„Jak cień”. Marzena Hryniszak.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam można powiedzieć, „w ciemno” po autorkę mi nieznaną. Bo kryminał „Jak cień” okazał się ciekawą i dobrą lekturą. 
Po pierwsze, od razu chcę napisać, co spowodowało, że u mnie „zaplusował”, a mianowicie nietypowy zawód głównej bohaterki, Ady Niszyńskiej. Splot wydarzeń w życiu kobiety, dramatycznych, bo pełnych śmierci bliskich jej osób, skierowała ją bowiem do pracy w zakładzie pogrzebowym na stanowisku tanatopraktora (tanatopraktorki w tym przypadku?). To jest na stanowisku osoby, która właściwie jako ostatnia widzi i przygotowuje osobę zmarłą do pogrzebu. Zawód z pewnością nie dla każdego, a na pewno nie dla osoby z mega wrażliwością, bo wiadomo, nie każdy umiera w sposób naturalny, a nawet tak widok ciała zmarłej osoby może w niektórych osobach budzić bardzo dużo emocji i doznań. 
Młoda kobieta na swoim stanowisku pracuje świetnie i solidnie i jest bardzo doceniana zarówno przez właścicielkę zakłądu pogrzebowego, jak i przez współpracowników. 

Ada, jak wspomniałam, doświadczona jest przez życie śmiercią bliskich jej osób w sposób wyjątkowo silny. Najpierw, gdy była małą dziewczynką, zginął tragicznie jej starszy brat, potem zmarła w wypadku mama, następnie chłopak. Teraz, gdy poznajemy ją w początku książki, musi zmierzyć się ze śmiercią taty. Dużo złych chwil, jak na życie młodej osoby. Ale najwyraźniej właśnie zawód, jaki wykonuje, na swój sposób pomaga jej się z tym oswoić. 

Pewnego dnia do zakładu, w którym pracuje Ada trafia ciało młodego mężczyzny, który zginął z rąk seryjnego mordercy. To znaczy Ada szykująca ciało młodego człowieka do pochówku o tym nie wie, ale wiemy my, czytelnicy. Bowiem na Śląsku działa seryjny zabójca i to taki raczej niezbyt typowy ,bo jako ofiary wybiera nie kobiety, jak to najczęściej bywa, a mężczyzn. 
A my poznajemy losy młodego mężczyzny o polskich korzeniach, którego los też wydaje się być coraz bardziej niepewny. I zadajemy sobie pytanie, czy uda się zapobiec kolejnej tragedii?

Śledztwo rozpoczyna policja. Komisarz Wanda Feliks wraz z nowym partnerem podkomisarzem Wincentym Klinczerą prowadzą śledztwo mające wykryć, kto i czy sam, czy z kimś, odbiera życie młodym śląskim mężczyznom. Wydaje się, że osoba stojąca za tymi zbrodniami porusza się bezszelestnie, jak cień i krok przed nimi. Jednak, oczywiście, do czasu. 

Wątek kryminalny do pewnego momentu wydawał mi się nieco zbyt oczywisty, ale na szczęście były to jedynie pozory i zakończenie okazało się i zaskakujące i ciekawe. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Hildur”. Satu Ramo.

 Wydana w Wydawnictwie HarperCollins Polska. Warszawa (2024). Ebook.

Tytuł oryginalny Hildur. 
Przełożyła Karolina Wojciechowska. 

Sięgnęłam po tę książkę, którą odkryłam, że mam na czytniku, bo zachęciło mnie miejsce, w którym rozgrywa się akcja tego kryminału, czyli Islandia. 
Autorka pochodzi z Finlandii, ale od parudziesięciu lat mieszka w Islandii właśnie, gdzie założyła rodzinę i tu właśnie umiejscawia akcję swoich książek. 
Hildur to pierwsza z cyklu o śledczej Hildur Runarsdottir książka, w której wraz z przybyłym z Finlandii Jakobem, śledczym na wymianie partnerskiej będzie miała nie lada zagadkę do rozwiązania. 
W tym spokojnym kraju, w którym generalnie przestępczość nie jest na wysokim poziomie, nagle zdarza się zbrodnia. Jedna, następnie druga… Dalej nie piszę, bo wiadomo, dowiecie się w miarę czytania. 
Większość akcji rozgrywa się we Fiordach Zachodnich, co dodatkowo dodaje klimatu książce. Odkąd śledzę na Fb stronę Jarka, który wyniósł się do Islandii, mogę powiedzieć, że zdjęcia Jego autorstwa dodają książce wiele, bo mniej więcej mogę soie wyobrazić, jak naprawdę surowy jest tam krajobraz. 

Co do głównej bohaterki kryminału, Hildur to osoba z ciężką przeszłością, bowiem ponad dwadzieścia lat wstecz zaginęły jej dwie młodsze siostrzyczki, Rosa i Bjork. Dziewczynki zaginęły podczas powrotu ze szkoły, dosłownie rozpłynęły się w powietrzu. Po ich zniknięciu rodzina kobiety praktycznie się rozpadła, a Hildur ma przy sobie jedynie ciotkę, z którą na szczęście, łączą ją bardzo dobre relacje. Niemnej jednak kobieta ma ciężkie czasy za sobą. Nie założyła własnej rodziny, ma natomiast przyjaciela Freysiego, nauczyciela WF w miejscowej szkole, z którym spotyka się też na relacje romantyczne. 

W to, jak dla niej spokojne życie wypełnione pracą, sportem i spotkaniami z ciotką i Freysim wdziera się inna, niż na co dzień sprawa. Czyli, jak pisałam wcześniej zbrodnia i to nie jedyna, która tam się zdarzy. A Hildur wraz z rozwojem śledztwa dowiaduje się szczegółów, które mogą bardziej ją interesować osobiście, niż na początku śledztwa mogłaby sądzić. 

Mnie się ta książka podobała, o ile oczywiście można tak powiedzieć o kryminale, bo, wiadomo, temat ciężki. I klimat jesieni na Islandii również mi do treści pasował. 
Poza tym, zapewne dzięki temu, że autorka nie pochodzi z Islandii, dodane są różne ciekawostki można powiedzieć, dotyczące życia codziennego na wyspie, zwyczajów panujących na wyspie i ogólne takie obserwacje. Właśnie dodatkowe ciekawostki, niby nic, a mnie zainteresowały. 

