„Ucieczka Anny”. Mattia Corrente.

Wydana w Bo.wiem. Kraków (2024). Seria z Żurawiem. 
Przełożył Tomasz Kwiecień. 
Tytuł oryginału La Fuga di Anna.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Ta książka „chodziła za mną,że się tak kolokwialnie wyrażę, od dość dawna. 
Ale, jak to w życiu, okazuje się,że plany planami, a i tak na książkę nadchodzi czas w nieco innym momencie. 

„Ucieczka Anny” to literacki debiut i przyznam, że z zazdrością czytałam tak dobrą książkę debiutanta właśnie. Podejrzewam, że większość autorek i autorów takiego początku drogi literackiej by sobie życzyło. Niewielka objętościowo, za to treściwa książka okazała się odskocznią od kryminałów Joanny Chmielewskiej, którymi ratowałam sobie nastrój podczas mijającego nieubłaganie, lata. 

Jej akcja rozpoczyna się rok i miesiąc po tym, jak starszy mężczyzna, narrator Severino Greco został sam w domu. Pewnego dnia jego żona Anna po prostu odeszła. Odeszła, uciekła, zapewne każdy może inaczej nazwać to, co się stało. Jednak, doszło do tego, że mężczyzna został w domu sam. Jego dorosły syn, Antonio, mieszka w zupełnie innej części Włoch. Początkowo Severino czeka na powrót bliskiej. Następnie jednak podejmuje decyzję aby ruszyć przez Sycylię i znaleźć swoją drugą połowę. 

W trakcie jego wędrówki poznajemy zarówno przeszłość samego narrtora, jak i to, co działo się w życiu Anny i jej bliskich. A jest to ważne dla całości książki, bowiem jest też wpleciony dziennik ojca Anny. Akcja więc dzieje się nielinearnie, częściowo współcześnie, gdy wraz z Seve ruszamy w poszukiwaniu uciekinierki, jak również sięgamy w przeszłość poznając losy poszczególnych bohaterów, ich decyzje, wybory i to, co mogło zdeterminować ich późniejsze działania. 

Ja w tej książce osobiście zwróciłam uwagę na parę motywów. Na to, o czym już pisała, jak bardzo losy naszych bliskich w ich przeszłości mogą wpływać na nasze własne dzieje. Mogą, ale nie muszą, oczywiście. Ale często wpływają i to w większym, niż chcielibyśmy się do tego przyznać, stopniu. 
Kolejny aspekt, który mnie poruszył, to rola matek w tej książce. Rola, czy raczej to, jak mogą determinować życie własnych dzieci, kierując się osobistymi traumami lub też lękami. 
Trzecia, to taka jeszcze inna sprawa, a mianowicie fakt tego, że bohaterami uczynił autor osoby starsze. W końcu Anna w dniu ucieczki ma siedemdziesiąt cztery lata. A najczęściej nie jest to wiek, w którym człowiek z chwili na chwilę porzuca dotychczasowe życie, ową bezpieczną rutynę, stabilizację, jak zwła, tak zwał. Anna jednak podejmuje to ryzyko, a my z czasem dowiadujemy się, dlaczego ta oddana żona i matka zniknęła z domu pewnego dnia. 

Nie ukrywam, że być może nie jest to lektura, którą jeszcze obecnie powinnam czytać. Bardzo mnie wzruszyła, aż sądzę, za bardzo. Pojawiły się nawet łzy, być może w innej chwili aż tak bym na te treści nie zareagowała, trudno mi osądzić. Z pewnością „Ucieczka Anny” jest książką dla osób o wysokiej wrażliwości i chęci na spojrzenie na temat pod wieloma kątami a nie szablonowo. Z pewnością skłania do myślenia i podczas lektury i już po niej. Ale to akurat uważam za cechę zbieżną książek wydawanych w serii „Z Żurawiem” wydawanej w Bo.wiem. Przynajmniej dotyczy to wszystkich czytanych przeze mnie książek w tej serii wydanych. 

Na koniec, cytaty, które jak wiecie, lubię wypisywać z książek, które mnie w większym stopniu poruszyły:

„(…) Dzieci nie należą do nas. Po tym, jak wydajemy je na świat, są już po drugiej stronie szyby”.

