„Szanta”. Wojciech Wójcik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam Mazury. Od paru lat również Warmię, ale swego czasu to Mazury bywały miejscem mojego wytchnienia i wypoczynku.
Piękne okolice, krajobrazy, potęga przyrody, lasy i jeziora. Blikość natury, śpiew ptaków, sarny i koniki polskie, które można podziwiać. To wszystko dawało mi dużo poczucia spokoju i wręcz sielkości. I mimo, że nie żegluję, to naprawdę potrafiłam znaleźć tam wytchnienie.
Akcja „Szanty” dzieje się właśnie w pięknych okolicznościach przyrody, w okolicach miasteczka Ruciane-Nida. Z tym, że akcja książki zupełnie nie ma się do atmosfery sielskości i spokoju, jaki na początku odmalowałam.
Jak to w kryminałach autora bywa, w książce będą toczyły się dwa osobiste dochodzenia, czy raczej chęć poznania tego, co się naprawdę wydarzyło. Jagoda Matusiak, to narratorka, która opowiada nam o swojej pracy w mającym powstać Muzeum Żeglarstwa. Muzeum ma powstać, ale od początku są z tym problemy. Najpierw znalezione zostaje bowiem ciało fundatora placówki i inicjatora, Sylwestra Preussa. Profesor z Warszawy, osiedlił się w okolicy i z nią związał większość swojego życia. I właśnie, gdy jego życie miał dopełnić się budową muzeum, czyli dzieła życia, zostaje znaleziony martwy w piwnicy placówki, kiedyś będącej ośrodkiem wypoczynkowym, a obecnie właśnie przyszłą placówką kulturalną.
Samo to nie wzbudziłoby może jakichś podejrzeń, jako, że prawdopodobnie odebrał sobie życie, ale niestety, parę tygodni później martwa i nie z własnej ręki, zostaje znaleziona Malwina, kierowniczka niedoszłej placówki. W obliczu ewidetnej zbrodni rusza śledztwo, a ślady prowadzą w wiele miejsc.
Jak wspominałam na początku, Jagoda, narratorka, będzie chciała dowiedzieć się, co się dzieje w muzeum, na dyrektorkę którego zostaje niespodziewanie nominowana. Wraz z dwiema pracownicami, Emilią, młodą mamą i Romą, usiłuja postawić na nogi inicjatywę, a jednocześnie Jagoda usiłuje dowiedzieć się, co się tak naprawdę dzieje. Czemu zginęła tragicznei poprzednia dyrektorka i czy ma to może związek z jakimś skarbem znajdującym się wśród rozlicznych zbiorów muzeum? Bo jest tu co podziwiać i co katalogować. Sylwester Preuss był miłośnikiem sztuki starowierców, których klasztor w Wojnowie stanowi ogromną atrakcję tamtego regionu (byłam, podziwiałam).
Wspominałam o Jagodzie, ale muszę wyjaśnić, kto jeszcze będzie podążał śladem zbrodniarza ( a może zbrodniarzy?). Otóż były policjant po przejściach, Hubert i osoba, którą pozna dopiero w czasie początku akcji książki, Helena, podająca się za dziennikarkę (jednak były policjant szybko zaczyna podejrzewać, że nie ma to nic wspólnego z prawdą).

Muszę powiedzieć, że polubiłam Jagodę, muzealniczkę, która porzuciła pracę w Luwrze na rzecz pracy w małym, lokalnym mazurskim muzeum i której zależało na tym, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się w ich ośrodku, a także, co dzieje się w okolicy i czy pracujące w placówce kobiety muszą zacząć się czegoś obawiać? Tym bardziej, że zaczynają ginąć kolejne kobiety. A pozostają po nich jedynie obcięte włosy…

Nie ukrywam, że oprócz wątku kryminalnego, ciekawe dla mnie było „podróżowanie” na kartkach książki po mazurskich terenach i miejscowościach, które znam bardzo dobrze z własnych wypraw i które zawsze wspominam z wielkim sentymentem. Ogromnym plusem książki jest też dla mnie przybliżenie nieco sztuki starowierców i sądzę, że ktoś bardziej zainteresowany tematem z pewnością sięgnie teraz po coś bardziej już tematycznego, a sądzę,że temat jest warto poznania i rozwinięcia, jako ogromnie frapujący.

Muszę też przyznać i uważam to za zaletę, że w rezultacie nie spodziewałam się, że sprawcą jest ta a nie inna postać z książki, a i motywacje okazały się dla mnie zaskakujące.
Jak to u tego autora bywa, uprzedzam, że postaci jest sporo i warto jednak ogarniać, kto jest kim, żeby nie stracić wątku.
Jednak akcja tę mnogość uzasadnia i rekompensuje.

Moja ocena to 5 / 6.

„Wygrywa pierwsze kłamstwo”. Ashley Elston.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożyła Agnieszk Brodzik.
Tytuł oryginalny First Lie Wins. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No i proszę, jak to bywa. Kiedy przeczytałam zapowiedź tej książki i jej krótki opis, wydawało mi się, że to będzie coś, co mi się spodoba. Ale potem zaczęłam dumać, a właściwie, brzmi jak tyle tytułów, które już się znało, czytało itd. Z jednej strony, polecała tę pozycję w swoim klubie książkowym Reese Whitherspoon, z drugiej, maruderzy w książkowych miejscach zawsze narzekają na tego typu polecanki, że niby celebryci, to co oni mogą wiedzieć o książkach itd. Ale ostatecznie, „Wygrywa pierwsze kłamstwo” najwyraźniej miało do mnie trafić, bo trafiło i…nie mogłam się oderwać !!! Ha, czyli książki naprawdę wiedzą, kto je zechce czytać! 

