Post zbiorczy.

Stwierdziłam, że chcę Wam napisać, co czytałam przed Świętami, ale niespecjalnie chcę robić osobne wpisy dla poszczególnych książek, więc wyjdzie wpis zbiorczy.

Udało mi się przeczytać otrzymaną na Mikołajki „Przyszedł list z Monachium” Hakana Nessera, z cyklu o inspektorze Gunnarze Barbarottim. Część akcji dzieje się podczas pierwszych Świąt Bożego Narodzenia w pandemii wiadomego wirusa, kiedy to świat nakazał ludziom spędzać te rodzinne z założenia święta raczej w bardzo kameralnym gronie. Do tych zasad nie zastosowała się pewna rodzina, a raczej jeden z braci wchodzący w jej skład, który to brat zaprosił do siebie na Święta rodzeństwo z małżonkami lub dziećmi. No i podczas tych Świąt gospodarz zostaje zabity. Taka właściwie w klimacie książek Agathy Christie, bo i odizolowana od świata osada i wąziutkie grono podejrzanych i zbrodnia, u podstaw której leżą emocje, jakby nie było. Nie jest to według mnie najlepsza książka Nessera, ale nie uważam, abym żałowała nawet minuty nad nią spędzoną. Przyjemnie było powrócić do książki jednego z ulubionych autorów kryminałów.

Wspomniałam Agathę Christie i nie bez powodu, bo i jej kryminał przypomniałam sobie przed Świętami Bożego Narodzenia, właśnie dlatego, że jej akcja zaczyna się na parę dni przed tymi Świetami właśnie. A mówię tu o „4.50 z Paddington” autorstwa oczywiście Królowej Kryminału. Tak, czytałam wielokrotnie, tak, znam na pamięć, a mimo tego to jedna z tych moich prywatnych tradycji (oprócz „Wędrowców” Joanny Papuzińskiej), do której często wracam właśnie w przedświątecznym czasie.

Powróciłam też do książki Ewy Nowackiej, „Małgosia contra Małgosia”. Uwielbiałam te przygody nastolatki z lat siedemdziesiątych przeniesionej do dworku szlacheckiego w siedemnastym wieku za dzieciństwa, uwielbiam, jak się okazuje i obecnie. Wspaniale, że swego czasu odkupiłam sobie ebook tej książki. Jest świetna, naprawdę!

Pod choinką znalazłam trzy książki, dwie Michała Śmielaka. Pierwszą z nich skończyłam dosłownie co dopiero, a jest nią „Wilcza Chata”. Fantastyczny trhiller. Akcja dzieje się w Bieszdzadach. Młoda kobieta, Agata, ćwiczy bieg do sezonowego biegu, który tamże ma miejsce i podczas jednego z biegu zostaje zaatakowana przez jakiegoś agresora. Wydaje się, że padnie ofiarą napastnika, ale udaje jej się przeżyć, chociaż podczas ataku traci przytomność. Agata budzi się w chacie tajemniczego wybawiciela, którym okazuje się poczytny autor kryminałów i trhillerów, który parę lat wstecz zniknął z Warszwy i zaszył się gdzieś (Agata wie już, gdzie) po przeżyciu tragedii rodzinnej. Bardzo mi się ta książka podobała, chociaż, no cóż, była brutalna, nie powiem, że nie. Ale jest to świetny thiller i polecam naprawdę tym, którzy lubią ten gatunek. A teraz zaczęłam „Pomruk”, drugi prezent książkowy tego samego autora.

Sytuacja, w której się znalazłam (jak wiedzą stali czytelnicy blogu, moja Mama zmarła dziewiątego grudnia ubiegłego roku), sprawiła, że jestem obecnie w trakcie realizacji własnego, indywidualnego projektu czytelniczego. Zainspirowało mnie do tegoż zdjęcie mojej Mamy, z książką wydaną u nas w 1966 roku (przynajmniej wygląda na to, że z tego roku wydanie na owym zdjęciu posiadała moja Mama). A jest to „Zielone piekło” Raymonda Maufraisa. Piotrek nabył mi egzemplarz w miejscu na A. i obecnie jestem w mniej więcej jednej czwartej książki. Jak na razie, bardzo mi się podoba, mimo pewnych określeń i języka obecnie oczywiście niedopuszczalnego. No, ale jeśli się posiada wiedzę historyczną i to, że jednak dobrze, że język się zmienia, można na to przymknąć oko i skupić się na treści.