Na dniach wydano drugą część tego cyklu, noszącą część „Rosa i Bjork”, którą zapewne zakupię, bo przyznam, że pewien otwarty wątek zostawiony w „Hildur” ogromnie mnie zaciekawił. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Nocny agent”. Matthew Quirk.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożyła Anna Reszka.
Tytuł oryginalny The Night Agent.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po serial „Nocny agent”, którego niedawno drugi sezon obejrzałam z mężem na Netflixie, sięgnęliśmy w sumie zupełnie przypadkiem. Spodobał nam się opis pierwszego sezonu i na zasadzie „a, zobaczymy, co to” zaczęliśmy oglądać. No i wsiąknęliśmy. Od razu powiem, że jest to klasyczna sensacja, akcja dzieje się w USA i oczywiście zawsze jest tak, że źli ludzie zagrażają dobrym i trzeba tych dobrych bronić i ich chronić.
Ale też od razu przyznam,że podoba mi się on również ze względu na aktorów odgrywających rolę dwójki głównych bohaterów, Petera Sutherlanda i Rose Larkin. Zawsze już twarze książkowych Petera i Rose będą mieli dla mnie odpowiednio twarze Gabriela Basso i Luciane Buchanan.

„Nocny agent” rozpoczyna się, gdy Peter Sutherland idzie do swojej pracy. Polega ona na tym, że młody mężczyzna dyżuruje w Białym Domu, będąc zatrudnionym w tajnej jednostce prezydenckiej i jako zadanie mając odbieranie telefonów informujących go o tak zwanej nocnej akcji. A o każdym takim telefonie ma informować swojego szefa Jamesa Hawkinsa i szefową personelu Diane Farr.
No i tak sobie czeka ten Peter na te telefony, a ich w sumie nie ma i facet zaczyna się już mocno tym nudzić. Od początku wiemy, że gość ma za sobą przeszłość szkolenia i pracował w FBI, ale z powodów złej sławy ojca ciągnącej się za ojcem, a co za tym idzie, mającej wpływ na opinię o samym Peterze, nie bardzo chcieli go w tym FBI awansować. Obecnie więc pracuje w wyżej wspomnianej przeze mnie jednostce i czeka na to, aż jego nieco stabilne życie nabierze może jednak jakichś barw. Szkoda, że to, że Peter pomógł wyratować sporo osób po wypadku w metrze waszyngtońskim, w którym jakiś zcas temu miał nieszczęście brać udział, nie pomaga w tym, aby łaskawiej na niego spojrzano i dano mu szanse.

Okazuje się, że za zwierzchników Petera decyduje los i sam go na swój sposób awansuje. W nocy (tej, która rozpoczyna akcję książki) mężczyzna odbiera telefon,a po drugiej stronie słyszy wyraźnie zdenerwowaną, ale wbrew pozorom opanowaną młodą kobietę, która podaje mu ustalone wcześniej hasło. I informuje, że jej życie jest zagrożone i potrzebuje pomocy.
Okazuje się, że dzwoni Rose Larkin. Dwudziestoośmiolatka przeżyła właśnie traumę, bo nocowała u wujostwa, u którego zresztą od pewnego czasu mieszkała i ktoś zaatakował jej wujka i ciotkę, Henry’ego i Paulette Campbellów. Rose nie wie, co z wujkiem i ciotką, bo udało się jej uciec i zadzwonić z domu sąsiadów na podany przez Campbellów numer.

I tak właśnie ta dwójka młodych ludzi się pozna. Ich losy splotą się w wyniku ataku na wujostwo Larkin. Peter postanowi pomóc Rose i wraz z nią dowiedzieć się, po pierwsze, kto zaatakował jej wujka i ciotkę, po drugie, dlaczego oboje zaczynają mieć wrażenie, że ta sprawa ma o wiele głębsze korzenie, niż pierwotnie zakładali. A po trzecie, dlaczego wraz z rozwojem akcji mają coraz większe przekonanie, że rosyjska agentura sięga najwyższych szczebli amerykańskiej władzy??

Muszę przyznać, że ogromnie się cieszę, że sięgnęłam po książkę. Wiem, że niektórzy nie zdecydują się na to stwierdzając, że w sumie po co, skoro oglądali serial. Ja chciałam, bo sam serial mi się podoba, ale również, chciałam zobaczyć, jak to jest napisane. I nie zawiodłam się, bo według mnie nieco bardziej poznałam samych bohaterów, zwłaszcza bardzo dobrodusznego i dobrego po prostu człowieka, jakim jest Peter Sutherland.
W książce również, co mi się podobało, jest o wiele więcej ciekawych uwag dotyczących sytuacji geopolitycznej przed 22 lutego 2022 roku (swoją drogą, niesamowite, że zaczęłam czytać „Nocnego agenta” w sytuacji, kiedy współczesna sytuacja geopolityczna staje się coraz bardziej zła (jakby jeszcze bardziej mogła) i niepewna 😦 ). Ogromnie dziwnie czytało mi się to, co Matthew Quirk napisał jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie, kiedy akurat odbywało się przedziwne spotkanie w Monachium… Zatrważająco dziwnie wręcz! Czy nie macie wrażenia, że niektóre książki trafiają do Was w nieprzypadkowym momencie? Ja zaczynam takowe mieć. Książkę o Białym Domu autorstwa Marka Wałkuskiego zaczęłam czytać tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, teraz „Nocnego agenta”.
W książce według mnie wyraźnie widać jasność sympatii autora i po czyjej stronie stoi (uff, bo patrząc na to, co się dzieje dookoła zaczynam mieć wrażenie, że część świata dostaje jakiegoś zbiorowego rozdwojenia jaźni i zaczyna pisać historię na nowo, w sumie, żadne zaskoczenie, prawda?).
Jestem wręcz zdumiona, że sięgnęłam po książkę, jak uważałam, jednak stricte rozrywkową a znalazłam w niej słuszne obserwacje polityczne sytuacji w naszej, wschodnioeuropejskiej części świata w roku 2019, które, jak Wam powiem, brzmią niezwykle proroczo i wręcz niepokojąco. Kilkakrotnie upewniałam się, kiedy Quirk tę książkę napisał, bo myślę sobie „Facet powinien przewidywać wyniki jakichś gier losowych” oraz „Nie wpuszczajcie gościa do kasyna!”.
Nie chcę zabrzmieć, jakbym lekceważyła osoby piszące dobre książki, ale jednak sensacyjne a nie na przykład z gatunku non fiction, ale zwyczajnie celność obserwacji i spostrzeżeń zawartych w „Nocnym agencie” ogromnie mnie zaskoczyła i na pewno podniosła moją ocenę samej lektury.

