„Podpalacz”. Wojciech Chmielarz.

Wydało Wydawnictwo Czarne. Wołowiec (2012). Ebook.

Sięgam to zaległych zbiorów z czytnika i oto w końcu jakiś czas temu zaczęłam „Podpalcza” Wojciecha Chmielarza. Potem zrobiłam chwilę przerwy na któryś z kryminałów Wojciecha Wójcika ale wróciłam do „Podpalacza” i oto jestem po lekturze pierwszego z serii kryminalnej o komisarzu Jakubie Mortce.

Jak po lekturze? Powiem tak, pewnie trudno jest pisać o czymś, co wszyscy miłośnicy kryminałów Chmielarza już dawno znają ale spróbuję. Cóż, nie ukrywam, że jednak tematyka ciężka. Pożary a nawet co widać już po tytule, podpalenia. Jeden z bardziej przerażających żywiołów, ogień. Jeśli miałabym wymienić coś, co budzi we mnie jeden z większych lęków to jest to właśnie niemożliwy do opanowania ogień. Brrr…W dodatku w tej części, o czym przyznam, nie miałam pojęcia, jest jeden z tych motywów, których w książkach bardzo nie lubię. No ale do brzegu !
Jakub Mortka wraz ze swoim współpracownikiem i kolegą Dariuszem Kochanem musi jechać na Ursyów, gdzie w pożarze domu jednorodzinnego zginął człowiek. To, co początkowo straż pożarna wzięła za pożar, który wydarzył się z przyczyn losowych szybko okazuje się być niestety, podpaleniem. W dodatku nie pierwszym jakie zdarzyło się na osiedlu willi na Ursynowie. No i szybko okazuje się, że śledztwo dotyczyć będzie seryjnego podpalacza.

Jakub Mortka jest świeżo po rozwodzie. Ma dwóch małych synów, z którymi stara się nie tracić kontaktu i walczy z życiem. Gdyby zarabiał więcej, mógłby wynająć jakąś kawalerkę ale niestety, jest jak jest i po tym jak po rozwodzie zostawił mieszkanie na Kabatach rodzinie, wynajmuje pokój w mieszkaniu, w którym wynajmują pokoje studenci, a konkretnie dwójka studentów, dziewczyna i jej chłopak. Mortka usiłuje więc jakoś trwać we wciąż nowej dla siebie rzeczywistości rozwodnika, który chce pozostać w dobrych kontaktach z rodziną ale i jakoś ruszyć do przodu.

Szybko okazuje się, że śledztwo, które prowadzi wraz z kolegami, nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Pojawia się w nim sporo postaci, różne motywy. Na samym końcu książki zostałam nawet przez Chmielarza zaskoczona tym, kto stał za całą tą historią i to dobrze, bo lubię kryminały, w których sprawa wyjaśnia się w sumie na ostatnich ich stronach.

Jak mi się podobała książka? Jak pisałam, tematyka ognia i jeden z motywów był dla mnie ciężki ale sam kryminał jako kryminał według mnie jest dobry. Są tam wplecione też wątki osobiste z życia bohatera, co czyni go bardziej ludzkim, są też poruszone ważne problemy takie jak nałogi, jak przemoc domowa, problemy młodych ludzi nie radzących sobie zbytnio z wejściem w świat dorosłych.

Akcja dzieje się dośż szybko i na plus to, o czym pisałam, zostałam zaskoczona na koniec kryminału osobą sprawcy więc jak dla mnie, bardzo to dobrze.

Moja ocena książki to 5 / 6 .

„Osada”. Michał Śmielak.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2023). Ebook.

Miałam chęć na kryminał nabyty dość dawno temu i oto jak już przerobiłam to, co miałam w planach jak również jeden z prezentów świątecznych, sięgnęłam po tę książkę. 
„Osada” zainteresowała mnie przede wszystkim czasem, w którym dzieje się część akcji książki. Akcja bowiem dzieje się nielinearnie. Część dzieje się w dniu przed Wigilią 1978 roku a część w roku 2023. 

W roku 1978 do osady na Dolnym Śląsku wraca na Święta Jan Ryś. Wraca do dalszej rodziny ale zostaje bardzo serdecznie przyjęty. To młody człowiek, który po śmierci rodziców rozpoczął karierę w strukturach Milicji Obywatelskiej a konkretnie w kryminalnym wydziale. Poprzednio oddelegowany do stolicy, obecnie ma przydział w Jeleniej Górze więc cieszy się na święta spędzone z bliskimi bo pracę w wydziele zacznie i tak dopiero od stycznia.

Autor, co wyjaśnia na końcu, trochę zmienia faktyczny stan bo zimę stulecia, którą tu uczyni poniekąd jedną z bohaterek, nieco przyspieszył. Pamiętamy, że ów pogodowy kataklizm zaczął się w roku 1978 w sylwestrowy wieczór ale Michał Śmielak zaczyna ją w wieczór czy raczej noc po Pasterce. 

