„Między pierwszą a kwietniem”. Krystyna Siesicka.

Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Warszawa (1989).

Idę jak burza w książkach z dawnego czytania za dzieciaka i młodzieży i teraz nadszedł czas tej książki. Przyznam, że o ile „o co chodzi” w przypadku „Zapałki…” pamiętałam ogólnie, to tu chwilę mi zajęło, dopóki sobie nie przypomniałam intrygi.

A sama książka, cóż, przejmująca. Według mnie Siesicka jak mało kto potrafiła sobie poradzić w przedstawieniu solidnej treści na niewielkiej objętości. Jednym słowem, nie lała wody. Dla mnie to ogromna zaleta, już wyrosłam z zachwycania się książką na zasadzie, „im grubsza, tym lepsza”.
Narratorka to Justyna, orientujemy się szybko, że jest chwilę po rozwodzie z mężem Anglikiem, dla którego wyjechała dwadzieścia lat wstecz z Polski zostawiając tu pięcioletnią córkę.
Akcja zaczyna się w chwili, gdy Justyna wraca do Polski i ma na czas przejściowy, zanim załatwi sobie pracę (jest dobrą lekarką) ma mieszkać u córki i zięcia, którego osobiście nie zna. Relacja z córką trwała do tej pory niestety, jedynie via listy i można się domyślać, że lekko to pierwsze po latach spotkanie nie przebiegnie. Zgodnie z podejrzeniami, nie przebiega, a potem jest już tylko ciężej.
Bardzo ciekawa książka, zupełnie mi z pamięci wyleciała, kiedy ją brałam z domu rodzinnego w ogóle nie wiedziałam, o czym jest. Sądzę, że jak napisała mi jedna z osób w pewnej grupie książkowej we wpisie o „Zapałce…” , warto do niej sięgnąć będąc już samą w wieku o wiele bardziej zbliżonym do wieku głównej bohaterki, niż kiedy się ją czytało pierwszy raz.
Mnie dodatkowo zawsze zajmuje motyw relacji matka-dziecko, szczególnie matka-córka i tu to dostałam, chociaż nie powiem, była to jazda bez trzymanki. Ale warto, warto jest po tę książkę sięgnąć albo po raz pierwszy, albo podobnie, jak ja, na zasadzie przypomnienia jej sobie po latach.

Moja ocena to 6 / 6.

Dylogia…

…czyli „Zapałka na zakręcie” i „Pejzaż sentymentalny” Krystyny Siesickiej. 
Powrót do „Zapałki na zakręcie”, którą to lubiłam w nastoletnich latach i czytana przeze mnie pierwszy raz książka „Pejzaż sentymentalny”, która to, jak pisze na okładce sama Siesicka, powstała na prośby czytelniczek, chcących wiedzieć, czy Mada i Marcin byli razem i jak potoczyły się ich losy. 

„Zapałka na zakręcie” u mnie to wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w 1991 roku  w Warszawie książka, która jak pamiętam z tamtych czasów jej wydania, cieszyła się powodzeniem wśród młodych czytelniczek. Wczoraj w pewnym książkowym miejscu spotkałam się z jej krytyką, ale moim zdaniem książka jest dobra, przynajmniej nie widzę w niej jakichś większych błędów. 
Nie chcę tu pisać streszczenia, a jedynie opisać główne motywy. Mada z siostrą Alą i mamą spędzają co roku wakacje letnie w Osadzie. Corocznie mają tam swoją paczkę znajomych a w roku, w którym zaczyna się akcja książki, w Osadzie pojawia się tajemniczy ON. Marcin, jak się potem okazuje, ze swoją matką spędza tam czas po jakimś wyjątkowo ciężkim dla obojga, roku. Madę chłopak intryguje i nie daje jej spokoju, głównie tym, że nie chcę wyraźnie bratać się z jej towarzystwem. A Mada nie lubi, kiedy ktoś ją ignoruje i postanawia się z nim poznać. Poznaje się i potem nawet coś się zaczyna między tą dwójką dziać. 
My  jako czytelnicy akcję i to, czemu i Marcin i jego matka skrywają sekret, dowiadujemy się z narracji samego Marcina, bowiem tak skonstruowana jest ta książka, znamy narrację Mady i chłopaka. Nachodzą one na siebie w pewnym momencie i prowadzą do nieuchronnego dramatycznego zakończenia. Krystyna Siesicka książkę zatrzymała w urwanym momencie, ale dała wyraźnie otwarte zakończenie i tak zwane zielone światło dla tej dwójki. 


