Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny M, le bord de l’ abime. 

Pamiętam jak reklamowali to jako thriller technologiczny a ponieważ byłam wówczas zachwycona innymi kryminałami autora, skusiłam się kiedy tylko książka pojawiła się na naszym rynku i…zapomniałam? były inne książki, po które sięgnęłam?

I oto po czterech latach przeczytałam ten trhiller z wątkiem kryminalnym chociaż nie ukrywam, wątek kryminalny nie podobał mi się i odnosiłam wrażenie, że autor „dokleił” go jedynie po to aby jakiś kryminał w tym był, podczas gdy chciał napisać interesujące spostrzeżenia na temat rozwoju technologii i stopnia nie tylko jej zaawansowania ale i wpływu tejże na nasze życie. 

Moira jest młodą Francuzką, która rozpoczyna pracę w Hongkongu. 
Ma wielkie szczęście bo udało się jej dostać pracę w jednej z najnowocześniejszych firm tego regionu, u tworzącego imperium technologiczne Jianfenga Minga. 
Moira w tej firmie trafia do działu rozwoju sztucznej inteligencji, z której zesztą sama poniekąd zmuszona jest tam korzystać chociażby nosząc na ręku specjalnie przystosowaną opaskę, która mierzy jej dane i podaje dane dotyczące jej stanu zdrowia ale również miejsca, w którym jest kobieta. 
Technologia przenika się z życiem pracowników tej firmy w sposób jak się okaże, aż nadmierny.

Podczas gdy Moira usiłuje szybko wdrożyć się w nowe obowiązki, równolegle młody policjant z Hongkongu wraz ze swoim doświadczonym współpracownikiem, usiłują rozwikłać sprawę bardzo brutalnych morderstw dokonywanych na młodych kobietach. Łączy je to, że albo pracowały w chwili popełnienia zbrodni w korporacji Minga albo kiedyś były jej pracowniczkami. Tak czy inaczej, firma Minga, z którym chińskie władze mają również na pieńku, przewija się w tych śledztwach z regularnością. 

Moira rozpoczyna więc pracę w technologicznym imperium i zajmuje się pracą nad rozwojem chatbota o imieniu, nieprzypadkowym zresztą, Deus. Rola zespołu zajmującego się Deusem ma polegać na modelowaniu w nim ludzkich zachowań mających pomóc zarówno chatbotowi jak i jego przyszłym użytkownikom w podejmowaniu właściwych życiowych decyzji. 
Każda ingerencja w jego specyfikę może jednak wpłynąć na jego pracę a co za tym idzie, kiedyś doprowadzić do nieodwracalnego błędu. Czy wręcz do katastrofy.

Do niedawna brzmiało to może dziwnie, wszak książka ukazała się cztery lata temu ale czytałam ją teraz, parę tygodni zaledwie po krążącej po internecie wiadomości o mężczyźnie, który tak zawierzył sztucznej inteligenci, że pod jej wpływem popełnił samobójstwo. Do niedawna nie sądziłam, że coś takiego może w ogóle być możliwe a jednak…

Jednym słowem, twórcy Deusa biorą na siebie ogromną odpowiedzialność, bo jak doskonale wiemy, nie każdy użytkownik sieci bądź korzystający ze sztucznej inteligencji, której wpływ na nasze życie jest w ostatnich miesiącach lawinowo narastające, ma uczciwe zamiary. I oto ktoś, kto ma je nieczyste, może tak wpłynąć na sztuczną inteligencję, że ta, zamiast być pomocą człowieka, stanie się dla niego zagrożeniem.

Jak wcześniej wspomniałam, policja usiłuje dociec, kto morduje młode kobiety w Hongkongu a jednocześnie Moira ma swoje własne śledztwo. Oto bowiem orientuje się, że ktoś ingeruje w Deusa. Chatbot zaczyna wymykać się spod kontroli. A to może owocować bardzo nieprzewidywalnymi następstwami. 

I tak jak napisałam wcześniej. Miałam wrażenie, że cały wątek kryminalny został niejako dodany na doczepkę a najciekawszy jest opis pomysłu na Deusa, na to jakie ma się podczas lektury refleksje na tenże temat. Zwłaszcza, że nie wiem jak  u was ale moja przestrzeń internetowa w mediach społecznościwych jest przepełniona doniesieniami z frontu spotkań z chatbotem, z najrozmaitszymi efektami.
Nie ukrywam, że paradoksalnie moje opóźnienie lektury tej książki wpłynęło pozytywnie na jej odbiór, bowiem wyraźnie miałam świadomość, że to nie są czcze ostrzeżenia Miniera a realnie mogąca nastąpić sytuacja. Bądź ich splot.
Przyczepię się jednak do czegoś a mianowicie do brutalności opisów morderstw. Nie były one potrzebne w takim nadmiarze, naprawdę nie trzeba było czytelnikowi aż takiej szczegółowości. To więc jak dla mnie zdecydowany minus. Nie ukrywam, omijałam te opisy nic na tym nie tracąc.

Ale gdyby nie to, nie mam zastrzeżeń a „Na krawędzi otchłani” pozostawia mnie ze zdecydownie sporą ilością refleksji i przemyśleń dotyczących rozwoju technologii i wpływu tego rozwoju na nasze życie. Czy tego chcemy czy też, co bardziej możliwe, czy nie chcemy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Życzenia Świąteczne

Ponieważ mam świadomość, że niektórzy w okolicy czasu świątecznego robią sobie detoks od komputera, to już dzisiaj chciałabym Złożyć Wam Życzenia Zdrowych, Spokojnych Świąt Wielkanocnych !

Niech każdy z Was wypocznie i spędzi ten czas w sposób, w jaki najbardziej potrzebuje.

Kto ma potrzebę duchowości, niech jej zazna a kto tak zwanego świętego spokoju, niech i to ma.