Ale zanim nastąpią Święta i Pasterka, jest czas przygotowań do świątecznych dni. W domu Antczaków dziadek został z wnuczkami i wnukami i opowiada im straszne historie, na przykład o Marze, która przybywa ze złą pogodą zimową porą aby porywać, bez różnicy, młodych, starych. Mara nie wybiera, a jedynie odbiera życie ludziom. Gdy słyszysz nocą wycie za oknem zimowym, wiedz, że to Mara zbliża się do domostwa…
Jednym ze słuchaczy tej opowieści, jest narrator z rokuktórym jest osiemnastoletni Michał. Michał Antczak to krewny Jana Rysia, milicjanta, który zjawił się w osadzie. Nastolatek nie pamięta Janka z czasów dzieciństwa, mimo, że podobno Ryś uczył go nawet wędkowania ale szybko nawiązują więź. Chłopak dostaje nawet od stryjka, kuzyna, elegancki prezent, nóż. 
Michał jest szczęśliwy bo ma około świąteczny plan oświadczyn Alicji, z którą spotyka się od pewnego czasu i którą z wzajemnością, kocha. Ach, młodość, ten wspaniały  czas kiedy wszystko wydaje się być przed nami i wszystko wydaje się być możliwe. Także piękne, wspólne życie z kimś, kogo się kocha.
Tymczasem jednak nastaje Wigilia i wspólne radowanie się czasem, pysznymi wigilijnymi potrwami, które dopisują na stole Antczaków i mieszkańców osady.
Pasterka to wydarzenie, w którym bierze udział niemal każdy mieszkaniec wsi. Andrzej Waligóra, zwany we wsi po prostu Andrzejkiem, to kierowca PKS. Organizuje autobus, którym wszyscy jadą do Wnyków, gdzie jest parafialny kościół. A po uroczystości kolędujący mieszkańcy wracają w radosnych nastrojach w osady. Radosne nastroje urywa sytuacja, która ma miejsce czyli wjechanie autobusem do rowu. Na szczęście pomimo tego, że sytuacja wygłądała niebezpiecznie, nikomu nic się nie stało. Ale powrót do wioski jest ciężki bo właśnie tej nocy rozpoczyna się wydarzenie do dziś wspominane przez wielu czyli osławiona Zima Stulecia. 
Jednak na szczęście, wszyscy do wioski docierają i czy to wziąwszy ciepłą kąpiel czy to napiwszy się jakiegoś rozgrzewającego trunku, lądują pod pierzynami z nadzieją na wyspanie się po ciężkiej sytuacji jaka miała miejsce. Jednak tak się nie dzieje i niewiele uda się wyspać Antczakom, do których drzwi załomocze przedarłszy się przez śnieg zasypujący świat, sąsiadka Zośka, która jest zdziwiona ale przede wszystkim zdenerwowana tym, że jej córka Anula zniknęła. Nie wróciła do domu po Pasterce. Ale przecież Bernard, sołtys, specjalnie zliczył wszystkich, którzy po ciężkiej wędrówce wchodzili do wsi, właśnie po to aby zorientować się, czy wszyscy są bezpieczni. Może Andrzejek, który o czym wszyscy wiedzieli, podkochiwał się w dziewczynie, coś o tym wie? Podobno odprowadził ją pod futrkę?
Szybko jednak okazuje się, że zaginięcie to początek zła, które wydarzyło się i będzie się dziać, w małej, z chwili na chwilę coraz bardziej odciętej od świata przez atak zimy, wsi.

Akcja książki dziejąca się współcześnie to z kolei nieoczekiwany powrót do wydarzeń sprzed lat za sprawą dwóch śledczych z Dolnośląskiego Archiwum X. Dwaj śledczy proszą o rozmowę emerytowanego już policjanta, Jana Rysia. Z ich relacji wynika, że śledztwo wówczas mające miejsce chyba nie poszło we właściwą stronę a co ich w tym utwierdza, to szereg dokumentów i zdjęć, których obecnie nie ma w archiwum. Gdzieś poginęły. Policjanci chcą więc dowiedzieć się czegoś więcej od wówczas naocznego świadka wydarzeń i poniekąd biorącego udziału w śledztwie, młodego wtedy milicjanta, Janka. 
Ale jak można opowiedzieć młodym z Archiwum X, że w tamtym momencie ludzie najwięcej wierzyli w powrót Mary, która nie bierze jeńców podczas swojej działalności…? 

Muszę przyznać, że wciągnął mnie ten kryminał ogromnie i o ile można tak określić, to zdecydowanie ta książka mi się podobała. Ciekawa byłam, kto okaże się mordercą bo oczywiście w żadną Marę nie wierzyłam. Ale ciekawe też było opisywanie ówczesnej zimy, tym bardziej,że podczas mojej lektury i u mnie w mieście zrobiło się i mroźno i, co ciekawe, zaczęło być mocno śnieżnie…I tak oto aura za oknem dostosowała swój nastrój w na szczęście nie tak silnym klimacie do tego opisywanego w „Osadzie”.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Gościni”. Marcin Napiórkowski.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2023). Ebook. 

„Gościni” przewijała się na dwóch grupach książkowych, w których jestem więc siłą rzeczy zainteresował mnie ten tytuł dość dawno temu i kiedy Syn spytał co chciałabym od Mikołaja pod choinkę powiedziałam, że mnie ucieszy zawsze książka i zażyczyłam sobie dwa tytuły, w tym właśnie ten. Dlaczego? Bo sugerowano mi horror chociaż nie taki klasyczny i szczerze, to tak tak tak, jako fanka horrorów chciałam poznać „Gościni”.

I w sumie rację mają ci, którzy mówią, że nie jest to taki klasyczny horror. Jest to raczej ciekawa obyczajowa książka, poruszająca bardzo interesująco problemy świata czy społeczeństwa współczesnego z elementami grozy. Grozy, powiedziałabym, narastającej.