„(…) ponieważ nikt nie wie lepiej od matki, co jest dobre dla jej dziecka, a synowie tego nie wiedzą, roszczą sobie prawo do wolności, która naraża ich na cierpienie, (…).

Ale tych cytatów może być oczywiście dużo więcej, w zależności, co czytelnika poruszy, co go wzruszy, czy może zirytuje. 

Jak wspomniałam, jak na debiut, „Ucieczka Anny” jest świetna. Będę miała w pamięci nazwisko autora i nadzieję na więcej książek, które w przyszłości napisze. 

Moja ocena, to 5.5 / 6.

20 lat blogu !

 Dzisiaj mija równo dwadzieścia lat, odkąd zaczęłam prowadzić mój blog. 

Początkowo miał on zupełnie inny charakter, miał opowiadać o podróżach, ale szybko to się zmieniło. Okazało się, że nie prowadzę tak podróżniczego życia, za to sporo czytam. A blogów książkowych wówczas było jak na lekarstwo. O czym może świadczyć fakt, że w tamtych złotych czasach początków blogowania co i rusz zgłaszały się do mnie rozmaite wydawnictwa lub autorki czy autorzy z propozycją recenzencką.

Po tych dwudziestu latach wciąż piszę, mam niewielką współpracę recenzencką w porównaniu z tym, co było wcześniej, ale nie narzekam, bo to dobra, sprawdzona współpraca. Tak więc wciąż piszę, (chociaż teraz, jak zdążyliście się zorientować, nieco mniej, dopadły mnie zmartwienia osobiste i zwyczajnie, nie mam do pisania nastroju) o książkach, o życiu, o tym, co mnie dotyka. Niemniej jednak z czasem blog stał się głównie książkowy.

Nieustannie żałuję zlikwidowania platformy Blox. Blogi i tak są mniej czytane, wszystko przeniosło się w inne miejsca, ale mam wrażenie, że jednak wyrobiłam tam sobie coś w rodzaju „marki”.

Mam jednak przy tym wszystkim nadzieję, że wciąż są ze mną Osoby, które towarzyszą mi od początku. 

A jeśli ktoś z Was chciałby mi zrobić miły rocznicowy prezent, chętnie dowiedziałabym się, w jaki sposób trafiliście na mój blog.

„Widmo przeszłości”. Aneta Kisielewska.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście szesnastolatką, która podczas przeholowała z rozmaitymi środkami i z alkoholem. W związku z tym w domu po waszym powrocie odbywa się karczemna awantura po której wszyscy rozchodzą się do swoich pokojów. A w sobotni poranek, kiedy budzisz się i zaczynasz obmyślać, jak zmiękczyć rodziców, którzy na pewno wymyślą jakieś konsekwencje twojego zachowania, orientujesz się, że jesteś w domu sama. Nie ma ani mamy, ani taty ani pięcioletniej siostry, Klaudii.
Klarę Ross szesnaście lat wstecz spotkała dokładnie taka sytuacja.
Bohaterkę poznajemy w chwili, gdy dziewczyna budzi się po imprezie i początkowo nie przejmując się nieobecnością pozostałych domowników, szybko orientuje się, że ten sobotni poranek mocno różni się od wcześniejszych. I niestety, bardzo szybko dociera do dziewczyny, że ten poranek, to koniec świata, bezpiecznego, beztroskiego świata, jaki miała ze swoją rodziną a początek zupełnie nowej rzeczywistości. A jej rodzina skurczyła się do dwóch osób, jej i babci ze strony mamy.

Szesnaście lat później Klara jest już żoną i matką pięcioletniej Tosi. Mimo zaginięcia rodziny, która kilkanaście lat temu po prostu zniknęła z rodzinnego domu, jej samej udało się stworzyć swoje bezpieczne miejsce, swoją własną rodzinę.
Niestety, traumie zaginięcia bliskich i nieodnalezienia mamy, taty i siostry, towarzyszy wieczny lęk i stres, łagodzony przez wieloletnią terapię i leki. Niemniej jednak każda rocznica zaginięcia bliskich wiąże się dla Klary z o wiele większym nasileniem lęków, obaw, jak również złych snów. Nie inaczej jest w chwili, gdy poznajemy ją szesnaście lat po traumatycznym wydarzeniu.
Nie dość, że ma koszmary, w których widzi swoich bliskich, którzy zniknęli i wydają się wołać ją o pomoc, to jeszcze ma wrażenie, że ktoś od pewnego czasu obserwuje dom jej, jej męża Michała i małej Tosi. Ale kto to mógłby być? I czego chce od nich? A może chodzi mu jedynie o Klarę? Kobieta jakimś szóstym zmysłem wyczuwa to i czuje się dodatkowo zaniepokojona.