Życzę także nam i Wam poczucia Odnowy i tego, że Dobro zawsze zwycięży !

„Pierwiastki śladowe”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.
Tytuł oryginalny Trace Elements.

Najnowszy kryminał Donny Leon dziejący się tradycyjnie w Wenecji i jej najbliższych okolicach nabyłam zaraz jak tylko miał on na naszym rynku premierę.

Muszę przyznać, że jest on dość przygnębiający i zwyczajnie – smutny. Wiem, że teoretycznie raczej każdy kryminał jest smutny, z racji tego, że najczęście jednak ktoś w nim ginie i stąd pomysł na śledztwo i rozwikłanie zagadki ale tu chodzi mi i o tematykę i o ogólny klimat jaki ma miejsce.
I nie poprawi sytuacji fakt, że rzecz dzieje się podczas jakichś absolutnie ekstremalnych upałów jakie nawiedziły miasto i doskwierają mieszkańcom i turystom. 
Aura i ogólny klimat powodują wręcz odczuwalny chłód i dreszcze.

Tym razem komisarz Brunetti wraz ze swoją koleżanką z wydziału, Griffoni, odwiedzają w hospicjum umierającą młodą kobietę, mamę dwójki córek, nieletnich. Dramatyzmu dopełnia fakt, że jakiś czas temu, relatywnie niedawno, mąż umierającej a tata dziewczynek, miał wypadek samochodowy na skutek którego zmarł. 
W hospicjum, do którego trafiają na usilną prośbę chorej, stawiają się szybko i z wielkim trudem udaje się im przeprowadzić zaledwie dwie rozmowy z chorą kobietą. 
Jednak wiadomości przekazane im przez nią staną się przyczynkiem do przeprowadzenia jednego z najbardziej trudnych dla Brunettiego pod kątem etycznym i moralnym, śledztw. 
Dwudziesty dziewiąty tom opowieści o śledczym Guido Brunettim to opowieść o tym do czego zdolni są ludzie kochający pieniądze ale również do czego są zdolni ci, którzy pieniędzy może i nie kochają, za to kochają ludzi i są w stanie zrobić dla nich niemal wszytko a może nawet właściwie i wszystko?

Nie ukrywam, że nie jest to według mnie najlepsza z książek Donny Leon z tego cyklu. Za mało było w niej tego, co w tych książkach lubię najbardziej a mianowicie opisu domu komisarza, wieczornych dysput rodzinych przy stole zastawionym suto przez wspaniale gotującą Paolę. Wiem wiem, zżymam się na nią często czy raczej na postać wykreowaną przez autorkę ale brakowało mi nawet jej w tej części a to już o czymś świadczy. Poza tym, ja rozumiem, upał upałami, ubrania klejące się do ciała i z zamierzenia brak klimatyzacji w domostwie Brunettich ale dlaczego tym razem zabrakło opisu wspaniałych kolacji dziejących się tamże a konkretnie opisu rozlicznych dań, które serwuje Paola rodzinie? Jak do tej pory gdy czytałam tę serię, zawsze nabierałam apetytu na coś z kuchni włoskiej a tym razem autorka mi tego oszczędziła. No i nie ukrywam, ciężko czytało się opis umierającej niespełna czterdziestolatki, o której wiedziało się, że osieroci już wkrótce dwie małe wciąż i potrzebujące rodziców, dziewczynki.

Donna Leon za to postarała się aby na sam koniec zaskoczył nas niemal ideał stąpający po weneckim bruku czyli ni mniej ni więcej a sam Brunetti. Tak, nawet on bywa postawiony w sytuacji bez wyjścia lub może, zmuszony do wybrania tak zwanego mniejszego zła.

Myślę, że mimo moich paru zastrzeżeń, miłośnicy weneckiego cyklu nie będą rozczarowani i z chęcią sięgną po ten kryminał.
A ja tymczasem daję mu ocenę 5.5 / 6.

„Paskudna historia”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań 2023 (Wydanie I (dodruk) ). 

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka. 
Tytuł oryginalny Une putain d’histoire. 

Kolejna wygrana przeze mnie niedawno w konkursie na stronie Kawiarenki Kryminalnej na Fb, książka z pakietu kryminałów Bernarda Miniera. I jest to kolejna udana lektura, którą dosłownie pochłonęłam. 
Nie mam pojęcia, jak mi się udało ominąć ten kryminał Miniera, zwłaszcza, że pierwsze wydanie pojawiło się parę lat wstecz (tu jak widzę, jest dodruk tej książki). Ale tym bardziej cieszę się, że ją wygrałam i mogłam przeczytać bo zwyczajnie, tytuł jakoś mi umknął i nie miałam go ani w wersji papierowej ani w wirtualnym stosie wstydu na czytniku.

„Paskudna historia” nie należy do żadnego z cykli autorstwa Miniera, to tak informacyjnie. 
Akcja książki rozgrywa się na wysepce Glass Island, leżącej na archipelagu stworzonym przez autora ale inspirowanym przez istniejący w stanie Waszyngton. 
A o tym, co się stało opowiada nam narrator, szesnastoletni Henry Dean Walker, mieszkający na wyspie od siedmiu lat  wraz ze swoimi mamami, Liv i France. Mamy są niezwykle ostrożne i na przykład Henry ma zakaz posiadania konta w mediach społecznościowych na prawdziwe dane lub też gdy w szkole mają miejsca klasowe zdjęcia, Henry nie jest w te dni w szkole obecny. 
Wydaje się więc, że obie panie dbają o dyskrecję i raczej nie chcą aby być bardzo w sieci „obecnymi”. Ale jaki może być tego powód? Czyżby się przed czymś lub raczej na pewno, przed kimś, ukrywały?
Akcja książki szybko dziać się zacznie dwutorowo i gdy chłopak będzie opowiadał nam o tym co stało się w październiku 2013 roku , my dowiemy się stopniowo, kto i dlaczego od dawna szuka nie tyle nawet jego mam, które wdrożyły najwyższy stopień ostrożności, co właśnie Henry’ego. 
Do szkoły Henry odbywa codzienną podróż promem, którą odbywa wraz ze swoimi przyjaciółmi z Glass Island. Charlie jest jego najlepszym przyjacielem, Johnny i Kayla to para a Naomi to  kolei dziewczyna Henry’ego. 
Akcja książki zaczyna się w chwili oopisu zbrodni popełnionej na młodej dziewczynie.
Potem zaś nagle znajdujemy się na promie a sam bohater i narrator znajduje się w dość trudnym dla młodych czy raczej przede wszystkim dla samego chłopaka momencie a mianowicie podczas powrotu do domu ze szkoły Naomi oznajmia właśnie na promie, że zrywa z Henrym.

