Książki, które czytałam w wakacje i…

 …obecnie. 
U mnie, mimo, że miałam zupełnie inne plany książkowe, ostatecznie w wakacje i tak skończyło się na kryminałach (niespodzianka, prawda?). 
W wakacje, już o tym wielokrotnie pisałam, niezbyt mam dużo czasu na lekturę. Właściwie to chodzi mi bardziej o czas wyjazdowy, nie że całe dwa miesiące czytam mało. 
Ale na wyjazdach zajmuje się czymś zupełnie innym i bardzo dobrze. 
No, ale coś tam było poczytane. Wspominałam parę miesięcy temu, że zaczęłam znajomość z książkami Horsta i norweskim śledczym, Williamem Wistingiem. Chociaż nie czytam chronologicznie, nie przeszkadza mi to (chociaż sądzę, że pewnie lepiej byłoby zachować kolejność, jeśli ktoś tak woli). W sumie od maja, kiedy zaczęłam czytać książki Horsta, przeczytałam następujące tytuły z tej serii o Wistingu: „Kod Kathariny”, „Jaskiniowiec”, „Sprawa 1569”, „Ślepy trop”, „Susza”, „Bez granic”, „Zdrajca”. Zamierzam czytać kolejne tomy, mam jeszcze dwie nieczytane książki na czytniku. Jednak robię pomiędzy nimi przerwy i tak oto niedawno znalazłam korzystną promocję na „Miasto burz” Michała Śmielaka (kontynuacja śledztw Brunona Kowalskiego). Tym razem w Sandomierzu rządzą nie tyle mgły, co burze i akcja książki toczy się na dwóch planach czasowych, które się oczywiście, łączą, współcześnie i w 1986 roku. 
A teraz zaczęłam (wczoraj dopiero) chwaloną, przynajmniej z tego, co do tej pory o niej czytałam, najnowszą książkę kryminalną Hakana Nessera pod tytułem „Prawy zabójca”. 
Przy okazji, oczekuję na naprawienie się mojego ukochanego serwisu książkowego, jakim jest Biblionetka. Umknęło mi w lecie, że mają tam problem a tu widać, problem jest wciąż. Mam nadzieję, że osoby, które mają serwis postawić na nogi dadzą radę, bo przyznam, że to miejsce, to kawał mojego czytelniczego życia. 

A co Wy teraz czytacie? Podzielcie się tytułami, proszę. 

„Między książkami”. Gabrielle Zevin.


  Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Łukasz Witczak. 
Tytuł oryginalny The Storied Life of A.J. Fikry. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Dawno nie miałam tak, że nie chciałam odłożyć czytanej przeze mnie książki. Od dawna nie mam możliwości (ani ochoty) czytać niemal bez przerwy. A tu, zdarzyło się coś niesamowitego! dokładnie tak było. Nie mogłam się od „Między książkami” oderwać! Wspaniale, że ta książka nie udaje innej, niż jest. A jest historią księgarza z małej wyspy Alice Island (gdzieś w Stanach Zjednoczonych). 
Księgarz to wdowiec od półtora roku. Nazywa się Ajay Fikry i jego historię poznajemy w chwili, gdy przedstawicielka niewielkiego wydawnictwa przybywa do niego z ofertą książek po tym, jak poprzedni marketingowiec zmarł. Początkowo nie wychodzi to dobrze, Ajay zbywa młodą kobietę i zostaje sam obwarowany, niczym samotnik w wieży, do której nikt nie ma dostępu. Nie chce zbytnio utrzymywać kontaktów z ludźmi, po skończonym dniu pracy wraca do siebie, gdzie może pławić się w swoim smutku do woli. Do dnia, gdy coś zostaje mu skradzione i coś, czy raczej Ktoś, zostaje mu podarowany. A jest to chwila, w której ktoś skradł cenny egzemplarz książki Poego, a chwilę później w życiu Ajaya pojawia się niesamowita dwunastolatka, Maja.

 
Bywają momenty przełomowe w życiu człowieka i dla smutnego, przygnębionego i wręcz zgorzkniałego po tragicznej śmierci żony, Ajaya , malutka Maja, to jak zrządzenie losu, które wyprowadzi go na prostą. 

Do tego cały klimat książki jest cudowny. Nie, nie, nie obawiajcie się, to żaden słód i miód, żadne malowanie trawy na zielono, czy lukier, aż zgrzyta w zębach. Życie jest tam wciąż realne i słodko-gorzkie. Natomiast jednak jest, jak wspomniałam, piękny, cudownie kojący klimat całości. Być może dlatego ( cenię sobie zmianę tytułu przez polskiego tłumacza), że tak, wszystko to dzieje się między książkami, wśród książek. Nie tylko z powodu samego miejsca, stacjonarnej księgarni, której właścicielem jest Fikry, ale również z powodu skradzionego białego kruka, dlatego, że ludzie tam rozmawiają o książkach, że to, że poznają bliżej Ajaya powoduje, że dzieje się wiele książkowych, ogólnoliterackich lokalnych inicjatyw. Zazdrościłam Ajayowi i jego przyjaciołom. Nie, nie uważam, że każdy MUSI czytać, ale o ileż by milsze było moje życie, gdybym z większą ilością osób mogła właśnie o książkach porozmawiać. Dodatkowo bonusem są listy Ajaya do Mai, w których pisze on o tych opowiadaniach, które z różnego powodu są dla niego osobiście istotne. Nie wiem, jak Wy, ale ja wprostu uwielbiam dowiadywać się o tym, co czytają moi znajomi. I nawet jeśli lista książek nam się nie pokrywa, to zawsze coś zostaje w pamięci, w głowie, nawet nowe nazwisko, czy tytuł. 