Zaczyna się spokojnie. Rodzina Jaworskich to rodzina-firma. Dawno temu Jaworski (ciekawe, chyba ani razu w książce nie pada imię tego bohatera) pracował w szkole jako nauczyciel. W pewnym momencie coś w nim „pękło”. Trochę pod wpływam przypadku gdyż zapomniał o urodzinach własnego dziecka, zabrał syna Marka na spontaniczną wycieczkę rowerową, jako prezent. Następnie nakręciwszy film z wyprawy wstawił go na YT po czym doznał zaskoczenia albowiem film okazał się być hitem. No i poszło! Jaworski rzucił pracę w szkole i rozpoczął życie youtubera wycieczkowicza nowszącego nick Pan Wycieczka. W sprawę została zaangażowana cała jego rodzina, to znaczy w tamtym momencie żona i dwójka dzieci. W chwili rozwijania się akcji książki Jaworscy będą już z trójką potomków. Ale do brzegu!

Zaczyna się kolejna wyprawa Pana Wycieczki i jego dzieci. Dopiero co wrócili z jednej wycieczki ale kredyty nie spłacą się same. Są sponsorzy, są produkty turystyczno podróżnicze, które ma się zareklamować więc Jaworski trochę podstępem a bardziej właściwie emocjonalnym szantażem zagania rodzinę do wypożyczonego na tę wyprawę suvana i ruszają w mniej lub bardziej (raczej mniej) entuzjastycznych nastrojach na wyprawę w Beskidy.

Dość szybko jednak zdarza się coś, co nie pozwoli dotrzeć im do pierwotnego miejsca podróży, jaką była Wysowa. Najpierw o mały włos a mieliby zderzenie z ciężarówką, następnie rozpoczyna się straszna ulewa. Taka, że siłą rzeczy ich serca skłaniają ich do zabrania czekającego na podwózkę autospowicza, Heńka. 
I tak oto Pan Wycieczka, Natalia, jego żona dzieci, szesnastoletnia Marta, czternastoletni Marek i czteroletnia Marysia trafiają wraz z przygodnie zabranym Heńkiem zupełnym przypadkiem do Uśniejowa. 
Tam okazuje się, że ich podróżne auto nie jest w stanie jechać dalej ale szczęście w nieszczęściu, starsi państwo, przy domku których zatrzymała się grupa, prowadzą coś na kształt agroturystyki więc cała ta spora gromadka może przenocować. A potem jeszcze jedną noc i jeszcze jedną noc. 

I tak zaczyna się ich nieplanowany pobyt w miasteczku, o którym do tej pory wydawało im się, że żadne z nich wcześniej w ogóle nie słyszało. 
Ale zdaje się ono być idealne dla nich, prowadzących taki a nie inny biznes. Skoro i tak samochód musi zostać naprawiony w lokalnym warsztacie, Jaworski postanawia nieprzwidzianą sytuację przekuć w sukces. A jest to działanie nieco utrudnione bo ulewa, która przerwała im pierwotny plan podróży i skierowała do Uśniejowa, spowodowała też przerwę w dostawie internetu więc rodzinka jest pozbawiona możliwości kontaktu ze światem tą drogą i bezpośredniego udostępniania materiału na YT. Ale to się najwyżej wstawi później. Tak więc z przygodami,  zaczyna się tour po mieście, które z chwili na chwilę a właściwie z dnia na dzień przedstawia im coraz atrakcyjniejsze strony. Bo rodzina ma okazję zwiedzić i skansen z możliwością wypieku na miejscu chleba i ruiny średniowiecznego zamku (wraz z dowiedzeniem się legendy o Czerwonej Kasztelanowej) i obejrzenie rekonstrukcji walki na miecze. W końcu nagle okazuje się, że jest tam ogromny i ciekawy Park Dinozaurów (jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegli tych ogromnych makiet dinozaurów ?) i wreszcie, niezwykły aquapark z najróżniejszymi wodnymi atrakcjami. Jak dla Pana Wycieczki jest tego wbród aby nakręcić masę materiału na kanał i zbić na tym jeszcze większe profity i oglądalność. 
W czasie gdy Jaworski z żoną, Markiem i Marysią zwiedzają wszystkie atrakcje turystyczne miasteczka, Marta eksploruje je sama. O dziwo, chociaż w swojej szkole nie ma zbyt dużo znajomych tu szybko nawiązuje znajomości między innymi z nastolatką pracującą w restauracji Grapa. Tak, przez jedno „p”. 
Jednak mimo początkowego enztuzjazmu po odkryciu, że przymusowa przerwa obfitować będzie w atrakcje, Marek zaczyna odczuwać coraz bardziej narastający niepokój. Jakoś tak dziwnie to wszystko zaczyna się układać. Niby nic złego się nie dzieje. Marta ma znajomych, z którymi spędza czas, rodzice są mniej nerwowi, najmłodsza latorośl mająca wypełnione dni atrakcjami nie zawraca mu głowy a jednak Marek zaczyna się coraz bardziej denerwować. Coś jest nie tak i to poczucie zaczyna coraz bardziej go uwierać.  Do tego, dlaczego Heniek wciąż jest z nimi? W końcu to przypadkowo zabrany na stopa człowiek a jakby się do nich przykleił. Ale rodzina, o dziwo, na prośbę chłopaka aby po prostu wyjechać z Uśniejowa i kontynuować podróż zgodnie z planem, nie chce opuścić miasteczka. Marta, bo wreszcie jest akceptowana, tata bo wiadomo, atrakcje i „będę miał filmów na zapas! a kredyty same się nie spłacą!”, mama bo wreszcie zaczyna odczuwać dawno nie odczuwany spokój ducha, Marysia bo wiadomo, dziecko, które ma miłość rodziców i ich czas chce mieć to jak najdłużej a tu jest siostrze najwyraźniej bardzo dobrze. Jednym słowem, niepokój Marka, wzmocniony starą opowieścią zaserwowaną mu przez gospodynię domu, w którym chwilowo mieszkają, staje się bardzo nagły ale chłopak jest z tym poczuciem osamotniony. Do czasu ale jak to właśnie w klasycznym horrorze, wszyscy orientują się o realnym zagrożeniu dopiero wtedy gdy to zagląda im w twarz. 

