„Emilka dojrzewa”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Krajowej Agencji Wydawniczej. Poznań (1990).
Przełożyła Maria Rafałowicz-Radwanowa. 
Tytuł oryginalny Emily Climbs.

Druga część opowieści o Emily Byrd Starr za mną. Jak pamiętamy, dawniej starano się spolszczyć imiona i stąd Emilka a nie Emily, chociaż osobiście wolałabym właśnie Emily. Cóż.
Ta część podobała mi się jeszcze bardziej od pierwszej, która przecież bardzo mi podeszła!
Emilka po wielu perypetiach jednak może kontynuować naukę i czyni to. Jadą wraz z Ilzą, Perrym i Tadziem do szkoły w Shrewsbury, gdzie przez trzy lata Emilka mieszka u srogiej ciotki Ruth (zaskakująca postać, ciekawie ewoluuje wraz z upływem czasu i akcji książki). 
W tej części Emilka uczy się, poznaje nowe osoby, ale wciąż najwierniej trwa przy przyjaciołach z miejscowości, w której mieszka z krewnymi w Srebrnym Nowiu. Niestety, w czasie nauki ma zakaz pisania powieści, nad czym ogromnie ubolewa, ale udaje jej się i tak rozwijać swój talent literacki. 
No i ku mojej radości nie ma w tej części aż tak dużo Deana, wobec którego, jak zdążyliście się zorientować po pierwszej części, o której pisałam, żywię dużą dozę nieufności. 
Pod koniec części już widzimy, ku czemu to zmierza. Nie musimy obawiać się zauroczenia Emilki postacią Deana, w jej głowie bowiem, czy może raczej w sercu, jest Tadzio. Postać, którą autorka szykuje nam na wielkiego malarza, ciekawe więc mogłoby być połączenie takich dwóch artystycznych dusz.Ale jest to postać z niemałym rodzajem „bagażu” a mianowicie toksyczną matkę,która to dodatkowo żywi ogromną niechęć do Emilki, żeby nie określić jej uczuć względem dojrzewającej dziewczyny, dosadniej. 
Faktycznie, w tej części z dziewczynki Emilki staje się nasza bohaterka młodą dziewczyną Emilią. Ma jednak swoje pasje literackie i nieustannie wydaje się częściowo stąpać gdzieś wysoko w chmurach. Przyjemnie mi się tę część czytało a przede mną trzecia i ostatnia część, a mianowicie „Emilka na falach życia” i już zajrzałam na koniec, aby dowiedzieć się, z kim ostatecznie zwiąże się młoda kobieta. 

Tymczasem moja ocena tej części to 6 / 6. 

„Emilka ze Srebrnego Nowiu”. Lucy Maud Montgomery.

Wydana w Krajowej Agencji Wydawniczej. Poznań (1988). 
Przełożyła Maria Rafałowicz-Radwanowa.
Tytuł oryginalny Emily of New Moon.

Ogólnie, to wracam do książek przywiezionych z rodzinnego domu, tych, które stały na dziecięco-młodzieżowej półce.
Okazało się,że Emilkę czytałam raczej niewiele razy, być może raz jedyny? Nie wiem czemu, ale chyba wtedy mnie nie zachwyciła. Do teraz. Teraz okazuje się, że o ile Anne wolę tę z pierwszej części Anne / Ani, a reszta części podobała mi się mniej (wyjątkiem jest Rilla), to Emilka ujęła mnie o wiele bardziej, przynajmniej teraz.