„Pejzaż sentymentalny” zaś mam wydany w Akapit Press, niestety, przedziwna nota redaktorska nie ujawnia mi, jaki to rok, przyjmijmy, że wczesne lata dwutysięczne, bo autorka napisała rok ukończenia książki, jest to 1999. 
I ta książka rozpoczyna się w Osadzie, do której jedzie z synem Mada. Dorosła już kobieta a i sam syn nie malutki, już uczeń ostatnich licealnych lat, tak przynajmniej zrozumiałam.  I znowu jest dwugłos narracji, Mady i Marcina. Autorka nie zmieniła za wiele w konstrukcji tej opowieści, bo znowu obie narracje początkowo pojedyncze, z czasem znajda wspólną ścieżkę i zaczną się splatać w całość. Cóż, spoiler dla tych, którzy nie czytali „Pejzażu sentymentalnego” a nie będzie dla nich problemu, aby się dowiedzieć, jak potoczyły się losy tych obojga. Nie, nie zostali ze sobą na całe życie, rozstali się wkrótce po „Zapałce…”, ale też ponownie w „Pejzażu sentymentalnym” mają się spotkać na samym końcu książki i znowu Krystyna Siesicka zostawia otwarte zakończenie i możliwość, cóż, kto wie, może powrotu do siebie tej dwójki? W końcu mam wrażenie, że przynajmniej jedno z tej dwójki uważa, że jednak byli sobie przeznaczeni. A jeśli można przeznaczeniu pomóc, to czemu by nie?

Ciekawie czytało mi się i po raz kolejny „Zapałkę…”, gdzie tym razem wyostrzyłam się zdecydowanie na obie mamy w książce, mamę Mady i Marcina, oczywiście i ich podejście do perypetii mlodych, ale też zdecydowanie dużo czytelniczej przyjemności miałam nad „Pejzażem sentymentalnym”. 

Moja ocena to „Zapałka na zakręcie” 6 / 6 i „Pejzaż sentymentalny” 6 / 6. 

„Spotkanie nie wiadomo z kim”. Ewa Nowacka.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1987). 

Powroty do książek z dzieciństwa i młodości mogą wyglądać różnie. Moje, jak do tej pory, okazały się świetne i nie inaczej jest z tym zbiorem trzynastu opowiadań. 
Egzemplarz mojej książki jest okropnie „zaczytany” ale to tylko świadczy o tym, jak często do nich wracałam. 
Tym razem byłam ogromnie ciekawa, jak mi się ten powrót spodoba, tym bardziej, że zapomniałam wcześniej, że Ewa Nowacka jest autorką innej książki, którą w dzieciństwie uwielbiałam i do której z powodzeniem wróciłam parę lat wstecz a mianowicie „Małgosia contra Małgosia”.

„Spotkanie nie wiadomo z kim” to jak napisałam, zbiór opowiadań o młodzieży lat siedemdziesiątych i wczesnych lat osiemdziesiątych. Ta opisana wówczas młodzież ma dzisiaj około sześćdziesięciu lat! Przyznam, że właściwie, gdyby dodać nieco naszych ugododnień takich, jak telefon komórkowy, czy komputer, to opowiadania te jak najbardziej są dalej świetne i absolutnie nic się nie zestarzały. 
Bo czy i obecnie dorastający ludzie nie pragną mieć koło siebie kogoś? Czy teraz nagle przestali mieć problemy z nauką? Z relacjami z rodzicami lub z rówieśnikami? Nagle nie skończył się problem rozwodów rodziców i końca jakiejś epoki dla dorastającego człowieka. Jednocześnie dużo tu tak pomiędzy słowami o relacjach w rodzinie, wśród rówieśników, pierwszych zauroczeń, które potrafią młodą osobę dosłownie oszołomić. W tle dyskretnie, ale bez oszukaństwa, klimat schyłku PRL, niekończące się kolejki często prowdzące do już pustej lady, brak towarów, radość z najmniejszej zakupionej rzeczy, która może człowieka nieco ozdobić. Jest też przebój MAANAMU czy wiersz Wisławy Szymborskiej, tak, bez namolności, zapewne dlatego, że nie celowo przecież, świetnie ukazane są szare i ponure schyłkowe lata poprzedniego ustroju w Polsce. 