Tak więc jeśli macie ochotę na bardzo dobrą rozrywkę, sięgnijcie po przygody Rose i Petera, którzy będą musieli odkryć, kto czyha na ich życie i bezpieczeństwo, a także dojść tego, czy faktycznie zmiany na najwyższych szczeblach władzy są inspirowane przez rosyjskie służby specjalne.

Na koniec cytat, który ogromnie mi się spodobał, a który pochodzi właśnie z „Nocnego agenta”:

„(…) Maskirowka, maskarada. Doprowadzała mnie do szału i dlatego odeszłam. A teraz oni zatruwają nią świat przez te wszystkie małe ekrany, od których jesteśmy uzależnieni”.

Weźcie to pod uwagę, gdy następnym razem zagłębicie się w sekcję komentarzy, polecam.

Moja ocena tej książki, nie inaczej, to 6 / 6.

„Jestem Julią”. Halina Poświatowska.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (1998).

Ten tomik wierszy Haliny Poświatowskiej przeczytałam (ponownie, bo jest od wielu lat w moich zbiorach) w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama”.
Halina Poświatowska bowiem była ulubioną poetką mojej Mamy, nie tylko, jak sądzę, ze względu na to, że obie nosiły to piękne imię i dawno temu na jakieś moje święto dostałam od Niej ten tomik.

Dwie moje uwagi na wstępie. Po pierwsze, nic odkrywczego w sumie nie napiszę, ale warto jest się zapoznać z jakąś nawet skróconą biografią poetki. Choroba serca, jakiej nabawiła się pośrednio przez chorobę w końcu IIWŚ determinowała całe życie tej młodej przecież wciąż w chwili śmierci kobiety. Halina Poświatowska miała bowiem trzydzieści dwa lata, gdy zmarła. Ta młodość, zapewne nieustająca świadomość czasu biegnącego tak szybko, ten głód życia, to to, co według mnie wciąż i wciąż przebija w wierszach Poświatowskiej.
Druga moja uwaga, to to, jakie imię wybrane zostało przez Marię Rolę, redaktor prowadzącą tomiku, czyli imię padające w jednym z wierszy poetki. Imię kojarzące nam się przecież niezmiennie z miłością, tak, wielką miłością, ale jednak miłością nieszczęśliwą…Niemniej jednak uważam, że ogólny wydźwięk wierszy zebranych w tym tomiku nie jest pesymistyczny.

Osobiście mój stosunek do wierszy Haliny Poświatowskiej zmienił się wraz z wiekiem. O dziwo, mam wrażenie, że to dopiero wtedy, gdy się starzeję, zaczynam nareszcie w pełni je rozumieć, dotykają mnie one najpełniej. Być może jako młodsza, nie odbierałam tak jej poezji, nie mając aż takiej świadomości grozy, którą na swój sposób w czasie swojego krótkiego życia z pewnością odczuwała poetka.
Mam wrażenie, że żyła bardzo szybko, bardzo starając się żyć w pełni, jakby „na kredyt”, wykorzystując każdą możliwość i okazję do tego, aby się jak najbardziej rozwinąć.

Nie potrafię pisać pięknie o poezji, bo wydaje mi się, że to, co w niej najważniejsze, osiada w głębi mojego serca i nie jestem w stanie sięgnąć do tego aż na tyle sprawnie, by umiejętnie oddać to, co przeżyłam podczas lektury wierszy.

Może więc napiszę Wam moje zdania, uwagi-refleksje, jakie zapisałam sobie w moim notesie podczas lektury tomiku ( o ile dobrze policzyłam, są w nim sześćdziesiąt cztery wiersze).

Halina Poświatowska żyła miłością, sama wręcz była miłością.

Co mnie ogromnie ujmuje, w elegancki sposób umiała pisać strofy erotyczne, ale tak, że nie ma mowy o zgorszeniu, niesmaku, czy wulgarności. Nie wstydziła się erotyzmu.

To jej biedne serce, które tak chorowało, tak bardzo chciało wciąż i wciąż kochać, a na koniec Ją „zawiodło”…

Żyła jakby „za zapas”, bardzo wręcz „łapczywie”, chcąc smakować życie w bardzo wielu jego aspektach.

Miłość jest tu często niemal religią, w której kochanek stanowi substytut bóstwa ? Czy jest wręcz zrównany z Bogiem?

W jej wierszach wyczuwalna jest świadomość? lęk? Przed śmiercią kroczącą krok krok za Nią, jakby nieustająco musiała obracać się za ramię i patrzeć, czy jeszcze ma czas na życie, na miłość, na spełnienie.

Nie umiałaby zabić miłości.
Jest kochanką świadomą, nie przedmiotową w żadnym wypadku, wie, czego pragnie i czego oczekuje. Co nie oznacza, że nie potrafi czuć odrzucenia, czy nie boli ją czyjeś odejście lub zdrada.

Tradycyjnie pozaznaczałam sobie te wiersze, które najbardziej do mnie przemówiły, trafiły i tak „Czym jest miłość”, który według mnie podkreśla, że miłość potrafi być niczym niszczycielski żywioł.

„Arabski motyw” za taką śmiałość sformułowania „kupiła go na targu za dziesięć piastrów”…

Wiersz bez tytułu, rozpoczynający się od :

„kiedy kocham
to kocham
to wiem, że kocham” (…)

za taką fizyczność miłości oddaną słowami.

Z kolei „jeśli nie przyjdziesz” za to, w jaki sposób opisane jest pomnożenie braku, właśnie przez wymienienie tego, co się nie wydarzy, gdy kochanek nie zjawi się na spotkaniu.
Wreszcie, wiersz, który jest tytułem tomiku, a zaczyna się od „Jestem Julią” za to, że są to słowa napisane przez poetkę w imieniu wszystkich tych kobiet, które kochały, kochają i które będą kochać.

Jak ja się szczerze cieszę, że za mną szkolne rozkminy „co poeta miał na myśli?” i mogę sobie po prostu czytać, przeżywać, zachwycać się bardziej lub mniej, ale nie musieć skupiać się na tym, co mogła konkretnie poetka tu wyrazić. Bo może się jednak okazać, że naprawdę każdy z nas ten sam motyw odbierze w inny sposób i to chyba też jest magia poezji.