Tak, to thriller, żadne tam dzieło filozoficzne. Ale przecież ja uwielbiam i kryminały i thrillery właśnie. Powiem Wam, że naprawdę, dawno coś mnie aż tak nie wciągnęło. 
Przyznaję od razu, że autorki wcześniej nie znałam, wiem, że to autorka dotychczas książek raczej dla młodzieży i młodych dorosłych, ale nie czytałam żadnej z przez nią napisanych. Aż do teraz. 

„Wygrywa pierwsze kłamstwo” rozpoczyna się w chwili, gdy poznajemy Evie Porter, która mieszka od niedawna w małej miejscowości w Luizjanie z chłopakiem Ryanem Sumnerem. Wydaje się, że wiedzie idealne życie. Oto piękny dom, czy wręcz posiadłość na amerykańskim południu, piękny, jak z reklamy i kochający chłopak, ogród, w którym można posadzić najpiękniejsze kwiaty, interesująca praca i…coś, co jednak główną bohaterkę, która prowadzi narrację pierwszoosobową, „uwiera” w tym idealnym życiu. A no tak, fakt, że tak naprawdę Evie, czy raczej , Evelyn Porter, tak naprawdę w ogóle nie istnieje. A sam Ryan Sumner jest nie tylko jej chłopakiem, który nosi ją dosłownie na rękach, a raczej jej celem. Jej, czy raczej jej tajemniczego szefa, pana Smitha, kontaktującego się z kobietą w bardzo ostrożnie określonych realiach i okolicznościach. 

Akcję książki poznajemy nielinearnie, bo część wydarzeń streszcza czytelnikowi Evie w czasie obecnym, a do części sięga wstecz , nawet dziesięć lat wstecz. To dzięki owym wspomnieniom dowiadujemy się o charakterze jej nietypowej pracy i o tym, jak to się stało, że doszła tu, gdzie jest teraz i dlaczego jej poprzednie zadanie zakończyło się spektakularną klapą. 

Co mi się spodobało w „Wygrywa pierwsze kłamstwo”?  Na pewno wartkość akcji, bieg wydarzeń, to, że na swój sposób, mimo, że niezbyt to z pewnością słuszne, polubiłam główną bohaterkę i zwyczajnie kibicowałam jej w poczynaniach. Wreszcie, sam opis zadań, które w swojej pracy zlecał jej pan Smith, i to, jak poznawałam kulisy tych działań. 
Akcja książki jest prowadzona tak, że najpierw naprawdę byłam pewna, że będę wiedziała, jak to się wszystko potoczy i najpewniej, jak się skończy, po czym Ashley Elston za pomocą Evie dała mi delikatnego prztyczka w nos i zapewniła, że nie warto przyzwyczajać się do wytartych schematów 🙂 I że ładne amerykańskie dziewczyny są nie tylko ładne, ale mają głowę na właściwym miejscu. 

Powiedziałabym,że gdyby ktoś oczekiwał, że jakimś powiedzonkiem, czy przysłowiem opiszę mu nastrój tej książki, to odpowiedziałabym tak „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. 

Według mnie „Wygrywa pierwsze kłamstwo” to książka idealna wręcz dla miłośników thrillerów, ale i dla kogoś, kto chce poczytać coś dobrego, ale zwyczajnie rozrywkowego i być może szuka dla siebie lektury na nadchodzącą majówkę?

Moja ocena raczej Was nie zaskoczy. Jest to 6 / 6. 

„Ucichły ptaki, przyszła śmierć”. Michał Śmielak.

Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2023). Ebook. 


Polubiłam kryminały Śmielaka odkąd przeczytałam w grudniu 2023 jego „Osadę”. Od tej pory korzystam z promocji na ebooki i co pewien czas coś tam sobie kupuję w dobrej cenie. Tym samym mam już całkiem sporo jego książek za sobą.
A teraz przyszła kolej na tę. Czterech przyjaciół z powiedzmy, wczesnej młodości, jedzie na nietypowy wieczór? parodzień raczej, kawalerski w Beskidy. Wyprawa pod hasłem „Szlakiem beskidzkich duchów i upiorów” ma być wyprawą na zasadzie, „co się dzieje w górach, zostaje w górach” i świetną zabawą, ale ostatecznie okazuje się ekstremalną grą o przetrwanie.
Czytałam (już po lekturze), tak raczej z ciekawości, opinie i widzę i zadowolonych czytelników i mniej zadowolonych. Mnie się podobała, chociaż przyznaję, że bardzo dosadne i krwawe opisy zadanych przed śmiercią ofiarom tortur, zwyczajnie omijałam wzrokiem. Bardzo nie lubię dosłowności i brutalności, a tu tego trochę było, no ale trudno.
Ogólnie pasował mi styl opowieści, bowiem to, co się wydarzyło poza szlakiem, opowiada przebywający w szpitalu psychiatrycznym jedyny ocalały członek tej wyprawy. I właśnie jakos styl mi pasował do faceta, który jeszcze parę tygodni temu miał mieć zapowiedź świetnej zabawy i ślub z ukochaną, a tu nagle los zafundował mu inne rozwiązanie.
Myślę, że tym, którzy lubią książki autora, ta się spodoba, jeśli jeszcze jej nie czytali, ale ona chyba ma już parę lat, więc pewnie miłośnicy dobrze już ją znają.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Ptasiek”. William Wharton.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2004).

Przełożyła Jolanta Kozak. 
Tytuł oryginalny Birdy.

Książkodzielnia osiedlowa daje mi kolejną możliwość powrotu do książek, które czytałam wieki temu i które mi się wtedy podobały i taką też możliwość zweryfikowania opinii (chociaż czytałam tak dawno temu, że zwyczajnie zostało po prostu wrażenie, że mi się podobała wówczas ta książka).