A mój projekt będzie zakładał przeczytanie ważnych dla mojej Mamy książek. W planach „Egipcjanin Sinuhe”, której autorem jest Mika Waltari. Będę też rozglądać się za „Ja, Klaudiusz” i „Pogodą dla bogaczy”. No i koniecznie muszę wrócić do „Krokodyla z kraju Karoliny” Joanny Chmielewskiej, bo wydaje mi się, że to tę książkę moja Mama czytała będąc w ciąży i mając mnie narodzić (stąd zawsze mówię, że miłość do kryminałów Chmielewskiej czerpałam już na etapie życia płodowego).

„Portret mordercy”. Anne Meredith.

 Podtytuł: „Świąteczna opowieść kryminalna”.

Przełożyła Katarzyna Bogiel.
Tytuł oryginalny „Portrait of a Murderer: A Christmas Crime Story.

Sięgnęłam po książkę napisaną w roku 1934 powodowana nadzieją na klimat podobny do kryminałów mojej ulubionej autorki, Agathy Christie. Ale otrzymałam coś zupełnie innego. Moja sympatia do książek Christie nie została niniejszym naruszona. 

Książka zdradza nam część kryminalnej historii już w pierwszych swoich słowach, informując czytelnika, że Adrian Gray zginął w Boże Narodzenie roku 1931 z rąk jednego ze swoich dzieci. Po czym właściwie równie szybko dowiadujemy się, kto konkretnie popełnił tę straszną zbrodnię.

Angielska posiadłość, w której zamieszkuje zamordowany Gray wraz z matką i jedną z córek, co roku w okresie Świąt Bożego Narodzenia staje się areną spotkań rodzinnych. Teoretycznie takie świąteczne spotkania mogą okazać się przyjemne. W końcu kiedy, jak nie w takim czasie rozsiani po okolicy i Londynie członkowie rodziny starszego pana mogą się spotkać i razem spędzić czas? W praktyce wychodzi na to, że członkowie tej rodziny wzajemnie się nie lubią, nie tolerują, a do ojca zjeżdżają jedynie po to, aby ugrać swoje partukularne interesy. To ludzie, którzy kiedyś mieli pieniądze, ale niestety, w rozmaity sposób uszczuplili swoje majątki. Nie są oczywiście w żadnej skrajnej biedzie, ale uważają, że należy im się więcej i jeszcze więcej. Każdy więc przybywa do domu ojca i zięcia z osobnym zamiarem wystarania się o coś. Najczęściej o konkretną gotówkę, która jednak każdemu z nich służyć ma nieco innym celom. Wśród gości jest też zięć Adriana, który przybył na świętowanie w nastroju bynajmniej świątecznym. Jego nieuczciwe zarządzanie majątkiem powierzonym mu przez teścia zaczyna przypominać kolosa na glinianych nogach i mężczyzna czuje się nieco jak w potrzasku. 
Jednym słowem, żaden z zaproszonych gości tak naprawdę nie przybył tu z potrzeby serca a dla własnych interesów. 
Brzmi to trochę jak tykająca bomba, która wkrótce wybuchnie. Wrażenie okazuje się słuszne, jedno z dzieci nie wytrzymuje piętrzących się w nim emocji i narosłych latami złych relacji z ojcem i w noc z Wigilii na Boże Narodzenie dzieje się najgorsze, czyli zbrodnia. 
Jak już wspomniałam na samym początku, czytelnik szybko wie, kto ją popełnił i dalszy ciąg książki, to przedstawienie tego, co działo się w domu po strasznym odkryciu, a także sporo refleksji zabójcy. Nie to, żeby człowiek darzył sympatią zbrodniarzy, ale czasem postać skonstruowana jest tak, że czytający dostaje szansę zastananowienia się nad motywacją zbrodniarza, nad tym, czemu postąpił tak, a nie inaczej. Tu, przynajmniej moim zdaniem, autorka nie daje nam cienia szansy na podjęcie jakiejkolwiek próby zrozumienia sprawcy. 
Tak w ogóle, to żaden z bohaterów nie budził mojej sympatii. Ani skwaszony, pełen pretensji ojciec, ani żadne z jego dzieci. 