Wśród tego zbioru właściwie niemal każda z krótkiej formy na swój sposób mi się podobała. Najmniej, ciekawe, ostatnie opowiadanie, które dało tytuł zbiorowi. 
Mam też parę ulubionych. Pierwsze to „Odjazd-szósta dziewiętnaście” o nawiasem mówiąc, mojej imienniczce, która to przeforsowała  w domu z trudem decyzję o podjęciu nauki nie w położonej bliżej rodzinnej wioski krawieckiej szkole zawodowej a o rozpoczęciu nauki w liceum. W ogóle, to w tym zbiorze często bohaterowie pochodzą z mniejszej miejscowości bądź ze wsi i nie mają tak łatwo z możliwością podjęcia nauki, jak ich rówieśnicy z większych miast. Dojazd do technikum czy liceum nie jest trywialny, często młodzież jeździ do szkoły albo PKS-em o szóstej rano albo nawet wcześniejszym kursem (zapewne przeznaczonym głównie dla pracowników fabryk).Maria Dąbrowska, uczennica już trzeciej klasy liceum podróżuje właśnie do szkoły wiedząc, że jej autobus na pewno dotrze do miasta spóźniony. Póki jej wychowawczynią była wyrozumiała nauczycielka, jakoś darowała dziewczynie spóźnienia, wiedząc, że wynikają one nie ze złej woli Marii, ale w tym roku nauczycielka się zmieniła i oto ta nowa wychowawczyni jest surowa i ogromnie pryncypialna. Przyznam się, że zapomniałam zakończenia opowiadania i niemal ogryzałam paznokcie z nerwów towarzysząc dziewczynie w jej opóźnionej drodze do szkoły a następnie w gabinecie dyrektorki szkoły. Uroniłam też na końcu łzę, tak.
Młodzież opisana w opowiadaniach często nie ma rewelacyjnej sytuacji materialnej. Ich rodzice zmagają się z dogorywającym ustrojem, który niesie ze sobą chociażby wieczne braki w sklepach i niemożność ich sensownego zaopatrzenia. Ale mimo tego młodzi ludzie rozumieją to i pomagają swoim bliskim, o czym też jest fajne opowiadanie noszące tytuł „Trochę szczęścia na kartki”, gdzie dwójka młodych, Agata i Krzysztof podróżuje współnie po mieście w poszukiwaniu towarów, ktore potrzeba jest kupić. Nie powiem, też się przy nim nieco wzruszyłam. 
A już bardzo i wzruszyłam i uśmiechnęłam się podczas lektury opowiadania noszącego tytuł „Kolorowe sny”. W nim to pokazane jest, jak nastolatkami silnie rządzą emocje i czasem źle zrozumiane zdarzenie może uruchomić lawinę następujących po sobie błędnych decyzji. No i w tym opowiadaniu bardzo podkreślone jest, jak dobrze jest mieć młodszą siostrę.

Jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, opowiadania bardzo lubię, czytam je chętnie i bez oporów a jak sądzę, może to też wynikać z tego,że były w moim czytelniczym życiu takie zbiory obecne od zawsze. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Prawy zabójca”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie CZARNA OWCA. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginalny „Ung mans fard mot natt”.


Kontynuacja opowieści o śledczych Gunnarze Barbarottim i jego partnerce zarówno w życiu, jak i w pracy, Evie Backman.

Tym razem od początku my, czytelnicy, znamy sprawcę zbrodni. Do tej wiedzy powoli muszą dojść śledczy. A zaczyna się tak, surowy, nieprzyjemny nauczyciel WF wystawia jednego wieczoru końcowe oceny przed letnią przerwą. Zamawia do tej nielubianej roboty pizzę i kiedy otwiera drzwi dostawcy… Ale nie, nie będę streszczać.
Faktycznie ,jak piszą osoby, które czytają tę serię Nessera, po paru gorszych częściach, ta wydaje się być lepsza. W książce wyraźnie widać, że autor źle znosi sytuację geopolityczną na świecie, czemu daje wyraz poprzez myśli i refleksje Barbarottiego. Tak więc jest dodatkowo ponury klimat, bo Nesser nie szczypie się w język, co teraz jest takie popularne, zwłaszcza od jakiegoś czasu w tak zwanych szeroko pojętych, mediach społecznościowych.
Ja jestem wierną miłośniczką krynimałów autora i chociaż widzę, że nie znam z dwóch wcześniejszych części, to ucieszyłam się, że jest coś nowego i to chyba faktycznie lepszego, niż poprzednie parę czytanych przeze mnie. Jest tu też, jak mówię, wiele odniesień do współczesności i tym, czym najwyraźniej „żył” autor (jak przypuszczam, jak całkiem spora część z nas), czyli sytuacja po pandemii czy to, że akcja rozpoczyna się w maju 2022 więc doskonale wiemy, co wydarzyło się w lutym tamtego roku. Ogólnie, to klimat jest według mnie mocno ponury i przybijający, ale czyż w sumie większość książek Nessera takiego właśnie klimatu nie posiada? Jako, że lubię kryminały tego autora, więc niemal każdy czytałam (okazuje się, jak zerknęłam na listę, że nie wszystkie części Barbarottiego znam, ale to może kiedyś do nadrobienia). Tymczasem cieszę się, że ta okazała się dobra, pomimo, jak wspomniałam ponurego i przybijającego nastroju.

Moja ocena to tym razem 5 / 6.