Tak jak pisałam na początku, faktycznie „Gościni” trudno traktować jako horror ale z pewnością jest to książka z elementami grozy. Dodatkowo co mi się spodobało, to ciekawa obserwacja psychologiczna, bardzo trafny obraz współczesnego społeczeństwa, świata. I nie mówię tu o jakiejś krytyce autora bo właśnie wcale takowej się nie doczytałam. Raczej jest to sportretowanie rodziny na tle wydarzeń jakie miały miejsce w ich życiu i to jak każdy z członków rodziny Jaworskich sobie z tym radzi. 

Jeśli więc ktoś liczy na taki stricte horror ze straszakami wyłażącymi z szaf i lejącą się krwią czy zombiakami goniącymi bohaterów, zawiedzie się. Jednak ja doceniam tę książkę dlatego, że pokazuje, że największe strachy siedzą w nas samych, w naszych głowach. Strachy i pragnienia, które dobrane w niewłaściwych proporcjach mogą stać się przyczynkiem czy wręcz wyzwoleniem, najrozmaitszych zdarzeń…

Moja ocena to 5 / 6. 

„Tęsknica”. Anna Sokalska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Co pewien czas lubię opuścić swoją czytelniczą bańkę, jak ja to określam i sięgnąć po gatunki literackie nie czytane przeze mnie niemal w ogóle. 
Tu, przyznam się, książek autorki do tej pory nie czytałam ale opis tak mnie zaciekawił i zaintrygował, że postanowiłam zobaczyć co i jak. 

I okazało się, że miałam dobrego czytelniczego nosa bo „Tęsknica” okazała się świetnym czytelniczym wyborem. Dlaczego zaintrygował mnie opis tej książki? Bo skusiło mnie to nawiązanie w niej do słowiańszczyzny, dawnych wierzeń, elementów ludowej obrzędowości.

Narratorką opowieści jest Iga pracująca na wysokim stanowisku w jednej z korporacji. Pewnego dnia kobieta słabnie w pracy i trafia do szpitala. Tam okazuje się, że lata pracy czy raczej eksploatowania się w niej niestety, spowodowały trwały uszczerbek na jej zdrowiu. Na szczęście kobieta nie stara się przekonywać samej siebie, że to lekarze się mylą i daje sobie czas na regenerację i zwolnienie lekarskie. 
Aby dojść do siebie w innych niż miejskie, warunkach, wynajmuje chatę dla gości na terenie posiadłości Nadziei. Siedlisko o nazwie „Pomiędzy” znajduje się we wsi, wcale nie zapyziałej i opuszczonej jak można by pomyśleć a sama gospodyni o pięknym imieniu jest miłą osobą, młodą i prowadzącą właśnie coś na kształt wynajmu domu dla tych, którzy z jakichś powodów chcą na dłużej wyjechać. W oczach lokalnych mieszkańców nie jest może jedną z najbardziej lubianych mieszkanek, o czym szybko dowiaduje się Iga ale pomiędzy kobietami rodzi się stopniowo coraz bardziej silna więź przyjaźni. 
Jako, że Iga ma zalecony przez lekarkę prowadzącą naprawdę solidny odpoczynek, spędza w „Pomiędzy” długi czas. A podczas jej pobytu zaczyna się dziać coraz więcej dość dziwnych wydarzeń i sytuacji, które nie do końca jest ona w stanie wytłumaczyć. 
Do najgorszej dochodzi pewnego dnia gdy Iga zostanie postawiona w sytuacji niejako bez wyjścia. I to od niej i jej działań, chociaż na szczęście, z pewnym wsparciem, będzie zależało naprawdę wiele. Czy Iga znajdzie w sobie siłę do przezwyciężenia uprzedzeń, lęków i obaw przed tym, co nieznane? Czy odnajdzie w sobie siłę do stanięcia oko w oko z czymś niewytłumaczalnym a jednocześnie dziejącym się w jej życiu tu i teraz?