Jeśli chodzi o warstwę kryminalną, to zdradzenie sprawcy na początku nie przemawia do mnie. Wolę klasyczne śledztwo i możliwość dochodzenia wraz z policją, kto jest przestępcą. W dodatku nie przemawiały do mnie bezsensowne rozkminy zabójcy ojca. Beznadziejny typ, z jakimiś nieuzasadnionymi pretensjami do ojca i reszty rodzeństwa. 
Niemniej jednak, gdyby porzucić opcję kryminału, „Portret mordercy” stanowi według mnie ogromnie interesujący portret ówczesnych ludzi, nie tylko klasy wyższej, jak się okazuje.
Ilość zdarzających się nieprawidłowości (nie chcę użyć słowa „patologia”) zadzwiwiła mnie i uświadomiła, że najprawdopodobniej nieco sobie idealizuję lata trzydzieste ubiegłego wieku. Ludzie jak byli źli, tak są i będą, niestety. A motywy zbrodni, cóż, bywają aż do znudzenia podobne, lub wręcz, takie same. Pokazana jest natomiast ciekawie obłuda ludzka, hipokryzja, nieuczciwość, pazerność.

Jednym słowem  o książce, (lub może więcej, niż jednym), trochę się jednak na niej zawiodłam, ale być może wynika to z tego, że miałam najwyraźniej jakieś większe oczekiwania względem książki jako kryminału. Do sprawdzenia dla tych, którzy chcą wyrobić sobie własne zdanie.

Moja ocena to 4 / 6.

Życzenia Świąteczne

 Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. 
Z tej Okazji chciałabym złożyć Życzenia Czytelniczkom i Czytelnikom mojego blogu. 

Życzę tym, dla których to wydarzenie religijne ,aby doświadczyli jak najwięcej pięknej duchowości i Radości z tego, że znów możemy obchodzić Narodziny Jezusa. 
Osobom, którym do tego daleko, abyście spędzili te wolne dni w większym, niż na co dzień, spokoju, z tymi, których kochacie i lubicie. 

Wszystkim, abyście za rok mogli się podzielić Opłatkiem z dokładnie tymi samymi osobami z którymi podzielicie się w czasie tegorocznych Świąt. 

Dla nas to będą trudne Święta. Moja Mama odeszła dziewiątego grudnia i od tego dnia nic już nie jest takie same. 

Zdrowych, Spokojnych Świąt dla Wszystkich, którzy zaglądają tu na stałe i dla przypadkowych odwiedzających. 

„Krzyże z popiołu”. Antoine Senanque.

 Wydana w Wydawnictwie Znak Horyzont. Kraków 2024.

Przełożyła Monika Szewc-Osiewska. 
Tytuł oryginału Croix de cendre. 

Książkę wygrałam w konkursie na stronie Kawiarenki Kryminalnej na Facebooku. 

Przy okazji promocji tej książki sporo było przywoływania „Imienia Róży” Umberto Eco i w sumie jest trochę zbieżności, bo i czas akcji mniej więcej i też środowisko mnichów i takie religijne dywagacje i elementy kryminału i część akcji dzieje się w klasztorach.

Jak dla mnie jednak te książki są różne i chyba po prostu „Krzyże popiołu” spodobają się osobom, którym podobało się „Imię Róży”. Mnie w tak mniej więcej połowie jednak nieco te eklezjalne dywagacje wymęczyły, jakoś chyba nie moje klimaty to mistycy, beginki i to, co autor wymyślił. Za to plus dla niego za stworzenie bohaterem postaci realnej, czyli Mistrza Eckharta. Dla miłośników filozofii i teologii to z pewnością atrakcja, niż jakieś abstrakcyjne postaci itd. 

Ja się przyznam, że liczyłam na nieco więcej samej akcji, ale ogólnie książka mi się podobała, jednak nie na tyle, abym po początkowym ruszeniu z kopyta , nie utkwiła w połowie i potem jakoś tak tempo czytania zdecydowanie mi spadło. Najlepiej czytało mi się, jak się okazuje akcję dziejącą się w klasztorze i siedzibie Inkwizycji, utknęłam za to na sprawach związanych z przedstawieniem mistycyzmu Mistrza Eckharta, beginkach i całej z tym związanej otoczce. Chyba było zbyt wysublimowanie, jak dla mnie 😉 

Jeszcze może być tak, że w pewnym momencie książka ta jednak wymagała większego skupienia, niż mogłam jej w danym momencie zaoferować. Przyznaję, nie była w stanie poświęcić jej bardzo dużo mojej uwagi, chwilowo potrzebuję czegoś, co mnie absolutnie odstresuje i oderwie od czarnych myśli. 

Tak więc, jeśli chcecie poczytać o konflikcie między zakonnikami dominikańskimi osiedlonymi w Verfeil a inkwizytorem, w którym ogromną rolę odgrywa pewien welin i drodze, jaką przeszli mnisi , aby dowiedzieć się, co tak naprawdę zapisane jest w księdze, polecam Wam „Krzyże z popiołu”.