Cała książka podobała mi się bardzo do momentu poznania przez dziewczynkę jej dalekiego krewnego, niejakiego Deana Priesta. No, może jestem „skażona” współczesnym spojrzeniem, złośliwi orzekną, że poprzewracało się w głowie od tego dobrobytu i dbania o dzieci pod kątem wiadomym, ale ta relacja niemal od początku zawiała w moją stronę totalnie czerwoną flagą. Co Wam będę ściemniać, wiem, że autorka na pewno nie pójdzie w tą stronę, ale to jak wprowadzenie to opisu groom…gu ,no… Wykropokowuję, bo a nuż komuś się nie spodoba, że ktoś się czepia. I proszę mi nie mówić, że nadinterpretuję, ostatnio spotkałam się z inną opinią dotyczącą zupełnie innej książki, gdzie ktoś pisał, że denerwuje go w literaturze nadmierna sek…zacja dzieci w literaturze i chociaż tam tego ja nie postrzegam absolutnie (mówię o książce, o której ktoś pisał taki zarzut), to tu mnie to zmroziło i nie, nie podoba mi się to, jakie teksty serwuje DWUNASTOLATCE dwudziestosześciolatek. Poprzestanę na swojej opinii, nie trzeba się ze mną zgadzać. To ogromna łycha dziegciu, którą wywlekam na wierzch tej beczki miodu, bo generalnie, to naprawdę mi się spodobała. No a tu w sumie pod koniec takie coś 😦
A tak było fajnie do tego momentu. Motyw osieroconej dziewczynki, tu-krewnej, która trafia pod opiekę sióstr matki, singielek, jak to dziś mawiamy, które są jak zły i dobry policjant, a my dobrze wiemy, że ta odgrywająca rolę tego złego, to dobra, poczciwa kobieta, tylko właśnie człowiek, a nie lukrowa figurka ustawiona na cieście do podziwiania.
Tym razem znów galeria postaci, dramaty i szczęścia, ale tak podane w formie dla mnie o wiele bardziej obecnie do strawienia, niż dalsze części Anne z Zielonych Szczytów, mimo, że nie narzekam na nie, tylko o dziwo, odkryłam, że historia Emilki teraz czyta mi się o wiele lepiej.
Przede mną dwie dalsze części opowieści o Emilce, już dojrzalszej i z nowymi doświadczeniami (oby dobrymi! nic a nic nie pamiętam z tych książek). Moja ocena (pomimo czepiania się i pewnych translatorskich potknięć) to 6 / 6.

„Stowarzyszenie umarłych poetów”. N. H. Kleinbaum.

 Wydana w DOMU WYDAWNICZYM REBIS. Poznań (2000).

Przełożył Paweł Laskowicz. 
Tytuł oryginalny Dead Poets Society.

Na parę książek, które okazują się, oczywiście w moim odczuciu, świetne, musi się niestetym trafić coś mniej porywającego. Nie, nie nazwę tego gniotem, w żadnym wypadku. Niemniej jednak muszę przyznać, że książka powstała na podstawie scenariusza filmowego (a tak jest napisane na okładce książki) niekoniecznie musi oznaczać sukces, nawet jeśli film takowym był. 
Stawiam żołędzie przeciw kasztanom, że wśrod czytelników mojego blogu większość zna „Stowarzyszenie umarłych poetów” ze świetną rolą Robina Williamsa. 
Tam postać charyzmatycznego i odgrywającego ważną rolę nauczyciela języka angielskiego w jednej z prestiżowych szkół średnich w Stanach Zjednoczonych ewidentnie zachwycała i sprawiała, że każdy z nas albo cieszył się,że w drodze swojej edukacji spotkał kogoś takiego albo żałował, że tak się nie stało. 
W książce rola Johna Keatinga, ongiś uczącego się w Akademii Weltona a obecnie nowego nauczyciela wspomnianego już przeze mnie języka angielskiego, jest zdecydowanie mniej zaznaczona. Spłaszczona i pozbawiona tego, co w filmie wydawało się jasne. Ten człowiek w filmie potrafił poruszyć młode umysły i wyrwać je ze skostniałych torów, w które wtłoczyli je właśni rodzice, aby  tym samym ich dzieci zrealizowały ambicje ich samych, którzy często nie mieli takich możliwości rozwoju. 
Niestety, w książce postać nauczyciela kompletnie nie zachwyca i nie czytelnik nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego właściwie grupa uczniów z jednej klasy daje się mu aż tak porwać, nie bacząc na konsekwencje swoich zachowań. Szczerze? Po co? Dlaczego? 

Nie powiem, że mnie nie ostrzegano, bo ostrzegała mnie przed lekturą Autorka blogu „100 stron na godzinę”, który to blog również polecam Waszej uwadze. Z drugiej strony, ponieważ dopiero co sama ze zdziwieniem odkryłam, że mam tę książkę na półce, chciałam zobaczyć, jak będzie mi się ją czytało. Niestety, z dużą dozą zawodu. 
Jeśli ktoś z Was chce jednak sam wyrobić sobie zdanie na temat tej książki powstałej na podstawie scenariusza filmowego, oczywiście niech to robi i chętnie poznałabym zdanie osoby, która się tego podejmie. 

Moja ocena to 3.5 / 6.

„Portret nocą malowany”. Mira Michałowska.

Wydana w Krajowej Agencji Wydawniczej. Warszawa (1984).