Książka „Tęsknica” ogromnie mnie wciągnęła. Podobał mi się przede wszystkim styl pisania Anny Sokalskiej. Taki plastyczny, mięsisty wręcz. Podczas lektury książki czułam się jakbym wędrowała przez namalowane obrazy albo kolorowe sny należące do kogoś bardzo tajemniczego. 
I jednocześnie bardzo chciałam przekonać się jak zakończy się historia narratorki a jednocześnie chciałam aby trwała i trwała jeszcze bardzo długo. 
Jest tu masa magii, obyczajów ze starych wierzeń, podań, ze słowiańszczyzny, są i Rodzanice i demony i tytułowa tęsknica i tajemnicze miejsca i krainy, nieprzebrana masa tajemnic i dziwności. 
Jeśli lubicie tego typu klimaty, zdecydowanie to książka dla Was. 

Przy tym wszystkim mnie samej spodobało się również, że pomiędzy takim właśnie świetnym stylem, ciekawą fabułą, autorka zostawia nam miejsce na różne pytania, które w zabieganym codziennym świecie możemy sobie sami zadawać i to z pewnością nie raz. A mianowicie, na ile powinniśmy zatracić się w cpdzienności, obowiązkach i pracy? Co z naszymi marzeniami? Czy powinniśmy zawsze im ulegać czy też starannie je segregować? 

Myślę, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z książkami Anny Sokalskiej i cieszę się, że zdecydowałam się poznać coś, co wyszło spod pióra tej autorki. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jezioro pełne łez”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Kontynuuję lekturę kryminałów Wojciecha Wójcika i oto sięgnęłam po coś nieco starszego. 
Akcja tego kryminału rozgrywa się, co mnie zainteresowało, na granicy Warmii i Mazur czyli w regionie, w którym od wielu lat bywamyrodziną na wyjazdach wakacyjnych.

Narratorem pierwszoosobowym jest Marcin, bohater, którego życie nie zawsze układało się dobrze. Poznajemy do jako pracownika ośrodka wypoczynkowego „Rybitwa”, w którym piastuje stanowisko kierownika kulturalno-oświatowego czyli jak się to nazywa popularnie, kaowca. 

Pięć ostatnich lat Marcin spędził w Zakładzie Karnym ponieważ niestety, w wyniku bójki zabił człowieka. 
W chwili gdy rozpoczyna się akcja książki mężczyzna rozkoszuje się wolnością, tak na nowo odkrytą. 
Pracę w ośrodku pomógł mu załatwić Michał. lokalny biznesmen i osoba majętna, z którym to bratem Marcin ma dobre układy. Jak również z bratową, Marysią. To oni nie zapomnieli o nim gdy trafił do więzienia, to oni pomogli mu stanąć na nogi gdy z niego wyszedł po odbyciu całej zasądzonej mu kary. 
Nie chce on jednak nadużywać pomocy brata i chociaż na powrót do zawodu nauczyciela, wykonywanego przed pamietną w skutki bójką nie ma szans, chce stanąć na nogi i być niezależnym.
Praca w ośrodku wczasowym nie jest taka zła, pozwala spokojnie wejść z powrotem w rytm życia na wolności. 
Niemniej jednak nie wszystko układa się tak jakby sobie to wymarzył. 
W ośrodku, w którym pracuje zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw, włamanie do archiwum dokumentów tego miejsca, następnie niestety, zostaje zamordowany jeden z wczasowiczów. I tu zaczyna się niepokój Marcina bowiem orientuje się, że ktoś w to morderstwo usilnie chce go wrobić.
Marcin nie ma zamiaru dać się wrobić w czyn, którego nie popełnił i zaczyna prowadzić swoje własne, prywatne śledztwo. To dochodzenie doprowadzi go do poznania wielu tajemnic dziejących się w jego najbliższej okolicy. Nic nie jest takie, jak Marcin myślał, chyba też z czasem zaczyna się przekonywać, że nie zna swoich bliskich tak dobrze, jak o tym myślał. 
A dziwne wydarzenia i sytuacje nawarstwiają się w szybkim tempie i czasu na rozwikłanie tego, co tak naprawdę się dzieje i kto chce wrobić Marcina jest coraz mniej. 

Jak zawsze u tego autora, postaci jest sporo, zaszłości z minionych lat wiele i wpływają one oczywiście na teraźniejszość. Jest też ciekawie skonstruowany klimat ośrodka wypoczynkowego już po sezonie ale wciąż jeszcze ze słonecznymi dniami, z wodą nareszcie nagrzaną na tyle, że kąpiel w jeziorze naprawdę relaksuje. I oto nagle, w tym dość sielankowym obrazku pojawia się zbrodnia. A jak jest zbrodnia, będzie musiała być i kara. Chociaż jak się okazuje, nie zawsze. 

Czytałabym z pewnością szybciej ale akurat był czas przed i świąteczny a wtedy, wiadomo, skupiam się na byciu z bliskimi a książki zostają na wieczory lub nawet na nocne godziny.
Tak więc dość długi czas lektury nie wynika z tego, że mi się nie podobała ale zwyczajnie nie miałam na nią zbyt wiele czasu. No ale wreszcie skończyłam i oto piszę, że jeśli ktoś jej nie zna, to polecam ten kryminał.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Życzenia Świąteczne, grudzień 2023

Tradycyjnie, ponieważ zbliżają się już Święta Bożego Narodzenia, chciałabym tu na blogu złożyć Wszystkim Wam, którzy tu zaglądacie, Zdrowych, Spokojnych Świąt oraz Wspaniałego Roku 2024, który już przecież tuż tuż.