Jak wspomniałam powyżej, to nie jest żadna bajka dla dorosłych, to jakby nie było, po prostu opowieść o życiu człowieka, któremu wydawało się, że już wszystko co dobre jest za nim, minęło bezpowrotnie, a któremu przydarzyła się iskierka nadziei, która rozpaliła radość i chęć do życia i promieniowała na więcej osób, niż sam Ajay.

Jeśli macie chęć na coś dobrego, nie jakoś niesamowicie jak wydumanego, ale coś, co Was pokrzepi, sprawi, że się uśmiechniecie, poczujecie się dobrze i szczęśliwie, a nadto książki to ważna część Waszego życia, „Między książkami” to jeden z tych wyborów, który naprawdę szczerze mogę Wam polecić. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jedna wrona smutek wróży”. Christopher Barzak.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Paweł Wieczorek. 
Tytuł oryginalny One for Sorrow. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Muszę przyznać, że kiedy czytałam zapowiedź książki „Jedna wrona smutek wróży” nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Czy to będzie klasyczny horror, czy może bardziej psychologiczna książka z mocnym motywem obyczajowym? Sięgałam więc nie wiedząc do końca, czego się spodziewać i w sumie, to otrzymałam wszystkiego po trochu. 
Narratorem książki jest piętnastoletni Adam McCormick, który mieszka w domu z matką, ojcem i o dwa lata starszym bratem Andym. Ich rodzina ani się wyróżna na tle innych, ani nie. Albo inaczej, obawiam się,że rodzin takich, jak Adama jest całe mnóstwo. Ludzie mieszkający ze sobą razem pod jednym dachem a żyjący jakby obok, a nie razem i nie oferujących sobie zbyt wiele wsparcia. 
Andy dokucza młodszemu bratu, któremu w szkole wiedzie się lepiej i ogólnie wydaje się być bardziej radzącym sobie w życiu człowiekiem, a rodzice wiecznie drą koty. Po jednej z kłótni z ojcem, matka wsiada do auta i niestety, w wyniku wypadku spowodowanego przez pijaną mieszkankę ich miasta, traci czucie w nogach i ląduje na wózku inwalidzkim. 
Niemal w tym samym czasie dzieje się ta wiele w życiu piętnastoletniego bohatera. Jego matka zostaje sparaliżowana, ojciec nie radzi sobie z tym wszystkim, brat mu dokucza, w domu coraz częściej pojawia się kobieta, przez którą mama została sparaliżowana. Dodatkowo miasteczko obiega sensacja i dramat, kiedy zostają znalezione zwłoki rówieśnika Adama. Jamie Marks został znaleziony przez rówieśniczkę, Gracie Highsmith, kiedy ta wybrała się poszukać jakichś ciekawych okazów do swojej kolekcji geologicznej i natknęła się na prowizoryczny grób zamordowanego nastolatka.

Adam właściwie niemal nie znał Jamiego, ale o dziwo, po śmierci chłopaka, czy może raczej po odnalezieniu ciała nastolatka, Jamie zaczyna odwiedzać Adama. 
I tak rozpoczyna się przedziwna więź, związek oparty właściwie jak dla mnie na nie do końca wyjaśnionych powiązaniach. Bo uwierzyłabym może w to silniej, gdyby wcześniej obaj chłopcy byli przyjaciółmi. Gdyby coś wcześniej ich łączyło. Ale nie. Znali się i to w sumie dość przelotnie, ze szkoły. A mimo to akurat jego i byłą dziewczynę, zmarły chłopiec wybiera sobie na tych, których odwiedza już po swojej śmierci. 

Jak wspomniałam, nie przekonała mnie ta sytuacja na tyle, abym zrozumiała, czemu właściwie to akurat McCormicka wybrał sobie na „pośmiertnego” przyjaciela Jamie. 
Wydaje mi się natomiast, że na swój sposób mogła to być forma pokazania traumy i niemożności poradzenia sobie ze zbyt dużą ilością problemów, jakie spadły na Adama dość znienacka. 
Dochodzi do tego fakt, że rodzina niezbyt była w stanie zaoferować sobie pomoc nawzajem i takie odnosiłam wrażenie, jakby każdy żył w tym domu totalnie sam, samotnie, solo. Gdzie w tym miejsce na pomoc komuś, kto został przygnieciony nadmiarem zmartwień? 

Cała książka przesiąknięta jest dusznym, mrocznym klimatem, opisując to, jak rozwija się więź, niezwykła przyjaźń Adama i Jamiego. 
Dochodzimy też w końcu do momentu, w którym wszystko zostaje postawiona niemal na ostrzu noża. I Adam jest zmuszony odpowiedzieć sam sobie na pytanie, po której stronie chce zostać. I czy na pewno ma siłę, aby o siebie i o swoje życie powalczyć. 

Mimo, że opis książki wydawał mi się ogromnie ciekawy i czułam w tym potencjał do opowiedzenia niezwykłej historii, to po jej lekturze odczuwam jednak jakiś niedosyt. A może raczej nadmiar treści, które według mnie nic nie wniosły do opowieści o tym, jak młody chłopak z dnia na dzień stracił grunt pod nogami. Nieco się niestety czuję zawiedziona, bo według mnie, pomysł na opowieść o cienkiej granicy między światem a śmiercią i życiem a zaświatami jak też miedzy spokojem a traumą, był i to ogromny. 
Natomiast nie wykluczam, a nawet jestem pewna, że są osoby, które tę książkę odczytają w zupełnie inny sposób i być może odnajdą w niej treści, które mi umknęły lub też, które im akurat wydadzą się w niej na właściwym miejscu i w odpowiednich proporcjach. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6. 

„Oddaj to nocy”. Agata Czykierda-Grabowska.

Wydana w Wydawnictwie Zwierciadło. Warszawa (2022).