Książki, które czytałam w wakacje i…

 …obecnie. 
U mnie, mimo, że miałam zupełnie inne plany książkowe, ostatecznie w wakacje i tak skończyło się na kryminałach (niespodzianka, prawda?). 
W wakacje, już o tym wielokrotnie pisałam, niezbyt mam dużo czasu na lekturę. Właściwie to chodzi mi bardziej o czas wyjazdowy, nie że całe dwa miesiące czytam mało. 
Ale na wyjazdach zajmuje się czymś zupełnie innym i bardzo dobrze. 
No, ale coś tam było poczytane. Wspominałam parę miesięcy temu, że zaczęłam znajomość z książkami Horsta i norweskim śledczym, Williamem Wistingiem. Chociaż nie czytam chronologicznie, nie przeszkadza mi to (chociaż sądzę, że pewnie lepiej byłoby zachować kolejność, jeśli ktoś tak woli). W sumie od maja, kiedy zaczęłam czytać książki Horsta, przeczytałam następujące tytuły z tej serii o Wistingu: „Kod Kathariny”, „Jaskiniowiec”, „Sprawa 1569”, „Ślepy trop”, „Susza”, „Bez granic”, „Zdrajca”. Zamierzam czytać kolejne tomy, mam jeszcze dwie nieczytane książki na czytniku. Jednak robię pomiędzy nimi przerwy i tak oto niedawno znalazłam korzystną promocję na „Miasto burz” Michała Śmielaka (kontynuacja śledztw Brunona Kowalskiego). Tym razem w Sandomierzu rządzą nie tyle mgły, co burze i akcja książki toczy się na dwóch planach czasowych, które się oczywiście, łączą, współcześnie i w 1986 roku. 
A teraz zaczęłam (wczoraj dopiero) chwaloną, przynajmniej z tego, co do tej pory o niej czytałam, najnowszą książkę kryminalną Hakana Nessera pod tytułem „Prawy zabójca”. 
Przy okazji, oczekuję na naprawienie się mojego ukochanego serwisu książkowego, jakim jest Biblionetka. Umknęło mi w lecie, że mają tam problem a tu widać, problem jest wciąż. Mam nadzieję, że osoby, które mają serwis postawić na nogi dadzą radę, bo przyznam, że to miejsce, to kawał mojego czytelniczego życia. 

A co Wy teraz czytacie? Podzielcie się tytułami, proszę. 

„Między książkami”. Gabrielle Zevin.


  Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Łukasz Witczak. 
Tytuł oryginalny The Storied Life of A.J. Fikry. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Dawno nie miałam tak, że nie chciałam odłożyć czytanej przeze mnie książki. Od dawna nie mam możliwości (ani ochoty) czytać niemal bez przerwy. A tu, zdarzyło się coś niesamowitego! dokładnie tak było. Nie mogłam się od „Między książkami” oderwać! Wspaniale, że ta książka nie udaje innej, niż jest. A jest historią księgarza z małej wyspy Alice Island (gdzieś w Stanach Zjednoczonych). 
Księgarz to wdowiec od półtora roku. Nazywa się Ajay Fikry i jego historię poznajemy w chwili, gdy przedstawicielka niewielkiego wydawnictwa przybywa do niego z ofertą książek po tym, jak poprzedni marketingowiec zmarł. Początkowo nie wychodzi to dobrze, Ajay zbywa młodą kobietę i zostaje sam obwarowany, niczym samotnik w wieży, do której nikt nie ma dostępu. Nie chce zbytnio utrzymywać kontaktów z ludźmi, po skończonym dniu pracy wraca do siebie, gdzie może pławić się w swoim smutku do woli. Do dnia, gdy coś zostaje mu skradzione i coś, czy raczej Ktoś, zostaje mu podarowany. A jest to chwila, w której ktoś skradł cenny egzemplarz książki Poego, a chwilę później w życiu Ajaya pojawia się niesamowita dwunastolatka, Maja.

 
Bywają momenty przełomowe w życiu człowieka i dla smutnego, przygnębionego i wręcz zgorzkniałego po tragicznej śmierci żony, Ajaya , malutka Maja, to jak zrządzenie losu, które wyprowadzi go na prostą. 

Do tego cały klimat książki jest cudowny. Nie, nie, nie obawiajcie się, to żaden słód i miód, żadne malowanie trawy na zielono, czy lukier, aż zgrzyta w zębach. Życie jest tam wciąż realne i słodko-gorzkie. Natomiast jednak jest, jak wspomniałam, piękny, cudownie kojący klimat całości. Być może dlatego ( cenię sobie zmianę tytułu przez polskiego tłumacza), że tak, wszystko to dzieje się między książkami, wśród książek. Nie tylko z powodu samego miejsca, stacjonarnej księgarni, której właścicielem jest Fikry, ale również z powodu skradzionego białego kruka, dlatego, że ludzie tam rozmawiają o książkach, że to, że poznają bliżej Ajaya powoduje, że dzieje się wiele książkowych, ogólnoliterackich lokalnych inicjatyw. Zazdrościłam Ajayowi i jego przyjaciołom. Nie, nie uważam, że każdy MUSI czytać, ale o ileż by milsze było moje życie, gdybym z większą ilością osób mogła właśnie o książkach porozmawiać. Dodatkowo bonusem są listy Ajaya do Mai, w których pisze on o tych opowiadaniach, które z różnego powodu są dla niego osobiście istotne. Nie wiem, jak Wy, ale ja wprostu uwielbiam dowiadywać się o tym, co czytają moi znajomi. I nawet jeśli lista książek nam się nie pokrywa, to zawsze coś zostaje w pamięci, w głowie, nawet nowe nazwisko, czy tytuł. 

Jak wspomniałam powyżej, to nie jest żadna bajka dla dorosłych, to jakby nie było, po prostu opowieść o życiu człowieka, któremu wydawało się, że już wszystko co dobre jest za nim, minęło bezpowrotnie, a któremu przydarzyła się iskierka nadziei, która rozpaliła radość i chęć do życia i promieniowała na więcej osób, niż sam Ajay.