Niestety, Michał, nauczony doświadczeniem nasilających się u Klary rokrocznie w okolicy rocznic zaginiecia rodziny, strachów i koszmarów, początkowo nie chce wierzyć w to, co kobieta mu relacjonuje.
I nawet to, co zaczyna się coraz bardziej intensywnie dziać dookoła nich, wszystko to jakoś go nie przekonuje do tego, aby jej uwierzyć.
Klara czuje się w tym wszystkim bardzo osamotniona. A najgorzej, że sytuacja zaczyna coraz bardziej się pogarszać a kobieta coraz bardziej czuje się sama w tej całej historii. I sama nie wie, czy pogarsza się jej samopoczucie, czy może jednak sama to sobie wymyśliła, czy jednak faktycznie ktoś uprzykrza jej życie. Ale czemu? Jaki chce odnieść skutek? Czy to ktoś, kto skrzywdził wtedy jej rodzinę?

„Widmo przeszłości”, to thriller, który oprócz samej akcji, może dać do myślenia. Czy możliwe jest, że z chwili na chwilę giną trzy osoby i śladu po nich nie ma? Czy istnieje zbrodnia doskonała? A może jest nadzieja na to, że jednak prędzej, czy później każdy czyniący zło zostanie namierzony i ukarany? Jak można dać sobie radę po tak dramatycznych wydarzeniach w młodości?

Ta książka, to dobry wybór na wakacyjny wyjazd, jeśli szukacie czegoś do poczytania podczas urlopu.

Moja ocena to 4.5 / 6. Daję jej taką ocenę, bo niestety, zbyt wcześniej pewnych spraw się domyśliłam.

„Rozbite lustro”. Merce Rodoreda.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2024).

Przełożyła z języka katalońskiego Anna Sawicka. 
Tytuł oryginalny Mirall trencat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, nie znam autorki książki „Rozbite lustro” ale zainteresował mnie sam jej opis a przede wszystkim fakt, że jej akcja dzieje się na obrzeżach Barcelony. A konkretnie w rodzinnej willi na jej obrzeżach. 

Ale zanim trafimy do samej posiadłości poznajemy kobietę, mężatkę.
Teresa Goday de Rovira to postać z pewnością nietuzinkowa. Nie pochodzi z bogatej rodziny, wręcz odwrotnie, za to nie można odmówić jej tego, że w życiu sprzyja jej szczęście. Poznajemy ją w początkach jej pierwszego małżeństwa. Związku zawartego zdecydowanie dla obustronnych korzyści dwójki, za to będącego czymś w rodzaju pomostu Teresy, córki właścicielki straganu rybnego w tak zwany wielki świat. A przynajmniej w świat, w którym nikt nie musi oglądać każdego grosza dwa razy, zanim ów grosz wyda. 

I oto wraz z poznawaniem losów Teresy poznajemy jej rodzinę zasiedlającą piękną i obszerną posiadłość pod Barceloną. Posiadłość, w której toczy się życie nieco na dwóch poziomach, właścicieli i służby aczkolwiek większy nacisk zdecydowanie położony jest w narracji na opis życia bogatszej części mieszkańców domu.

„Rozbite lustro” napisane jest w bardzo charakterystycznym stylu. Bardzo barwnym, opisowym, takim, jak ja go nazywam, mięsistym. Czasem, kiedy potrzeba, onirycznym. Zawsze podkreślam, że osoby pochodzące z krajów hiszpańskojęzycznych piszą według mnie w takim właśnie wyłapywalnym, bogatym stylu. I nie inaczej jest w tej książce. 

