa Horodyska.
Tytuł oryginalny Death in Ambush. A Lost Christmas Murder Mystery.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Zawsze chętnie sięgam po kryminały dziejące się w okolicach lub w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego z chęcią sięgnęłam po ten i mimo, że niestety, nie udało mi się go skończyć przed samymi Świętami, to wciąż lektura była udana. Sama akcja książki kończy się też tuż przed Świętami.

Narratorką jest Liane Craufurd , zwana przez wszystkich Lee, która otrzymuje wraz z mężem zaproszenie do przyjaciółki Lee, Betty i jej rodziny na Święta Bożego Narodzenia. Ale zaproszenie jest już na paręnaście dni przed czasem celebracji.
Lee z zadowoleniem przyjmuje zaproszenie, mimo że jej mąż, który jest wojskowym, z racji zawodu dojedzie do towarzystwa dopiero na same Święta.

Betty ma całkiem okazałą posiadłość ziemską, w której mieszka z mężem i dwojgiem dzieci i zaraz po przybyciu Lee do niej, wprowadza przyjaciółkę w miejscowe towarzystwo.
W okolicy zamieszkała nowa kobieta, owiana tajemnicą pani Sonia Phillips, wdowa i Betty wpada na pomysł wieczoru z napojami mającym być czymś w rodzaju wieczorku zapoznawczego z tą panią.

Klimat ogólnie trochę taki znany z kryminałów Agathy Christie. Jest więc posiadłość na wsi angielskiej, kameralne towarzystwo. Osoby, które niby się zna i lubi albo wręcz przeciwnie. I jedna tajemnicza jednostka. Jest też jeden mężczyzna, którego nie darzył sympatią chyba nikt.
Lee podczas popijania drinków szybko orientuje się w tym, kto tu z kim dobrze żyje a kto się z kim kłóci, zresztą sama przyznaje, że ów pan, Sir Henry Metcalfe jest osobą, o której zwykło się mawiać, że naprawdę trudno go polubić. Zarozumiały, zbyt pewien siebie i zwyczajnie taki ostry w obyciu facet, dość nudnawy, nie zyskuje sympatii otoczenia, zwłaszcza, że w przeszłości jako sędzia, dał się poznać jako osoba bardzo surowa, żeby nie rzec, że zbyt surowa.
I oto okazuje się, że jakiś czas po owym wieczorku ów emerytowany sędzia umiera.

Wiadomo, że gdyby śmierć nie była podejrzana nie działaby się dalsza akcja książki więc i tak dzieje się w tym przypadku. Śmierć ta wydaje się na tyle niejasna, czy raczej powód jej jest niejasny, że wkraczają śledczy.

Lee, narratorka, okazuje się być osobą, która pomagała parę razy inspektorowi Hugh Gordonowi w jego dochodzeniach, oczywiście bardzo prywatnie i nieoficjalnie, i ku jej radości w zaistniałej sytuacji to Gordon właśnie zostaje przysłany na prowincję, by pomóc rozwiązać zagadkę zbrodni.

To taki kryminał z gatunku „przytulnego”, miła miejscówka, przygotowania do Świąt, za oknem kolejna śnieżyca, osoba ofiary jest na tyle paskudna, by nie wzbudzać ogromu łez u czytelnika, że skończyło się tak, jak się skończyło.
Osobę sprawcy natomiast chyba dość łatwo i szybko jest wydedukować, ale też jak na książkę, która według mnie jest idealna jako niezobowiązująca i mimo tego, że kryminał, jako lekka lektura pod choinką, nie jest to jakiś wielki zarzut.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Czytelnicze podsumowanie roku 2025

Nie wiem, czy jest to moją tradycją blogową, ale chyba powinnam chociażby w skrócie odnotować podsumowanie czytelniczego roku 2025.