I co? I okazało się, że obroniła się! Żeby była jasność, nie każę się komuś zachwycać, jeśli stwierdzi, że to gniot (tak lubiany przez Polaków swego czasu Wharton mam wrażenie, że nieco potem został przez niektórych oceniany jako taki mniej ambitny? nie wiem, mnie to średnio rusza, ale oczywiście opinie można mieć i przedstawiać).

„Ptasiek” to opowieść, którą poznajemy z dwóch perspektyw. Najpierw – Ala, młodego mężczyzny, który po kontuzji odniesionej na froncie IIWŚ zostaje odtransportowany do USA i tam poproszony o odwiedziny przyjaciela z dzieciństwa, Ptaśka, którego imienia nie poznajemy chyba przez całą książkę). Ptasiek wylądował w bardzo ciężkim stanie w szpitalu psychiatrycznym i psychiatra go prowadzący zastanawia się, czy wizyta kogoś z przeszłości nie pomoże chłopakowi.
Tak więc poznajemy akcję i z opowieści i wspomnień Ale, lecz także z persoektywy wspomnień samego Ptaśka.
A Ptasiek, to osoba nadwrażliwa i z pewnością nie przystająca do tak zwanego ogółu społeczeństwa. Znalazł on sobie bezpieczną niszę na swoją oryginalność w miłości do ptaków i z czasem zwyczajnie zechciał zostać jednym z nich.

„Ptasiek” to piękna opowieść o tym, jak bardzo możemy nie przystawać do otaczającego nas świata, ludzi, rzeczywistości i jak czasem jesteśmy w stanie znaleźć sobie takie schronienie, w którym będziemy czuć się bezpieczni.
To także opowieść ogromnie współczesna, jak dla mnie, w kontekście tego, że może i lata mijając i zmieniają się didaskalia rzeczywistości, ale jednak jednym z największych skarbów, jakie człowiek w życiu może mieć, to kochająca rodzina, a jeśli tej zabraknie, to przyjaciel, który toleruje cię ze wszystkimi twoimi wadami, dziwactwami i tym, co odrzucać może innych.
Wreszcie, to aktualna opowieść o tym, że wrażliwcy zawsze mają w życiu ciężko i że łatwo jest kogoś wyśmiać, czy zaszufladkować, chociaż nie ma się pojęcia, jak tragiczne mogą być tego konsekwencje.

Cóż, ja ją dosłownie pochłonęłam i polecam. Na półce wzięta również z Książkodzielni kontynuacja, chociaż na razie robię przerwę, z racji innych ksiązkowych zobowiązań.

Moja ocena to 6 / 6.

Odszedł Mario Vargas Llosa

Zmarł Mario Vargas Llosa, laureat literackiej Nagrody Nobla z roku 2010.
Zajrzałam na Biblionetkę, czytałam pięć jego książek, z których dwie znalazłam zrecenzowane przeze mnie na blogu. Podrzucam linki.
Może chcecie się podzielić swoimi odczuciami na temat Jego książek? W sumie, to kończy się pewna epoka, nieodwracalnie, odchodzą ci, którzy kiedyś tworzyli naprawdę potężny kanon literatury. Owszem, są nowi, którzy tworzą swój, nowy, ale nie ma co się oszukiwać, zostało puste miejsce, którego łatwo się nie zapełni.

„Jedyna córka”. Guadalupe Nettel.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025).

Przełożyła Barbara Bardadyn. 
Tytuł oryginalny La hija unica. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No, powiem tak, mało, a tej recenzji mogłoby w ogóle nie być. Czemu? Możecie się spytać i w sumie, słusznie, bo cóż to za deklaracje książkowego buntownika? Ale ta niepewność, czy będę w stanie skończyć „Jedyną córkę” wynikła dość szybko z powodu jednego z wątków pojawiających się w książce.
Jednak, cóż, najpierw stwierdziłam, że chcę doczytać do zakończenia jednego wydarzenia i zastanowić się, co dalej zrobię, a następnie popełniłam rzadko czyniony przez siebie książkowy grzeszek. A mianowicie- przekartkowałam książkę do końca. I stwierdziłam, że mimo, że temat dalej nielekki, to chcę jednak z nim się zmierzyć. 

„Jedyna córka”, to opowieść o trzech kobietach, Laurze, Alinie i Doris. Laura i Alina są przyjaciółkami, a Doris, to nowa sąsiadka Laury. 
Historie ich trzech poznajemy ustami Laury, narratorki. 
Każda z kobiet staje w obliczu swojego indywidualnego podejścia do macierzyństwa. Laura jest zdeklarowaną przeciwniczką posiadania potomstwa, czemu daje bardzo jasny wyraz. Alina, kiedyś deklaratorka wolności i swobody, co wiąże z byciem bezdzietną, z czasem zmienia swoje nastawienie i zaczyna z partnerem długotrwałe i uciążliwe starania o dziecko. Natomiast Doris, to kobieta po przejściach, która mamą już jest, bo do kamienicy narratorki wprowadza się z ośmioletnim synem, Nicolasem. 