Po książkę sięgnęłam przypadkiem, nabywszy ją wraz z pismem „Zwierciadło”. Okazała się nieodkładalnym (dla mnie) kryminałem, thrillerem.
Bohaterka, na co dzień mieszkająca w Szkocji dziennikarka, Olga, wraca do wsi, w której spędzała u babci wakacje, aby na swój sposób oczyścić imię byłego chłopaka, swej pierwszej miłości. Został on bowiem oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku, w którym zginęła czteroosobowa rodzina. Olga nie wierzy w winę Mateusza i chce przeprowadzić prywatne śledztwo pod pozorem przygotowania domu babci do sprzedaży po śmierci starszej pani.
Czytałam opinie i części osób się podobało, ktoś inny marudził. Mnie się podobała, miałam przy lekturze naprawdę dobrze spędzony czas a o nic innego w przypadku tej literatury mi nie chodzi.
Przede wszystkim, plus za bohaterkę. Zwykła dziewczyna, bez jakichś dramatów i nałogów, pracująca i mieszkająca od lat za granicą. Po drugie, mnie akurat podobała się sama intryga kryminalna (chociaż inna, która jest też ważnym czynnikiem książki) nie została ostatecznie wyjaśniona. Może to ma być zapowiedź kontynuacji przygód Olgi i kolejnego śledztwa?

Jak napisałam, „Oddaj to nocy” wciągnęła mnie i w sumie, jak na mnie, to przeczytałam ją bardzo szybko.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zaklinacz koni”. Nicholas Evans.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (1996).  Seria KAMELEON.

Przełożył Paweł Witkowski. 
Tytuł oryginalny The Horse Whisperer.

Och, stare, dobre czasy, kiedy okładki, zwłaszcza serii, a taką jest Seria Kameleon, w której ukazała się ta książka, były starannie projektowane i nie pod publikę (damy to śliczną panią, biały płotek i rower, to się spodoba),ale zgodnie z tym, o czym było w książce. Nie inaczej jest tu, zaprojektowana przez panią Lucynę Talejko-Kwiatkowską z fotografią autorstwa pana Piotra Chojnackiego okładka właśnie przyciąga wzrok. Treść zaś zachwyca. 

Tak, czytałam kiedyś, bardzo dawno temu tę książkę. Potem nawet oglądałam ekranizację z rewelacyjną obsadą i młodziutką Scarlett Johansson w roli Grace. Z tego nie pamiętałam nic poza tym, że zdumiona byłam faktem, że filmowcy zmienili zakończenie książki w stosunku do pierwowzoru.

Tak więc wróciłam do niej po wieeeelu, naprawdę wielu latach. Przesyłam wiele ciepłych myśli do Osoby, która zostawiła ten tom w osiedlowej Książkodzielni, bowiem dzięki niej miałam wspaniały powrót do naprawdę świetnej prozy. 

Macleanowie to rodzina składająca się z trzech osób. Annie to dziennikarka, przejęła podupadające pismo i stawia je właśnie na nogi. Jej mąż, Robert, to wzięty prawnik. Grace zaś to ich trzynastoletnia córka. 
Na co dzień mieszkają w Nowym Jorku, jednak ze względu na wielką pasję, jaką jest jeździectwo, któremu oddaje się nastolatka, kupili dom mieszkalny w Chatham, gdzie jeżdżą na weekendy. Grace ma tam przywiezionego z Kentucky konia Pielgrzyma. Piękny ciemnogniady wałach, czterolatek, który ma swój charakter i którego dziewczyna darzy wielką miłością. 
W Chatham dom wakacyjny mają też ich znajomi, których córka Judith jest niemal w wieku Grace i z którą też łączy ją pasja do jazdy konnej.  Judith również ma swojego konia, Guliwera. Dziewczyny kiedy tylko mogą, razem wybierają się na wyprawy i nie inaczej jest pewnego grudniowego poranka w weekend, kiedy na wyjeździe są Grace z ojcem, bo mama zajmująca się sprawami pisma dojedzie do nich dopiero w sobotę. 

Grace i Judith oporządzają konie i wyruszają w wyprawę a w tym samym czasie nieopodal po pewnych perypetiach do ciężarówki wsiada jej kierowca, Wayne P. Tanner. Nie jest zadowolony, bo dzisiaj spadł śnieg, a on zorientował się podczas swojej długiej drogi z innego stanu, że z jakiegoś powodu nie posiada łańcuchów na koła. 
Tak, drogi tych trzech osób i dwóch koni przetną się i na skutek naprawdę złego zbiegu okoliczności, dojdzie do tragicznego wypadku. W wyniku tegoż życie tracą Judith i Guliwer, a zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, ale oboje okaleczeni. Prawa noga nastolatki musi zostać amputowana zaraz nad kolanem.

Mijają ciężkie dni, ale Grace udaje się powolutku wrócić do czegoś w rodzaju normy (z terapią i dopasowywaniem protezy nogi), a w tym czasie ważą się losy ciężko okaleczonego Pielgrzyma. 
Nie popełnię spoilera, bo przecież dalsza część to opowieść o dochodzeniu do siebie po traumie, mimo, że początkowo wszyscy byli za uśpieniem wałacha, to Annie sprzeciwia się temu i podejmuje decyzję o daniu koniowi drugiej szansy. W jakiś podświadomy, być może macierzyński a może też po prostu, rodzicielski sposób czuje, że od tego zależy życie jej własnej córki. 
Po wielu perypetiach, w czasie których los Pielgrzyma naprawdę nie wyglądał dobrze, Annie wraz z Grace i koniem trafiają do zaklinacza koni, którym jest Tom Booker. 
Annie zostawia pracę w Nowym Jorku przekonana, że w Montanie, gdzie mieszka kowboj uda się jej pracować zdalnie i w sumie, tak właśnie robi (a obecnie prawdopodobnie nie byłoby to już nic dziwnego, no ale mamy lata dziewięćdziesiąte, więc to rodzaj nowości). Grace nie chce jechać. Grace w ogóle nie chce patrzeć na Pielgrzyma, z którym po wypadku stało się coś złego, a na pewno nie pomogło to, jak był po tym traktowany. Jednak jej matka się nie poddaje i oto dwie wraz z Pielgrzymem ruszają w długą drogę do Montany, gdzie mieszka Tom. Robert zostaje w Nowym Jorku, ale ma z nimi codzienny kontakt. 