I tak, w minionym roku udało mi się przeczytać 76 książek, o czternaście więcej,niż w poprzednim. 46 z nich ( o ile nie pomyliłam się w przeliczaniu) otrzymało ode mnie moją osobistą notę 6 / 6.
Ogólnie, był to czas Osobistego Projektu Książkowego „Mama”, z którego zrealizowałam w sumie 5 książek z różnego gatunku (była wśród nich zarówno proza reportażowa,jak i kryminał, jak i poezja).
Oprócz OPK „Mama” okazało się, że wróciłam do masy książek z dzieciństwa i młodości i nie chce mi się liczyć, ile ich było, ale sporo. Najwięcej autorstwa Małgorzaty Musierowicz,do której to wczesnych książek z cyklu Jeżycjady wróciłam z największą przyjemnością.

Odkryciem roku dla mnie były kryminały Jorna Liera Horsta. Zaczęłam od „Kodu Kathariny” i wciągnęłam się w cykl o śledczym Williamie Wistingu na całego.

Jeśli miałabym napisać,która książka była dla mnie książką „roku”, to tym mianem określiłabym „Zielone piekło” Raymonda Maufraisa i „Jedyną córkę” Guadalupe Nettel. Z czego obie są książkami,które mocno zagrały mi na emocjach,każda z innego powodu.

Przede mną kolejny czytelniczy rok.
Nie czytam już ani tak szybko, ani tak intensywnie,jak kiedyś i szczerze mówiąc, nie odczuwam z tego powodu jakiegoś wielkiego problemu. Na pewno jest tak, że wolałabym,żeby to, że nie czytam tyle, ile chcę (a chciałabym więcej) wynikało obecnie z rzeczy przyjemniejszych niż te, które realnie wpływają na to, że czytam mniej.
Niemniej jednak nie mam zapotrzebowania na pobicie rekordu (własnego, bo miałam kiedyś lata, gdy „pękała” setka książek i nie był to jeden rok).
Czego sobie życzę, jako czytelniczka? Dobrych książek. Nie, nie mega ambitnych, nagradzanych nie wiadomo, jakimi nagrodami,ale książek dla mnie i według mnie dobrych. Których nie odbiorę, jako zmarnowany czas, czy pieniądz, ale takich, które gdzieś tam z rozmaitego powodu rezonują dłużej w pamięci i powodują to, że aż chce się sięgać po coś nowego.

„Cuda na śniegu”. Joanna Szarańska.

Wydana w Książnicy. Poznań (2025). Ebook. 