Wzburzeni młodzi rozstają się w gniewie i w sumie to ostatni moment, kiedy Henry czy ktokolwiek z ich paczki, która tworzy naprawdę silne grono, widzą Naomi. Pewni, że opuściła prom z kimś innym, kto tego wieczoru również podróżował nim do domu jak spora liczba mieszkańców Glass Island, wracają razem autem do swoich domów. 
A następnego dnia jak zawsze rano znowu przyjaciele spotykają się przy promie aby dotrzeć do miasta, gdzie się uczą. Ale nie ma wśród nich Naomi. Niestety, szybko wyjaśnia się jej nieobecność w szkole gdy w czasie godzin lekcyjnych ktoś z młodzieży odkrywa informację o odnalezieniu na Glass Island ciała młodej dziewczyny. Takie wiadomości, wiadomo, rozprzestrzeniają się szybciej niż byśmy chcieli i oto dowiadujemy się, że Naomi nie było w szkole właśnie dlatego, że to jej ciało zostało znalezione na wyspie. 

Szybko rozpoczyna się w tej sprawie śledztwo, tym bardziej, że nie jest to nieszczęśliwy wypadek a morderstwo. Ale o co chodzi? Czemu ktoś zabił młodą dziewczynę, dorastającą na spokojnej, wydawałoby się, wyspie, na której jeśli Policja działa to głównie w sezonie letnim, gdy na wyspie ląduje sporo turystów nie zawsze chcących jedynie obserwować orki a mający na celu bardziej rozbudowaną, niekoniecznie zgodną z prawem, zabawę. 
Oczywiście, jak to najczęściej bywa w takich sytuacjach na pierwszy rzut ognia biorą chłopaka ofiary. 
Co jednak zastanawiające, sprawa wydaje się być mocno zawiła, bowiem tego samego dnia gdy znaleziono ciało Naomi, zaginęła jej matka. Są więc głosy, że być może z jakiegoś powodu to ona popełniła tę zbrodnię. Z drugiej strony, co tak naprawdę działo się w życiu Naomi, że skończyło się ono tak szybko? Henry zaczyna analizować sytuację, uświadamia sobie, że jakieś pierwsze znaki nadchodzącej katastrofy odnotował już wcześniej. Dziewczyna wyraźnie się zmieniła, zaczęła się samookaleczać. Czy coś działo się w jej rodzinnym domu co powodowało takie działanie czy też coś innego było tego powodem?
Wraz z grupą swoich przyjaciół, Henry rozpoczyna więc swoistego rodzaju śledztwo usiłując dowiedzieć się o co mogło chodzić i kto tak naprawdę stoi za morderstwem nastolatki. 

Wraz z przebiegiem owego dochodzenia zaczną rozumieć, że wyspa, na której żyli i którą do tej pory postrzegali jako jedną z najnudniejszych miejsc na świecie, w którym niewiele się dzieje a jej mieszkańcy są stanowczo zbyt przewidywalni, skrywa w sobie wiele (zbyt wiele) tajemnic i okropieństw.  
Dzieje się na niej zbyt wiele dziwnych i złych rzeczy, spraw a niektóre relacje są naprawdę niedorzeczne. Jednym słowem, do niedawna bezpieczne miejsce, jawi się im obecnie jako miejsce pełne niegodziwości i sekretów. Osoby, które do tej pory wydawały się przyjazne, niekoniecznie takimi są i idą za tym stwierdzeniem konkretne czyny.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele ale po raz kolejny autor napisał coś, co mnie ogromnie wciągnęło i zapewniło mi rozrywkę a poza tym nie było takie jak się spodziewałam ( i dobrze, najgorzej, jak autor kryminału, thrillera bo to właściwie mieszanina tych gatunków, nie ma czytelnikowi nic zaskakującego do zaoferowania). 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Lucia”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2023).

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginału Lucia.

Książkę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kawiarenkę Kryminalną na stronie Fb.

„Lucia” zapoczątkowuje nowy cykl kryminalny jednego z moich ulubionych obecnie autorów kryminalnych, opowiadający o śledztwach prowadzonych przez porucznik Lucię Guerrero. I jest to początek ogromnie, ogromnie udany. 

Od razu uprzedzam, Minier nie skupia się w swoich kryminałach na warstwie społeczno obyczajowej, tak jak często robią to i są za to doceniani, Skandynawowie. U Miniera kryminał jest kryminałem (a tu wręcz kryminałem z elementami thrillera). Nie ukrywam, że dokładnie na coś takiego miałam chęć. Aby kryminał miał ciekawy pomysł na wątek zbrodni, aby akcja działa się szybko i sprawnie, aby bohaterowie nie byli przewidywalni ale też nie nadmiernie przesadnie rozrysowani bo to często stanowi wręcz karykaturalne postaci zamiast bohaterów, których losy się śledzi z uwagą i im kibicuje. 
To otrzymałam w pierwszej części nowej serii o Lucii Guerrero. Tytułowa postać to osoba z tak zwanymi ciężkimi wydarzeniami w przeszłości, noszącą tajemnicę a także całą kolekcję tatuaży. Na pewno daleka jest od bycia zaszufladkowaną, nie jest to osoba, która ma potrzebę pokazywania się każdemu i zdradzania wszystkich sekretów ze swojego życia. Kobieta niezależna.  I budząca sympatię czytelnika, a przynajmniej moją. 