„Rozbite lustro” zostało podzielone na trzy części, z których każda składa się z niewielkiej objętości tekstów, z których każdy nosi tytuł odnoszący się do treści.

Jak pisałam, książka ta jest barwna, pełna postaci, których wierzcie mi, jest naprawdę dużo. Dzieje się w niej także dużo. Bohaterowie mają swoje własne tajemnice, powoli odkrywane przez nas na kartach książki. Zdarza się tu więc mnóstwo miłości ale i zdrad, są tajemnice, zabawa i cieszenie się życiem ale i śmierć i żałoba. 
Co mnie zaskoczyło, mimo, że jest tych postaci mnóstwo i każda z nich wiedzie osobne, autonomiczne życie, to właśnie, wydaje się, że rodzina żyjąca przecież pod jednym dachem nie wydaje się być jednością. To jedno. Nie wiem do końca, czy takie było założenie samej autorki, jeśli tak, to jest to ciekawy zabieg ukazania takiego życia niby razem a jednak obok siebie członków jednej rodziny. Druga rzecz, która mnie, jako czytelniczkę trochę zaskoczyła i to nieco na minus, nie wiem czemu, ale nie byłam w stanie polubić którejkolwiek z postaci. Nie udało mi się współczuć nawet tym, których losy nie były zbytnio udane. Nie udało mi się też nikogo intensywniej znielubić.  Po części może to wynikać z tego, że niektórzy bohaterowie nie zostali według mnie wystarczająco ciekawie i szczegółówo opisani, scharakteryzowani. Niewiele o nich wiedząc, znając jedynie wycinek z ich życia, trudno jest im kibicować lub nie. Trudno jest nawet zwyczajnie po prostu żywić jakiekolwiek odczucia względem tych osób, które poznajemy właściwie powierzchownie. Najbardziej, jeśli już, lubiłam jedną z mieszkających od dawna służących, noszącą imię Armanda. 

W sumie jednak według mnie to „Rozbite lustro” postanowiłam potraktować jako bardzo barwną w kontekście postaci i wydarzeń rodzinnych, rodzinną historię właśnie. Opowiada ona o trzech pokoleniach żyjących w posiadłości w Katalonii. Wydarzenia historyczne wydają się być również bardzo delikatnie zarysowane, ot w sumie po to, aby nakreślić tło dla wydarzeń spotykających naszych bohaterów. 

Muszę powiedzieć, że na swój sposób tę książkę warto czytać po prostu dla jej z pewnością malownicznego i oryginalnego stylu, języka, niemniej jednak uczciwie dodam, że nie jest to według mnie do końca wykorzystany potencjał, jaki mogła na kartach powieści rozpisać nam autorka. Według mnie szkoda tego nieco niewykorzystanego pomysłu czy możliwości ale to oczywiście moje zdanie i być może nie każdy się z nim zgodzi a z pewnością nie każdy musi je podzielić. 

Na pewno jest to coś kompletnie odmiennego od kyminałów, którymi teraz się zaczytuję i stanowiło przyjemną zmianę po tropieniu zabójców i złych ludzi. 
Jednocześnie, z pewnością nie mogę odmówić książce „Rozbite lustro” tego, że potrafi ona przenieść nas w świat wyższych sfer, bogaczy noszących się elegancko, ubranych w szeleszczące suknie, obwieszonych piękną biżuterią. Dzięki niej możemy uczestniczyć w operowych spektaklach oglądanych w zarezerwowanych wcześniej lożach teatralnych, brać udział w wystawnych przyjęciach i bankietach.
W tym wszystkim jest jakaś cząstka magii przypominająca, że świat literacki, to nic innego jak bezpłatna podróż w miejsca i w czasy, w których bez literatury nigdy byśmy się nie znaleźli. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Seria o Maggie O’Dell