Jeśli macie chęć na coś dobrego, nie jakoś niesamowicie jak wydumanego, ale coś, co Was pokrzepi, sprawi, że się uśmiechniecie, poczujecie się dobrze i szczęśliwie, a nadto książki to ważna część Waszego życia, „Między książkami” to jeden z tych wyborów, który naprawdę szczerze mogę Wam polecić. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jedna wrona smutek wróży”. Christopher Barzak.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Paweł Wieczorek. 
Tytuł oryginalny One for Sorrow. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Muszę przyznać, że kiedy czytałam zapowiedź książki „Jedna wrona smutek wróży” nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Czy to będzie klasyczny horror, czy może bardziej psychologiczna książka z mocnym motywem obyczajowym? Sięgałam więc nie wiedząc do końca, czego się spodziewać i w sumie, to otrzymałam wszystkiego po trochu. 
Narratorem książki jest piętnastoletni Adam McCormick, który mieszka w domu z matką, ojcem i o dwa lata starszym bratem Andym. Ich rodzina ani się wyróżna na tle innych, ani nie. Albo inaczej, obawiam się,że rodzin takich, jak Adama jest całe mnóstwo. Ludzie mieszkający ze sobą razem pod jednym dachem a żyjący jakby obok, a nie razem i nie oferujących sobie zbyt wiele wsparcia. 
Andy dokucza młodszemu bratu, któremu w szkole wiedzie się lepiej i ogólnie wydaje się być bardziej radzącym sobie w życiu człowiekiem, a rodzice wiecznie drą koty. Po jednej z kłótni z ojcem, matka wsiada do auta i niestety, w wyniku wypadku spowodowanego przez pijaną mieszkankę ich miasta, traci czucie w nogach i ląduje na wózku inwalidzkim. 
Niemal w tym samym czasie dzieje się ta wiele w życiu piętnastoletniego bohatera. Jego matka zostaje sparaliżowana, ojciec nie radzi sobie z tym wszystkim, brat mu dokucza, w domu coraz częściej pojawia się kobieta, przez którą mama została sparaliżowana. Dodatkowo miasteczko obiega sensacja i dramat, kiedy zostają znalezione zwłoki rówieśnika Adama. Jamie Marks został znaleziony przez rówieśniczkę, Gracie Highsmith, kiedy ta wybrała się poszukać jakichś ciekawych okazów do swojej kolekcji geologicznej i natknęła się na prowizoryczny grób zamordowanego nastolatka.

Adam właściwie niemal nie znał Jamiego, ale o dziwo, po śmierci chłopaka, czy może raczej po odnalezieniu ciała nastolatka, Jamie zaczyna odwiedzać Adama. 
I tak rozpoczyna się przedziwna więź, związek oparty właściwie jak dla mnie na nie do końca wyjaśnionych powiązaniach. Bo uwierzyłabym może w to silniej, gdyby wcześniej obaj chłopcy byli przyjaciółmi. Gdyby coś wcześniej ich łączyło. Ale nie. Znali się i to w sumie dość przelotnie, ze szkoły. A mimo to akurat jego i byłą dziewczynę, zmarły chłopiec wybiera sobie na tych, których odwiedza już po swojej śmierci. 

Jak wspomniałam, nie przekonała mnie ta sytuacja na tyle, abym zrozumiała, czemu właściwie to akurat McCormicka wybrał sobie na „pośmiertnego” przyjaciela Jamie. 
Wydaje mi się natomiast, że na swój sposób mogła to być forma pokazania traumy i niemożności poradzenia sobie ze zbyt dużą ilością problemów, jakie spadły na Adama dość znienacka. 
Dochodzi do tego fakt, że rodzina niezbyt była w stanie zaoferować sobie pomoc nawzajem i takie odnosiłam wrażenie, jakby każdy żył w tym domu totalnie sam, samotnie, solo. Gdzie w tym miejsce na pomoc komuś, kto został przygnieciony nadmiarem zmartwień? 

Cała książka przesiąknięta jest dusznym, mrocznym klimatem, opisując to, jak rozwija się więź, niezwykła przyjaźń Adama i Jamiego. 
Dochodzimy też w końcu do momentu, w którym wszystko zostaje postawiona niemal na ostrzu noża. I Adam jest zmuszony odpowiedzieć sam sobie na pytanie, po której stronie chce zostać. I czy na pewno ma siłę, aby o siebie i o swoje życie powalczyć. 