Może powinnam zmienić nazwę blogu na „lektury emerytów i rencistów”? Wszak od dłuższego czasu sporo książek, o których piszę na blogu, to książki sprzed baaaardzo dawna, żadne nowości (a szkoda, że niektóre z nich nie mają wznowień). 
Mój egzemplarz „Portretu nocą malowanego” to egzemplarz z dosłownie wysypującymi się karteczkami. Piszę karteczkami, bo sam rozmiar książki nie jest typowy. 13, 7 cm na 10 cm. Dodając do tego fakt, że w tamtych czasach jakość wydawanych książek pozostawiała wiele do życzenia plus to, że była to ongiś jedna z moich najulubieńszych książek, nie dziwi mnie to, że czytać ją trzeba ogromnie uważnie. A jest ona dla mnie dodatkowym skarbem z powodów osobistych, dostałam ją bowiem od bliskiej mi Osoby myślę, że z 39 lat temu. Kupiłyśmy ją współnie i odkąd ją przeczytałam, stała się ona dla mnie istotną książką. 
Tym bardziej byłam ciekawa, jak odbiorę ją teraz. A przypomniał mi o niej fakt, że właśnie co zobaczyłam, że została napisana i wydana (pozdrawiam znajomą z liceum) książka o Mirze Michałowskiej. Odkopałam ją więc z własnej półki i na chwilę zanurzyłam się w opowieść o Małgorzacie Kocel. Kiedy poznajemy narratorkę, bo „Portret nocą malowany” to monolog Małgorzaty, ma ona czternaście lat, ale w swojej opowieści cofa się o cztery lata, kiedy to zaczyna się akcja książki. 
Mama Małgorzaty to świetna lekarka, pediatra, ojciec aktor grający raczej drugoplanowe role. Dziewczyna jest jedynaczką i w momencie, do którego się cofa, czuje się bardzo ponuro. Samotnie i jakby zapomniana przez rodziców, czy raczej niezauważana tak, jakby tego oczekiwała. Trudno powiedzieć, czy jej odczucia są aż tak naprawdę właściwe. Mam wrażenie, że jest to dziewczyna, której przytrafiło się po prostu o tyle „gorzej”, jeśli chodzi o rówieśników, że oboje jej rodzice pracują w mocno nienormatywnym trybie czasowym i zwyczajnie, często jest ona sama w domu i ze swoimi myślami. Swoją drogą, co za czasy, dziesięciolatka zostawiona sama w domu i zmuszona do tego, aby ogarnąć się sama i z lekcjami i z kolacją i z nastawieniem sobie budzika. I najwyraźniej daje sobie z tym radę, gdyż jest chyba osobą „zadaniową”, ale jedynie na polu działań, że tak powiem, dosłownych, fizycznych. Jej nastrój w tym wszystkim jednak pozostawia wiele do życzenia i Małgorzata najprawdopodobniej aby nie dać się pochłonąć mrokowi i nastrojowi, który zaczyna dominować, pewnego zimowego wieczoru, czy wręcz już nocy, stwarza sobie przyjaciółkę. Wiem, wymyślony przyjaciel to raczej domena innego wieku i etapu rozwoju dziecka, ale kto jej zabroni? I tak oto „rodzi się” Lila. Równolatka stanowiąca przeciwieństwo Małgorzaty i najprawdopodobniej po prostu wyobrażenie tego, jak sama chciałaby wyglądać i jak być postrzegana. Po skończeniu książki wiemy oczywiście, że to nic innego, jak wydobycie z postaci tego, co zawsze w niej było, jakiejś części charakteru, której nie potrafiła do pojawienia się Lili, uruchomić, ale w pierwszym momencie po prostu się ona w życiu bohaterki zjawia i to życie wywraca do góry nogami. Ale o dziwo, jest to wywrót pozytywny. 
To dzięki Lili Małgorzata zacznie się bardziej kontaktować z dziećmi z własnej klasy, z którymi do tej pory miała kontakty raczej chłodne, to dzięki Lili zacznie się przepoczwarzać z osoby zamkniętej w sobie i cichej w duszę towarzystwa nie tylko na zimowym obozie, ale już również po powrocie z niego. Małgorzata odkrywa w sobie to, czego najwyraźniej do tej pory sobie nie uświadamiała. 
Również zupełnie inaczej zaczyna patrzeć na własnych rodziców. Na zabieganą mamę, która pędzi od szpitala, w którym pracuje, do domu lub na dyżury w przychodni, na tatę, który wydaje się być silny i pełen werwy i pogodzony ze swoim losem grającego wiecznie „drugoplanowe role” a być może nie do końca tak do tego podchodzącego. 