 Czy zdarzyło się Wam wrócić do jakiejś serii czytelniczej, którą czytaliście dość dawno temu?
Ja wróciłam, trochę przypadkiem, do cyklu autorstwa Alex Kavy o agentce FBI, Maggie O’Dell. I powrót ten okazał się być świetnym pomysłem. Cykl jak widzę na Biblionetce, ma piętnaście części. Ja jestem już przy jedenastej (jedna z nich, jeśli dobrze zrozumiałam, została napisana „w środku” ale stanowi część pierwszą, wprowadzającą w historię Maggie O’Dell (jakoś nie chcę używać nazwy „prequel”) a nosi ta część tytuł „Przedsmak zła”.
Obecnie czytam część jedenastą tego cyklu, czyli „Ostateczny cel” i jest to już kolejna, której nie czytałam wcześniej ale tak do siódmej lub nawet ósmej (nie pamiętam teraz dobrze) byla to lektura, do której wróciłam po wieeeeelu latach. I, co mnie zaskoczyło ale tak na plus, okazało się, że obecnie oceniam książki lepiej niż wtedy gdy poznawałam je po raz pierwszy. Co to oznacza? Albo zrobiłam się mniej wymagającym czytelnikiem, albo byłam kiedyś bardziej surową w ocenie. Albo też, co najbardziej prawdopodobne, miałam wielką ochotę na właśnie taki klimat czytelniczy oraz doceniam w tym cyklu coś więcej niż jedynie ciekawy kryminał, thriller. Co teraz ogromnie mnie wciągnęło to to, że przedstawione jest też życie osobiste zarówno samej Maggie jak i jej współpracowników i przyjaciół. Według mnie więc dobrze jest, to taka informacja dla osób, które poczują się zachęcone moim dzisiejszym wpisem do zapoznania się z tą serią, czytać książki w kolejności. Losy Maggie są bowiem ciekawe i warto je poznać we właściwej chronologii. Dobrze jest też zobaczyć, które wydarzenia mające miejsce w życiu Maggie bezsprzecznie na nią wpłynęły i co zdeterminowało takie a nie inne jej zachowania.

Pisząc ten post mam ogromną nadzieję na jakąś dyskusję w komentarzach. Nie ukrywam, nie jestem w stanie poznać sekretu popularności blogów i tego, że u niektórych osób rozwija się dyskusja na pięćset komentarzy nawet w momencie, gdy napisane jest o zmianie zasłon 😛 a gdzieniegdzie cisza i posucha. 
A naprawdę chętnie dowiem się czy lubicie takie książkowe powroty, zwłaszcza do cyklów właśnie.

Refleksyjnie, rocznicowo…

Dzisiaj kolejna smutna rocznica, jaką jest trzynaście lat od dnia, w którym nasze serca pękły na pół…
Te wszystkie wspomnienia z maja 2011 roku wciąż są gdzieś w mojej głowie, zostaną już na zawsze to wiadomo.
Narodziny Emilki, walka o Jej życie, to jaka była dzielna, w końcu śmierć i przygotowania do pogrzebu, który organizowała Osoba, która zna mnie od urodzenia (jakiś parszywy paradoks życia 😦 ). Wreszcie, pogrzeb, który poprosiłam aby odbył się w przeddzień Dnia Matki, żeby tej daty dodatkowo jeszcze jakoś nie naznaczać.

Po raz milionowy to napiszę, wiem,że rozumieją mnie Osoby, które też są po stracie a mam takich Osób wśród znajomych niestety wiele, zbyt wiele, nie ma dnia, sekundy pewnie, żeby z tyłu głowy nie było o Niej myśli…

I po raz kolejny to napiszę, jest we mnie ogromna wdzięczność za obecność Janka w naszym życiu.
Nie wiem naprawdę, jakby potoczyło się ono bez Niego…

Pomyślcie dziś przez chwilę o małej, walecznej Dziewczynce, która była z nami za krótko ale która na zawsze pozostała w naszych sercach…

Alice Munro

Wczoraj doszły nas wieści o tym, że trzynastego maja zmarła Alice Munro.
Noblistka otrzymała Literaką Nagrodę Nobla w roku 2013.
Czytałam jej opowiadania bo to właśnie z tej formy literackiej autorka słynęła i muszę powiedzieć, że pomimo że uważałam je za nie zawsze „równe” to czytałam je zawsze z wielką przyjemnością. Zajrzałam w archiwum blogu i czytałam cztery tomy jej autorstwa a jak widzę, na czytniku czeka jeszcze parę.
Być może wrócę do prozy Munro niebawem, jakoś tak mnie teraz naszła chęć na powrót.