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy Lucia Guerrero musi zmierzyć się z obrazem zamordowanego  powieszonego na krzyżu partnera z pracy, sierżanta Sergio Castillo Moreirę. 
A następnie, rozpocząć jedno z najtrudniejszych śledztw. 

W międzyczasie poznajemy drugiego bohatera, który wraz z Lucią poprowadzi to śledztwo a mianowicie Samuela Borgesa, profesora kryminologii i kryminalistyki Wydziału Prawa Uniwersytetu w Salamance. Wraz z szóstką młodych ludzi, zebranych z różnych krajów, stworzył on program DIMAS, mający na podstawie dostępnych danych ze śledztw na przeprowadzonych na przestrzeni lat, połączyć niezauważone do tej pory podobieństwa między zbrodniami. I oto w chwili gdy profesor dowiaduje się od młodzieży, z którą pracuje, że DIMAS znalazł jakieś pierwsze trafinie, jego ścieżki splotą się ze ścieżkami Lucii. 

Zbrodnie, które połączył komputerowy program zdarzyły się odpowiednio w 1989, 2015 i 2018 roku. Pierwsza trzydzieści lat wstecz, najnowsza rok wcześniej. Co je łączy? Otóż przedziwne pozowanie ofiar (we wszystkich trzech przypadkach sprawy dotyczyły szczęśliwych małżenstw), które to upozowanie post mortem zostało wzmocnione klejem! Bardzo mocnym klejem. Kiedy patrzy się na miejsce poszczególnych morderstw zaczyna się też odnosić wrażenie, że upozowanie postaci jest związane z czymś jeszcze, a mianowicie, jakby patrzyło się na obrazy wręcz. Co znajdzie w dalszym ciągu swoje potwierdzenie w śledztwie.
Pierwsza zbrodnia dodatkowo wybrzmiewa, jeśli doda się do morderstwa pary fakt, że po odkryciu zwłok pary w roku 1989 okazało się, że w dniu gdy padła ona ofiarą przestępstwa, para podróżowała z nieletnim synem. Chłopiec zniknął z miejsca zbodni a ciała dziecka nigdy nie odnaleziono. 

Współpracownik Lucii został również upozowany, chociaż bez towarzyszącej mu współmałżonki, natomiast z odkrytymi przez DIMASA sprawami łączy go fakt przymocowania ciała mężczyzny na krzyżu za pomocą silnego kleju. 

I tak oto Lucia i Salomon rozpoczynają pełne zwrotów akcji, trudne śledztwo mające wykazać kto stoi za czterema tymi zbrodniami i jak to jest możliwe, że ktoś odczekał tak długi czas pomiędzy pierwszą a drugą zbrodnią. Czy jest to ta sama osoba, czy jest ich kilka a może jest to zbrodniarz i jego naśladowca?
Lucia i Salomon ruszają w podróż mającą na celu zobaczenie miejsca pierwszej zbrodni i nawiązują kontakt ze śledczym, który wówczas prowadził tę sprawę. 

Cały jednak czas mają wrażenie, że to nie oni a ktoś inny rozdaje karty w tym śledztwie. W dochodzeniu, w którym szybko Policja namierza potencjalnego zabójcę sierżanta Moreiro. A potem równie szybko Lucia orientuje się, że w tym dochodzeniu nic nie będzie tak łatwe jakby sobie mogła tego życzyć. Sprawda dosłownie kpi zarówno z niej jak i z towarzyszącego kobiecie Salomona, plącze tropy, wysyła listy, wydaje się, że dosłownie śmieje się im w twarz. Jednak, oczywiście, do czasu. Tak, wydaje się być osobą bardzo inteligentną i przebiegłą ale zadarł z niewłaściwą osobą.

Muszę powiedzieć, że jestem ogromnie zadowolona, że udało mi się wygrać tę książkę i ją przeczytać. Miałam ją w planach, odkąd tylko o niej usłyszałam, nawet liczyłam na to, że dostanę ją na niedawno minione urodziny ale ostatecznie wygrałam ją sobie w konkursie. 
Jestem też pewna, że sięgnę po kolejny tom z serii o Lucii Guerrero, kiedy tylko pojawi się na polskim rynku wydawniczym, jednak zapewne trzeba będzie chwilę na nią poczekać.

A tymczasem ten tytuł polecam i daję mu notę 6 / 6. 

„Cieszę się, że moja mama umarła”. Jennette McCurdy.

 Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2022).Ebook.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.

Tytuł oryginalny „I’M GLAD MY MOM DIED”.

Niech Was nie zwiedzie okładka książki projektu Faye Orlove, utrzymana w słodkim różu. To jedynie, jak w moim, nie ukrywam, przypadku, wabik. Jak denerwują mnie okładki z „śliczną panią na okładce” jak ja to nazywam, tak w tym przypadku nie ma innej opcji a ta okładka, z autorką książki trzymającą urnę, jest właściwie najlepszą jaka mogła zostać zaprojektowana dla książki tego kalibru.