Moja ocena to 5 / 6. 

„Misery”. Stephen King.

 Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011). Ebook.

Przełożył Robert P. Lipski.

Tytuł oryginału MISERY.

Muszę powiedzieć, że albo jednak pamięć spłatała mi niezłego figla i jednak „Misery” wcześniej nie czytałam, a jedynie oglądałam świetną jej ekranizację z brawurową rolą Kathy Bates, albo zwyczajnie, nie pamiętałam nic a nic. Tak więc sięgnięcie po jakby nie było, klasykę Kinga, okazało się zdecydowanie ciekawą przygodą. 

Po pierwsze, nie pamiętałam, że książka jest aż tak brutalna. Chyba sięgnę do filmu, żeby zobaczyć, czy znów pamięć mi wybieliła wspomnienia i aż tak strasznie nie było, czy jednak reżyser zdecydował się nieco złagodzić treść. Po drugie, to jest naprawdę świetny kawałek prozy zahaczający o psychologiczne klimaty. 
Po trzecie, warto wracać do książki, co do której wydawało ci się, że dobrze ją pamiętasz, bo może okazać się to, o czym napisałam na wstępie. Że właściwie, jakbyś czytała ją na nowo. Lub, co możliwe, czytasz ją jednak pierwszy raz.

Annie Wilkes to najzagorzalsza wielbicielka prozy autora książek obyczajowych i romansów, Paula Sheldona. Tak przynajmniej się tytułuje i jest o tym przekonana. I to ona, tak, to ona właśnie, pewnej zimowej zamieci znajduje swojego ulubionego autora (czy właściwie autora ulubionego cyklu o Misery, bohaterce, którą wręcz uwielbia) w niezłych tarapatach. Auto Paula ląduje nie tam, gdzie powinno a sam mężczyzna jest poważnie ranny. I tu do akcji wkracza ona, Annie Wilkes. Nie, nie cała na biało (pomimo, że ongiś wykonywała zawód pielęgniarki, do czasu, do czasu). Ale jednak, znajduje się na miejscu wypadku autora i zabiera go do siebie do domu. Zapewne myślicie, że w czasach przed telefonami komórkowymi Annie zabrała mężczyznę po to, aby po udzieleniu mu pierwszej pomocy zadzwonić po pogotowie czy policję? Czy ogólnie, służby ratunkowe? Nic bardziej mylnego. 

A teraz uwaga SPOILERY. Może jest ktoś, kto „Misery” nie czytał a chce, więc dalej albo nie czytaj mojej wypowiedzi, albo czytaj, ale na własną odpowiedzialność.

Od samego początku orientujemy się, że Paul stał się więźniem niezrównoważonej, czy może wręcz nazwijmy to wprost, chorej psychicznie kobiety. Więźniem, który naraził się jej jednym, śmiał uśmiercić ukochaną bohaterkę serii, tytułową Misery. 
Dla Annie jest to niemożliwe i wykorzystuje ona fakt, że znalazła pisarza w sytuacji opłakanej aby, cóż, więzić mężczyznę. Więzić i zmusić do tego, aby napisał książkę przywracającą do życia Misery. Tak. Nieważne, że z ulgą (szczerze już nie cierpiał stworzonej przez siebie bohaterki) pozbył się baby, to jeszcze teraz wpadł w niezły kompot, trafiając w łapy ( i dom z niezłymi zamkami na drzwiach) niezwrówoważonej „wielbicielki”.

Jak już wspomniałam, zupełnie nie pamiętałam tego, że będzie tam aż tyle brutalności. A jest. Nie jednym ciągiem, nie nie, za to, kiedy jest, to już na całego 😦 Annie Wilkes nie bierze jeńców w dążeniu do własnych celów i pragnień. O NIE. I nie waha się użyć siekiery, piły mechanicznej, czy nawet noża elektrycznego, aby osiągnąć to, co chce, ukarać kogo chce za wyimaginowane przewiny, czy na pokazać, kto tu rządzi. 

Dla mnie od pewnego momentu w książce fascynujące było zachowanie Paula. Więzień, najprawdopodobniej pod wpływem uzależnienia od środków przeciwbólowych, miał nieco zamglony pogląd na świat. A może jednak lęk przed konsekwencjami swoich wyborów i tym, jakie w zanadrzu kary dla niego szykowała Wilkes, sprawiły, że w pewnych momentach zachowywał się wręcz bezwolnie. 
Na szczęście jednak do czasu. 