A czy Wy znacie opowiadania Munro? I jeśli tak, to czy Wam się podoba jej proza?

„Jęk zamykanych bram”. Wojciech Wójcik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

W zeszłym roku, jak może pamiętają stali czytelnicy mojego blogu, odkryłam dla siebie polskie nazwisko autora kryminałów, jakim jest właśnie Wojciech Wójcik. Zaczęłam od jego „Biletu dla zabójcy” i wciągnęła mnie ta książka do tego stopnia, że od tej pory przeczytałam dużo więcej  kryminałów jego autorstwa. I oto mamy najnowszy kryminał autora o dość intrygującym tytule, zaczerpniętym z wiersza Antoniego Słonimskiego „W Warszawie”. 

Od razu powiem, że dość wyjątkowo jak na książki Wójcika, grono bohaterów biorących udział w wydarzeniach przedstawionych w książce jest wąskie. Nawet powiedziałabym, kameralne. Ale nie zmienia się inna „stała” autora czyli fakt, że śledztwo w książce prowadzą nie tylko profesjonaliści ale rzekłabym, laicy, zwykli ludzie biorący udział w sprawie.
Policyjnego śledztwa właściwie tu nie ma czy raczej, nie poznamy tym razem jego kulisów czy szczegółów. 

Akcja książki rozgrywa się w otoczeniu mecenasa Mikołaja Szulca, nazywanego powszechnie Mecenasem. Prawnik jest między innymi właścicielem restauracji-klubu mieszczącego się w Warszawie na ulicy Oboźnej 13, noszącego nazwę Trzynastka.
Poznajemy Edytę, pracownicę restauracji, która raczej pracuje tam na wieczorne zmiany a przed południem i wczesnym popołudniem pracuje w innym miejscu. Edyta to młoda dziewczyna, która przyjechała do Warszawy w, cóż, żadne to zapewne odkrycie, poszukiwaniu lepszego życia ale też chyba chęci radykalnego zmienienia swojego życia. W rodzinnym domu na Mazurach została rodzina ale i sporo złych wspomnień i trauma na resztę jej życia. 
Pracuje ciężko i chociaż nie zarabia kokosów, jakoś przędzie jak się to kolokwialnie mówi. Może odłożyć pieniądze nie na swoje zachcianki a raczej na pomoc bliskim a dzieje się to między innymi dzięki wyrzeczeniom. Na przykład, śpi w komórce w piwnicy kamienicy, której właścicielem również jest Mecenas. Mecenas bowiem jest też znany w stolicy nie tylko z powodu bycia prawnikiem czy właścicielem klubu lecz prawdopodobnie najbardziej znany jest jako osoba odzyskująca nieruchomości. Sam wszedł w posiadanie kamienicy i zatrudnia „czyścicieli kamienic”. Cóż, nie jest to zapewne ktoś, z kim chętnie byśmy posiedzieli przy kawie i porozmawiali poznając się jakoś bliżej. Zreszta, zależy jakie kto ma oczekiwania od znajomości. Ja niekoniecznie nie chciałabym poznać tego typu osobnika. 
Edyta nie ma wielu znajomych w Warszawie ale na pewno coś na kształt lepszej znajomości bo chyba nie przyjaźni łączy ją z Arkiem Majem. Arek jest ochroniarzem w Trzynastce i też mieszka w piwnicy kamienicy. 
Niestety, pewnego dnia zostaje on brutalnie pobity i trafia do szpitala gdzie lekarze z pewnością mogliby mu pomóc ale niestety, ktoś uniemożliwia im te zamiary mordując mężczyznę. 

Mecenas czuje się zaniepokojony atakiem na swojego pracownika, tym bardziej, że ma córkę, która jest oczkiem w głowie prawnika. Zleca więc prywatne śledztwo swojemu innemu pracownikowi, byłemu policjantowi, Mateuszowi Krysiakowi i pracującej dla Mecenasa prawniczce, Karinie Nowackiej. 
Jednocześnie, o czym zupełnie nie wie Szulc, swoje prywatne śledztwo podejmują zupełnie niezależnie od siebie dwie kobiety. Edyta, która chce dowiedzieć się, co się stało ale również, komu oddać powierzone jej pieniądze, które na chwilę przed trafieniem do szpitala przekazał jej Arek i Andżelika Majewska, lekarka na stażu na chirurgii. Te dwie niezależne, jak wspomniałam, „detektywki” prowadzą równolegle swoje dochodzenie. Trzecie to to prowadzone przez Mateusza i Karinę. Czwarte przez policję. 
Wydaje się być tu aż nadto „śledczych” i tych profesjonalnych ale i tych niekoniecznie ale też i sama sprawa jest mocno zagmatwana.