To jest ciężka książka. Tak. Dla każdego a sądzę, że dla każdego rodzica może być ona ciężka podwójnie. Czemu, spytacie? 
Ano temu, że niestety, bezlitośnie, chociaż trzeba to przyznać, w bardzo lekkim, gawędziarskim wręcz styku, Jennette McCurdy obnaża proces jakiemu zostawała poddawana przez własną matkę od szóstego roku życia. 
Powiecie, czy ktoś z nas wysyła tak małe dziecko na casting filmowy tylko dlatego, że jego rodzice nie dali mu zostać dziecięcym aktorem i nie zrealizował tym samym swoich marzeń a teraz przerzuca swoje marzenia na dziecko? Czy ktoś z nas wpędza własne dziecko w zaburzenia odżywiania tylko dlatego, że boi się, że dziecko urośnie, dorośnie i przestanie być słodką dziewczynką grającą dla dzieci w swoim wieku? Czy ktoś z nas stosuje szantaż emocjonalny, przemoc psychiczną i niestety, molestuje własne dziecko? 
No więc o co właściwie cały ten ambaras? O co ten krzyk i awantura? Czyżby zblazowanej dziuni, która ma niezłą kasę właśnie dlatego, że jej matka w odpowiednim czasie wyczaiła właściwy moment na zainstalowanie sześciolatki w showbizness,  palma odbiła bo była sławna, rozpoznawalna i swego czasu nie dość, że utrzymywała praktycznie całą (liczną) rodzinę to jeszcze teraz ma kasę na długoletnią terapię po tym co działo się w jej życiu i do czego doprowadziła ją matka?

Przyznaję, że nie znałam do czasu zobaczenia pierwszy raz zapowiedzi tej książki, jej autorki. 
Ale, jak odkryłam w komentarzach na temat książki, sporo osób oglądało serial z jej udziałem. 
Jennette McCurdy to bowiem gwiazda filmów dla dzieci i młodzieży. 
Gwiazda, która stała się gwiazdą nie z powodu własnych aspiracji a tylko dlatego, że jej matka kiedyś marzyła o zostaniu aktorką a jej rodzice nie pozwolili jej na to. Dlaczego więc nie skorzystać z tego, że ma się czwórkę dzieci, w tym jedną córkę, którą można tak pokierować aby stała się dziecięcą aktorką i przynajmniej tak zrealizować swoje marzenie?
Z tym, że, co logiczne, to co jest marzeniem dla jednego, dla kogoś innego może być koszmarem. 
No i może nie chcieć realizować marzenia naciskającej mamusi. Może? Okazuje się, że nie może bowiem matka autorki od zawsze ma mocno nieetyczną kartę przetargową w jakichkolwiek dyskusjach na temat tego co kto w tej rodzinie może chcieć realizować. Otóż, gdy Jennette miała dwa latka jej matka zachorowała na raka, mocno walczyła o życie i oto udało się jej. Teraz jednak jej choroba stała się czymś, co jak określiłam, stało się jej nieetyczną kartą przetargową. Czy chodzi o parkowanie w miejscu niedozwolonym, czy o to aby uczestniczyć podczas prób aktorskich chociaż matki pozostałych dzieci w tym czasie mają opuścić salę. Czy to córka, która usiłuje zasugerować matce fakt, że nie chce być aktorką, nie chce grać, nie chce nie mieć dzieciństwa tak jak jej rówieśnicy. Wtedy wkracza mamusia z jej szantażem emocjonalnym. Skoro jej udało się wyjść z choroby jak można być tak niewdziecznym i nie zgadzać się na jej rozkazy? 
Oczywiście wszystko to prowadzone jest bardzo rozmyślnie, w białych rękawiczkach. Matka tak przywiązuje do siebie córkę, że tej wydaje się, że jej mama naprawdę jest najważniejszą dla niej osobą (mimo, że mieszka w domu wraz z ojcem, trójką braci i dziadkami). Mamusia chce przecież dla córeczki wszystkiego najlepszego i nawet fakt, że mieszkają w zagraconym domu (matka cierpi na zbieractwo), gdzie nikt nie ma dla siebie ani odrobinę intymności, że mamusia regularnie wywala tatusia z domu urządzając karczemne awantury (te sceny agresji przydadzą się zresztą małej Jennette podczas jednego z przesłuchań aktorskich, na którym rozkazują jej zagrać furię) i żadna z ceremonii w kościele Mormonów, do którego od czasu choroby uczęszczają członkowie rodziny, nie zmieni faktu. Matka Jennette urządziła córce piekło i właściwie zniszczyła jej dzieciństwo i w części życie dorosłe. 

Życie Jennette miało szansę zmienić się dopiero w momencie nawrotu choroby matki i z chwilą gdy jej matka zmarła. Brzmi brutalnie ale prawdziwie.  Chociaż nawet po śmierci matki dowiaduje się na jak kruchych fundamentach zbudowane jest jej przekonanie o tym, co tak naprawdę w jej życiu jest prawdą. Mimo, że zaraz po śmierci matki kobieta wydawała się rzucić na zbyt głęboką wodę, z czasem udało jej się odbić od dna i wypłynąć na powierzchnię. 
Jennette McCurdy to inteligentna, młoda kobieta, która najprawdopodobniej pierwszą swoją książkę potraktowała terapeutycznie. Co nie oznacza, że nie pokaże nam swojego talentu w kolejnych swoich publikacjach, na co, nie ukrywam, ogromnie liczę. 

„Cieszę się, że moja mama umarła” to książka ciężka, taka, którą czyta się z szeroko otwartymi oczami, poczuciem złości i irytacją. A jednocześnie, zastanawiając się gdzie przebiega ta cienka granica, którą może przekroczyć każdy rodzic, kiedy i co jest dla dziecka naprawdę dobre a co wydaje się być realizacją jedynie marzeń czy oczekiwań rodzica. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Nikt nie chciał wiedzieć”. Alicia Gimenez-Bartlett.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożyła Maria Mróz.

Tytuł oryginalny Nadie quiere saber.