Na te nadchodzące świąteczne dni życzę aby każdy spędził je tak, jak mu jest to najbardziej w tej chwili potrzebne. Celebrując je religijnie albo odpoczywając i spędzając czas z bliskimi, jeśli to jest dla nich najważniejsze. 
Ze swojej strony tradycyjnie życzę Wam i Waszym Bliskim dużo zdrowia, bo to naprawdę wiem, truizm ale silny ogromnie, że jeśli ono dopisuje, wiele jesteśmy w stanie zrobić, przeżyć, odczuć. 
Również spokoju i życzliwych ludzi wokół. Takich, którzy nie tylko będą zajmować się swoją osobą ale czasem zainteresują się też w stu procentach Wami i tym co tam Wam w duszy gra.

Spokojnego i Zdrowego świątecznego czasu !

„Martwa woda”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

„Trzecia szansa”, którą czytałam przed tą książką spodobała mi się na tyle, że (chociaż w planach były inne książki Autora) zdecydowałam się poprosić o możliwość sięgnięcia po kontynuację cyklu z Karoliną Nowa i Krzysztofem Rozmusem. Który to nawiasem mówiąc, w „Martwej wodzie” jest już również policjantem. Na razie jednak, głównie patroluje. Podczas patrolu na Polu Mokotowskim w weekend w drugiej połowie czerwca Krzysztof zostaje wezwany do jednego z pobliskich akademików.
I tak nieco fartem Karolina Nowak, którą spotyka po dość długim czasie bo minęło półtora roku od ich ostatniego spotkania, włącza Krzysztofa do śledztwa, nad którym sprawuje kontrolę. Oto bowiem w akademiku o podwyższonym standarcie doszło do zbrodni. Pod prysznicem jednego z pokoi znaleziono zamordowaną Alinę Kozioł. Dziewczyna organizowała z soboty na niedzielę małą imprezkę w domu studenckim, świętując tym samym obronę pracy magisterskiej na Wydziale Resocjalizacji. 

I znowu, jak to u Wojciecha Wójcika, będzie pokaźna galeria postaci, będzie mnóstwo rozmaitych wydarzeń ale co najważniejsze, znowu na teraźniejszość wpływ będą miały wydarzenia sprzed dwudziestu lat, gdy na Mazurach doszło do kilku zbrodni. 

Ale co wspólnego z mazurskimi wydarzeniami sprzed lat miała Alina Kozioł, sama pochodząca z okolic tamtych stron, która przyjechała studiować do stolicy a w chwili, gdy w jej rodzinnych okolicach działał seryjny morderca była malutkim dzieckiem?

Znowu wydarzenia poznajemy na dwa sposoby bo oprócz opisu teraźniejszości mamy wspomnienia narratora, osoby, która brała udział w studenckiej wyprawie dwadzieścia lat wstecz, która to zaowocowała tragicznymi wydarzeniami. Junior to narrator pierwszoosobowy, który wspomina swoją pracę przy obozie studenckim ze Akademickiego Koła Turystycznego. Mieszkał wówczas u wuja a młodzież nazywała go Juniorem, chociaż nie był od nich wtedy wiele młodszy. 
Tak więc część historii sprzed lat poznajemy właśnie dzięki niemu. A część dzięki żmudnemu śledztwo prowadzonemu zarówno przez Karolinę jak i przez oddelegowanego do pracy ze starszym stażem Faryną, Krzyśkiem. 

Początkowo nie wiadomo, jak „ugryźć” temat. Co prawda ojczym Aliny jest wicedyrektorem Zakładu Karnego w Głuchowie, co prawda praca magisterska Aliny prowadziła ją właśnie na spotkania z osobami osadzonymi w ZK ale dlaczego ta lubiana przez wszystkich, stojąca u progu życia dziewczyna została nagle pozbawiona możliwości właśnie tego życia zasmakowania? Jaki był motyw zbrodni?

Do tego wszystkiego nie pomaga fakt, że jej chłopakiem, który jest szalenie o Alinę zazdrosny, jest policjant, kolega Krzysztofa z pracy, Piotr Malinowski. Kto stoi za odebraniem jej życia?
Karolina i Krzysztof, chociaż tym razem nie prowadzą dochodzenia razem, powoli zaczną rozwiązywać skomplikowane kawałki tej układanki. A jak zawsze będzie tu sporo i osób biorących udział w tym dramacie i miejsc do odwiedzenia (na przykład jeden z warszawskich klasztorów).

I, co już pisałam, że cenię w kryminałach Wojciecha Wójcika, znowu jest tak, jak lubię czyli te grzechy z przeszłości, to zło dawniej poczynione, odzywa się w teraźniejszości i ma na nią wielki wpływ. Jak również dużo tu właśnie gwałtownych uczuć, emocji, nad którymi wielu trudno zapanować. Jest też lęk. Zwykły lęk przed tym, że można odebrać komuś coś, co sobie mozolnie składał tyle lat. I nieważne, że do budowy tego użył własnego zła i przez siebie uczynionych zbrodni ale jednak w swoich własnych oczach postrzega się zupełnie inaczej. I na pewno odczuwa trwogę przed tym, że ten bezpieczny błogi świat, który sobie zbudował i urządził według własnych reguł może mu nagle runąć jak domek z kart.

Moja ocena „Martwej wody” to 6 / 6. 

„Trzecia szansa”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). Ebook. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Trzecia szansa” to pierwsza książka z bohaterami Karoliną Nowak i Krzysztofem Rozmusem. To tak informacyjnie gdyby ktoś chciał czytać seriami kryminały Wojciecha Wójcika. 