„Misery” wciągnęła mnie niesamowicie w swój mroczny świat. Towarzyszyłam oszołomionemu i uzależnionemu od prochów Paulowi i kibicowałam mu szczerze, aby udało mu się wyrwać z matni.

Uważam, że to faktycznie jedna z lepszych książek Stephena Kinga. I cieszę się, że zdecydowałam się na jej lekturę, chociaż jak mówię, lekko podczas niej nie było. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Zakamarki Białego Domu”. Marek Wałkuski.

Wydana w Wydawnictwie Helion. Gliwice (2024). Ebook.

Powtarzam to sobie i Wam wielokrotnie, książka jest jednym z najlepszych możliwych prezentów, jakie można dostać.
I tak się jakoś niezwykle miło złożyło, że niemal zaraz po opowieściach grozy i kryminale na wesoło, dostałam od kolejnego przyjaciela książkowy prezent. Tym razem taki trochę na wesoło ale i z elementami grozy (tak w sumie postrzegam sprawy około polityczne). A już całkiem serio mówiąc, mam na myśli książkę autora, którego wcześniej czytałam „Wałkowanie Ameryki”, a mianowicie „Zakamarki Białego Domu”.

Książkę zaczęłam czytać, a jakże, przeddzień wyborów kolejnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
I okazało się, że to był bardzo dobry wybór. Co prawda, ponownie porzuciłam zaczętą przeze mnie świetną, osadzoną akcją w średniowieczu książkę „Krzyże z popiołu”, ale okazało się, że „Zakamarki Białego Domu” świetnie wpasowały się w to, co działo się na arenie polityki miedzynarodowej.

Ogromnie podoba mi się to, że jest to książka podzielona na konkretne, dotyczące każdy innej kwestii, rozdziały. Ogólnie mówiąc, jeśli komuś dany temat nie do końca pasuje, może przejść nieco dalej i czytać o czymś innym. Albo, jeśli ma mało czasu, może w danej chwili sięgnąć po jakąś konkretną poruszoną tematykę.
A jest ich sporo. Autor książki przedstawia nam bowiem zarówno samą siedzibę amerykańskiego przywódcy i to w kontekście historycznym i architektonicznym, ale też zajmuje się i innymi aspektami i co za tym idzie, omawia w tym kontekście rozmaite prezydentury.

Mamy więc możliwość po trochu poczuć się tak, jakbyśmy sami przez chwilę mogli pospacerować po wnętrzach tej niezwykle okazałej budowli i zajrzeć nie tylko w jej oficjalne pomieszczenia, dostępne dla wszystkich zwiedzających, ale też zajrzeć do nieco bardziej prywanych części Białego Domu. Tych, w których mieszka zarówno prezydent, jak i jego bliscy. Rodzina, ale też i zwierzęta, które przybywają do siedziby prezydenta USA wraz z jego głównym mieszkańcem. Nie ukrywam, to napiszę od razu, że rozdział traktujący o zwierzętach obecnych w Białym Domu zaciekawił mnie ogromnie. Lubię ludzi, którzy lubią zwierzęta i dla których ich dobro jest ważne. Chciałabym przy tej okazji jedynie nadmienić z kronikarskiego obowiązku, jako sługa i poddana trzech świnek morskich (knurków), że z radością wyczytałam, że prezydent Theodore Roosevelt wprowadzając się do pałacu prezydenta USA wprowadził tam miedzy innymi właśnie świnki morskie 🙂

Wiem, że spora część moich znajomych kojarzy Marka Wałkuskiego z Polskiego Radia. Przyznam się szczerze, że ja „znam” Go jedynie właśnie w kontekście relacji z USA, które w Polskim Radiu przekazywał. Za to mam za sobą już drugą książkę Jego autorstwa i muszę powiedzieć, że ogromnie mnie cieszy to, że ją mogłam przeczytać.
Jestem bowiem przekonana, że „Zakamarki Białego Domu” stanowić mogą interesującą lekturę dla wielu osób. Nie ukrywam, że ja osobiście równie chętnie, jak o zwierzakach prezydentów, czy o budowie i wydarzeniach w Białym Domu, czytałam o tym, jak wyglądają słynne Air Force One lub słynna, mknąca po drogach „Bestia” ale i o tym, jak swoją obecność w Białym Domu za kadencji męża widziały poszczególne Pierwsze Damy. I jak ich rola i podejście do niej zmieniały się wraz z upływem czasu.

„Zakamarki Białego Domu” ogromnie mi się podobały i nie żałuję ani jednej chwili nad tą książką spędzonej.

Polecam ją i to wcale nie tylko osobom lubiącym książki o politykach, czy polityce.