Naczekałam się na nową książkę świąteczną jednej z moich ulubionych autorek, ale było warto. Jak zawsze, grupa ludzi, których połączy jakieś wydarzenie i miejsce, każdy ze swoimi sprawami, problemami i radościami. I jedno niezwykłe miejsce, pensjonat „Bajka”, który kiedyś w okresie Świąt Bożego Narodzenia zmieniał się w niezwykłe miejsce, w którym wolne pokoje na ten czas rezerwowało się w przeszłości z dwuletnim wyprzedzeniem. A teraz? Coś się skończyło. Jednak chyba nie do końca. Komuś bowiem bardzo zależy na tym, żeby w „Bajce” znów zagościła dawna, piękna atmosfera i radość… Kto zna książki Joanny Szarańskiej, ten wie, czego się mniej więcej spodziewać po ich treści. Tak zwanych „zwykłych ludzi” jako bohaterów, rozmaitych perypetii, jakie im towarzyszą. Poczucia humoru, które jest nieodzowną częścią książek Szarańskiej, ale również nienachalnie przemycanych mądrych refleksji. Jak wspomniałam, w małej miejscowości Cztery Mosty na południu Polski funkcjonuje pensjonat. Kiedy prowadziła go Małgorzata wraz z mężem Aleksandrem było to miejsce, jakbyśmy to określili, wręcz kultowe. Niestety, po śmierci żony Aleksander Śmieszek zamyka się w sobie i jak to się określa, traci serce do miejsca, w którym wraz z Gonią przeżyli najlepsze chwile swojego związku. I wydaje się, że pensjonat zostanie skazany na zapomnienie a odwiedzać go będą jedynie raczej przypadkowi i transferowi goście, gdy w lokalnej gazetce ukazuje się nietypowe ogłoszenie o tym, że właściciel „Bajki” poszukuje spadkobierców. Z różnych stron kraju kilkoro Śmieszków rusza w kierunku „Bajki” i to akurat tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Niektórzy z bardzo silną determinacją zdobycia nietypowego spadku, inni nieco przypadkiem, w każdym razie przed Świętami zjawi się tam gromada kuzynostwa i mniej lub bardziej spokrewnionych osób. Czy „Bajce” przytrafi się druga szansa i pensjonat odzyska dawny blask i charm? Tego dowiecie się z lektury „Cudów na śniegu”. I oczywiście, że można zarzucić Joannie Szarańskiej, że napisała nam kolejną bajkę dla dorosłych. Ja odpieram ten zarzut tak: zła, smutnych i przybijających wydarzeń i wiadomości mamy dookoła wystarczająco wiele. Co w tym złego, że ktoś postanowi nam przekazać nieco pokrzepienia i radości i również co z tego, że ktoś, jak ja, lubi coś takiego przeczytać? Ja osobiście, o czym wiedzą wszyscy czytelnicy mojego blogu, jestem ogromną miłośniczką książek Joanny Szarańskiej a osobnym sentymentem (trochę też z powodów osobistych |) darzę właśnie książki świąteczne tej Autorki i stąd z wielką radością powiem, że i na tej się nie zawiodłam. Była jak wielki, pluszowy misiek, którego przytulasz i kiedy to w takiej chwili od razu robi ci się lżej na serduchu. Dodam, że w tym roku wyszła też przepięknie opracowana graficznie edycja „Cudów na śniegu”, z barwionymi brzegami i ładnie zaprojektowaną okładką. Projektem okładki zajęła się Natalia Twardy. Moja ocena tej książki nie jest z pewnością zaskoczeniem dla nikogo a jest to :
6 / 6.

„Śnieg przykryje”. Michał Śmielak.

  Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2025). Ebook.

Skorzystałam z kolejnej promocji i udało mi się nabyć najnowszy kryminał Michała Śmielaka. 

Jaka okazała się książka? Bardzo dobra, naprawdę. Ale strasznie ciężka, mroczna. Nie oglądałam „Domu dobrego”, o którym to filmie tyle ostatnio było słychać, ale naprawdę przez większość książki miałam wrażenie, że właśnie go oglądam. 

A pomysł rozpoczynający książkę jest świetny. Mamy dzień przed Wigilią 2024 roku i Ryszard, (woli jak nazywa się go Ryśkiem), wraca do domu z zakładu pracy. Wraca i ogólnie wypełniają go niedobre myśli. Rysiek ogólnie nie jest dobrym facetem, jest alkoholikiem przemocowcem i to widać w jego myślach i podejściu do świata i ludzi. No, ale tu zaraz Święta a on wieczorkiem pojedzie z synem do Lasu Ponurego, żeby tradycyjnie ukraść drzewko na świąteczny czas.

Mężczyzna dociera do domu i ma kolejny powód do złości, żona nie otwiera. Może wyszła po śledzie i karpia? Drzwi jednak po chwili się otwierają i Rysiek staje twarzą w twarz z żoną, którą widział osiem godzin temu, kiedy wychodził do zakładu a która wydaje się być oniemiała. 

I słusznie. Bo kiedy Rysiek jest przekonany, że ostatni raz widział się z Haliną parę godzin wstecz, zszokowana kobieta widzi przed sobą męża, który ostatni raz był w domu dzień przed Wigilią w roku 1999. Dwadzieścia pięć lat temu!

I od tej pory zaczyna się niesamowicie ciekawa. Akcja. Przede wszystkim zarówno czytelnicy, jak i lekarze, którzy czym prędzej mężczyzną się zajmują, zastanawiają się, co stało się te dwadzieścia pięć lat temu, że chłop z tej wyprawy po kradzioną choinkę nie wrócił, ale też a może przede wszystkim, co się z nim przez te ćwierć wieku właściwie działo. Dodatkowo mężczyzna nie pamięta niczego. Dla niego samego wciąż jest rok 1999, on sam ma trzydzieści pięć lat i właśnie ma wybierać się do Lasu Ponurego. 