Ogólnie to dziwię się niskiej ocenie „Portretu nocą malowanego” w pewnym miejscu około książkowym, bo po powrocie na nowo się nią zachwycam i doceniam, wciągnęła mnie niesamowicie i naprawdę nie dziwię się, że kiedyś ją uwielbiałam. Natomiast jako dorosła już osoba mam do niej pewne zastrzeżenia. A mianowicie – nie, nie kupuję tego, że Małgorzata ma dziesięć lat, kiedy zaczyna się akcja książki i nawet nie kupuję tej czternastolatki, jaką się stała. Wydaje mi się, że tu się autorce trochę noga powinęła, to znaczy chciała stworzyć wyimaginowaną postać czy alter ego, ale wiekowo pasowało to jej do tak małego w sumie dziecka, ale język Małgorzaty, jej zachowanie, spojrzenie na świat, to wszystko według mnie, oczywiście, zupełnie nie pasuje do dziesięciolatki a nawet osoby starszej tak, jak to jest w końcu książki. Według mnie mentalność jest mentalnością osoby starszej. 

Zaskakująco dobrze wraca mi się do tych książek, które czytywałam w dzieciństwie i wczesnym wieku nastoletnim. 
Szkoda, o czym wielokrotnie pisałam, że część z nich nie ma wznowień. Może jednak taki „Portret…” doczeka się go, skoro właśnie o autorce tegoż ukazała się książka? 

Moja ocena nie zaskoczy stałych czytelników blogu. Jest nią bowiem 6 / 6.

„Nie przyszedłem pana nawracać”. Jan Twardowski.

 Wydana w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej. Warszawa (1992).

Zbiór wierszy ulubionego poety mojej Mamy, po który sięgnęłam w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama” (kto pamięta, że takowy powstał? i że go sobie, jak widać kontynuuję?). 
O poezji jest mi niełatwo pisać, to raz, nawet nie lubię,bo zawsze mam wrażenie, że ją na swój sposób „spłycam”. Po prostu albo wiersz do mnie trafia i coś tam we mnie porusza, albo nie. Dodatkowo, trudno mi jest się odłączyć od emocji i subiektywnych wrażeń. A z samym Janem Twardowskim mam relacje mieszane. Bo też wcale nie jest tak, że wszystkie jego wiersze mnie zachwycają. Ale też są takie, które bardzo lubię. W tym osławiony „Śpieszmy się”. Temu wierszowi zrobiono akurat lekką krzywdę używając go nadmiernie lub i może nie, ale zwyczajnie, mam wrażenie, że przez nadużywanie już nikomu nie chce się skupić nad tym, co opisuje. A jest naprawdę mocny i prawdziwy 😦 Osobiście mam z nim jeszcze inne związane wspomnienie, bo był to chyba ulubiony wiersz autorstwa Twardowskiego mojej Mamy, to raz. Dwa, na niedługo przed tym, jak trafiła do szpitala miałyśmy ze sobą jakąś przedziwną (dla mnie wtedy, po miesiącach wciąż dźwięczy mi ona w uszach, ale już z jakimś tam zrozumieniem?) na temat tego, co po nas zostaje. I trochę tak, jak w tym wierszu,  sparafrazuję za poetą, zostaną po nas buty i telefon głuchy. Oraz, tu już dokładny cytat, „(…) najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje”. 

Mój egzemplarz to mój prezent Bożonarodzeniowy dla Mamy z roku 1992. W dodatku wydrukowany źle. Co odkryłam sama teraz, kiedy czytałam zbiór na dwie raty. Pierwszy raz sięgnęłam po „Nie przyszedłem pana nawracać” jeszcze przed wakacjami i to chyba dość dawno przed, wróciłam niedawno i podczytywałam. A na czym polega owo złe wydrukowanie zbioru? Ano na tym, że po Nocie wydawcy pojawia się na nowo wydrukowanych parę wierszy, które były pod koniec tomu. I nie, nie są to żadne skorygowane przez samego Jana Twardowskiego wiersze, po prostu błąd wydawniczy. Słowem się moja Mama nie zająknęła nigdy o tym, co tylko pokazuje, jakim była człowiekiem. Cieszył ją gest, prezent ode mnie, doceniła, że mimo, że wtenczas nie lubiłam Twardowskiego zbytnio (tak tak, miałam taki etap, że nie rozumiałam, czemu moja Mama się zachwyca jego poezją), to dla Niej ten tom kupiłam wiedząc, że Ją ucieszy. A jak w owej Nocie wydawniczej zostało podkreślone, do czasów tego wydania był to najobszerniejszy zbiór wierszy Twardowskiego.

Tu miałam niesamowitą poetycko emocjonalną drogę śladami Mamy. Wiersze, które sobie pozaznaczała karteczkami indeksującymi i nowe karteczki, które przylepiłam ja sama. I to pytanie na początku tomu, czy w którymkolwiek miejscu pojawią się dwie karteczki? Nie wiem, jak to traktować, co o tym sądzić, ale pojawiły się w oznaczeniu jednego, jedynego wiersza. Jeden jedyny wierdz zrobił na nas obu takie same wrażenie. Jak ktoś chce, może się zastanowić, który to wiersz i napisać w komentarzu. Będzie mi miło. 