Najwięcej dzieje się właśnie w części na ranczo, kiedy Tom pomaga dojść do siebie Pielgrzymowi, a właściwie, to wiemy, i koniowi i dziewczynce. Chociaż niektórzy nazywają to magią, to po prostu raczej ogromnie dobra znajomość psychiki koni, ich zachowań, ale też wyrozumiałość i cierpliwość. Tom nie czuje się zapewne żadnym zaklinaczem koni, a raczej kimś, kto nie traktuje tych zwierząt przedmiotowo i który chce przede wszystkim ich dobra. 
Mimo ogromnie smutnego tematu, ta książka jest zachwycająca. Przynajmniej zachwyciła ponownie mnie. Jest to też tego rodzaju książka, co do której jestem przekonana, że pierwotnie przeczytałam ją za wcześnie. Tak mi się wydaje, że odbieram ją teraz o wiele pełniej. Ale nie znaczy to, że zniechęcam młodsze osoby do lektury, może to moje osobiste odczucia. 
„Zaklinacz koni” to opowieść niełatwa. Dużo tu cierpienia i ludzi i zwierząt. Ale ostatecznie jest to opowieść o podnoszeniu się po tragedii, po stracie. Po stracie kogoś, ale też wyobrażenia sobie na temat czegoś, co mogło być w naszym życiu, wydarzyć się w nim kiedyś, a czego już nie będzie, z racji tego, co się stało. Jest to też według mnie książka, która pomimo tego, co opisuje, to niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie, jakiś rodzaj pokrzepienia i nadziei, że można wyjść z nawet największego smutku. 

Podobno postać Toma Bookera zainspirowana została osobą Dana M. „Bucka” Brannamana.
Czyż to nie jest niesamowite, że istnieją osoby, które potrafią pomóc zwierzęciu wyprowadzić je z mroku, w które zostało wtrącone bardziej lub mniej świadomie przez człowieka?

Polecam powrót do tej książki, jeśli lubicie wracać do czegoś, co niby znacie. Ja w sumie nie pamiętałam z niej niemal nic. I sądzę, że śmiało mogę powiedzieć, że przeczytałam ją na nowo. 

A ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Dzień matki”. Ilona Zdziech.

 Wydana w Wydawnictwo Księgarnia Akademicka. Kraków (2024).

Wspominałam już parokrotnie, że osiedlowa Książkodzielnia potrafi mnie rozpieścić jakimś włożonym ot, od niechcenia, tomikiem poezji, bądź książką, której ktoś chce się  podzielić z innymi. I tak oto w moje ręce wpadł tomik poezji mieszkającej w Krakowie poetki Ilony Zdziech. 
Czemu po niego sięgnęłam? Stali czytelnicy blogu dobrze wiedzą, że jestem „za” poezją i uważam, że wszyscy raz na jakiś czas powinni wręcz po coś z tego gatunku sięgnąć (czym chyba trochę staję w kontrze do wyrażonej opinii Noblistki w jej wierszu „Niektórzy lubią poezję”). Nic jednak nie poradzę, że uważam, że wszyscy (tak, w tym ja sama) czytamy jej za mało. I dlatego, kiedy zobaczyłam wiersze w książkowym miejscu a do tego z tak frapującym tytułem, nie mogłam się oprzeć, aby nie zajrzeć do środka, chociaż nazwisko osoby zupełnie nie było mi znane. 

Tomik „Dzień matki” zawiera pięćdziesiąt cztery wiersze dotyczące (cóż za niespodzianka po tytule 🙂 ) głównie macierzyństwa, bycia matką i rozmaitych aspektów tegoż. 
Wiersze według mnie nie są równe. Bywają takie, które wydają się być jakby zapiskiem myśli, która pojawiła się w głowie i przy całej mojej sympatii do wierszy ogólnie, jako specjalnie odkrywcze ich nie zaliczam. Do takich zaliczam na przykład „Operacja bojowa” czy „Masaż”, ale w całym tomie znalazłam wiersze, które dotknęły mnie tak ogromnie, były dla mnie tak czytelne i zrozumiałe, że dosłownie aż przeszły mnie dreszcze podczas ich lektury. 

Ostatnio brałam udział w rozmowie na temat zaznaczania karteczkami czy to fragmentów prozy, czy to innych miejsc, które chce się w danej książce zapamiętać i stwierdziłam, że najwyraźniej albo pamięć nie ta już, albo wygoda i chęć sięgnięcia po coś, co się zaznaczyło właśnie natychmiast, a nie wertowania. I oto i tu karteczki zaznaczają wiersze, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Najbardziej dotknęły mnie te dotyczące straty dziecka, czyli noszący przejmujący tytuł „Kosz na dzieci” (odczytuję tu niezwykle bolesne doświadczenie poronienia na przykład, ale oczywiście mogę się mylić) czy zaczynający się, cytuję „Od zarania dziejów…”. Ten wiersz zresztą jest chyba moim prywatnym numerem jeden w tym tomie, pomimo, że jest przerażająco smutny i tragiczny w wymowie, bo dotyczy straty dziecka i tego, co czuje mama po takim doświadczeniu.