Moja ocena to 6 / 6.

„Tam, gdzie najlepiej się umiera”. Jakub Bielawski.


Wydana w Wydawnictwie Vesper.

Najpierw spodobała mi się okładka, potem dostałam ją na prezent. 

Ja akurat lubię opowiadania a zbiory, to już w ogóle zawsze niespodzianka. Ile procent z antologii zachwyci, a ile nie? Na ile będzie to równo napisane? Czy będzie coś, co ogromnie się spodoba i coś, co z trudem się skończy? 

Tu było generalnie dobrze, zwłaszcza, że pierwszy raz czytałam coś tego autora. Jedno z opowiadań było dla mnie z pewnych względów trochę zbyt hardcorowe (o tym, że takie jest, okazało się niestety, na samiuśkim końcu… ). Były takie, które naprawdę mi się podobały, to te z elementami mitologii i grozy słowiańskiej… Ale były też takie, które nie czytały mi się rewelacyjnie. Być może, jeśli ktoś siedzi intensywniej w literaturze fantasy, będzie miał z tych opowiadań, które mnie aż tak nie zachwyciły, większą przyjemność. 

Książka posiada fantastyczne ilustracje autorstwa Marty Żak.

Ogólnie doceniam za osadzenie akcji książek w naszych, polskich realiach Dolnego Śląska i okolic. Niezwykle plastyczny język, to dodatkowy atut. Umiejętnie przedstawiona rzeczywistość, która zdecydowanie może człowieka przestraszyć swoim drugim dnem. 
Najbardziej podobało mi się „Na zażar”, przeraziło i zostawiło z rozedrganiem „Lalka”, ciekawe okazało się też „Schlesierthal” i „Pies”. Najmniej dobrze, co ciekawe, bo opowiadania nie są w porządnu chronologicznym, czytało mi się te z końca zbioru, czyli na przykład „Pani znów tańczy” czy „Krótka historia na pożegnanie”. Ale już ostatnie w zbiorze „Gra w szachy” ponownie mi się podobało. 

Tak, czy inaczej, jeśli lubisz klimaty grozy, tajemniczości, duchów, strzyg i upiorów, czegoś dziejącego się niekoniecznie w świecie „tu i teraz” a gdzieś „poza”, to myślę, że powinien Ci się ten zbiór opowiadań spodobać. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Piąty akt”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nareszcie mogłam przeczytać najnowszy kryminał autorstwa jednego z moich ulubionych obecnie autorów. 
Książka nosi tytuł „Piąty akt” i jak już sam tytuł może sugerować, część jej akcji dzieje się w teatrze. A konkretnie, w teatrze mieszczącym się w Pałacu Kultury w Warszawie, w którym to przybytku miało miejsce przedstawienie dyplomowe sudentów Akademii Teatralnej. 

Grupa młodych ludzi przygotowywała się wraz z opiekunką roku i jednocześnie autorką scenariusza przedstawienia, panią Joanną Burzyńską do pokazania wyrywków z życia znanej i szanowanej aktorki, Niny Seneki. Nina Seneka znana jest nie tylko jako rewelacyjna aktorka, chociaż już obecnie przebywająca na zasłużonej emeryturze w Domu Artystów Weteranów, ale również jako walcząca z okupantem, a przede wszystkim z działającymi podczas IIWŚ szmalcownikami, bohaterka. Przedstawienie więc miało być również czymś na kształt podziękowania jej za czyny podczas wojennej zawieruchy, czy wręcz niemal zostało napisane na jej cześć.
Nic jednak nie poszło podczas tego wieczoru tak, jak iść powinno. Otóż po zakończeniu czwartego aktu, kiedy aktorzy występujący na scenie byli przekonani, że teraz nastąpią nie tylko brawa, ale wręczenie kwiatów zarówno bohaterce wieczoru, pani Ninie Senece, jak i Joannie Burzyńskiej, okazało się, że odgrywająca główną rolę bohaterki, Wanda Reginis musi szybko zmienić tekst podziękowań i przemowy. 
Starsza pani bowiem opuściła teatr w ogromnym wzburzeniu i z wyraźnym niezadowoleniem malującym się na jej twarzy, a sama opiekunka i scenarzystka niestety, nie żyje. 
Komu a przede wszystkim dlaczego zależało na śmierci Joanny Burzyńskiej? Dlaczego akurat wieczór premiery był ostatnim w jej życiu? 
Ale również, dlaczego Nina Seneka nie została do końca wieczoru, a wręcz zabroniła młodym kontynuowania przedstawień opowiadających jakby nie było o jej własnym bohaterstwie?
O tym będą musieli przekonać się ci, którym zależeć będzie na prawdzie.