Jak już wspomniałam, to nie jest łatwa książka. Dwie z opisanych kobiet mają ogromne problemy. Nie zdradzę tu żadnego sekretu, jest to na okładce książki, że ciąża Aliny nie będzie przebiegała tak, jak to sobie mogła wymarzyć. W końcówce ciąży bowiem kobieta dowie się, że jej córeczka, którą nazwano już Ines, umrze zaraz po porodzie. Czy można przygotować się na tak straszną wiadomość? Czy można dosłownie z dnia na dzień niemal nastawić się na to, że twoje marzenia, które z takim trudem realizowałaś, po prostu zostały zrujnowane, a wszystko to, na co miałaś nadzieję, że wydarzy się w przyszłości, pierwszy świadomy uśmiech dziecka, pierwsze słowa, raczkowanie, kroki nigdy się nie wydarzą? Nie będę ukrywać, że ta część była dla mnie najbardziej mroczna i najtrudniejsza i gdyby nie to, że jednak coś mnie podkusiło, żeby spróbować zmierzyć się z tematem, pewnie wówczas już bym ją zostawiła. Przejmujące było dla mnie to, co znam z własnej przecież chociaż nieco innej, niż Alina, perspektywy. Ale niewyobrażalnie smutno czytało mi się opisy tego, jak przyszli rodzice zwijali swoje marzenia sprzątając to, co miało być „dla Ines”…

I mimo, że mamy tu jeszcze dwie bohaterki i ich losy również są istotne i ważne, to akurat faktycznie historia Aliny i jej sytuacja jest według mnie, przynajmniej, najbardziej wyraźnie podkreślona, zaakcentowana. Nawet samym tytułem, który możemy przetłumaczyć w odniesieniu do córki, jako „jedyna” w kontekście „jedyna w swoim rodzaju”. 

Bardzo ciężko jest mi napisać coś mądrego na temat tej książki bez popadanie we wspomnienia i własny smutek, jaki był udziałem moim i mojego męża. 
Osobiście jednak wyłuskuję z tej książki ten wątek, jako najistotniejszy dla mnie samej, bo wiem, że autorce udało się przenieść na karty książki prawdę, która stała się niechcianym udziałem osób, które przeszły różnego rodzaju tragedię związaną z dzieckiem. Niektóre myśli, czy stwierdzenia bohaterów, tu, partnera Aliny, Aurelia, który na wieść o tym, że dziecko z wadą, którą ma Ines rodzi się jedno na sto tysięcy urodzin, stwierdza, że, cytuję „(…) Mieliśmy większe szanse wygrać kumulację na loterii”, sama znam z własnego rozpatrywania osobistej tragedii. Rozbierania nieszczęścia na detale i czynniki pierwsze i zastanawiania się, czy gdyby coś tak lub coś nie tak, to stałoby się inaczej? A jednak ostatnie słowa książki, to stwierdzenie Aliny, która mówi do Laury „(…) Nie denerwuj się, (…). Będzie, co ma być. Nikt przed tym nie ucieknie”. 

I to, co sama myślałam po odejściu Emilki, czyli „(…) Istnieje słowo na określenie tego, kto traci męża lub żonę, a także słowo nazywające dzieci, które zostają bez rodziców. Nie istnieje jednak żadne słowo określające rodziców, którzy tracą swoje pociechy. W przeciwieństwie do innych stuleci, kiedy to umieralność dzieci była bardzo wysoka, w naszej epoce to się nie zdarza. Jest to coś tak strasznego, tak nieakceptowalnego, że postanowiliśmy tego nie nazywać”. 

Oraz coś, o czym myślałam bardzo często i to akurat niekoniecznie tylko w strasznym roku 2011, ale też całkiem niedawno, kiedy przeżywałam chorobę mojej Mamusi, zakończoną niestety, Jej odejściem, a mianowicie: „(…) Niektóre osoby traktują nieszczęście jak chorobę zakaźną i wolą odsunąć się od ludzi zmagających się z chronicznym cierpieniem, nawet jeśli są to ich rodzice czy najlepsi przyjaciele. (…)  Alina zweryfikowała swoje przyjaźnie. Jedni przestali się z nią kontaktować, podczas gdy inni (łącznie z osobami, których wcześniej prawie nie widywała) stali się bliżsi.”

Sądzę, że poczujecie się teraz ogromnie zaskoczeni, kiedy napiszę Wam, że tak naprawdę, to „Jedyna córka” jest w swojej wymowie książką o pozytywnym, niosącym nadzieję, przesłaniu. Naprawdę. 
Jestem zdziwiona, bo przyzwyczaiłam się do książek, które jeśli są dobre i takie powiedzmy, mniej rozrywkowe, to przybijają i nie niosą ze sobą żadnej otuchy (piszę tu oczywiście o mojej własnej perspektywie). Raczej rozdrapują rany, niż pomagają uwierzyć, że te kiedyś się zabliźnią. A jednak okazało się, że można napisać coś, co pokrzepi. 
I mam tu na myśli wszystkie wątki w książce. Również ten drugi bolesny, Doris, która sama wychowuje swojego ośmioletniego syna i zmaga się zarówno z traumą chłopca, jak i własną depresją. 
Nie wiem, może to cecha książek i filmów z krajów latynoskich, ale tam faktycznie zawsze jest motyw kobiet wspierających się i to chyba nie tylko. albo nie zawsze na zasadzie „solidarności jajników”, jak chcieliby niektórzy myśleć, ale po porstu wspieraniu się w ciężkich czasach i chwilach. 
„Jedyna córka” pokazuje, że człowiek naprawdę jest stadny i że potrzebuje koło siebie innych ludzi, i to nie tylko w ciężkich chwilach, ale również i dobrze, w chwilach szczęścia i radości, którymi to chce się dzielić z innymi. I że ci ludzie, nas otaczający, mają na nas często niebagatelny wpływ. 

To książka, w której jest dużo kolorowych zaznaczeń. I w której podkreśliłam ogromnie dużo zdań. Dwoma z nich jeszcze się z Wami muszę podzielić, oto one:
„(…) Uważam, że przychodzi taki moment, w którym wszystkie (…) zdajemy sobie z tego sprawę: mamy takie dzieci, jakie mamy, a nie takie, jakie sobie wyobrażałyśmy czy takie, jakie chciałybyśmy mieć, i to z nimi musimy sobie radzić”. 
Drugi zaś, to ten: (…) pomyślałam, że jeśli istnieje przeznaczenie, to jest także wolna wola i polega na sposobie, w jaki podchodzimy do sytuacji, jakie stawia przed nami życie”.