Mimo, że opis książki wydawał mi się ogromnie ciekawy i czułam w tym potencjał do opowiedzenia niezwykłej historii, to po jej lekturze odczuwam jednak jakiś niedosyt. A może raczej nadmiar treści, które według mnie nic nie wniosły do opowieści o tym, jak młody chłopak z dnia na dzień stracił grunt pod nogami. Nieco się niestety czuję zawiedziona, bo według mnie, pomysł na opowieść o cienkiej granicy między światem a śmiercią i życiem a zaświatami jak też miedzy spokojem a traumą, był i to ogromny. 
Natomiast nie wykluczam, a nawet jestem pewna, że są osoby, które tę książkę odczytają w zupełnie inny sposób i być może odnajdą w niej treści, które mi umknęły lub też, które im akurat wydadzą się w niej na właściwym miejscu i w odpowiednich proporcjach. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6. 

„Oddaj to nocy”. Agata Czykierda-Grabowska.

Wydana w Wydawnictwie Zwierciadło. Warszawa (2022).

Po książkę sięgnęłam przypadkiem, nabywszy ją wraz z pismem „Zwierciadło”. Okazała się nieodkładalnym (dla mnie) kryminałem, thrillerem.
Bohaterka, na co dzień mieszkająca w Szkocji dziennikarka, Olga, wraca do wsi, w której spędzała u babci wakacje, aby na swój sposób oczyścić imię byłego chłopaka, swej pierwszej miłości. Został on bowiem oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku, w którym zginęła czteroosobowa rodzina. Olga nie wierzy w winę Mateusza i chce przeprowadzić prywatne śledztwo pod pozorem przygotowania domu babci do sprzedaży po śmierci starszej pani.
Czytałam opinie i części osób się podobało, ktoś inny marudził. Mnie się podobała, miałam przy lekturze naprawdę dobrze spędzony czas a o nic innego w przypadku tej literatury mi nie chodzi.
Przede wszystkim, plus za bohaterkę. Zwykła dziewczyna, bez jakichś dramatów i nałogów, pracująca i mieszkająca od lat za granicą. Po drugie, mnie akurat podobała się sama intryga kryminalna (chociaż inna, która jest też ważnym czynnikiem książki) nie została ostatecznie wyjaśniona. Może to ma być zapowiedź kontynuacji przygód Olgi i kolejnego śledztwa?

Jak napisałam, „Oddaj to nocy” wciągnęła mnie i w sumie, jak na mnie, to przeczytałam ją bardzo szybko.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zaklinacz koni”. Nicholas Evans.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (1996).  Seria KAMELEON.

Przełożył Paweł Witkowski. 
Tytuł oryginalny The Horse Whisperer.

Och, stare, dobre czasy, kiedy okładki, zwłaszcza serii, a taką jest Seria Kameleon, w której ukazała się ta książka, były starannie projektowane i nie pod publikę (damy to śliczną panią, biały płotek i rower, to się spodoba),ale zgodnie z tym, o czym było w książce. Nie inaczej jest tu, zaprojektowana przez panią Lucynę Talejko-Kwiatkowską z fotografią autorstwa pana Piotra Chojnackiego okładka właśnie przyciąga wzrok. Treść zaś zachwyca. 

Tak, czytałam kiedyś, bardzo dawno temu tę książkę. Potem nawet oglądałam ekranizację z rewelacyjną obsadą i młodziutką Scarlett Johansson w roli Grace. Z tego nie pamiętałam nic poza tym, że zdumiona byłam faktem, że filmowcy zmienili zakończenie książki w stosunku do pierwowzoru.

Tak więc wróciłam do niej po wieeeelu, naprawdę wielu latach. Przesyłam wiele ciepłych myśli do Osoby, która zostawiła ten tom w osiedlowej Książkodzielni, bowiem dzięki niej miałam wspaniały powrót do naprawdę świetnej prozy. 

Macleanowie to rodzina składająca się z trzech osób. Annie to dziennikarka, przejęła podupadające pismo i stawia je właśnie na nogi. Jej mąż, Robert, to wzięty prawnik. Grace zaś to ich trzynastoletnia córka. 
Na co dzień mieszkają w Nowym Jorku, jednak ze względu na wielką pasję, jaką jest jeździectwo, któremu oddaje się nastolatka, kupili dom mieszkalny w Chatham, gdzie jeżdżą na weekendy. Grace ma tam przywiezionego z Kentucky konia Pielgrzyma. Piękny ciemnogniady wałach, czterolatek, który ma swój charakter i którego dziewczyna darzy wielką miłością. 
W Chatham dom wakacyjny mają też ich znajomi, których córka Judith jest niemal w wieku Grace i z którą też łączy ją pasja do jazdy konnej.  Judith również ma swojego konia, Guliwera. Dziewczyny kiedy tylko mogą, razem wybierają się na wyprawy i nie inaczej jest pewnego grudniowego poranka w weekend, kiedy na wyjeździe są Grace z ojcem, bo mama zajmująca się sprawami pisma dojedzie do nich dopiero w sobotę. 

Grace i Judith oporządzają konie i wyruszają w wyprawę a w tym samym czasie nieopodal po pewnych perypetiach do ciężarówki wsiada jej kierowca, Wayne P. Tanner. Nie jest zadowolony, bo dzisiaj spadł śnieg, a on zorientował się podczas swojej długiej drogi z innego stanu, że z jakiegoś powodu nie posiada łańcuchów na koła. 
Tak, drogi tych trzech osób i dwóch koni przetną się i na skutek naprawdę złego zbiegu okoliczności, dojdzie do tragicznego wypadku. W wyniku tegoż życie tracą Judith i Guliwer, a zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, ale oboje okaleczeni. Prawa noga nastolatki musi zostać amputowana zaraz nad kolanem.