Również chciałam przy tej okazji napisać mały apel zachęcający. Czytajcie poezję. Ja wiem, że to jeden z tych gatunków, po które mam wrażenie, najrzadziej sięgamy, ale czytajmy ją. Nie dajmy odejść Poetkom i Poetom w zapomnienie. To w końcu One i Oni sprawiają, że słowa lekkie jak puch potrafią dotknąć nas wręcz w fizyczny sposób, czasem aż do bólu niemal fizycznego.

Moja ocena tomu „Jestem Julią” to 6 / 6.

„Niemożliwe życie”. Matt Haig.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań. (2025).

Przełożyła Marta Piotrowicz-Kendzia. 
Tytuł oryginalny „The Life Impossible”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jako, że autora znam z (jedynie do tej pory ) książek dla dzieci, które to książki mi się podobały, więc kiedy przeczytałam opis ze strony Wydawnictwa, stwierdziłam, że mam chęć poznać coś jego autorstwa dla osób dorosłych. Tak, wiem, że wcześniej miałam ku temu sporo okazji, ale jakoś tak się nie zeszło, a tu zaintrygował mnie opis i stwierdziłam, że chcę zobaczyć, jak mi się będzie ją czytało. Tym samym, nie miałam zielonego pojęcia, czego się spodziewać. 
Takie sięgniecie w ciemno po tytuł owocuje tym, że natknęłam się na motyw, którego staram się w książkach i filmach unikać (śmierć dziecka, to nie spoiler, szybko jako czytelnik dowiadujemy się o tym fakcie), jak również, że gatunek jest nie do końca tym, po który sięgam na co dzień. Co nie oznaczało, że książkę czytało mi się źle, bo absolutnie tak nie było,a z samej lektury jestem ostatecznie bardzo zadowolona. 

Matt Haig w „Niemożliwym życiu” zmieszał trochę gatunki. Bo jest tu i powieść obyczajowa, i trochę kryminału i wreszcie, fantasy. 
Ja postanowiłam skupić się na tym, co autor chce nam przekazać, stosując, jak najbardziej przecież w jego przypadku możliwe, środki. 

Bohaterką ksiązki jest emerytowana nauczycielka matematyki, Grace Winters. Od paru lat jest wdową. 
Grace mieszka obecnie na Ibizie i pewnego dnia otrzymuje list od swego dawnego ucznia, który brzmi jak osoba będąca w ogromnym kryzysie emocjonalnym. Grace reaguje natychmiastowo i odpisuje mu listem, który złoży się na „Niemożliwe życie”. Tak więc akcję poznajemy właśnie z listu nauczycielki do ucznia, Maurice’a.

Gdybym miała powiedzieć, o czym jest ta książka. Opowiedziałabym, że o życiu właśnie. O życiu i o miłości do życia.
Grace w początku książki też była osobą w bardzo złym stanie fizycznym. Właściwie nie tyle żyła, co prowadziła dość nieciekawą egzystencję. Owszem, jako osoba mająca siedemdziesiąt dwa lata nie oczekiwała od życia fajerwerków, przynajmniej nie każdego dnia. Ale jej życie dalekie było od ideału. I tu pojawia się motyw, tak tak, ile razy to już było, osoby z przeszłości Grace, którą to zresztą kobieta ostatni raz widziała kilkadziesiąt lat temu. Dawna koleżanka z pracy, Christina, do której Grace wyciągnęła raz jeden pomocną dłoń, a okazało się, że to był właśnie ten jeden, najpotrzebniejszy raz. 

Christina od lat mieszkała na Ibizie i tam zniknęła. Tak. Nie wiadomo, co dokładnie stało się z kobietą. Jednak postarała się o to, by w takim przypadku zlecić to, aby jej dotychczasowy dom na Ibizie przeszedł w ręce Grace. 
Grace stwierdza, że właściwie nie ma wiele do stracenia, a przynajmniej może lecieć na wyspę, by zobaczyć niespodziewany spadek. 
I ten wyjazd determinuje życie emerytowanej nauczycielki raz na zawsze. 

I tak, jest to kolejna opowieść o kimś, kto zdecyduje się na zmianę swojego życia. Ale nie do końca to jest tak, jak znamy to z mnóstwa opowieści. Można bowiem powiedzieć, że to trochę życie zdecyduje za Grace, że chce być w jej przypadku inne, niż dotychczasowe.

W tej książce, co zapewne zdeterminował fakt, że sam Matt Haig mieszkał parę lat na Ibizie, jest wielka miłość do tej wyspy. Miłość i troska o to miejsce, o zachowanie jego ekosystemu. W końcu, jest tu też sporo elementów fantasy (nie jest to mój ulubiony gatunek, ale okazało się, że bez problemu mi się to czytało). Niektóre te elementy zresztą nie zostały wymyślone przez Haiga, a mają swoje uzasadnienie w bardziej powszechnym przekonaniu, jak chociażby to, że wyspa Es Vedra miała być świętym miejscem fenickiej bogini Tanit. 

„Niemożliwe życie” to według mnie nieco ironiczne może stwierdzenie dotyczące tego, że wielu z nas boi się na swój sposób żyć pełnią życia, bronić swoich wartości i zwyczajnie, cieszyć się tymi chwilami, które są tu nam dane, jak wiemy, bez konkretnej daty ważności. 

I nie, nie jest to kolejna opowieść o starszej pani, która staje się babcią piekącą ciasta, do której to babci przybywają młodzi, by z jej ust dowiedzieć się prawd objawionych. To raczej opowieść o osobie, która nie bała się zaryzykować i spojrzała na swoje życie z nieco innej perpektywy, co nie było dla niej, jako matematyczki może zbyt łatwe, bo musiała mocno zamknąć oczy na sprawy, które toczyły się do tej pory z żelazną logiką. 

To wreszcie faktycznie pewnie jedna z wielu opowieści o tym, że warto jest dać szansę zmianie i możliwości rozwinięcia się w życiu już będąc w jego końcu. To opowieść o tym, że warto jest być otwartym na zmiany, bo te, chociaż mogą być bolesne, są też czasem wręcz uzdrawiające. 

Jestem przekonana, nawet już teraz zerknąwszy w pewne miejsce z ocenami książek, że nie spodoba się ona każdemu, niemniej jednak dla mnie była ona bardzo ciekawą i udaną lekturą i cieszę się, że po nią sięgnęłam. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Morderstwo na plebanii”. Agatha Christie.

 Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2015). 

Przełożyła Wacława Komarnicka. 
Tytuł oryginału The MUrder at The Vicarage.