Szczerze Wam polecam „Jedyną córkę”. Jak się okazuje, można napisać książkę o temacie bardzo poważnym i ciężkim nie wtrącając jednocześnie czytelnika na najgłębsze dno smutku i rozpaczy. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Ciao, Goethe!”. Jacek Cygan.

 Podtytuł „Śladami Goethego w Italii”.

Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Na „Ciao, Goethe!” czekałam z wielką niecierpliwością. Po pierwsze, Jacka Cygana ogromnie cenię jako autora tekstów, zarówno tych poetyckich, jak i prozy. Po drugie, podróż przez Włochy, czy jak chce autor, Italię. To nie mogło się nie udać i oczywiście, że się udało. I to doskonale. 
Od razu zaznaczam, tak, wiem, że często tak do Was piszę, że to nie jest książka dla każdego. To znaczy ona według mnie z pewnością jest dla kogoś, kto po pierwsze, ceni sobie autora jako słowotwórcę, a po drugie, dla kogoś, kto chce poznać inny kraj, ale nie stricte podróżniczo a raczej podróż prezentowana jest nieco inna w klimacie, niż się do tego przywykło. Dużo tu bowiem cytatów zarówno z „Podróży włoskiej” Goethego, wydanej w Polsce jedynie raz, w roku 1980, ale i bardzo dużo refleksji, opinii subiektywnych, odniesień, anegdot samego Jacka Cygana. Bardzo dużo tu też sztuki, co akurat dla mnie jest wielką zaletą, ale nie wszyscy muszą znajdować w tym takie upodobanie. Są ludzie, którym taki zbiór reportaży, czy raczej własnych przemyśleń na rozmaite tematy pasuje, są też przeciwnicy. Mnie pasuje. 
Lubię patrzeć na miejsca, zwłaszcza te, w których sama byłam (chociaż nie jest to wymóg) oczami  drugiej osoby i albo znajdować nowe inspiracje do spojrzenia na coś innymi oczami, albo zachwycić się zbieżnością naszych wrażeń i odbioru dzieła sztuki, wiersza, czy zastanej rzeczywistości. 

Książka ta ma, można by powiedzieć, dwóch bohaterów: Jacka Cygana, który prowadzi nas we wspólnej podróży po Italii śladami włoskiej podróży Johanna Wolfganga Goethego, no i właśnie samego Goethego. 
Przyznaję, że nie znam zbyt dużo dzieł tegoż, żeby nie powiedzieć, że właściwie nie znam w ogóle. Zapewne coś tam czytałam w czasach szkolnych, niemniej jednak w głowie nie zostało wiele wspomnień, czy wrażeń. Ten stan wkrótce się zmieni, o czym napiszę pod koniec tego wpisu. 

Co trzeba mieć obok siebie podczas lektury tej książki? Na pewno dostęp do czy to albumów sztuki, czy to do internetowej przeglądarki, aby móc to, co w swojej podróży opisuje Jacek Cygan, obejrzeć. 

Tak więc podróż rozpoczyna się w Czechach, następnie wiedzie przez Tyrol, Weronę, Vicenzę, Padwę, Wenecję, Ferrarę, Rzym (dwukrotnie), Neapol, Sycylię. 
Jacek Cygan, uwzględniając, że nie wszyscy znają dobrze biografię Goethego, opowiada nam przez całą książkę o tej postaci. O samej podróży po Italii poety, która to zaowocowała listami do miłości epistolarnej Goethego, Charlotty von Stein, z którą wymienił około 1800 listów, o jego innych miłościach, wreszcie o kobiecie, z którą Goethe się zestarzał i która urodziła jego syna, o tym, co zapisywał w swoich notatkach z tej wyprawy, a o czym, ku strapieniu Cygana, nie pisał wcale lub niemal tyle, co nic (brak na przykład opisu potraw, czy win, które pojawiały się podczas uczt Goethego i jego włoskich towarzyszy). 

Mnie osobiście największą radość sprawiały opisy, czy omawianie dzieł sztuki, miejsc sakralnych, ale nie tylko, oczywiście, chociaż właśnie opisy te słowami autora tej książki. Chociaż pozazdrościłam Jackowi Cyganowi wizyty przy grobie świętego Antoniego w Padwie, wierzę, że może stanie się kiedyś i moim udziałem. A jeśli nie, to z przyjemnością czytałam to, co autor nam o tym miejscu napisał i przedstawił i czułam się przez chwilę tak, jakbym wraz z nim i osobami Mu towarzyszącymi (Cygan najchętniej zwiedza ten kraj z żoną, jakież to miłe) wszystkie te miejsca zwiedzała, dzieła sztuki wraz z nimi podziwiała, nad podobnymi rzeczami się zamyślała, z nimi się czułam zaintrygowana, lub rozbawiona. 