Piszę to z każdym razem, kiedy omawiam kryminały Wojciecha Wójcika, nie są to książki „na raz”. To znaczy, jeśli komuś się to udaje, to składam gratulacje. Najwyraźniej ma więcej czasu i możliwości skupienia się na akcji, niż ja. 
Natomiast ja wiem,że na lekturę muszę poświęcić parę dni, jak również uważnie notować podczas czytania, aby nic ważnego mi nie umknęło. Tym bardziej,że Wójcik nie stosuje akcji linearnej, a jak to u niego bywa, poznajemy akcję współcześnie i w przeszłości, na przemian. Jak również, spotykamy na kartach książki licznych jej bohaterów, z których każdy na swój sposób może odegrać rolę dla treści i rozwoju akcji książki. 
I tak, stare grzechy rzucają bardzo długie cienie. Po raz kolejny przekonują się o tym próbujący dojść prawdy bohaterowie kryminału. 

A śledztwa dzieją się po raz kolejny dwutorowo. Z jednej strony prawdy chce dojść Adam, oświetleniowiec, który ma swego rodzaju umowę z dyrektorem teatru, Sikorskim ( o tym, jaka to umowa, dowiadujemy się pod sam koniec książki), że dowie się, kto pozbawił życia Burzyńską. 
Z drugiej strony młodzi aktorzy, których ktoś nagle pozbawił możliwości zagrania przedstawienia i ogólnie, pracy, którą chcą wykonywać, chcą dowiedzieć się, kto to jest i jaki jest powód i samej zbrodni i tego, że ich plany na przyszłość legły w gruzach. 
Kiedy zarówno Adam, z pomocą swojej asystenki oświetlenia, Klaudią, jak i młodzi aktorzy próbująnowej roli jako śledczy, my, czytelnicy, stopniowo poznajemy przeszłość bohaterów. Ich losy podczas okupacji, to, jakich wyborów dokonywali, jakie przeżywali wzloty i upadki. I co stało się w tamtych mrocznych, pełnych zła i okrucieństwa czasach, co doprowadziło do tego, że w dwudziestym pierwszym wieku znaleziono martwą aktorkę, scenarzystkę i opiekunkę wystawiających ten swoisty hołd Senece, Burzyńską. 

Co mi się podoba w kryminałach Wojciecha Wójcika, to zarówno postaci, takie możliwe do zaistnienia, prawdziwe. Ani chodzące ideały, ani tylko źli ludzie. Ale również to, że o tym, kto jest sprawcą dowiadujemy się właściwie zawsze niemal na ostatniej stronie. Tu również tak się stało. Przyznam, że nie domyśliłam się, o kogo chodzi aż do samego końca. 

Tradycyjnie więc, jeśli macie chęć na dłuższy kryminał, podczas lektury którego wymagane jest większe skupienie, ale zostaje to wynagrodzone pod koniec książki, polecam Wam „Piąty akt”.


Moja ocena to 6 / 6. 

Dzień Dziecka Utraconego

W Dzień Dziecka Utraconego przesyłam swoje współczujące myśli Wszystkim z Was, których, podobnie, jak nas, ten dzień dotyczy.

Mam w sercu Wszystkie te Dzieci, które odeszły za wcześnie, jak również Was, rodziców.
Zawsze mówię, że właściwie nie ma właściwych słów, które oddałyby sens tego, co się chce powiedzieć.

Mając więc w wiecznej pamięci i w sercu naszą Emilkę, waleczną, kochaną Dziewczynkę, która była z nami tylko czternaście dni, przesyłam Wam moje współczucie i ciepłe myśli…

„Poradnik grzebania kotów”. Mika Modrzyńska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nie ukrywam, że pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to na dziwny tytuł książki. Kontrowersyjny i mnie akurat lekko szokujący. Jednak spodobał mi się jej opis, więc postanowiłam sięgnąć po tę pozycję i sprawdzić samej, czy taki a nie inny tytuł ma swoje odzwierciedlenie w treści. Może jest jakieś dogłębne wyjaśnienie? 