„Śnieg przykryje” to bardzo dobry kryminał, jednak mam wrażenie, że dla mnie jego klimat był miejscami ogromnie ciężki, do tego stopnia, że czytałam tę książkę jedynie w ciągu dnia, a nie jak lubię, wieczorem, przed snem. Z chęcią robię teraz odwrót w kolejny kryminał Horsta. I podczytuję też ukochanych „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”.

Myślę, że fani książek Śmielaka nie będą zawiedzeni, mimo tego ciężkiego klimatu. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„W głębinie”. Will Dean.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2024). 
Przełożył Radosław Kot. 
Tytuł oryginalny The Chamber.

Niniejszym wkleję tu to, co już napisałam o tej książce w pewnej grupie książkowej, najwyżej niewiele modyfikując.Ojej, ta książka niestety, to był dla mnie spory zawód. A liczyłam na dużo więcej. Bo chyba niewiele jest kryminałów dziejących się w faktycznej głębinie, w środowisku nurków głębinowych. Sześcioro z nich, pięciu mężczyzn i jedna kobieta, stawiają się w miejscu pracy. Część z nich zna się z poprzednich wyjazdów „za chlebem”. Robota jest ciężka, przez miesiąc siedzi się w ekstramałej przestrzeni, właściwie nie można się niemal obrócić, żeby nie nadziać się na kogoś, ale generalnie bardzo dobrze za tę pracę płacą. Niestety, już pierwszego dnia dochodzi do tragedii. Jeden z nurków zostaje znaleziony martwy. Trzeba będzie przerwać pracę i wrócić na górę. Jest jedno „ale”, dekompresja trwać będzie bardzo długo, kilkadziesiąt godzin, lub nawet więcej. Jednym słowem, parę dni. Po pierwszym tajemniczym zgonie niestety, ma miejsce następny.Niestety, fascynujący temat, czy raczej ciekawy zawód, miejsce, w którym dzieje się akcja nie zastąpi dreszczyku emocji i napięcia. Mnie ta książka niestety, w większości wynudziła 🙁 Szkoda. A potencjał był i to niemały, bo wiadomo, ciekawe miejsce akcji, zamknięta i bardzo nieliczna grupa podejrzanych. Niestety, jak już napisałam, ciekawe tło, czy nawet najbardziej fascynujące zajęcie przedstawione w książce nie zastąpi poczucia niepewności, emocji, które przecież w tego typu lekturze jest wręcz wymagane. Dodatkowo pojęcia nie mam, a bardzo liczyłam na to, że owo poczucie nie mienia pojęcia zostanie jednak wynagrodzone, jako motyw miał sprawca zbrodni. I nawet pewne sugestie na koniec dotyczące tego, czy słusznie wiemy, kto jest sprawcą całej tej tragedii, nie wynagrodzą mi tego, że zwyczajnie ta książka mnie nie wciągnęła tak, jak na to liczyłam. Nie czytało mi się „W głębinie” tak, że nie mogłam się od niej oderwać, a ten stan podczas czytania książki lubię najbardziej. Przeciwnie, porzucałam ją bez poczucia winy biorąc do rąk książki do recenzji, a dla mnie samej jest to już najlepszy dowód na to, że coś nie zagrało z lekturą. Nie wiem, może to jakiś jednostkowy przypadek, być może inni spędzili nad nią lepszy czas. Moja ocena to (i to z ręką na sercu, głównie za ciekawy temat pracy w zawodzie nurka głębinowego) :
4 / 6.
Ps. uzupełnienie. O tym, że temat może być fascynujący doskonale wiem, bo od pewnego czasu słucham bardzo ciekawego podcastu, w którym autor opowiada między innymi o nurkowaniu, w tym również takim, o którym mowa w „W głębinie” i nie mam pojęcia, jak bardzo można się starać, żeby nie zabrzmiało to ciekawie, a wynudziło. Podkreślam jednak, może to być jedynie moje indywidualne odczucie.