Książkę przeczytałam w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama”. 
To jest bowiem ta książka, która zapoczątkowała moje uwielbienie do kryminałów Agathy Christie. Pierwsza przeze mnie przeczytana i pierwsza, w której poznajemy Pannę Marple. Pierwsza też i polecona mi właśnie przez moją Mamę, kiedy to byłyśmy na wczasach z Jej zakładu pracy, a w ośrodku wypoczynkowym funkcjonowała fantastycznie zaopatrzona biblioteka. 
Tak właśnie się stało, że „Morderstwo na plebanii” jest tą książką, od której zaczęła się moja wielka przygoda z kryminałami Christie. 

Mała wioska St. Mary Mead, to miejscowość, w której dzieje się akcja książki i miejsce zamieszkania  niezwykłej Panna Marple. Ta starsza pani ma niesamowite oko na to, co się wokół niej dzieje, ale przede wszystkim niesamowitą intuicję. Wydaje się, że niewiele się może przed nią ukryć, chociaż tę wiedzę zyskują ci, którzy dłużej z nią rozmawiają i spędzają czas. Osoby, które po prostu kojarzą starszą panią, nie przypuszczają, że jest ona tak mądra, wnikliwa i ma tak prawdziwe spojrzenia na ludzką naturę. A że pasjonują ją książki kryminalne a wydaje jej się, że jest niezła w rozwiązywaniu zagadek? W tej części narodzi się więc Panna Marple jako nieformalna pani detektyw. 
Wioska wydaje się być, jak większość takich małych miejsc na mapach wielu krajów, zaciszna, spokojna, ba, nawet nudna. Właściwie nic wielkiego tu się nie dzieje, ot, życie po prostu. Ludzie się zakochują, pobierają, mają dzieci, umierają,pracują, uczą się, cykl życia, w którym niezwykłą atrakcją może być na przykład jakiś wyjątkowo rzadki kwiat, który ktoś wyhodował w swoim ogródku. Zbrodnie tu się nie zdarzają. 
Do czasu. 
Jest bowiem jedna osoba, pułkownik Protheroe, który w zaskakujący sposób wydaje się irytować i drażnić właściwie większość mieszkańców St. Mary Mead. Ma dość obcesowy i niemiły sposób podchodzenia do innych ludzi i z pewnością musi być ciężko żyć z nim pod jednym dachem. A mieszka on z młodą żoną Anną, machochą swej córki Letycji. Wydaje się, że pułkownik z każdym musi o coś się spierać, bądź w jakimkolwiek sporze postawić na swoim. Znacie ten typ? Na pewno. I pewnie, w przeciwieństwie do pułkownika, cieszy się ów typ długim zdrowiem i życiem. Pułkownikowi się to nie udaje, bowiem zostaje zabity. I to w dość nietypowym miejscu, bowiem w gabinecie miescjowego proboszcza, pastora Lena Clementa. Pastor wraz z młodą żoną Gryzeldą zamieszkują niewielki domek pełniący rolę plebanii i starają się tam wieść zwykłe życie wiejskiego duszpasterza z małżonką a tu taka sytuacja. Dodajmy jeszcze, że akcję książki poznajemy z ust narratora, którym jest właśnie ów proboszcz, który wracając kiedyś ze swojej kapłańskiej posługi znalazł ciało swojego wiernego we własnym gabinecie. 

Czytało mi się tę książkę świetnie. Po pierwsze nic a nic z niej nie pamiętałam. Po drugie, świetny pomysł na sprawcę. No i cechuje ją rewelacyjne poczucie humoru, jakaś taka delikatna i wyważona ironia? Nie wiem, jak to określić, ale nie raz nad nią się zaśmiałam, co w sumie dość mnie zdziwiło, bo jednak Agatha Christie nie pisała komedii kryminalnych. A ta jest zarówno klasycznym kryminałem w stylu Agathy (mała miejscowość lub miejsce zbrodni, ograniczona ilość potencjalnych sprawców, wszyscy podejrzani mają motyw, o którym dowiadujemy się z czasem) i naprawdę ma bardzo przyjemny brytyjski humor. I jest w niej świetnie oddany klimat małej, wiejskiej miejscowości z jej zaletami i wadami. 

Po zabójstwie pułkownika rusza oficjalne śledztwo, ale też swoje własne, prywatne prowadzi chcąc nie chcąc sam pastor, który odkrywa, że ma silną pomocnicę, jaką jest ni mniej ni więcej, a właśnie Panna Marple. Bowiem, jak jest napisane niemal na początku książki, cytuję „(…) Nie ma w Anglii detektywa, któy by mógł iść w zawody ze starą panną w nieokreślonym wieku, mającą dużo wolnego czasu”.

Do ostatniej strony niemal nie wiedziałam, kto popełnił zbrodnię a pomysł na jest oczywiście, jak to właściwie zawsze u tej autorki, mistrzowski!

Moja ocena to 6 / 6.

„Krokodyl z kraju Karoliny”. Joanna Chmielewska.

Wydana w Wydawnictwie KOBRA. Warszawa (2001).

Tę książkę wydaną pierwszy raz w 1969 roku przeczytałam w ramach mojego Osobistego Projektu Książkowego „Mama”.
Pamiętam, że zawsze śmiałyśmy się z moją Mamą, że miłość do kryminałów Joanny Chmielewskiej wyssałam z mlekiem matki, bo czytała jej książki w ciąży i potem jak najbardziej również.
Z tego, co mi utknęło w głowie, „Krokody z kraju Karoliny” to jedna z tych czytanych przez moją Mamą książek w czasie, gdy oczekiwała na moje narodziny.
Nie jest więc dziwne, że sięgnęłam po nią, tym bardziej, że nie jest to książka Chmielewskiej, po którą sięgam, że się tak wyrażę, w pierwszym rzucie. I w sumie nic z niej nie pamiętałam.

Akcja książki rozpoczyna się, gdy Alicja zwierza się Joannie, że czuje się ostatnio niezbyt bezpiecznie, ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Ich rozmowa w domu Alicji potwierdza przez odkrycie pewnych faktów, że Alicja raczej się nie myli.
W nocy Alicja dzwoni do Joanny i prosi ją, żeby w razie jej śmierci, Chmielewska przybyła ją obejrzeć. Nie tyle zobaczyć, co wręcz obejrzeć. Narratorka nie bierze tych słów serio, ale oczywiście obiecuje przyjść, obejrzeć jej ciało. I wydawałoby się, że nie ma o czym myśleć, kiedy jednak następnego dnia czeka długo w kawiarni, w której się umówiły, dzwoni do mieszkania Alicji, gdzie odbiera jakiś nieznany jej mężczyzna. Szybko okazuje się, że niestety, Alicja nie żyje 😦 Padła ofiarą zbrodni.