Powiem tak, teksty Jacka Cygana czyta się wybornie, książką można się smakować dlatego, że sam jej autor jest po prostu ogromnej klasy erudytą i widać, że ma poczucie humoru, co zawsze cenię u innych osób. Ponadto Cygan jest też poliglotą i zwyczajnie, cechuje się wysoką kulturą osobistą, co owocuje tym, że na swojej drodze spotyka wielu przyjaznych mu ludzi, o których również wspomina w książce. Między innymi wspomina swoją i żony przyjaźń z jednym z najlepszych polskich artystów mieszkających w Rzymiem, nieżyjącym już niestety, Igorem Mitorajem. To zresztą w związku z tą postacią, Jacek Cygan pisze dla siebie samego, dla nas, coś w rodzaju ostrzeżenia „(…) Przypomina, że czas nie będzie na nas czekać”. Tak więc, jeśli chcesz spotkać się z przyjacielem, zadzwonić do kogoś, kogo dawno nie słyszałeś, obejrzeć coś pięknego, poruszającego, rozbawiającego, nie zwlekaj. Czas nie czeka. Może się nie udać…

Z pewnością „Ciao, Goethe!” nie jest książką, którą da się przeczytać szybko (tym bardziej, że niestety, druk baaardzo drobny), jest to książka, którą należy wręcz się rozkoszować, smakować każde jej zdanie. Jest to też według mnie lektura,  do której z radością będzie się powracać, jeśli nie do całości, to z pewnością do wybranych i ulubionych jej fragmentów. Na pewno piękna polszczyzna, przy zachowaniu gawędziarskiego stylu tej opowieści, bez przynudzania, to wszystko składa się na to, że pozycję, która ma więcej, niż 370 stron, czyta się wyśmienicie. 

Na koniec coś, co obiecałam powyżej, czyli wyjaśnienie, czemu zwiększę swoją wiedzę na temat tekstów Johanna Wolfganga Goethego. Zdarzenie, które nawiasem mówiąc, spodobałoby się (piszę to ze stuprocentową pewnością) Jackowi Cyganowi, bo wpisuje się idealnie w klimat tej książki. Otóż, podczas mojej lektury „Ciao, Goethe!” w weekend zajrzałam do osiedlowej Książkodzielni i cóż w niej znalazłam ? Wydaną w 1984 roku (raptem cztery lata po wydaniu u nas „Podróży włoskiej”) książeczkę „Goethe. Aforyzmy”.  Czyż nie można tego nazwać wspaniałym przypadkiem i miłą niespodzianką do tak udanej lektury? 
Na sam koniec, książka została mi podarowana z Wydawnictwa z bardzo ładnym dodatkiem jakim jest zakładka z grafiką z okładki książki. I tu po prostu muszę wspomnieć o tym, kto od strony graficznej dopieścił „Ciao, Goethe!”, a mianowicie jest to Pani  Anna Pol, która oprócz okładki, którą zaprojektowała, okrasiła książkę przepięknymi oczywiście odpowiadającymi treści, ilustracjami. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię”. Tsering Yangzom Lama.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025). Seria z Żurawiem. 

Przełożył Mikołaj Denderski.
Tytuł oryginalny We Measure the Earth with Our Bodies. A Novel.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnicywa.

Czemu zdecydowałam się wziąć do recenzji książkę, która ma ponad czterysta stron tekstu i przeczytałam ją relatywnie szybko, jak na jej objętość? Z paru powodów, o których teraz chętnie napiszę. Po pierwsze, jestem właściwie pewna, że jest to pierwsza książka autora, czy w tym przypadku, autorki z Tybetu, jaką miałam okazję przeczytać. Po drugie, ujął mnie opis książki, bo obietnica sagi rodzinnej na przestrzeni i miejsc i czasów, niespokojnych dla tego narodu, dodajmy. A właściwie na samym początku powinnam była napisać, że zainteresował mnie ogromnie tytuł tej lektury obiecujący, no właśnie, co? Tego byłam ciekawa, jak i tego, jaki okaże się styl autorki, jak się będzie mi to czytać. Tak trochę zachowałam się, jakbym wybierała na chybił trafił i szczęśliwie, moja czytelnicza intuicja okazała się jak najbardziej właściwa. 

Moja pierwsza uwaga na temat książki, to to, że uprzedzam, to nie jest książka lekka, łatwa i przyjemna. I nawet nie chodzi o to, że mamy tu jakieś brutalne sceny, czy opisy a raczej chodzi o to, że, przynajmniej według mnie, jest to książka, którą warto czytać uważnie. Jak się okazuje, wydarzenie, o którym wspomina narrator w jednym miejscu, okazuje się istotne i ważne za parędziesiąt stron. Tu nie ma miejsca na przekartkowanie treści, no, chyba, że nie chce się wyciągnąć z tej powieści całej jej bogatej wartości. To taka książka, nad którą po prostu warto się skupić, a odwdzięczy się bardzo.

Po pierwsze, sięgając po nią warto też mieć zdecydowanie jakąś minimalną nawet wiedzę na temat wierzeń, zwyczajów, czy sytuacji geopolitycznej osób, których ta książka dotyczy. Nie mówię tu o studiach doktoranckich dotyczących tychże, ale warto jest wiedzieć, że bohaterowie będą wierzyli w odrodzenie się po śmierci, co ma odzwierciedlenie chociażby w zwrotach, jakie między nimi padają, czy że na przykład wierzenia i modlitwy są istotną częścią ich życia. I że na przykład padający zwrot „różaniec” nie odnosi się do tego, co myślimy słysząc to słowo. Mnie osobiście zabrakło na przykład, mimo, że coś tam trochę o tym wiem, jakiegoś rodzaju przypisów od osób zajmujących się książką. Czy to od tłumacza, czy może, jeśli nie od niego, to od redakcji. 

„Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię” to książka składająca się z czterech części zatytułowanych kolejno: Córki, Siostry, Kochankowie i Ja. 
Historia zaczyna się w roku 1960 ubiegłego stulecia, kiedy to z Tybetu, w którym przyszły na świat, po chińskim przejęciu tegoż, wraz z rodzicami uciekają dwie siostry.  Starsza Lhamo, ma wówczas czternaście lat, Tenkji jest od niej o parę lat młodsza. Ucieczka ma miejsce wraz z licznymi osobami z rodzinnej wioski i trwa bardzo długi czas, miesiące wręcz, kiedy ci wszyscy, pozbawienie z dnia na dzień praktycznie i umęczeni ludzie, wędrują przez krajobrazy i miejsca, które nie są im przyjazne, bo z gruntu rzeczy nie są ich rodzinnymi stronami, w których od wieków rodzili się i umierali ich przodkowie, w których miało się swoje świątynie, w których paliło się zmarłych na stosach i wierzono, że powrócą kiedyś w innym wcieleniu. Teraz to zostało im odebrane, a tłumy ruszają, aby znaleźć inne miejsce do życia, z nadzieją, że kiedyś uda się im do Tybetu powrócić. 
Podczas wędrówki pewnego dnia do namiotu rodziny przychodzi jeden z ich znajomych Po Dhondup, który także uciekł z domu i pokazuje im figurkę Bezimiennego Świętego. Matka dcziewczynek przypomina sobie, że nie jest to zwyczajne przedstawienie świętego. Mnich, który kiedyś jej ją pokazał, miał ongiś sen, w którym Święty powiedział mnichowi, że, cytuję „(…) ku nie należy do niego ani do nikogo innego. Będzie się pojawiać i znikać zależnie od tego, kto w danej chwili będzie go potrzebował”. 
I tak, pojawiająca się na samym początku figurka Bezimiennego Świętego jest ogromnie ważna dla treści książki. Właściwie, to ów Święty jest osobnym bohaterem, którego losy również poznajemy, obok losu dziewczynek.
Osierocone siostry w czasie podróży, trafiają pod opiekę wuja, który faktycznie staje się dla nich jak ojciec i wraz z nim i innimi uciekinierami, znajdują miejsce w Nepalu. 
Tam powstają obozy dla tych, którzy nieoczekiwanie dla siebie, musieli porzucić wszystko to, co jest dla nich ważne i drogie i ruszyć w obce miejsca i kulturę, aby znaleźć dla siebie nowe miejsce do życia. 
Obozy przesiedleńców początkowo są oczywiście bardzo prowizoryczne i surowe, z czasem, jak dowiemy się z książki, staną się bardziej rozbudowane i unowocześnione, właściwie to stają się nowymi miejscowościami na mapie tamtejszych terenów. W których trzeba znaleźć siłę na nowe życie, szkołę, pracę, narodziny i śmierć. Trudno to czynić tęskniąc za tym, co się nagle zostawiło i nie wiadomo, czy i kiedy, ujrzy na nowo. 

Książka, jak mówiłam, dzieli się na cztery części i jak się łatwo domyślić, jak to saga, jej akcja ma miejsce na przestreni kilkudziesięciu lat. W międzyczasie siostry dorosły, ich życie różnie się potoczyło. Lhamo wyszła za mąż i urodziła córkę, która to córka jako studentka wyjeżdża do Kanady, konkretnie do Toronto (w przeciwieństwie do autorki, która mieszka w Vancouver, nawiasem mówiąc). Dolma chce się rozwijać, może realizować to, o czym jej matka nawet nie mogła marzyć. Dolma mieszka u siostry mamy, Tenkji i obie jakoś usiłują na obczyźnie się odnaleźć. Pytanie, czy dla nich obu, które nie wychowały się w swojej ojczyźnie, jak w przypadku Tenkji, a nie urodziły się w ojczyźnie rodziców w przypadku Dolmy, w ogóle można mówić o „obczyźnie”? Jeśli nie ma się poczucia zakorzenienia, czy ma to znaczenie właśnie „obczyzny”, jeśli nie ma się punktu odniesienia właściwego dla poczucia „ojczyzny”… Do przemyślenia, to moje własne refleksje. I mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. 
Bo to istotna i bardzo ważna warstwa tej książki. Poczucie, że nie ma się swojego miejsca, skąd się wywodzi, a przynajmniej inaczej, to miejsce jest, ale odległe i niemożliwe do obecnego osiągnięcia, a więc zbyt dalekie i na swój sposób obce.
Osamotnienie, wykorzenienie, brak stabilności, która jest ogromnie istotna w życiu bohaterek i bohaterów książki, poczucie bycia zawsze nie u siebie, to powoduje, że podczas lektury odczuwa się dojmujący smutek i na swój sposób poczucie wdzięczności, że nie jesteśmy uciekinierami z własnego kraju, że nikt nie każe nam zostać uchodźcami. 

Tytuł, który tak mnie zafrapował i zmotywował do sięgnięcia po książkę, odnosi się też do pojęcia „prostracji”, którego to pojęcia, przyznam się, nie znałam i nie wiedziałam, że może być obecna zarówno w tamtym kręgu kulturowym, jak i w obrzędach liturgicznych chrześcijańskich. 
Jak mówi jedna z bohaterek, cytuję, „(…) Dla mnie oszłamiający był sam pomysł. Zmierzyć ten kraj własnym ciałem, poznać nasz kraj własną skórą”. 
W tej książce poznajemy zarówno prozę życia azylantów z Tybetu w obcych krajach, jak i to, jak bardzo ważne jest dla nich poczucie przynależności do konkretnego miejsca na ziemi, gdzie mogą wyznawać swoje wierzenia, odprawiać obrzędy i gdzie tradycja na swój sposób determinuje ich na przyszłość, sięgając w przeszłość. Cytuję po raz kolejny, „(…) Kiedyś wierzyłyśmy, że nasze życie będzie trwać, jak wzgórza górujące nad naszą doliną, a rodzice zawsze będą gdzieś w zasięgu wzroku, troszcząc się o nas, cokolwiek by się działo”. 
A Bezimienny Święty obiecywał im, cytuję, „(…) Mogę wziąć na siebie wasz ból, wasz głód, wasze koszmary. Mogę ponieść wszelką niedolę, pod jaką się uginacie od dnia narodzin. (…) Aż przekonacie się wreszcie, że nie jesteście sami”. 