Ja powiem tak, widzicie to sami i nie ma być może potrzeby podkreślania tego co książkę ale…tak, wciągnęłam się w te kryminały. I mimo tego, że, o czym pisałam, postaci tu tyle, że wystarczyłoby na niejeden notesik z kontaktami telefonicznymi ze starych dobrych czasów zanim mieliśmy kontakty w telefonach komórkowych, a wydarzeń tu tyle, że niejedna kronika miasta nie pogardziłaby takowymi, to …wciągają, wciągają ogromnie. Tym bardziej, że Wojciech Wójci pisze dokładnie takie kryminały, jak lubię. Bez nadmiernego epatowania okrucieństwem, za to z ciekawymi bohaterami, które mają i zalety ale i wady, jak również z interesującą intrygą kryminalną. Która to opiera się nie na szpiegowsko sensacyjnych klimatach a wynika z emocji, z dawno temu uczynionych błędów, które mszczą się często po latach i to wielu. Lubię, kiedy są tu właśnie emocje, przeżycia, kiedy powody to nie chęć zysku, wzbogacenia się a kiedy wynikają z mocno skrywanych emocji, pretensji i zaszłości. To właśnie jest w czytanych do tej pory przeze mnie kryminałach tego autora. Czyli ja, jako czytelniczka, jestem zadowolona, emocje, grzechy przeszłości, ciekawe postaci, niewielkie relatywnie grono podejrzanych (mimo całej galerii osób, która zdąży przed nami przedefilować w trakcie lektury) i tradycyjnie o tymm kto jest sprawcą dowiaduję się na niemal ostatniej stronie książki.

„Trzecia szansa” ujęła mnie już samym swoim tytułem. Bo kto z nas używa takiego określenia? Jeśli już, mówimy o dawaniu drugiej szansy a tu proszę, oryginalnie. Ale ma to swoje uzasadnienie w sytuacji jednego z głównych bohaterów, Krzysztofa Rozmusa.

Akcja książki, co również typowe dla kryminałów Wójcika, rozgrywa się na przestrzeni kilku dni i chociaż wpływ na nią mają wydarzenia sprzed nawet kilkudziesieciu lat, to ta, która rozgrywa się w trakcie śledztwa, to parę dni zaledwie. 
Krzysztof Rozmus to doktorant na UW, konkretnie na Wydziale Nauk Politycznych. Jest obecnie na życiowym zakręcie. Właśnie niedawno porzuciła go partnerka, Majka. Wybrała rywala z wydziału. Krzysiek źle sobie radzi z rozstaniem, co akurat nie dziwi bo chyba nie znam nikogo, po kim porzucenie słynęłoby jak woda po kaczce. Niemniej jednak on znosi to o tyle ciężko, że przesadza z alkoholem a ponieważ jako doktorant ma zajęcia na uczelni, do uczelnianej „góry” doszły słuchy o tym, że Krzysztof przychodzi na zajęcia w stanie nie bardzo właściwym na wykładanie nauki. I mężczyzna ma w związku z tym coraz większe problemy w pracy.

Karolina Nowak to z kolei policjantka od niedawna w Warszawie a wcześniej, w Szytnie. Jest po rozwodzie, jej były mąż robi karierę w Olsztynie, również w policji a ona z dziesięcioletnią córką Julką przeniosły się do stolicy gdzie Karolina rozpoczyna pracę w wydziale kryminalnym. Powoli buduje swoją pozycję w wydziale, z nowymi współpracownikami. Na razie można powiedzieć, że jest na etapie zagnieżdżania się ale zaczyna z czasem zdobywać pozycję wśród nowych kolegów i jednej koleżanki.

Sprawa, która sprawi, że Karolina Nowak mocno się napracuje zaczyna się nietypowo. Od strzału snajpera, w dniach przed Dniem Wszystkich Świętych na cmentarzu Bródnowskim. Od strzału doskonałego, można rzec, zważywszy na okoliczności i ilość osób w tamtym czasie krzątających się przy pielęgnacji grobów bliskich. Od strzału, który zabija Mariana Kądzielskiego. 
Ledwo Karolina z kolegami zaczyna pracę nad dochodzeniem, kto zabił Kądzielskiego na Bródnie, a okazuje się, że snajper nie czekał długo i oto kolejną jego ofiarą staje się starsza pani, Janina Potocka, tym razem zabita strzałem snajpera na Powązkach. 
Karolina wraz ze swoim zespołem rozpoczynają naprawdę żmudne śledztwo mające na celu dowiedzenie się, kto strzela do jak się szybko okazuje, konkretnych osób na cmentarzach. Wtedy to drogi Karoliny Nowak i Krzysztofa Rozmusa się przetną i tych dwoje zostaje połączonych we wspólnych działaniach, mających na celu dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. 

No i …będzie odkrywane! Bo w tym czasie ta dwójka, która szybko złapie dobry kontakt podczas pracy nad śledztwem, odwiedzi i domy byłych wysoko postawionych komunistycznych dygnitarzy i dawną siedzibę dobroczynnej Fundacji Eydziatowiczów, która największe działania czyniła zaraz po IIWŚ. Podczas śledztwa nie zawsze działając razem odwiedzą też Muzeum Powstania Warszawskiego, kolejny cmentarz, na którym dojdzie do zbrodni, trzeciej już, tym razem w Nidzicy. 
Żmudne śledztwo i wnikliwe działania obojga zaczną przed nimi odkrywać coraz to straszniej odsłaniające się historie zarówno poszkodowanych i ich rodzin jak również i innych osób występujących na kartach tego kryminału. Prawda wyłaniająca się z tego, do czego Karolina i Krzysztof odkryją, będzie naprawdę szokująca.