Edyta na przykład z przykrością stwierdza, że ona i Arek pochodzili z niemal sąsiedztwa o czym Arek nigdy nie powiedział dziewczynie gdy ta opowiadała, że pochodzi z Mazur. Nie zająknął się nawet o tym, że są krajanami i to naprawdę z bliskich okolic.
Nawiasem mówiąc, to czytając tę książkę odkrywałam po raz kolejny znane mi dobrze miejsca między innymi nasze ulubione warmińskie miasteczko czyli Reszel. Ponieważ stali czytelnicy blogu (czy raczej odwiedzający stronę blogu na Fb) wiedzą, że od 2016 roku regularnie bywamy pod Reszlem, mogę na przyszły raz służyć pomocą i wsparciem do co szczegółów, gdyby Szanowny Autor zechciał raz jeszcze osadzić akcję któregoś ze swoich kryminałów w tamtych rejonach ;). Miło mi również było część książki czytać właśnie pod Reszlem, gdzie spędzaliśmy tradycyjnie, majówkę. 

Tak więc w dość krótkim jak to zwykle ma miejsce w książkach Wójcika czasie, dzieje się dość dużo bo wszystkie te prowadzące swoje dochodzenia osoby działają, ich ścieżki częśtokroć się przecinają a dochodzenie do prawdy zaczyna być coraz bardziej frapujące. 
Czy Mecenas naraził się komuś ze światka czyścicieli kamienic? A może to poboczna działalność klubu Trzynastka ściągnęła kłopoty na jego pracownika? 

Dlaczego Arek Maj wydaje się być tajemniczy jeszcze bardziej niż uśmiech Mony Lisy, kto stoi za pobieciem i jego zabójstwem? Co z tym ma wspólnego dawna grupa lokalnych bandziorów znad Zalewu Zegrzyńskiego? Oraz wreszcie, jakie konkretnie wątpliwej natury a na pewno nielegalne interesy dzieją się tak naprawdę w bliskim otoczeniu Szulca. Tego dowiemy się po przeczytaniu „Jęku zamykanych bram”.
Dla mnie ciekawym wątkiem był nie tylko ten stricte kryminalny ale losy Edyty, przyjezdnej, która jakoś nie powielała mitu osoby, która po przeprowadzce do wielkiego miasta nagle odniosła natychmiastowy i spektakularny sukces i świetnie sobie radziła w mieście a wręcz borykała się z najrozmaitszymi trudnościami. I tak jak właśnie jej śledztwo napotykało przeszkody, tak miałam wrażenie, że to właśnie kolejne tytułowe bramy zamykają się przed nią samą nie oferując jej nic oprócz rozczarowania. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Odkładam przeczytaną książkę i nie ukrywam, że czekam na coś nowego, co wyjdzie spod ręki Wojciecha Wójcika. 

„Wybacz”. Kamila Cudnik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To moje pierwsze spotkanie literackie z kryminałem Kamili Cudnik ale sądzę i nawet mam nadzieję, że nie ostatnie. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż, mimo, że nie czytałam pierwszej z książek z cyklu o komisarzu Robercie Bukowskim, noszącej tytuł „Zgadnij, kim jestem”, to tę czytało mi się dobrze. I również, mimo, że z założenia jest to kryminał, książka ta posiada dobrą warstwę psychologiczno obyczajową. Przyznać nawet muszę, że ta strona podobała mi się bardziej niż sam wątek kryminalny. 