A Joanna? A Joanna, jak to Joanna. Przecież to jasne, że nie zostawi sprawy odłogiem! W końcu ktoś odebrał jej jedną z najważniejszych w jej życiu osób. Narratorka nie wie jeszcze, że zaczynając swoje prywatne śledztwo, zostanie wkręcona w wir niezwykłych zdarzeń, a na pewnym etapie jej dochodzenia, nie będzie wiadomo, kto jest winny, kto jest niewinny.

Akcja dzieje się wartko, Joanna swoimi pomysłami nie zawodzi, czym doprowadza do szału zarówno Diabła, z którym jest wciąż od ich poznania się w książce „Wszyscy jesteśmy podejrzani” i zaprzyjaźnionego majora. Gdy obaj panowie rwą sobie włosy z głowy na poczynania kobiety, Joanna działa i udaje się do Kopenhagi, gdzie jak się wydaje wiodą tropy.

„Krokodyl z kraju Karoliny” jest według mnie bardziej książką sensacyjną, niż klasycznym kryminałem, ale oczywiście elementy tego gatunku są tam jak najbardziej. Nie jest to ta książka, nad którą śmiałam się do rozpuku, jak chociażby w przypadku „Bocznych dróg” lub „Wszystko czerwone”, ale też trzyma poziom i humor na pewno nie jest w niej wymuszony.

Moja ocena to 5 / 6.

„Rilla ze Złotych Iskier”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2025). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Rilla of Ingleside.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bardzo, bardzo się cieszę, że jednak zdecydowałam się na sięgnięcie po ostatnią z serii o Anne, książek. Przyznaję, że po poprzednią u nas wydaną, noszącą tytuł „Dolina Tęczy” nie sięgnęłam po tym, jak z kolei nie podobała mi się jeszcze poprzednia, „Anne ze Złotych Iskier”.

Otóż, ku mojej czytelniczej radości, „Rilla ze Złotych Iskier” wszystko mi wynagrodziła! 
To jest po prostu świetna książka! Chociaż niestety, smutna, smutna ogromnie, bo jej cała akcja rozgrywa się w czasie IWŚ. 

Rilla w chwili rozpoczęcia książki za chwilę dosłownie ma ukończyć piętnaście lat. Piętnaście lat! Pamiętacie ten czas swojego życia? Ja tak. To piękny, ale i burzliwy i mający codzienny milion nastrojów i zmian, okres w życiu. W jednej chwili wydaje nam się, że wszystko możemy, w drugiej, chowamy się w mysią dziurę, aby tylko nikt nas nie zagadnął. Nawiązujemy trwające potem często dziesiątki lat, znajomości, przyjaźnie, przeżywamy pierwsze zauroczenie, a potem pierwsze głebsze uczucia.
Chyba nic się nie zmieniło od czasów nastoletnich lat Rilli, tak sądzę. Młodzi jednak w głębi swoich serc wciąż pragną podobnych rzeczy, uczuć, przeżyć. 
Rillę poznajemy jako, cóż, trzpiotkę. Dziewczynę, która więcej myśli o przyjemnościach życia, niż o jego poważniejszych aspektach. Ale też, czy musi uprawiać filozofię i zadumę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę? 
Mnie się ta postać ogromnie spodobała. Zapałałam do Rilli sympatią za jej charakter, zadziorność, ale przede wszystkim za jej dobre serce. Za to, że ma serce po właściwej stronie, za to, że potrafi każdego zrozumieć, wytłumaczyć, pocieszyć, kiedy trzeba. Popłakać ale i pośmiać się z kimś, kto tego potrzebuje. Wreszcie – pomilczeć, kiedy nastanie tego potrzeba.

Rilla przechodzi w tej książce niezwykłą przemianę. Trudno powiedzieć, czy stałoby się to tak szybko, gdyby czasów jej wczesnej młodości nie zdeterminowała wojenna rzeczywistość? Sądzę, że nie znajdziemy na to pytanie jasnej odpowiedzi, niemniej jednak, kiedy trzeba, Rilla zakasuje rękawy sukni i działa! 

Jak napisałam, ta część ropzoczyna się w momencie, gdy za chwilę dziewczyna ma skończyć piętnaście lat. Przed nią pierwsza poważna zabawa taneczna, podczas której zadzieje się coś pięknego i wzruszającego między nią a chłopcem, który jej się podoba, Kennethem Fordem. Te chwile spędzone z nim dziewczyna będzie mogła poźniej traktować jako zbiór pięknych, dobrych wspomnień, które pomogą trwać, gdy rzeczywistość za oknem będzie nie tyle skrzeczeć, co wręcz krzyczeć i przytłaczać młodą osobę i jej bliskich. 

Niemal na samym początku wojenne życie postanawia szybko nauczyć beztroską wszak do tej pory nastolatkę, odpowiedzialności. Otóż, wielu mężczyzn z jej miejscowości zaciąga się do wojska. W tym gronie nie brakuje mężczyzn z rodziny Rilli, jej braci. I oto na samym początku, gdy Rilla zbiera dofinansowanie na działalność wspierającą walczących, staje się ona opiekunką wojennego maluszka. Ojciec malca zaciągnął się do wojska, a mama zmarła niedługo po powiciu maleństwa. Wychodzi na to, że dziecina nie ma szansy na opiekę, która zagwarantuje jej przeżycie, ale w tym momencie dobre serce Rilli działa i oto dziewczyna w bardzo nietypowym odpowiedniku koszyczka dla niemowląt, jakim okazuje się być waza do zupy, przywozi chłopczyka do domu. Jims stanowi dla niej zagadkę, wszak nie miała nigdy okazji niańczyć noworodków, a nie chce tym obarczać mamy ani Susan, ale z czasem i jednak pomocą bliskich, w Złotych Iskrach maluch znajduje piękny i ciepły dom. 

Co mi się podobało w tej ostatniej części serii? Nie będę oryginalna, bo powtarzałam to przy wszystkich czytanych przeze mnie w nowym przekładzie, książkach, a mianowicie tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej właśnie. Jestem nim zachwycona! Nic nie tracąc z oryginału, książki zyskały jednak nieco nowszy, współcześniejszy klimat. Jestem w stanie rozejrzeć się i zobaczyć takie Rille i dzisiaj, gdzieś w niedalekiej całkiem okolicy! Obym nie musiała, bo wszak czas wojny, o czym zawsze piszę, to jeden z najgorszych w życiu człowieka !!!