Nie brakuje tu jednak też takich prób uchwycenia tak szybko przemijającego życia i jego chwil, właśnie często tych zwykłych, codziennych przyjemności, zwykłości, które nadają naszemu życiu poczucia dobra i szczęścia. Są to nie noszacy tytułu a zaczynający się od „Masz sześć lat” tekst o tym, że nasze dzieci wydają się dorośleć dosłownie w momencie, gdy mrugniemy okiem. Dopiero co byłaś dla kogoś niemal wyrocznią a za chwilę ktoś inny będzie pytany o rady. Tak tak. 
„Z córką w kawiarni”, to przyjemny opis współnie spędzonego w kawiarni czasu matki i córki właśnie. Takich chwil, które często po latach możemy wspominać jako te, które niby zwykłe, niby nic nadzwyczajnego nie niosące ze sobą a na swój sposób budujące poczucie spokoju i szczęścia właśnie chyba dzięki wspólnie spędzonym chwilom. 

Wiersz „Kiedy wyjeżdżają” jest jak dla mnie nieco zbyt przegadany, ale zawiera bardzo celne stwierdzenie, czy raczej obawę dotyczącą znów szybkiego upływu czasu i obawy przed tym, że kiedyś nasze domowe gniazdo opustoszeje i niezgodę na to, aby stało się to zbyt prędko. 

Czasem podczas czytania wiersza trafia się jakiś, czy to cały, czy jego fragment, czy zaledwie fraza, który powoduje, że masz odczucie, że ktoś wyjął myśl z twojej własnej głowy. Coś takiego miało miejsce podczas lektury wiersza „W tramwaju”. Nie wiem oczywiście, jaki był zamysł poetki, mnie kojarzy się on bezsprzecznie z nieuporządkowanym żalem za czymś, co albo straciliśmy i już nie odzyskamy albo czymś, co mieliśmy nadzieję, że się nam w życiu zdarzy, ale do czego nie dojdzie i nie jesteśmy w stanie szybko przyjąć tego do świadomości. 

Jak już napisałam wcześniej i oczywiście to po prostu moje wrażenie po lekturze, moje subiektywne zdanie, nie wszystkie wiersze nazwałabym „równymi”, ale nie szkodzi. Jak sądzę, to nawet dobrze bo pokazuje, jak się zmieniamy, ewoluujemy. A co dopiero czyjaś twórczość. Dla mnie osobiście ogromnym plusem było tak głębokie zajęcie się tematem macierzyństwa, ale też dopuszczam świadomość, że są osoby kompletnie taką tematyką nie zainteresowane. 
Na koniec plus za dedykację odnoszącą się zapewne do przyjaciółek i bliskich Ilonie Zdziech kobiet. Natomiast ponieważ pada tam wersja imienia, jakim wszyscy się do mnie zwracają, pozwalam sobie „zawłaszczyć” tę część dedykacji dla własnej, skromnej osoby.

Moja ocena to 5 / 6. 

Podsumowanie…

 …, o które nikt nie prosił, a każdy dostanie 🙂
Wczoraj zakończyłam ostatnią wziętą z domu część Jeżycjady z wszystkich siedmiu, jakie mam w swojej osobistej kolekcji. 
Jakiż to był powrót? Okazuje się, że świetny i ożywczy. Okazuje się, że niektóre z tych części, o których myślałam, że ich nie lubię zbytnio , czytałam z przekonaniem, że jest o wiele lepiej, niż pamiętam. Okazało się też, że zupełnie zapomniałam, jak bardzo śmieszne bywają książki Małgorzaty Musierowicz. Nad niektórymi śmiałam się niemal do łez!
Wypiszę więc tytuły książek, które przeczytałam. Są one niechronologicznie czytane względem akcji cyklu Jeżycjada, ale czytane były tak, jak je pamiętałam, że lubiłam w młodości. 
Są to więc: „Ida sierpniowa” (dwukrotnie!), „Kwiat kalafiora”, „Kłamczucha”, „Szósta klepka”, „Opium w rosole”, „Brulion Bebe B.”, „Noelka”.
Siedem książek, z których chronologicznie pierwsza jest „Szósta klepka” i w sumie nie opowiada o lubianej przeze mnie rodzinie Borejków a o rodzinie Żaków i mocno żałuję, że potem, przynajmniej w tych książkach, o których piszę, dość mało o nich się wspominało (co nie znaczy, że w ogóle).

Moje pierwsze zaskoczenie samej siebie to to, że czytało mi się te książki jeszcze lepiej, niż kiedyś. I to, ku mojemu zaskoczeniu dotyczy również tytułów, za którymi nie przepadałam („Brulion Bebe B.”, „Opium w rosole”). „Noelki” w sumie wcale nie pamiętałam, a przynajmniej, bardzo mało. No więc najpierw to, że o dziwo, nawet ten caly Brulion, który mnie wtedy drażnił, teraz odbieram inaczej. Jednak coś jest na rzeczy, że z wiekiem najczęściej przychodzi z nami mądrość (bo wiemy, że bywa, jak w tym memie, gdy wiek przychodzi sam 😛 ). Mądrość i swego rodzaju życiowe doświadczenie. Ileś takich skrzywdzonych przez los, czy bliskich osób i to, czego nie rozumiałaś jako młody szczypiorek rozjaśnia się tobie w wieku późniejszym. No więc najwyraźniej ja się starzeję i łagodnieję (żarcik), bo z większą wyrozumiałością czytałam sobie te postaci i ich zachowanie, czy motywację. 