Wiedziałam, kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź, że będę chciała sięgnąć po najnowszy kryminał z serii o barcelońskich śledczych. Inspektor Petra Delicado i komisarz Fermin Garzon prowadzą w najnowszej części kolejne śledztwo ale dość specyficzne bowiem jest to śledztwo wznowione po pięciu latach. 
Niezbyt zadowoleni są oboje bo po co brać się za coś co już zostało zamknięte chociaż, nierozwiązane, to prawda. Ale naciski z góry prowadzą do decyzji o ponownym przyjrzeniu się sprawie zabójstwa bogatego przedsiębiorcy. Jego druga żona chce aby ponownie zająć się sprawą morderstwa jej męża i oto Petra i Fermin zaczynają bardzo skomplikowane śledztwo, w czasie którego będą musieli nawet pojechać do Rzymu aby tam wraz z rzymską Policją, prowadzić dochodzenie. 

Myślę, że ci, którzy znają cykl o barcelońskich śledczych nie powinni czuć się zawiedzeniu po lekturze najnowszego na naszym rynku kryminału Gimenez-Bartlett. 
Petra jest jak zawsze bezkompromisowa, klnie jak szewc, mówi w oczy co myśli a nie spuszcza skromnie oczęta i trzepoce rzęsami. Garzon jak to Garzon. Najlepsze pomysły jak zwykle przychodzą mu do głowy podczas konsumpcji tapas w niedalekim od komisariatu barze i przy orzeźwiającym piwie. 

Ta dwójka na szczęście nie jest „parowana” przez autorkę i prowadzi odrębne życie prywatne (Petra jest w trzecim a Fermin w drugim małżeństwie) co zapewne też pozytywnie wpływa na ich wzajemne relacje i przyjaźń jaka się między obojgiem przez te wspólne lata pracy, wytworzyła. 
Jak i w poprzednich częściach, jest i zagadka kryminalna (niespodzianka w książce kryminalnej, prawda? 🙂 ) ale i sporo opisu życia osobistego Petry Delicado. Ja osobiście bardzo lubię właśnie te prywatne historie z życia pani inspektor, nawet jeśli jesteśmy dwiema zupełnie różnymi charakterami ale właśnie, konsekwencja w tworzeniu obu postaci, w tym Petry przede wszystkim, to dla mnie jako czytelniczki, ogromna zaleta całego cyklu.

Co do samej zagadki kryminalnej, jest ciekawa, jest skomplikowana. Z biegiem akcji coraz to więcej zawiłości w niej się pojawia i nic nie jest takie jak się początkowo wydawało. 
Alicia Gimenez-Bartlett nieco swoim stylem pisania i pomysłem na konstrukcję książek przypomina mi inną z moich ulubionych autorek jaką jest Donna Leon (nawiasem mówiąc wydawana przez tę samą Oficynę Wydawniczą). Nie wiem jak dokładnie to skojarzenie zwerbalizować ale coś w klimacie konstruowania postaci, podejściu do postaci i ogólny styl budzi we mnie myśl, że to coś w podobnym stylu i nie jest to absolutnie żaden zarzut dotyczący jakiejś wzajemnej inspiracji, nie nie. Po prostu mam wrażenie, że obie panie kierują się podobnymi wartościami i mają zbieżny światopogląd (chociaż oczywiście, mogę się mylić).

Człowiek się uczy przez całe życie (tak, lubię powtarzać tę frazę) i ja dzięki temu kryminałowi dowiedziałam się a nawet sprawdziłam na internetowej mapie, że w Rzymie istnieje Piazza Niccolo Copernico. Ni mniej ni więcej, ha!

Bardzo lubię ten cykl kryminalny Alicii Gimenez-Bartlett i nie ukrywam, że liczę na to, że Wydawnictwo nie będzie nas, czytelników, trzymać zbyt długo w oczekiwaniu na następną część tej serii wydaną na naszym rynku.

Moja ocena to 6 / 6.

„Morderstwo w Mezopotamii”. Agatha Christie.

 Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2015). Ebook.

Przełożył Jan Zakrzewski. 
Tytuł oryginalny Murder in Mesopotamia.

Jako, że niedawno obejrzałam starą ekranizację „Śmierci na Nilu” Christie naszło mnie na to, na co nachodzi mnie ze stałą regularnością czyli sięgnęłam po inny jej kryminał a mianowicie po „Morderstwo w Mezopotamii”. Ku mojej radości (czytuję kryminały Christie dobrze mi już znane, takie, w których pamiętam często kto był sprawcą), nie pamiętałam tej książki zbytnio więc tym bardziej spodziewałam się udanej lektury. 
I taką się też okazała. 

Agatha Christie lubi w swoich kryminałach trzymać się sprawdzonego schematu czyli umiejscowić w jednym miejscu kameralną grupę, sięgnąć do przeszłości czy konkretnie do grzechów przeszłości i dodać do tego morderstwo. Lub nawet więcej niż jedno morderstwo.

Nie inaczej jest i w tym kryminale. Oto wykopaliska archeologiczne w Iraku i grupa osób, które biorą udział w tej fascynującej przygodzie. Część osób zna się z poprzednich tego typu wypraw, część jest nowa. Narratorką jest panna Amy Leatheran, która zostaje po tej pamiętnej wyprawie poproszona o spisanie wydarzeń.
I dzięki tym zapiskom poznajemy stopniowo akcję książki. 
Oto więc panna Leatheran przybywa na wykopaliska a została tam skierowana aby pomóc pani Luzie Leidner. Mąż pani Leidner jest kierownikiem całej wyprawy i od pewnego czasu szczerze martwi się o swoją żonę, która zachowuje się wyraźnie bardzo nerwowo. 