To, w jaki sposób przedstawiona jest zmiana w charakterze Rilli. Nie nagła, ale jednak stopniowa, ale dzięki temu chyba właśnie wiarygodna. Rilla dojrzała i dzieje się to w przekonujący sposób.

Ta część wynagrodziła mi poprzednie rozczarowanie. Książka wygląda kolorowo dzięki karteczkom zaznaczającym ważne dla mnie zdania. 
A scena z Piątkiem (pieskiem wiernie czekającym na jednego z braci Rilli na peronie podczas całej nieobecnośc mężczyzny w domu) doprowadziła mnie do łez!
Polecam!

Moja ocena to 6 / 6. 

„Złodziejski spadek”. Bożena Mazalik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, krążyłam już jakiś czas temu wokół książek Bożeny Mazalik. Teraz trochę żałuję, że swego czasu nie sięgnęłam po „Ciosy słonia”, coś czuję, że kiedyś się zdecyduję. Tak więc w sumie to „Zodziejski spadek” okazał się być moją pierwszą książką autorki i jestem o tym przekonana, nie ostatnią. 

To książka akcji, taki trochę kryminał, ciut thriller, ale w sumie najbardziej jednak po prostu książką akcji. Bo ta jest naprawdę szybka, zmienia się niemal na każdej stronie i powoduje, że książkę czyta się dobrze i z zainteresowaniem. A do tego dochodzi tło, bo rzecz dzieje się w niemieckich Alpach, w jednej z mieścin położonych wysoko, gdzie wciąż wydaje się, że nic złego dziać się nie może. Nie może? Do czasu, niestety. 
Hilda Mainwolf to obecnie zastępczyni burmistrza miasteczka Ratsel (gra słów, bowiem może to sugerować słowo „zagadka, szarada”). Kobieta szlachetna i poważana. Prowadzi fundację wspierającą dzieci w trudnej sytuacji życiowej. Jednym słowem, niemal anioł. Niemal, bo kobieta ma za sobą trudną przeszłość i trudne wybory i zachowania. I taka trudna przeszłość niestety, prędzej, czy później się odezwie. W przypadku Hildy wraca i to można by powiedzieć, że ze zdwojoną siłą. Chwilę po wręczeniu jej odznaczenia mającego uhonorować kobietę ta dosłownie rozpływa się w powietrzu. Jeszcze niektórzy mają nadzieję, że może realizuje swój plan wylotu do Mołdawii, skąd miała przywieźć dzieci, którym pomaga jej fundacja, ale szybko te nadzieje okazują się być złudne. 
W dodatku następnego dnia jej córka, Elke, wraz z babcią, jadąc górską przełęczą autem Elke, spadają w dół zbocza. Wypadek, ale czy na pewno? Szybko domyślamy się, że w tej sprawie nie ma przypadków. Na miejsce przybywa Carla, osoba z rodziny, była policjantka, mająca rozwiązać zagadkę zaginięcia „ciotecznej babci” i Elke. A na horyzoncie pojawia się też Lars, ktoś ważny w przeszłości Carli, który prowadzi indywidualne śledztwo w sprawie morderstwa swojej siostry, które miało miejsce rok temu. 
Czy, i w jaki sposób wszystko to może się łączyć? O tym dowiadujemy się z kart książki. 

Jak pisałam, to książka akcji, która zdecydowanie wartko się toczy. Jak dla mnie okazała się świetną rozrywką, zdecydowanie dobrą lekturą. Polecam, jeśli ktoś ma chęć na kryminał, akcję i na po prostu udany czas nad książką !

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zielone piekło”. Raymond Maufrais.

 Wydana w Wydawnictwie ISKRY. Warszawa (1966). 

Przełożył Zbigniew Stolarek. 
Tytuł oryginalny Aventures en Guyane.

To pierwsza książka z mojego Osobistego Projektu Książkowego, o którym pisałam w poprzednim wpisie. Od niej właściwie wszystko się zaczęło i to ta książka spowodowała, że ów projekt w ogóle pojawił się w mojej głowie. I okazuje się, że nie dość, że sam projekt jest (dla mnie na pewno) świetnym pomysłem, to sama książka jest rewelacyjna!! 
Czemuż to wcześniej (a przecież zdjęcie, na którym moja Mama jest z tą książką jest jednym z moich ulubionych) nie sięgnęłam po „Zielone piekło”, tego nie wiem. Wiem jedno, dobrze, że nareszcie na to się zdecydowałam! 

Krótka notka biograficzna, chociaż uważam, że warto jest samemu poszukać informacji na temat autora (zwłaszcza ułatwienie mają osoby francuskojęzyczne). Raymond Maufrais był bardzo młodym człowiekiem (rocznik 1926), który miał w sobie ogromną żądzę przygód. Pracował już jako młody człowiek jako dziennikarz, czy raczej korespondent. Jako młody chłopak brał udział w walkach o wyzwolenie Francji, a po zakończeniu IIWŚ postanowił swoją pasję przekuć w coś konkretnego. Stąd jeszcze jako niespełna dwudziestoletni chłopak wziął udział w wyprawie do Brazylii, a mając lat dwadzieścia trzy jako korespondent relacjonujący swoją wyprawę na terenie Gujany Francuskiej. Chciał on dotrzeć do masywu górskiego Tumuc-Humac. 
Niestety, ta wyprawa, o czym wiemy z opisu książki, nie skończyła się dobrze. Relacje, które Raymond miał wysyłać do paryskiego pisma, szybko się urwały i to dało do myślenia, że coś złego mogło się stać podczas jego podróży. 

Co się natomiast działo, to wiemy od niego samego. Maufrais bowiem przez całą swoją podróż pisał dziennik podróży. Jest to dziennik wstrzasający, szczery, przejmujący.
Raymond relacjonuje niemal każdy dzień swojej niewiarygodnej wyprawy przełomu 1949 i 1950 roku, począwszy od sierpnia a skończywszy na dniu 13 stycznia 1950 roku, gdy to zapiski autora urywają się. 
Dziennik to o tyle wstrząsający, że jako czytelnicy znamy zakończenie wyprawy. A jest ono takie, że Raymond zaginął. Dotarł do brzegu rzeki Tamouri, gdzie niestety, ślad po nim się urwał. Jakiś czas potem dopiero ruszyły poszukiwania i znaleziony został ostatni obóz eksploratora wraz z dziennikiem podróży, pozostawionym tam dla drogich mu rodziców, który to dziennik jest kanwą książki, którą przeczytałam. 