Akcja książki rozpoczyna się pewnego kwietniowego dnia, kiedy na peronie mazurskiej miejscowości Brzózka wysiada Stefania Miałkowska. 
Ta dwudziestoośmioletnia dziewczyna wraca do domu z pobytu w Kanadzie. Powrót do domu, to nic w sumie dziwnego, ale Stefania wraca dość nagle. Rodzicom prawdziwych powodów nie zdradza, za to umawia się z nimi, że korzystając z obecności córki w rodzinym domu, wyjadą na swój urlop za granicę. 
Stefania nie zdradza ani powodu, dla którego szukała biletu do Polski dosłownie z dnia na dzień, ani też innej motywacji, która przywiodła ją do Brzózki. Piętnaście lat wstecz to właśnie z peronu, na którym wysiadła, miała uciec z rodzinnej miejscowości ze swoją koleżanką, Martyną, rówieśniczką ze szkoły. 
Jednak tamtego wieczoru sprzed piętnastu lat Stefania zrejterowała i w ucieczkę najwyraźniej wybrała się sama Martyna. To znaczy tak do tej pory myślała Miałkowska. Okazuje się bowiem, że Martyna nigdy nigdzie nie uciekła, gdyż miesiąc przed powrotem Stefy do Brzózki, ciało nastolatki zostało znalezione w miejscowym stawie. 

Stefania postanawia wziąć sprawy śledztwa w swoje ręce. Nie podoba jej się to, że policja tak szybko odpuściła dochodzenie i nie chce wyjaśnić, co tak naprawdę stało się te paręnaście lat temu i kto odebrał życie jej koleżance. A ponieważ Miałkowska od lat z zaangażowaniem słucha i ogląda podcasty true crime, jest pewna, że przy takiej pomocy ma spore szanse na znalezienie kogoś, o kim jest przekonana, że zrobił krzywdę nastolatce. W końcu, jakkolwiek okrutnie to by nie zabrzmiało, te zbrodnie mają niestety, dość jasne schematy i swego rodzaju powtarzalność. A Stefania czuje się winna, że tamtego wieczoru zostawiła przyjaciółkę samą. Być może, gdyby na ucieczkę zdecydowała się wraz z nią, Martyna wciąż by żyła? Może więc jest jej to winna, aby odkryć, kto jest sprawcą?

Jak wspomniałam, miałam nadzieję, że ten tytuł (nic nie poradzę, nie podoba mi się on i już ;( ) znajdzie jakieś uzasadnienie w treści. Nie wiem, jak inni, ja go nie znalazłam. Tak, jest pochówek kota. Ale jak dla mnie, niestety, jest to po prostu motyw dodany (powodu wciąż nie mogę znaleźć, jak dla mnie treść wystarczyłaby bez niego). 
Druga rzecz, ciekawe, nie polubiłam bohaterki, która prowadzi swoje własne dochodzenie. Stefania właściwie głównie mnie irytowała. Przede wszystkim tym, że jak na osobę, która rzekomo pasjami słuchała podcastów true crime, nie miała świadomości, że ruszanie takiej sprawy w środowisku dość hermetycznym, z którego w dużym stopniu przypuszczać można, że wywodził się sprawca zbrodni, jest niczym innym, jak proszenie się o kłopoty. I to spore kłopoty. 

Niemniej jednak sama sytuacja też mnie zaciekawiła. Kto i dlaczego chciał pozbyć się tak młodej osoby? Czyżby Martyna była w coś wplątana? Czy spotykała się z kimś, kto nie miał wobec niej nieczyste intencje? A może trafiła przypadkowo na jakiegoś wyjątkowo niebezpiecznego człowieka, który ją skrzywdził? 
Brzózka, to mała miejscowość, ale zło jest w niej obecne, jak wszędzie, tylko czasem trzeba mocniej się zagłębić w miejscowe relacje i realia, aby się o tym naocznie przekonać. 
Stefania podejmując śledztwo w sprawie śmierci przyjaciółki odkrywa też wzajemne relacje i powiązania mające miejsce w Brzózce, w której się wychowała, ale o której, jak widać, jako dziecko nie wiedziała właściwie nic. 

„Poradnik grzebania kotów” to całkiem dobry kryminał z akcją dziejącą się w małej miejscowości, w której ludzie niby wiedzą wszystko o wszystkich, a jednocześnie często o czymś dowiadują się właściwie przypadkiem. Ja osobiście mam tu pretensje głównie do tytułu, tak poza tym, to całość czytało mi się całkiem dobrze, nawet pomimo tego, że Stefania mnie irytowała (chociaż coś nas łączy, ja również słucham takich, jak ona, podcastów). 
Lubię akcje książki osadzone właśnie w takich mniejszych miejscowościach, gdzie niby wszyscy się znają, a jednak sporo osób skrywa przed innymi sekrety i tajemnice. 

Moja ocena to 5 / 6.