„Opium w rosole” dalej mnie przybija okrutnie i jest ogromnie smutną częścią, niemniej jednak tu chylę czoło przed umiejętnością Musierowicz w ukazaniu niby prawd oczywistych, a w sumie tak często zapominanych, czyli nie ma to, jak drugi dobry i życzliwy człowiek obok nas. Nic człowiekowi jak tego skarbu, jakby nie było, nie zastąpi i owszem, można mieć przekonanie, że nikt obok nas (wcale nie mówię o relacji związków romantycznych) nie jest nam potrzebny, a często można jednak to przekonanie mocno zweryfikować. Co nie znaczy, że nie wierzę, że są i osoby, dla których obecność kogoś obok, kto może być radością i wsparciem, nie jest czymś, co jest dla nich istotne. 

Borejków jak lubiłam, tak lubię, za to ciekawa jestem, czy w książkach wydanych po „Noelce” (pytanie do osób, które czytały wszystkie książki z serii Jeżycjada) może w którejś z nich pojawiają się jakoś bardziej Żakowie?  Przyznam się, że czytałam jeszcze dwie książki z serii, których niestety, niemal w ogóle nie pamiętam. „Kalamburkę” i jeszcze jedną, w której występowała bardzo chora dziewczynka i która chyba? znała syna Strybów? Czy Gabrysia i Grzesiek w ogóle mają dziecko? dzieci? proszę osoby, które znają serię o poinformowanie mnie, a sama potem zagłębię się w internet w poszukiwaniu tych informacji, bo widzę, że stanęłam na roku 1992 z wszelkimi wiadomościami. Doczytałam, wiem, że mają syna, Ignacego Grzegorza!

Mamert jaki się niefajny zrobił ;( Kompletnie nie pamiętałam, że w „Noelce” ma takie słabe relacje ze swoim synem, Tomkiem i że z takiego fajnego, owszem, raptusa, ale wesołego człowieka, jakiego pamiętam z „Kłamczuchy” czy „Idy sierpniowej” zrobil się taki pan maruda z oczekiwaniami nie wiadomo, skąd 😦

Za to ogólnie jakbym chciała podsumować te siedem części, to chyba wiem, co jest dla Małgorzaty Musierowicz głównym motywem przewodnim książek (dopuszczam, że jest to moja własna, osobista interpretacja, z którą nie trzeba się zgadzać). A mianowicie – matka. Postać matki obecnej, czyli Mili Borejko, Mamy Żakowej. Ale i matek nieobecnych w życiu ich córek. 
W „Kłamczusze” i „Noelce” mamy zmarły dość szybko po narodzinach dzieci i córki są wychowywane przez ojca  i przyjaznych sąsiadów („Kłamczucha”) lub ojca z dużą pomocą dziadka córki i wujka ojca, brata dziadka, jak w „Noelce”. 
Matką nieobecną jest też matka Bebe, która pojechała na wyjazd zarobkowy do Stanów, ale mam wrażenie, że i na co dzień ta obecność mocno jakąś nieobecnością jest tknięta. I dlatego Bebe zachowuje się tak, a nie inaczej i jest aż tak wycofana i zamknięta w sobie. Matka Aurelii / Gieniusi to matka niby na miejscu, a kompletnie nieobecna emocjonalnie  i czasowo w życiu dziewczynki ( która zapewne między innymi dlatego szuka substytutu ciepła i zwykłości połączonej z uwagą u obcych ludzi). 
W „Opium w rosole” są też matki bardzo intensywnie z rodziną i córkami związane, jak Mila Borejko chociażby, ale i nieobecne przez wydarzenie losowe (rodzice Kreski są internowani).
W „Kwiecie kalafiora” mamę Borejko poznajemy w sumie głównie przez listy pisane przez nią do męża i córek podczas miesięcznego pobytu w szpitalu, za to w „Idzie sierpniowej” już jest jej więcej, zwłaszcza, gdy wraca z deszczowego wyjazdu pod namiot do Czaplinka. 
Odnoszę wrażenie, że każda z tych matek swoją czy to obecnością, czy właśnie jej brakiem, odcisnęła jakiś znak na dalszym życiu każdej z opisywanych dziewczyn. 
Nie ukrywam, że moją ulubioną mamą jest Mila Borejko, która to jest tą, u której chętnie wypiłabym herbatę i porozmawiała. Nawiasem mówiąc, pamiętam te czasy, kiedy tłumy miłośniczek Małgorzaty Musierowicz odwiedzały Autorkę w Jej domu. Były to często czytelniczki „Filipinki”, ciekawe, czy sama Autorka nie pisywała aby czegoś do tego wspaniałego pisma dla dziewcząt?  Muszę poszukać tych informacji, a może, kto wie, ktoś, kto ten wpis przeczyta, sam mi napisze odpowiedź. Pamiętam nawet, jak jedna dziewczyna ode mnie z liceum pojechała do Poznania i na takąż herbatę się do Musierowicz, no cóż, wprosiła. Ha. Teraz nie do pomyślenia (ale też sądzę, że sama Małgorzata Musierowicz musiała z czasem być tymi odwiedzinami zmęczona). 

Kończę to moje zupełnie subiektywne podsumowanie powrotu. Czy był to powrót udany? Oczywiście, że tak. Czy mogłabym nad czymś pomarudzić? Tak, parę razy, niby bardzo delikatnie, ale jest tam wspomniana kara cielesna, jako forma „wychowawcza” („Kłamczucha” i gdzieś jeszcze pamiętam, że była o tym mowa). W późniejszych częściach, jak rozumiem, mowy już o tym nie ma i dobrze, że nie ma. 
Czy śmiałam się nad zwłaszcza wcześniejszymi częściami książki, jak nie wiem co ? („Szósta klepka”, „Kwiat kalafiora”, „Ida sierpniowa”, „Kłamczucha”). Śmiałam i to baaardzo. Nawet nie wiem, czy miejscami jeszcze bardziej, niż wtedy. Czy odkryłam nowe i zupełnie niezauważane przeze mnie aspekty poruszane w książkach? Oczywiście, że tak. Zupełnie przez inny pryzmat spoglądam na postaci Aurelii, Kreski i Bebe (scena z pieskiem z „Opium w rosole” to jedna z najbardziej przejmujących scen opisanych w jakiejkowiek książce, mocno mnie poruszyła).
Czy cieszę się,że wróciłam do książek? Które w sumie mogłabym śmiało wciągnąć na listę książek w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama”?  Ogromnie się cieszę i muszę przyznać, że ten powrót do książek z dzieciństwa, wczesnych lat nastoletnich okazał się dla mnie czymś w rodzaju ogromnie ciepłego, otulającego gestu, jaki sama sobie zafundowałam. 