Mijają ciężkie dni, ale Grace udaje się powolutku wrócić do czegoś w rodzaju normy (z terapią i dopasowywaniem protezy nogi), a w tym czasie ważą się losy ciężko okaleczonego Pielgrzyma. 
Nie popełnię spoilera, bo przecież dalsza część to opowieść o dochodzeniu do siebie po traumie, mimo, że początkowo wszyscy byli za uśpieniem wałacha, to Annie sprzeciwia się temu i podejmuje decyzję o daniu koniowi drugiej szansy. W jakiś podświadomy, być może macierzyński a może też po prostu, rodzicielski sposób czuje, że od tego zależy życie jej własnej córki. 
Po wielu perypetiach, w czasie których los Pielgrzyma naprawdę nie wyglądał dobrze, Annie wraz z Grace i koniem trafiają do zaklinacza koni, którym jest Tom Booker. 
Annie zostawia pracę w Nowym Jorku przekonana, że w Montanie, gdzie mieszka kowboj uda się jej pracować zdalnie i w sumie, tak właśnie robi (a obecnie prawdopodobnie nie byłoby to już nic dziwnego, no ale mamy lata dziewięćdziesiąte, więc to rodzaj nowości). Grace nie chce jechać. Grace w ogóle nie chce patrzeć na Pielgrzyma, z którym po wypadku stało się coś złego, a na pewno nie pomogło to, jak był po tym traktowany. Jednak jej matka się nie poddaje i oto dwie wraz z Pielgrzymem ruszają w długą drogę do Montany, gdzie mieszka Tom. Robert zostaje w Nowym Jorku, ale ma z nimi codzienny kontakt. 

Najwięcej dzieje się właśnie w części na ranczo, kiedy Tom pomaga dojść do siebie Pielgrzymowi, a właściwie, to wiemy, i koniowi i dziewczynce. Chociaż niektórzy nazywają to magią, to po prostu raczej ogromnie dobra znajomość psychiki koni, ich zachowań, ale też wyrozumiałość i cierpliwość. Tom nie czuje się zapewne żadnym zaklinaczem koni, a raczej kimś, kto nie traktuje tych zwierząt przedmiotowo i który chce przede wszystkim ich dobra. 
Mimo ogromnie smutnego tematu, ta książka jest zachwycająca. Przynajmniej zachwyciła ponownie mnie. Jest to też tego rodzaju książka, co do której jestem przekonana, że pierwotnie przeczytałam ją za wcześnie. Tak mi się wydaje, że odbieram ją teraz o wiele pełniej. Ale nie znaczy to, że zniechęcam młodsze osoby do lektury, może to moje osobiste odczucia. 
„Zaklinacz koni” to opowieść niełatwa. Dużo tu cierpienia i ludzi i zwierząt. Ale ostatecznie jest to opowieść o podnoszeniu się po tragedii, po stracie. Po stracie kogoś, ale też wyobrażenia sobie na temat czegoś, co mogło być w naszym życiu, wydarzyć się w nim kiedyś, a czego już nie będzie, z racji tego, co się stało. Jest to też według mnie książka, która pomimo tego, co opisuje, to niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie, jakiś rodzaj pokrzepienia i nadziei, że można wyjść z nawet największego smutku. 

Podobno postać Toma Bookera zainspirowana została osobą Dana M. „Bucka” Brannamana.
Czyż to nie jest niesamowite, że istnieją osoby, które potrafią pomóc zwierzęciu wyprowadzić je z mroku, w które zostało wtrącone bardziej lub mniej świadomie przez człowieka?

Polecam powrót do tej książki, jeśli lubicie wracać do czegoś, co niby znacie. Ja w sumie nie pamiętałam z niej niemal nic. I sądzę, że śmiało mogę powiedzieć, że przeczytałam ją na nowo. 

A ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Dzień matki”. Ilona Zdziech.

 Wydana w Wydawnictwo Księgarnia Akademicka. Kraków (2024).

Wspominałam już parokrotnie, że osiedlowa Książkodzielnia potrafi mnie rozpieścić jakimś włożonym ot, od niechcenia, tomikiem poezji, bądź książką, której ktoś chce się  podzielić z innymi. I tak oto w moje ręce wpadł tomik poezji mieszkającej w Krakowie poetki Ilony Zdziech. 
Czemu po niego sięgnęłam? Stali czytelnicy blogu dobrze wiedzą, że jestem „za” poezją i uważam, że wszyscy raz na jakiś czas powinni wręcz po coś z tego gatunku sięgnąć (czym chyba trochę staję w kontrze do wyrażonej opinii Noblistki w jej wierszu „Niektórzy lubią poezję”). Nic jednak nie poradzę, że uważam, że wszyscy (tak, w tym ja sama) czytamy jej za mało. I dlatego, kiedy zobaczyłam wiersze w książkowym miejscu a do tego z tak frapującym tytułem, nie mogłam się oprzeć, aby nie zajrzeć do środka, chociaż nazwisko osoby zupełnie nie było mi znane. 