Co mogę Wam powiedzieć? To książka, która absolutnie się nie starzeje! Pragnienia zmian, przygód, zobaczenia czegoś nowego, niechęć gnuśnienia (zresztą, o jakim gnuśnieniu może mówić dwudziestoparoletni człowiek?), to wszystko przecież dzieje się wciąż i teraz. Być może mamy teraz nieco inne możliwości, inne finanse, czy możliwość zapewnienia ich sobie (Raymond ruszył na wyprawę niemal bez pieniędzy), inną drogę do dojścia do celu. Ale marzenia! Te wciąż mamy i je realizujemy. Są też ludzie z mniejszą lub większą pasją do czegoś. Są też w końcu – ryzykanci, stawiający wszystko na jedną kartę. Do nich według mnie bezsprzecznie należał Raymond, który parł niestrudzenie w kierunku Tumuc-Humac, pomimo, że zarówno ludność miejscowa, jak i inni napotkani bywalcy tamtych stron z firm eksplorujących tamte tereny, ową samotną wyprawę przez niewątpliwie trudną do pokonania puszczę Gujanym, młodemu człowiekowi odradzali. 

Sam dziennik, jak już pisałam, jest wstrząsający. Zarówno tym, co pisze on o samej wyprawie, o jej warunkach, ogromnie trudnych, o masie przeciwności, na jakie napotykał i o tym, jak ze swoimi słabościami walczył. Zważywszy na to, że pod koniec swojej wyprawy był już wiecznie głodny i jak się łatwo domyslić po tym, co pisał, wycieńczony i wręcz wyczerpany, nie trzeba mieć wiedzy na temat tego, że ta wyprawa dobrze się nie zakończy, aby móc to przewidzieć. A mimo to każde słowo młodego człowieka przepełnione jest taką pasją, że czytając czasem aż zazdrościmy mu tej pasji, tej pchającej go wciąż i dalej miłości do życia, do przeżywania go w pełni! 
Niestety, jak wspomniałam 13 stycznia 1950, to ostatni dzień notatek Raymonda Maufraisa. Zakończony jest on ostatnimi słowami skierowanymi do jego rodziców, „Poprzysiągłem wam, że wrócę, i wrócę – jeżeli Bóg pozwoli.” Nikt więcej nie spotkał Raymonda i również nie odnaleziono jego ciała. Nie wiemy więc, czy pokonała go jakaś choroba, infekcja, głód, czy może jakiś drapieżnik. Jedno jest pewne, Raymond Maufrais walczył do końca, aby dopełnić tego, co obiecał swoim drogim rodzicom. 

Nie ukrywam, końcówka książki rozwaliła mnie emocjonalnie 😦 W swoich notatkach Raymond wspominał o rodzicach dość często (wszak, co dodatkowo przybija, był on ich jedynym synem), ale pod koniec swojej wyprawy pisał on o nich coraz częściej i z coraz więcej wyczuwalnym przygnębieniem, jakby podskórnie zaczynając brać pod uwagę to, że może jednak ponownie się z nimi już nie spotkać. Zapewne, oprócz własnego smutku związanego z tą świadomością, zdawał sobie sprawę, jaką tragedią będzie to dla jego mamy i taty. I z pewnością tak było. Co wyczytałam już w artykułach o autorze, jego tata dwa lata po zaginięciu chłopaka, porzucił pracę zarobkową, i ruszył w poszukiwaniu swego syna, gdzie przemierzał setki, jak nie tysiące kilometrów w poszukiwaniu Raymonda. Nie sposób nie wzruszyć się i nie pojąć w dwójnasób, skąd młody chłopak czerpał aż tyle miłości do swoich rodziców, najwyraźniej byli to ludzie, którzy dali mu dużo miłości, ale również wolności, nie stawiając przeszkód podczas realizacji jego pomysłów na wyprawy.
„Zielone piekło” nosi adekwatny do całej wyprawy i dziennika, tytuł. Spełnienie bowiem marzeń młodego człowieka okazało się zarazem jego przekleństwem. Ta przygoda, która miała stać się początkiem czegoś nowego i dać przyczynek do wspomnień na resztę życia, okazała się być jednocześnie zarówno tą najbardziej niezwykłą, jak i niestety, najcięższą, aż dosłownie odebrała mu ona życie. Najprawdopodobniej, bowiem jak pisałam, ciała chłopaka nigdy nie znaleziono. Ale jakie mogły być jego losy? Uważny czytelnik widzi pogarszający się stan jego zdrowia fizycznego. I chociaż psychika nie wydaje się być o dziwo, w najgorszej formie, mamy świadomość, że człowiek bez siły (walczący z głodem i brakiem możliwości uzupełnienia kalorii) nie jest w stanie ani zbudować kolejnej łodzi (po stracie pierwszej i zatonięciu tratwy), ani też nie jest w stanie przejść piechotą kilkudziesięciu kilometrów, gdzie mógłby natrafić na pomoc i ratunek. 

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić, zwykli mawiać niektórzy. Nie jestem pewna, czy gdyby znał koniec tej wyprawy podjąłby się jej? A może właśnie podjąłby się? Raymond był z pewnością człowiekiem pełnym pasji, woli życia, przeżycia go jak najlepiej. W końcu był nieco ponad dwudziestotrzyletnim chłopakiem. W tym wieku życie człowieka wciąż jest w jego początku i wiele przed nim. 

Zachęcam zainteresowane osoby do sięgnięcia do artykułów o Maufrais. Ogromnie ciekawy jest na stronie internetowej pisma NATIONAL GEOGRAPHIC, którego to artykułu autorem jest Krzysztof Kęciek. Widzę też, że jest coś na Onecie i zaraz zamierzam przeczytać całość. 
Zalecam też, jeśli Was temat zainteresuje, zajrzeć na stronę http://www.maufrais.info 
Znajdziecie tam informacje dotyczące i jego i wypraw poszukiwawczych jego taty. Jest tam też przeniesienie na stronę na Fb. 

Muszę przyznać, że dawno żadna książka aż tak mnie nie poruszyła, nie sprawiła, że w głowie pojawiło się mnóstwo myśli i refleksji. Wreszcie, dawno coś aż tak mnie nie wzruszyło. I chociaż czyta się ten dziennik ze ściśniętym gardłem, wiedząc, że happy endu tu nie będzie, jest to z pewnością książka, po którą zdecydowanie warto jest sięgnąć. Polecam!

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.