Po przybyciu na miejsce wykopalisk pielęgniarka Amy Leatheran szybko orientuje się, że faktycznie, w tej zamkniętej siłą rzeczy społeczności, panuje przedziwna atmosfera. Coś wyraźnie wisi w powietrzu, czuje się, że niebawem może coś się wydarzyć. Ale co? 
Nie tylko więc obawiająca się czegoś pani Leidner zachowuje się dziwnie. Wszyscy zachowują się dość nerwowo i bacznie przyglądająca się im panna Leatheran nie wie, co dokładnie ma o tym wszystkim sądzić. 
Okazuje się też, że sporo osób nie traktuje poważanie lęków i obaw pani Leidner i raczej lekceważą je lub podejrzewają kobietę o jakieś problemy natury psychicznej. 
Szybko jednak okazuje się, że jednak lęk pani Leidner nie był bezpodstawny.
Czyli jednak dzieje się to, co jako czytelnicy podejrzewaliśmy, dzieje się zbrodnia.

A wykryć sprawcę morderstwa na wykopaliskach będzie w stanie jedynie On. Herkules Poirot!
I oto ten niepozorny człowiek przybywa do tej grupy osób i oznajmia im coś, co początkowo nie mieści im się w głowie a mianowicie, że mordercą jest nie kto inny a ktoś z przebywającego na ekspedycji grona osób. 
I jak to Poirot, rozpoczyna swoje śledztwo, które oczywiście zakończy się sukcesem. 

Nie zawiodłam się sięgając po lekturę „Morderstwa w Mezopotamii” i polecam ją tym, którzy mają chęć na klasyczny, bardzo dobry kryminał. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Anioł z rubinowym sercem”. Joanna Szelągowska.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przyznam szczerze, że dawno nie czytałam książki, co do której zaraz po skończeniu nie chciałabym zacząć czytać ponownie aby teraz drugi raz, smakując może ciut wolniej, na pewno w wolniejszym tempie i na nowo smakując jej treść.
Naprawdę czuję się zaskoczona własnymi odczuciami zaraz po zakończeniu tej dość obszernej książki.
Od razu powiem, że sięgnęłam po nią właściwie bez żadnej wiedzy na temat tego czego mogę oczekiwać a skuszona jedynie zapowiedzią wydawniczą.
I muszę przyznać, że dostałam w czasie jej czytania o wiele więcej niż mogłabym się spodziewać.
Ale co mnie konkretnie skusiło gdy zdecydowałam się wziąć ją do recenzji to to, że akcja książki czy raczej miejsce, w którym dziać się będzie opowieść o wielu bohaterach „Anioła z rubinowym sercem”, ma miejsce w części przy wschodniej granicy, we wsi Plewki, gdzie ongiś mieszały się i języki i wyznania a wszyscy żyli razem i jakoś udawało się im żyć w zgodzie.

To tam właśnie trafią bohaterowie książki a będzie ich niemało bo i rowerzysta Kazik, noszący kapelusz typu fedora i małżeństwo Klara i Fabian wraz z niemal szesnastoletnią córką Kasią. A potem pomieszkujący czasem u nich Aleksiej. W Plewkach zbiegiem okoliczności wyląduje też niemieckie małżeństwo Walburga i Johann Andritzki. Wszyscy oni zatrzymają się w domu pani Katarzyny Pogonowskiej. Matki Fabiana. Z którą to matką syn nie kontaktował się bardzo długo.
Brzmi trochę znajomo, prawda? Z tym, że do tej pory to na ogół kobiece postaci trafiały do domu swych przodków i bez żadnych problemów zaczynały tam nowe, lepsze życie. Tu tak nie będzie, to zupełnie inna historia chociaż po trochu zbieżne jest to, że rzeczywiście Fabian, bohater, wraca do domu rodzinnego. Początkowo aby pomagać matce więc przekonany jest jadąc z nastoletnią Kasią, że właściwie pomoże matce, załatwi jej opiekę i wróci do Poznania, gdzie od lat mieszka z Klarą. Ale nic bardziej mylnego. Są bowiem dla niego napisane zupełnie inne losy. Najpewniej przez Pana Boga. Bo „Anioł z rubinowym sercem”, o czym uprzedzam, bo wiem, że nie każdemu to może pasować, napisany jest przez osobę wierzącą. I tej wiary, kłócenia się z Panem Bogiem, mistycyzmu, Aniołów ingerujących w życie postaci lub też rozmaitych cudownych spotkań, w książce trochę będzie. Czy mi to pasowało? Tak bo szybko znalazłam konwencję, rytm, klimat tej prozy. Podejrzewam, że nie każdemu może ona pasować. Myślę nawet, że ta książka może zbierać skrajnie odmienne opinie.
Myślę, że może zbierać cięgi za charakterystyczny styl, w jakim została napisana, swego rodzaju może nawet czasem chaotyczność sięgania po wydarzenia, wspomniania, rzeczy, które się dzieją. Może zostać skrytykowana za „powielanie schematu”. Ale, jak powiedziałam, ja od pierwszej właściwie strony zostałam przez tę książkę pochłonięta, wciągnięta w jej świat. I zostałam absolutnie zniewolona tym właśnie niepodrabialnym stylem, klimatem rozpisanym przez autorkę.