Moja ogólna ocena książek przeczytanych zostaje wystawiona jako : 6 / 6. 

„Brulion Bebe B.” Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1990).

No i proszę, kolejna książka Musierowicz za mną. Z Jeżycjadą łączą tę część postaci Anielki (znanej kiedyś jako Kłamczucha) i Natalia Borejko. A główną bohaterką są Beata Bitner zwana Bebe i Dambo (Damazy Kordiałek). Bebe mieszka od dość niedawna w Poznaniu z matką, aktorką i bratem Konradem, zwanym Koziem. Matka tej dwójki czasem zachowuje się czasem, jak starsza siostra. Nie poznamy jej w ogóle na kartach tej książki, bo po wakacjach zostaje na pracy dorywczej w Stanach, gdzie wyjechała chałturzyć. 
Bebe to dziewczyna cicha, zamknięta w sobie i bardzo wycofana, niezbyt wchodząca w głębsze relacje nawet już nie tyle z osobami obcymi, to nawet z najbliższymi sobie. I dopiero poznanie Dambo spowoduje, że ta zamknięta na cztery spusty dziewczyna trochę się otworzy.

Ale do tego potrzeba będzie całej książki i barwnej akcji, która nie byłaby z pewnością aż tak barwna, gdyby nie jedna z postaci występujących w tej książce, jaką jest Bernard Żeromski. To znajomy z czasów studiów Anielki, która na czas wyjazdu matki Bebe i Kozia do Stanów zamieszkuje z rodzeństwem i ma się nimi rzekomo opiekować. Anielka, ta znana nam najbardziej z „Kłamczuchy” (ale i z „Kwiatu kalafiora”) energiczna brunetka musiała porzucić marzenia o byciu aktorką, skończyła grafikę , natomiast dzięki matce Bebe udaje jej się jednak pracować w teatrze, chociaż na innym, niż to sobie wymarzyła, stanowisku. 

Jak wspomniałam, tu uwaga autorki skupia się na postaci wycofanej i bardzo zamkniętej w sobie Bebe. Dambo powoli, pomalutku znajduje sekret, jak dotrzeć do dziewczyny i nieco ją oswoić i spowodować, żeby poczuła, że okazywanie emocji nie jest najgorszą rzeczą na świecie. 

Kiedy czytałam ją pod koniec podstawówki przyznam się, że nie przepadałam za tą częścią. A na pewno nie przeczytałam jej aż tyle razy, co chociażby „Szóstą klepkę”, czy „Idę sierpniową”. A tu proszę, zakoczenie. Tym razem czytało mi się ją całkiem nieźle. Pomimo tego, że niestety, ale Bebe nie polubiłam ani trochę mimo upływu czasu, natomiast teraz być może jest mi o wiele łatwiej zrozumieć, czemu dziewczyna zachowuje się tak, a nie inaczej i nie potrafi okazywać nikomu emocji. 

Nie pamiętałam, że w tej części występują bracia Lisieccy (akurat ten powrót okazuje się marny), ale że również pojawia się pan Karolek i pani Basia znani czytelnikom z „Idy sierpniowej”. Tak naprawdę pojawia się na chwilkę, ale miło znów tę dwójkę „zobaczyć”. 

No i jest wspaniały profesor Dmuchawiec, w „Opium w rosole” usunięty w trybie natychmiastowym ze szkoły, w tej części odkrywa zupełnie niechcący, z czyjej inicjatywy usunięto go z pracy w liceum w Stanie Wojennym. 

Ogólne wrażenia po powrocie są zdecydowanie lepsze od tego, co pamiętam z pierwszego czasu lektury i daję tej książce notę 5.5 / 6. 

„Opium w rosole”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

Kontynuuję wielki powrót do książek Małgorzaty Musierowicz (są jeszcze dwa tytuły z mojej rodzinnej półki) i jest to doświadczenie dla mnie ogromnie ważne i wartościowe. Mam wrażenie, że zupełnie inaczej odbieram teraz fragmenty czy wręcz poszczególne części. 
„Opium w rosole” było tą częścią, która zawsze działała na mnie ogromnie depresyjnie. Po pierwsze Stan Wojenny, który sama z dzieciństwa nie do końca może pamiętam (sceny, fragmenty), ale pamiętam tę dołującą wówczas atmosferę. Po drugie, internowanie taty Borejko ;( po trzecie, strasznie smutna sytuacja najmłodszej bohaterki książki (w sumie nie najmłodszej, bo najmłodsza jest Pyza Gabrysi Borejko), Aurelii znanej bardziej pod imieniem Genowefa. Po czwarte, Pyziak, który zostawił żonę i córeczkę i zniknął gdzieś na Antypodach. Ogólnie, to ta część Jeżycjady jest dla mnie przepełniona wszechogarniającym smutkiem, przygnębieniem i takim dobijającym klimatem. Do tego Sławek Lewandowki, który w tej części oświadcza się Idzie. Szczerze, to zapewne fajny człowiek i z pewnością wychowany w domu, w którym znane są właściwe priorytety, niemniej jednak nigdy mi on do Idy nie pasował ( i znów zapomniałam, za kogo wyszła, musiałam się upewnić w internecie, że nie za niego, cóż, sorry, Sławek, nie byłbyś z Idą szczęśliwy). 