A sam zbiór zawiera wiersze, które po opisują poetę jako księdza-poetę. Czyli wszystkie swoje troski, refleksje dnia codziennego i swojego powołania przekuwa on na biały wiersz. Jak wspomniałam wcześniej, nie wszystkie mi się podobają tak samo, są też takie, które jak dla mnie są wręcz lekko infantylne. Ale wśród nich jest naprawdę sporo, które do mnie przemówiły i skłoniły do refleksji. 
Te, które zyskały znacznik to: ” Który…” , „Odpowiedzi” , „Sprawiedliwość” (ze zbioru „Znaki ufności”), „Na wsi”, „Jak się nazywa”, „Żal” dedykowany Zofii Małynicz, „Śpieszmy się” dedykowany Annie Kamieńskiej (ze zbioru „Poezje wybrane”), „Płacz” (ze zbioru „Wiersze nowe”).
Spojrzenie na świat księdza Jana Twardowskiego albo się „kupuje”, albo nie. Mnie o dziwo, zajęło trochę czasu, żeby w ogóle mieć ochotę sięgnąć po Jego wiersze (sięgnęłam już wcześniej, niż teraz, oczywiście) i żeby się w nie zagłębić. 

Ten tom otrzymuje moją notę 6 / 6. 

„Język Trolli”. Małgorzata Musierowicz.

Wydana w AKAPIT PRESS. Łódź. Niestety, po raz kolejny w tym miejscu wydawniczym nie jestem w stanie wyczytać z książki, w którym roku została wydana.

Czytałam ją dawno temu, tak sobie mi się podobała wówczas, pewnie ze względu na motyw ważny dla tytułowej bohaterki. Niemniej jednak wpadła mi w ręce i pomyślałam, że chętnie się skonfrontuję z własnymi ledwo już wyraźnymi, ale jednak, wspomnieniami na jej temat.
No więc szczerze, dalej tak sobie. Są momenty, które mi się podobają ale są całe fragmenty, które zupełnie nie mam pojęcia, po co zostały niestety napisane (tak, mówię o drodze w korku na koncert, który w rezultacie i tak został odwołany).
Na plus postać Józinka, fajnego, rezolutnego dziewięciolatka, który ma mocno żywiołową i decydującą za wszystkich w rodzinie mamę, którą jest Ida (ongiś moja ulubiona bohaterka Jeżycjady). Józef, zwany przez rodzinę ku swemu utrapieniu Józinkiem, jest zafascynowany Staszką Trollą, którą poznał przez przypadek w szkole. Jego podstawówka bowiem połączona jest z gimnazjum, a tam chodzi Trolla.
Postaci dziewczyny nie udało mi się polubić nawet pomimo jej stanu zdrowia, niestety, nie budziła we mnie sympatii. Nawet Ignacy, kuzyn, z którym wojuje Józinek i którego nie wiem, czy celowo autorka zrobiła okropnym dzieciakiem, nie budził we mnie niechęci. Ot, dzieciak, który jest przeintelektualizowany i nie wydaje się to (przynajmniej mnie) absolutnie szczere, ale jest wciąż dzieckiem i przynajmniej w końcu tej książki jest dla chłopa nadzieja.
Jak dla mnie niestety, przegadana książka, jak również przecierałam oczy i wspomnienia własne. Akcja dzieje się w 2003 roku, dobrze pamiętam realia ówczesnej Polski i owszem, wciąż się różne rzeczy działy, jak to w naszym pięknym kraju nad Wisłą się zawsze działy , dzieją i dziać będą ale serio, tak źle, jak można by wyczytać z książki to z pewnością nie było.
Niestety, „Język Trolli” to już taki spadek (według mnie, oczywiście) tego, co kochałam w poprzednich częściach. I takie już coraz mocniejsze polaryzowanie „my-oni”.
Książkę miał przeczytać mój Syn, ale przyznam, że raczej Mu jej nie polecę a bardziej mu ją opowiem, bo chyba nie chciałabym, aby tak kojarzył moją jedną z najulubieńszych kiedyś autorek (której wczesne książki, co wiedzą ci, którzy regularnie czytają moje wpisy, czytam i wielbię wciąż i nieustannie).
I nie, nie podoba mi się, jakiego potwora autorka zrobiła z ongiś sympatycznego faceta, jakim był Pyziak.

Moja ocena to 4 / 6.

„Między pierwszą a kwietniem”. Krystyna Siesicka.

Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Warszawa (1989).