Tomik „Dzień matki” zawiera pięćdziesiąt cztery wiersze dotyczące (cóż za niespodzianka po tytule 🙂 ) głównie macierzyństwa, bycia matką i rozmaitych aspektów tegoż. 
Wiersze według mnie nie są równe. Bywają takie, które wydają się być jakby zapiskiem myśli, która pojawiła się w głowie i przy całej mojej sympatii do wierszy ogólnie, jako specjalnie odkrywcze ich nie zaliczam. Do takich zaliczam na przykład „Operacja bojowa” czy „Masaż”, ale w całym tomie znalazłam wiersze, które dotknęły mnie tak ogromnie, były dla mnie tak czytelne i zrozumiałe, że dosłownie aż przeszły mnie dreszcze podczas ich lektury. 

Ostatnio brałam udział w rozmowie na temat zaznaczania karteczkami czy to fragmentów prozy, czy to innych miejsc, które chce się w danej książce zapamiętać i stwierdziłam, że najwyraźniej albo pamięć nie ta już, albo wygoda i chęć sięgnięcia po coś, co się zaznaczyło właśnie natychmiast, a nie wertowania. I oto i tu karteczki zaznaczają wiersze, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Najbardziej dotknęły mnie te dotyczące straty dziecka, czyli noszący przejmujący tytuł „Kosz na dzieci” (odczytuję tu niezwykle bolesne doświadczenie poronienia na przykład, ale oczywiście mogę się mylić) czy zaczynający się, cytuję „Od zarania dziejów…”. Ten wiersz zresztą jest chyba moim prywatnym numerem jeden w tym tomie, pomimo, że jest przerażająco smutny i tragiczny w wymowie, bo dotyczy straty dziecka i tego, co czuje mama po takim doświadczeniu.

Nie brakuje tu jednak też takich prób uchwycenia tak szybko przemijającego życia i jego chwil, właśnie często tych zwykłych, codziennych przyjemności, zwykłości, które nadają naszemu życiu poczucia dobra i szczęścia. Są to nie noszacy tytułu a zaczynający się od „Masz sześć lat” tekst o tym, że nasze dzieci wydają się dorośleć dosłownie w momencie, gdy mrugniemy okiem. Dopiero co byłaś dla kogoś niemal wyrocznią a za chwilę ktoś inny będzie pytany o rady. Tak tak. 
„Z córką w kawiarni”, to przyjemny opis współnie spędzonego w kawiarni czasu matki i córki właśnie. Takich chwil, które często po latach możemy wspominać jako te, które niby zwykłe, niby nic nadzwyczajnego nie niosące ze sobą a na swój sposób budujące poczucie spokoju i szczęścia właśnie chyba dzięki wspólnie spędzonym chwilom. 

Wiersz „Kiedy wyjeżdżają” jest jak dla mnie nieco zbyt przegadany, ale zawiera bardzo celne stwierdzenie, czy raczej obawę dotyczącą znów szybkiego upływu czasu i obawy przed tym, że kiedyś nasze domowe gniazdo opustoszeje i niezgodę na to, aby stało się to zbyt prędko. 

Czasem podczas czytania wiersza trafia się jakiś, czy to cały, czy jego fragment, czy zaledwie fraza, który powoduje, że masz odczucie, że ktoś wyjął myśl z twojej własnej głowy. Coś takiego miało miejsce podczas lektury wiersza „W tramwaju”. Nie wiem oczywiście, jaki był zamysł poetki, mnie kojarzy się on bezsprzecznie z nieuporządkowanym żalem za czymś, co albo straciliśmy i już nie odzyskamy albo czymś, co mieliśmy nadzieję, że się nam w życiu zdarzy, ale do czego nie dojdzie i nie jesteśmy w stanie szybko przyjąć tego do świadomości. 

Jak już napisałam wcześniej i oczywiście to po prostu moje wrażenie po lekturze, moje subiektywne zdanie, nie wszystkie wiersze nazwałabym „równymi”, ale nie szkodzi. Jak sądzę, to nawet dobrze bo pokazuje, jak się zmieniamy, ewoluujemy. A co dopiero czyjaś twórczość. Dla mnie osobiście ogromnym plusem było tak głębokie zajęcie się tematem macierzyństwa, ale też dopuszczam świadomość, że są osoby kompletnie taką tematyką nie zainteresowane. 
Na koniec plus za dedykację odnoszącą się zapewne do przyjaciółek i bliskich Ilonie Zdziech kobiet. Natomiast ponieważ pada tam wersja imienia, jakim wszyscy się do mnie zwracają, pozwalam sobie „zawłaszczyć” tę część dedykacji dla własnej, skromnej osoby.

Moja ocena to 5 / 6.