Tymczasem teraz powrót okazał się o wiele ciekawszy, niż wtedy, gdy czytałam książkę we wczesnych latach nastoletnich (nawiasem mówiąc, dzięki dedykacji odkryłam, że otrzymałam ją w ramach nagrody za dobre wyniki w nauce po zakończeniu klasy szóstej).
Po pierwsze, Kreska, czyli Janina Krechowicz, wnuczka profesora Dmuchawca. Profesor nie uczy już w liceum, a w jego mieszkaniu po internowaniu rodziców, z Wrocławia przenosi się wnuczka, Janka właśnie. Musierowicz nie byłaby sobą ,gdyby nie uwikłałaby nastolatki (Janka rozpoczyna naukę w liceum, w którym do niedawna uczył jej dziadek) w nieszczęśliwą relację z Maćkiem Ogorzałką, mieszkającym po sąsiedzku. 

Jest też wspomniana już sześcioletnia Aurelia, dziewczynka nie dopilnowana, która całe dnie wędruje po Jeżycach i szuka ciepłego, rodzinnego domu, w którym mogłaby jak sama mówi, „zjeść obiadek”, a tak naprawdę, to szukająca uwagi i miłości mała osóbka, która tego wszystkiego, czego szuka, najwyraźniej nie znajduje we własnym domu. 

Wyraźnie czuć, że Stan Wojenny przybił samą autorkę. Mimo, że jak zawsze bardzo chce podkreślić, że nie można dać się zawojować złu i wrogości, to aura książki nie jest zbyt optymistyczna. Mój egzemplarz książki jakby chciał tę beznadzieję tamtego czasu podkreślić, bo jest to wydanie naprawdę brzydko wykonane (tak, jak brzydkie były opisywane w książce, czasy).
Niemniej jednak i tu dobro pokonuje zło i ci, którzy byli w sobie zakochani doczekują się happy endu, ci, którzy byli rozdzieleni, mają nadzieję na pojednanie. A nadto szczęśliwe chwile jawią się też w przyszłości Aurelii / Genowefy, która pragnęła miłości własnej mamy. Swoją drogą, scena z pieskiem do dziś stanowi dla mnie jedną z najbardziej przejmujących i dramatycznych scen opisanych gdziekolwiek. 

Ogólnie, chociaż z wymienionych powyżej powodów, ta część nie należała do moich ulubionych, to obecnie po tak wielu latach o wiele wyżej ją pozycjonuję. 
Daję jej też notę 6 / 6. 

„Szósta klepka”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1987).

Jak widać, czytam to, co wzięłam z domu rodzinnego autorstwa Małgorzaty Musierowicz. 
Przyznam się, że mimo, że kochałam „Szóstą klepkę”, to kompletnie zapomniałam, jaka to jest świetna i zabawna książka. A teraz sobie przypomniałam z ogromną przyjemnością. 
Rodzina Żaków, to co prawda nie Borejkowie, ale są nie mniej świetni. Żaczek, tata, (czy w książce poznaliśmy gdziekolwiek imię taty Żaka? chyba nie), mama Żakowa 😉 , ich córki Cesia, zwana w rodzinie Cielęciną i Julia, dziadek i siostra taty Żaka, ciocia Wiesia z sześcioletnim synem Bobkiem. Wszyscy oni zajmują mieszkanie w starej poznańskiej kamienicy na Jeżycach.
Cesia zaczęła naukę w liceum, jej siostra na pierwszym roku wyższej szkoły sztuk plastycznych, rodzice pracują zawodowo, tata jest inżynierem a mama po szkole artystycznej pracuje w zawodzie i naucza dzieci sztuk pięknych. Wiesia po rozwodzie wróciła do ojca i brata z rodziną a sześcioletni Bobek pławi się w słusznym byciu rodzinnym beniaminkiem, w dodatku obdarzonym i inteligencją i ogromnie bujną wyobraźnią. Akcja książki na przykład zaczyna się, gdy Bobek na balkonie kamienicy usiłuje odtworzyć pożar Rzymu by Neron 😛

W tej części główną bohaterką jest szesnastoletnia Cesia, ale jej rodzina i bliscy są równie ważnymi bohaterami. Znowu jest dużo śmiechu, pierwsze miłości, pierwsze przyjaźni i pokazanie, że ludzie mając przy sobie bliskich, są w stanie pokonać każdą przeciwność losu. 
Cesia zaprzyjaźnia się w tej części z Danusią, wiecznie nadąsaną i niezbyt pracowitą poetką. Danka, ta myśl towarzyszyła mi podczas lektury wyjątkowo silnie, zapewne trzymała się Cesi na zasadzie kontrastu, uważając, że cicha, spokojna i niezbyt wyróżniająca się z tłumu Cesia stanowi dla niej stylizującej się na hippiskę, miłe „tło”, na którym może się barwnie wyróżniać. O tym, że to jedynie przekonanie Danusi, szybko się dowiaduje ona sama, mam cichą nadzieję, że Cesia tego nie odczuwała w ten sposób.

Jest też przystojny i milczący Jerzy Hajduk, który kręci się wokół młodszej Żakówny, która to, pełna nastoletnich kompleksów, nawet tego satelity nie zauważa. Zauważa ją za to starszy kolega Julii i oczywiście nie byłaby to Musierowicz, gdyby nie wplątała Cesi w dość problematyczne sytuacje, mające na szczęście ostatecznie, a jakże, swoje szczęśliwe zakończenie. 

U Żaczków jest dobrze, ciepło, rodzinnie i szczerze, to wcale się sobie nie dziwię, że we wczesnych latach nastoletnich zaczytywałam się między innymi tą książką. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. Li i jedynie 😛