Idę jak burza w książkach z dawnego czytania za dzieciaka i młodzieży i teraz nadszedł czas tej książki. Przyznam, że o ile „o co chodzi” w przypadku „Zapałki…” pamiętałam ogólnie, to tu chwilę mi zajęło, dopóki sobie nie przypomniałam intrygi.

A sama książka, cóż, przejmująca. Według mnie Siesicka jak mało kto potrafiła sobie poradzić w przedstawieniu solidnej treści na niewielkiej objętości. Jednym słowem, nie lała wody. Dla mnie to ogromna zaleta, już wyrosłam z zachwycania się książką na zasadzie, „im grubsza, tym lepsza”.
Narratorka to Justyna, orientujemy się szybko, że jest chwilę po rozwodzie z mężem Anglikiem, dla którego wyjechała dwadzieścia lat wstecz z Polski zostawiając tu pięcioletnią córkę.
Akcja zaczyna się w chwili, gdy Justyna wraca do Polski i ma na czas przejściowy, zanim załatwi sobie pracę (jest dobrą lekarką) ma mieszkać u córki i zięcia, którego osobiście nie zna. Relacja z córką trwała do tej pory niestety, jedynie via listy i można się domyślać, że lekko to pierwsze po latach spotkanie nie przebiegnie. Zgodnie z podejrzeniami, nie przebiega, a potem jest już tylko ciężej.
Bardzo ciekawa książka, zupełnie mi z pamięci wyleciała, kiedy ją brałam z domu rodzinnego w ogóle nie wiedziałam, o czym jest. Sądzę, że jak napisała mi jedna z osób w pewnej grupie książkowej we wpisie o „Zapałce…” , warto do niej sięgnąć będąc już samą w wieku o wiele bardziej zbliżonym do wieku głównej bohaterki, niż kiedy się ją czytało pierwszy raz.
Mnie dodatkowo zawsze zajmuje motyw relacji matka-dziecko, szczególnie matka-córka i tu to dostałam, chociaż nie powiem, była to jazda bez trzymanki. Ale warto, warto jest po tę książkę sięgnąć albo po raz pierwszy, albo podobnie, jak ja, na zasadzie przypomnienia jej sobie po latach.

Moja ocena to 6 / 6.

Dylogia…

…czyli „Zapałka na zakręcie” i „Pejzaż sentymentalny” Krystyny Siesickiej. 
Powrót do „Zapałki na zakręcie”, którą to lubiłam w nastoletnich latach i czytana przeze mnie pierwszy raz książka „Pejzaż sentymentalny”, która to, jak pisze na okładce sama Siesicka, powstała na prośby czytelniczek, chcących wiedzieć, czy Mada i Marcin byli razem i jak potoczyły się ich losy. 

„Zapałka na zakręcie” u mnie to wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w 1991 roku  w Warszawie książka, która jak pamiętam z tamtych czasów jej wydania, cieszyła się powodzeniem wśród młodych czytelniczek. Wczoraj w pewnym książkowym miejscu spotkałam się z jej krytyką, ale moim zdaniem książka jest dobra, przynajmniej nie widzę w niej jakichś większych błędów. 
Nie chcę tu pisać streszczenia, a jedynie opisać główne motywy. Mada z siostrą Alą i mamą spędzają co roku wakacje letnie w Osadzie. Corocznie mają tam swoją paczkę znajomych a w roku, w którym zaczyna się akcja książki, w Osadzie pojawia się tajemniczy ON. Marcin, jak się potem okazuje, ze swoją matką spędza tam czas po jakimś wyjątkowo ciężkim dla obojga, roku. Madę chłopak intryguje i nie daje jej spokoju, głównie tym, że nie chcę wyraźnie bratać się z jej towarzystwem. A Mada nie lubi, kiedy ktoś ją ignoruje i postanawia się z nim poznać. Poznaje się i potem nawet coś się zaczyna między tą dwójką dziać. 
My  jako czytelnicy akcję i to, czemu i Marcin i jego matka skrywają sekret, dowiadujemy się z narracji samego Marcina, bowiem tak skonstruowana jest ta książka, znamy narrację Mady i chłopaka. Nachodzą one na siebie w pewnym momencie i prowadzą do nieuchronnego dramatycznego zakończenia. Krystyna Siesicka książkę zatrzymała w urwanym momencie, ale dała wyraźnie otwarte zakończenie i tak zwane zielone światło dla tej dwójki. 