Dlaczego? Bo to jest książka o życiu i o śmierci. O świadomości odchodzenia i szykowaniu się na kres życia, o przemijaniu. Mamy takie a nie inne czasy, wiele osób wyparło świadomość śmierci ze swojego życia. Umiera się w szpitalach a nie w domach, gdzie kiedyś się odchodziło i było się żegnanym przez całą lokalną społeczność. W „Aniele o rubinowym sercu” świadomość przemijania jest jak najbardziej zaznaczona i oddech nadchodzącej śmierci czy raczej może, zapowiedź jej przekazana przez Anioła, jak najbardziej jest lecz nie jest to żadna konwencja straszenia śmiercią. Raczej jest to obrazowo napisana opowieść o świadomości korzeni, o odczuwaniu naszych przodków, o świadomości tego, że nie znając przodków i ich historii na swój sposób czujemy się ubożsi i, zwłaszcza z wiekiem, możemy odczuwać coś w rodzaju dyskomfortu wręcz. Te poszukiwania korzeni, to czasem świadome a czasem zupełnie nieświadome lub wręcz „dziejące się nagle” bohaterom dochodzenie do przeszłości, poznawanie życia przodków, ujęły mnie chyba w tej książce najbardziej. Dlaczego? Bo sama mam z tym wielki problem. Bo mam świadomość, że przynajmniej po części, nie znam swoich korzeni, ba, nie mam już szansy ich poznać i nie dowiem się nigdy tego co może mnie łączyć z kimś z przeszłości rodziny, dlaczego być może mam taki a nie inny charakter czy dlaczego męczą mnie takie a nie inne, lęki lub obawy. Nie wiem, czy to wiąże się z wiekiem takie zastanawianie się i chęć poznania przeszłości rodziny, u mnie to zaczęło się niedawno ale z coraz większą intensywnością i takim trochę jednak smutkiem, że część tej przeszłości nigdy nie zostanie przeze mnie poznana.

Co mi się też ogromnie podobało w tej książce to takie nienachalne przypomnienie, że tak naprawdę to każdy z nas nosi w sobie jakąś tajemnicę i tylko my (na szczęście) możemy zdecydować czy chcemy tą tajemnicą dzielić się z kimś czy zachować ją na dnie swojego serca.

Same Plewki to miejsce, w którym Fabian dorastał i wrastał a teraz poznaje je Kasia, która jeszcze do niedawna nie miała pojęcia, że ma babcię ze strony ojca.
Każdy z bohaterów (bo na miejscu poznamy nowych, Andrzejową, Andrzeja, Jacka i innych) jest na swój sposób w tej książce potrzebny. Mam wrażenie, że każdy jakby trzymał w palcach nić, którą splatając z nitkami innych osób, stworzy dzięki temu barwny kilim. Taki właśnie nieco może bajkowy kolorowy jak życie klimat panuje w tej książce.

Dawno nie czytałam książki, która mimo objętości pozwoliła mi się przy moim napiętym planie dnia, poznać aż tak szybko. I która jednocześnie nie wyzwoliłaby we mnie tyle refleksji, przemyśleń. Myślę,że „Anioł z rubinowym sercem” zostanie w mojej pamięci na długo, może to będzie jedna z tych książek, którą pamięta się już zawsze, jeśli nie w całości treści to w jej klimacie, nastroju.

Moja ocena to 6 / 6.

„Cud, miód, Malina”. Aneta Jadowska.

 Wydana w Wydawnictwie SQN. Kraków (2020). Ebook.

Tak to jest kiedy Mikołaj przynosi nam pod choinkę ebook książki, która okazuje się, że jest…kontynuacją poprzedniej. Jako, że na Święta dostałam „Cuda wianki. Nowe przygody Koźlaków”, zażyczyłam sobie jednak pierszą książkę opowiadającą o kobietach z klanu wiedźm Koźlaków. I oto, „Cud, miód, Malina” sprawił, że miałam świetną lekturę oraz zapowiedź dobrej kontynacji opowieści. 

Ci, którzy czytają wpisy z mojego blogu regularnie raczej orientują się, że wszelakie fantasy i te klimaty to zupełnie nie moja bajka. Ale jednak okazuje się, że…czasem i ja potrafię opuścić swoją literacką strefę komfortu i sięgnąć po coś czego często nie czytam. I okazuje się, że jest to dobry pomysł.

„Cud, miód, Malina” to zbiór opowiadań o kobietach z rodziny Koźlaków, jak już pisałam, głównie kobiet bo nie dość, że rodzą się tak właściwie same dziewczynki obdarzone magicznymi zdolnościami, to jeszcze mężowie dość szybko opuszczają owe kobiety, które wcale sobie z tego powodu nie krzywdują i wspierając się wzajemnie, pomagają sobie wzajemnie jeśli zdarzy się coś co wymaga natychmiastowej interwencji. 

Osobą łączącą opowiadania jest Malina, której przygoda rozpoczyna zbiór opowiadań i na przygodzie której ta książka się kończy. Ale poznajemy też i jej mamę Aronię, burmistrzynię miasteczka Zielony Jar i prababcię i babcię i również Klona, chłopaka Maliny, należącego do klanu zielonych magów. 

Co mi się bardzo podobało w tym zbiorze opowiadań? Oprócz podkreślonej (nie nachalnie) siły i współpracy kobiet, podobało mi się, że akcja dzieje się we współczesnej rzeczywistości. Malina pracuje w kawiarni, w której podaje klientom i słodkości i kawy. Jej pasją są komiksy, w których upatruje swoją karierę, ma chłopaka, Klona. Członkinie jej rodziny uczęszczają do szkół i na zwykłe uczelnie wyższe (a nie jakieś szkoły magii na przykład). 
Dodatkowo, podoba mi się bardzo poczucie humoru, które wypełnia książkę i również taki przyjemny, lekki klimat opowiadań. Oraz to, że bohaterki opowiadań są świetnymi kobietami, które da się lubić i które chciałoby się mieć w swoim kręgu znajomych.
Jeśli miałabym polecić komuś książkę właśnie dla rozrywki, dla pośmiania się i dobrego spędzenia czasu, polecam śmiało właśnie te opowiadania.

Wielkim plusem okazała się ciekawie zaprojektowana okładka i ilustracje wewnątrz książki autorstwa Magdaleny Babińskiej.

Moja ocena to 6 / 6 i już cieszę się na kontynuację czyli ów świąteczny prezent, jakim jest książka „Cuda wianki. Nowe przygody rodziny Koźlaków”.