Robert Bukowski to policjant ze sporym stażem, pracującym w jednej z toruńskich komend. 
Jego żona to Izabela, artystka malarka. Małżenstwo ma czternastoletnią córkę, Konstancję i wiedzie życie wydawałoby się w miarę ustabilizowane, mimo, że w ich życiu nie brakowało ciężkich chwil. Cztery lata temu Robert wdał się w romans, który co prawda nie zaowocował rozstaniem pary ale jak możemy się domyślać, spowodował na pewno niełatwe momenty w życiu całej rodziny. 

Policyjną sytuację Bukowskiego poznajemy w chwilach zmian w miejscu pracy. Jakiś czas temu z Warszawy przybył im nowy pracownik, Paweł, na dniach dochodzi nowa pracownica, Karolina, mówiąc kolokwialnie wepchnięta trochę na siłę i po znajomości właśnie do tego konretnego miejsca pracy. 
Niemniej jednak Robert nie ma czasu na zastanawianie się nad kolejnymi zmianami i tym, co one dla niego samego mogą oznaczać (może niedobrze bo okaże się, że oddziaływać będą bardziej niż myślał) bo oto zdarza się straszna zbrodnia. Ktoś zastrzelił parę młodych ludzi, licealistów, Martynę i Szymona. 
Zbrodnia na jeszcze jakby nie było, niemal dzieciach a dopiero co wchodzącej w życie młodzieży sprawia, że wszyscy mobilizują się aby jak najszybciej dowiedzieć się, kto zdecydował się odebrać życie tej parze. Rusza śledztwo, które szybko okazuje się być bardzo skomplikowane. Pojawia się w nim wiele postaci, wątków a wszystko to trzeba porządnie złączyć w logiczną całość dającą odpowiedź na to, kto jest zbrodniarzem. 
Bukowski podczas śledztwa szybko orientuje się, że w rodzinie zabitej dziewczyny działy się różne rzeczy i że niestety, dopiero on będzie musiał odkryć wiele tajemnic, które miały tam miejsce. A łatwe to z pewnością nie będzie.

Równolegle do śledztwa dzieje się wiele w rodzinie zarówno samego komisarza, jak i w gronie znajomych i okazuje się, że niestety ale pierwsze wrażenie, które ktoś na nas robi, często jest mocno mylne. Warto brać pod uwagę wszystkie opcje i możliwości bowiem niestety ale każdy ma swoje większe lub mniejsze sekrety, o których ostatnia rzecz o jakiej marzy, to ta, że wyjdą one na jaw. 

Jak już pisałam, warstwa psychologiczno-społeczna spodobała mi się o wiele bardziej od tej kryminalnej. 
Dużo tu prawdziwych obserwacji z życia, możliwości jakie z pewnością mogłyby zaistnieć w pradziwym świecie. Nikt nie jest czarno biały i postaci wydają się być po prostu możliwe do zaistnienia a to sobie zawsze w książce ogromnie cenię. Nie lubię chodzących ideałów ale też zakładam, że nie jest możliwe aby jednak ktoś był z gruntu tylko i wyłącznie zły.

Mimo, że jest to książka dość słusznej objętości, czytało mi się ją świetnie. Intrygowało mnie zarówno to, kto okaże się sprawcą zbrodni ale również to jakie miał powody. Również nie ukrywam, skomplikowane relacje Roberta i Izabeli stanowiły dla mnie interesujacy motyw. 
Mam nadzieję na to, że autorka ma dla nas jeszcze kontynuację tej serii bo nie ukrywam, poczułam się zaciekawiona i wciągnięta w ten cykl. 

Moja ocena książki to 5 / 6. 

Życzenia Świąteczne

Z Okazji Nadchodzących Świąt Wielkanocnych chciałam Złożyć stałym  i nowym czytelnikom mojego blogu Życzenia : Zdrowych, Radosnych Świąt, spędzonych tak, jak jest to Wam w tej chwili najbardziej potrzebne. 

Tym, którzy są wierzący, życzę aby poczuli po raz kolejny Siłę Zmartwychwstania i tego, że Dobro zawsze pokona zło. 

Wszystkim nam, odpoczynku i spokoju, to jest według mnie ostatnio bardzo nam potrzebne bo żyjemy w bardzo niespokojnych czasach. 

Oraz, oby może Zajączek rozpieścił nas jakimś dobrym tytułem książkowym? 🙂