„Pejzaż sentymentalny” zaś mam wydany w Akapit Press, niestety, przedziwna nota redaktorska nie ujawnia mi, jaki to rok, przyjmijmy, że wczesne lata dwutysięczne, bo autorka napisała rok ukończenia książki, jest to 1999. 
I ta książka rozpoczyna się w Osadzie, do której jedzie z synem Mada. Dorosła już kobieta a i sam syn nie malutki, już uczeń ostatnich licealnych lat, tak przynajmniej zrozumiałam.  I znowu jest dwugłos narracji, Mady i Marcina. Autorka nie zmieniła za wiele w konstrukcji tej opowieści, bo znowu obie narracje początkowo pojedyncze, z czasem znajda wspólną ścieżkę i zaczną się splatać w całość. Cóż, spoiler dla tych, którzy nie czytali „Pejzażu sentymentalnego” a nie będzie dla nich problemu, aby się dowiedzieć, jak potoczyły się losy tych obojga. Nie, nie zostali ze sobą na całe życie, rozstali się wkrótce po „Zapałce…”, ale też ponownie w „Pejzażu sentymentalnym” mają się spotkać na samym końcu książki i znowu Krystyna Siesicka zostawia otwarte zakończenie i możliwość, cóż, kto wie, może powrotu do siebie tej dwójki? W końcu mam wrażenie, że przynajmniej jedno z tej dwójki uważa, że jednak byli sobie przeznaczeni. A jeśli można przeznaczeniu pomóc, to czemu by nie?

Ciekawie czytało mi się i po raz kolejny „Zapałkę…”, gdzie tym razem wyostrzyłam się zdecydowanie na obie mamy w książce, mamę Mady i Marcina, oczywiście i ich podejście do perypetii mlodych, ale też zdecydowanie dużo czytelniczej przyjemności miałam nad „Pejzażem sentymentalnym”. 

Moja ocena to „Zapałka na zakręcie” 6 / 6 i „Pejzaż sentymentalny” 6 / 6. 

„Spotkanie nie wiadomo z kim”. Ewa Nowacka.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1987). 

Powroty do książek z dzieciństwa i młodości mogą wyglądać różnie. Moje, jak do tej pory, okazały się świetne i nie inaczej jest z tym zbiorem trzynastu opowiadań. 
Egzemplarz mojej książki jest okropnie „zaczytany” ale to tylko świadczy o tym, jak często do nich wracałam. 
Tym razem byłam ogromnie ciekawa, jak mi się ten powrót spodoba, tym bardziej, że zapomniałam wcześniej, że Ewa Nowacka jest autorką innej książki, którą w dzieciństwie uwielbiałam i do której z powodzeniem wróciłam parę lat wstecz a mianowicie „Małgosia contra Małgosia”.

„Spotkanie nie wiadomo z kim” to jak napisałam, zbiór opowiadań o młodzieży lat siedemdziesiątych i wczesnych lat osiemdziesiątych. Ta opisana wówczas młodzież ma dzisiaj około sześćdziesięciu lat! Przyznam, że właściwie, gdyby dodać nieco naszych ugododnień takich, jak telefon komórkowy, czy komputer, to opowiadania te jak najbardziej są dalej świetne i absolutnie nic się nie zestarzały. 
Bo czy i obecnie dorastający ludzie nie pragną mieć koło siebie kogoś? Czy teraz nagle przestali mieć problemy z nauką? Z relacjami z rodzicami lub z rówieśnikami? Nagle nie skończył się problem rozwodów rodziców i końca jakiejś epoki dla dorastającego człowieka. Jednocześnie dużo tu tak pomiędzy słowami o relacjach w rodzinie, wśród rówieśników, pierwszych zauroczeń, które potrafią młodą osobę dosłownie oszołomić. W tle dyskretnie, ale bez oszukaństwa, klimat schyłku PRL, niekończące się kolejki często prowdzące do już pustej lady, brak towarów, radość z najmniejszej zakupionej rzeczy, która może człowieka nieco ozdobić. Jest też przebój MAANAMU czy wiersz Wisławy Szymborskiej, tak, bez namolności, zapewne dlatego, że nie celowo przecież, świetnie ukazane są szare i ponure schyłkowe lata poprzedniego ustroju w Polsce. 