To w końcu książka, która mówi tak naprawdę o nas samych. Owszem, rodzimy się gdzie indziej, nasze rodziny mają inne losy, ale czymże nie jest nasze życie, jak nie drogą, która nie jest zawsze lekka i prosta, a najczęściej wyboista i kręta? Ostatni cytat na teraz „(…) Z daleka możemy sprawiać wrażenie stojących w miejscu, ale wszyscy pokonujemy olbrzymie odległości, wykuwając własne losy”.

Cóż mogę Wam więcej napisać? Czytajcie, czytajcie tę książkę, bo myślę, że wrażliwe i chętne na może trochę inną, niż do tego przywykły, lekturę osoby, odnajdą w niej niezwykle dużo wartości i dobra, znaczeń, które będą mogły przenieść na własne życie i refleksje nad nim. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Rosa i Bjork”. Satu Ramo.

 Wydana w Wydawnictwie HarperCollins Polska. Warszawa (2025).

Przełożyła Karolina Wojciechowska.
Tytuł oryginalny Rosa & Bjork. 

„Rosa i Bjork” to kontynuacja opowieści o policjantce z Inslandii, a konkretnie mieszkającej na Fiordach Zachodnch Hildur Runarsdottir.
I podobnie, jak w poprzedniej części, mamy do czynienia ze sprawą kryminalną współczesną oraz z kontynuacją sprawy z dalekiej przeszłości, a konkretnie, w tej części dowiemy się wreszcie, co ponad dwadzieścia lat wstecz stało się z dwiema młodszymi siostrami Hildur, Rosą i Bjork. 

Spotkałam się z opinią, że ta druga część jest lepsza od pierwszej i pomimo, że „Hildur” bardzo mi się podobała, to chyba po przeczytaniu książki, zgadzam się z tą opinią. Oraz mam wielką nadzieję, że Wydawnictwo wyda cały cykl autorki na naszym rynku, bowiem ogromnie się w tę serię wciągnęłam. 
Podoba mi się bowiem, że oprócz samego kryminału, możemy się z tej książki trochę dowiedzieć o samych mieszkańcach Islandii, panujących tam zwyczajach i o samej wyspie i stylu życia tamże. 

W tej części Hildur wraz z pomocnikiem z Finlandii, Jakobem, muszą dowiedzieć się, kto odebrał życie pewnemu mężczyźnie, Hermannowi Hermanssonnowi. Mężczyzna został zastrzelony ze sztucera, kiedy wybrał się na bieg na nartach biegowych. Hildur i Jakob zaczynają odkrywać przeszłość zabitego, która to wcale nie jawi się w pięknych barwach. Ale kto miał do niego aż taki żal, żeby odebrać mu życie? Tego muszą się dowiedzieć. 


Akcja książki toczy się nielinearnie. Poznajemy współczesne wydarzenia, dosłownie chwilę przed wybuchem pandemii w 2020 roku, kiedy groza lockdownów i obostrzeń zaczyna powoli docierać do świadomości mieszkańców wyspy, jak również wracamy się do czasów dawniejszych, losów sióstr Hildur, ale i również innych bohaterów tej opowieści. 
I wraz ze śledczymi poznajemy historie wszystkich tych ludzi, a początkowo wydająca się być skomplikowana układanka, układa się jednak w logiczną całość. 

Bardzo polubiłam ten cykl islandzki i czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg opowieści o Hildur i jej bliskich. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Osobisty Projekt Książkowy „Mama”.

Jak może pamiętacie, od stycznia prowadzę Osobisty Projekt Książkowy „Mama”.

Chcę, bez ograniczenia czasowego, bez napinki, przeczytać książki, które w rozmaity sposób kojarzę z moją Mamą. 

Wiem, że kiedy na stronie blogu na Fb udostępniłam ten pomysł, jako wydarzenie, część z Was polubiła wpis i pomysł. Moja koleżanka Ika nawet do projektu wybiórczo (co jak najbardziej można) przystąpiła. 

A ja dodaję wciąż nowe i nowe książki, bo też mi się co jakiś czas jakiś tytuł związany z Mamą, przypomina. Nie dziwne, w moim domu rodzinnym po prostu dużo się czytało i od razu proszę zrozumieć, że nie jest to żadne przechwalanie się, czy coś w ten deseń, po prostu stwierdzenie faktów. Czytało się w domu, pożyczało się książki od najbliższych sąsiadów, wymieniało więc zarówno książkami, jak i opiniami na ich temat. 

Postanowiłam więc napisać nową listę (najnowszy tytuł przyszedł mi do głowy wczoraj).

Przy tytułach zaznaczę, który już przeczytałam:

1. „Zielone piekło”, Raymond Maufrais – przeczytana

2.”Król szczurów”, James Clavell

3. „Egipcjanin Sinuhe”, Mika Waltari

4. „Ja, Klaudiusz”, Robert Graves

5. „Pogoda dla bogaczy”, Irwin Shaw

6. „Krokodyl z kraju Karoliny”, Joanna Chmielewska  – przeczytana

7. „Morderstwo na plebanii”, Agatha Christie  – przeczytana

8. „Wędrowcy”, Joanna Papuzińska

9. „Głodne kamienie”, Rabindranath Tagore

10. „Nie przyszedłem pana nawracać”, Jan Twardowski

11. „Świat Zofii”, Jostein Gaarder 

12. „Dom i świat”, Rabindranath Tagore

13. „Tagore”, zbiór poezji Rabindranatha Tagore

14. „Jestem Julią”, Halina Poświatowska – przeczytana

15. „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”,  Jerome K. Jerome