Wśród tego zbioru właściwie niemal każda z krótkiej formy na swój sposób mi się podobała. Najmniej, ciekawe, ostatnie opowiadanie, które dało tytuł zbiorowi. 
Mam też parę ulubionych. Pierwsze to „Odjazd-szósta dziewiętnaście” o nawiasem mówiąc, mojej imienniczce, która to przeforsowała  w domu z trudem decyzję o podjęciu nauki nie w położonej bliżej rodzinnej wioski krawieckiej szkole zawodowej a o rozpoczęciu nauki w liceum. W ogóle, to w tym zbiorze często bohaterowie pochodzą z mniejszej miejscowości bądź ze wsi i nie mają tak łatwo z możliwością podjęcia nauki, jak ich rówieśnicy z większych miast. Dojazd do technikum czy liceum nie jest trywialny, często młodzież jeździ do szkoły albo PKS-em o szóstej rano albo nawet wcześniejszym kursem (zapewne przeznaczonym głównie dla pracowników fabryk).Maria Dąbrowska, uczennica już trzeciej klasy liceum podróżuje właśnie do szkoły wiedząc, że jej autobus na pewno dotrze do miasta spóźniony. Póki jej wychowawczynią była wyrozumiała nauczycielka, jakoś darowała dziewczynie spóźnienia, wiedząc, że wynikają one nie ze złej woli Marii, ale w tym roku nauczycielka się zmieniła i oto ta nowa wychowawczyni jest surowa i ogromnie pryncypialna. Przyznam się, że zapomniałam zakończenia opowiadania i niemal ogryzałam paznokcie z nerwów towarzysząc dziewczynie w jej opóźnionej drodze do szkoły a następnie w gabinecie dyrektorki szkoły. Uroniłam też na końcu łzę, tak.
Młodzież opisana w opowiadaniach często nie ma rewelacyjnej sytuacji materialnej. Ich rodzice zmagają się z dogorywającym ustrojem, który niesie ze sobą chociażby wieczne braki w sklepach i niemożność ich sensownego zaopatrzenia. Ale mimo tego młodzi ludzie rozumieją to i pomagają swoim bliskim, o czym też jest fajne opowiadanie noszące tytuł „Trochę szczęścia na kartki”, gdzie dwójka młodych, Agata i Krzysztof podróżuje współnie po mieście w poszukiwaniu towarów, ktore potrzeba jest kupić. Nie powiem, też się przy nim nieco wzruszyłam. 
A już bardzo i wzruszyłam i uśmiechnęłam się podczas lektury opowiadania noszącego tytuł „Kolorowe sny”. W nim to pokazane jest, jak nastolatkami silnie rządzą emocje i czasem źle zrozumiane zdarzenie może uruchomić lawinę następujących po sobie błędnych decyzji. No i w tym opowiadaniu bardzo podkreślone jest, jak dobrze jest mieć młodszą siostrę.

Jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, opowiadania bardzo lubię, czytam je chętnie i bez oporów a jak sądzę, może to też wynikać z tego,że były w moim czytelniczym życiu takie zbiory obecne od zawsze. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Prawy zabójca”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie CZARNA OWCA. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginalny „Ung mans fard mot natt”.


Kontynuacja opowieści o śledczych Gunnarze Barbarottim i jego partnerce zarówno w życiu, jak i w pracy, Evie Backman.

Tym razem od początku my, czytelnicy, znamy sprawcę zbrodni. Do tej wiedzy powoli muszą dojść śledczy. A zaczyna się tak, surowy, nieprzyjemny nauczyciel WF wystawia jednego wieczoru końcowe oceny przed letnią przerwą. Zamawia do tej nielubianej roboty pizzę i kiedy otwiera drzwi dostawcy… Ale nie, nie będę streszczać.
Faktycznie ,jak piszą osoby, które czytają tę serię Nessera, po paru gorszych częściach, ta wydaje się być lepsza. W książce wyraźnie widać, że autor źle znosi sytuację geopolityczną na świecie, czemu daje wyraz poprzez myśli i refleksje Barbarottiego. Tak więc jest dodatkowo ponury klimat, bo Nesser nie szczypie się w język, co teraz jest takie popularne, zwłaszcza od jakiegoś czasu w tak zwanych szeroko pojętych, mediach społecznościowych.
Ja jestem wierną miłośniczką krynimałów autora i chociaż widzę, że nie znam z dwóch wcześniejszych części, to ucieszyłam się, że jest coś nowego i to chyba faktycznie lepszego, niż poprzednie parę czytanych przeze mnie. Jest tu też, jak mówię, wiele odniesień do współczesności i tym, czym najwyraźniej „żył” autor (jak przypuszczam, jak całkiem spora część z nas), czyli sytuacja po pandemii czy to, że akcja rozpoczyna się w maju 2022 więc doskonale wiemy, co wydarzyło się w lutym tamtego roku. Ogólnie, to klimat jest według mnie mocno ponury i przybijający, ale czyż w sumie większość książek Nessera takiego właśnie klimatu nie posiada? Jako, że lubię kryminały tego autora, więc niemal każdy czytałam (okazuje się, jak zerknęłam na listę, że nie wszystkie części Barbarottiego znam, ale to może kiedyś do nadrobienia). Tymczasem cieszę się, że ta okazała się dobra, pomimo, jak wspomniałam ponurego i przybijającego nastroju.

Moja ocena to tym razem 5 / 6.