Jednocześnie podczas śledztwa mającego miejsce, poznajemy z ust narratora pierwszoosobowego, byłego wojskowego to, co dzieje się w jego rzeczywistości i to, o czym nam, czytelnikom opowiada, budzi coraz większe przerażenie i niepokój. 

To też typowe dla tego autora, ta mnogość wątków, wydarzeń z przeszłości toczy się jak może się wydawać równolegle by na samym końcu spleść się w doskonale logiczną całość. I wychodzi z tego całkiem konkretna treść.

Nie ukrywam, z pewnych powodów ta książka okazała się dla mnie ciężka ale też po raz kolejny pokazała mi, że Wojciech Wójcik nie skupia się jedynie na warstwie kryminalnej swoich książek, że chce dodać coś więcej do tych treści, co czyni ten kryminał nie jedynie rozrywką a książką, nad którą zdecydowanie można się wręcz zamyślić, mieć różne refleksje, nie przechodzi się nad tą książką ot tak, coś we mnie po jej lekturze na pewno zostało. Tak lubię i dlatego uważam, że niesłusznie niektórzy lekceważąco wciąż traktują ten gatunek literacki. Na szczęście, coraz rzadziej tak chyba jest.


Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak polecenie „Trzeciej szansy” tym ,którzy jej nie czytali. Ja cieszę się ogromnie, że zdecydowałam się sięgnąć po „Bilet dla zabójcy” tego autora, co spowodowało, ze dałam Mu czy raczej, książkom przez Niego pisanym, pierwszą szansę 🙂

Moja ocena to 6 / 6. 

„Odmęty śmierci”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wciągnęłam się w kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. 
Jak już pisałam parę dni temu w odniesieniu do „Dziedziectwa von Schindlerów”, kryminały tego autora to nie są książki na czytanie po kawałku lub na odłożenie i „bezkarne” wrócenie po jakimś czasie. Wymagają ogromnego skupienia i uwagi. Ja, o czym również pisałam, wspomagam się solidnymi notatkami. Autor bowiem lubi umieścić w swoich książkach bardzo wiele postaci, wątków i jak się okazuje, każda z postaci jest istotna. Żaden z bohaterów nie pojawia się na kartkach książki przypadkiem. Wiem, że to może niektóre osoby irytować, dlatego tak to podkreślam. 
Mnie się to podoba, ja się w ten specyficzny dla autora styl zdążyłam wciągnąć i wiem, co mi w nich pasuje. A pasuje mi to, że po pierwsze, bohaterowie nie są chodzącymi ideałami, że mają swoje zarówno zalety jak i wady. Że motywy zbrodni to emocje i namiętności, że grono podejrzanych wbrew wszystkiemu nie jest bardzo liczne a co podoba mi się przede wszystkim, to to, że o tym, kto jest sprawcą, dowiaduję się dosłownie na ostatnich stronach książek. Mnie się to podoba, ja to „kupuję”. 
Owszem, aby dojść do tego, kto jest zbrodniarzem, potrzeba przejść przez mnóstwo wydarzeń, spraw z przeszłości i poznać całą masę bohaterów ale to tworzy taki interesujący klimat, w którym czytelnik na końcu dostaje nagrodę w postaci udanego czasu spędzonego nad książką. 
A w tej dodatkowo ostatnie zdanie czy może raczej nazwisko, które pada na końcu, powoduje, że aż przeszły mnie ciarki. Ale, tu mały plusik, coś tak w pewnym momencie wydawało mi się, że to może być tak właśnie a nie inaczej chociaż potem autor znów tak zakręcił akcją książki, że wydało mi się to niemożliwe. 

Wojciech Wójcik akcję książek rozgrywa na przestrzeni kilku zaledwie dni ale jak już pisałam, sięga w przeszłość i to chwilami naprawdę odległą. Nie inaczej jest w „Odmętach śmierci”.

Akcja ksiązki rozpoczyna się w lipcu 2021 roku.  Tu, podobnie jak w poprzedniej czytanej przeze mnie książce, pandemia odgrywa ważną rolę w akcji. Nie przepadam za powrotem do tamtych początkowych czasów ale tu jest to w pełni uzasadnione dla wydarzeń.
Krystyna Kalinowska, starsza pani mieszkająca w okolicach Filtrów Warszawskich, wraca pewnego upalnego popołudnia do swojego mieszkania w kamienicy, w której przyszło jej żyć całe życie niemal. A na pewno życie małżenskie i życie jako wdowy. Jej mąż, Julian Kalinowski, pełniący w pewnym momencie  funkcję dyrektora Filtrów Warszawskich ( i uhonorowany tablicą upamiętniającą ten fakt na kamienicy, w której mieszkał) został bowiem zamordowany we wrześniu 1987 roku. 
Pani Kalinowska nie zostaje nam, czytelnikom, przedstawiona w jakiś wnikliwszy sposób bowiem niemal chwilę po powrocie z, jak się okazuje, szpitala psychiatrycznego, w którym odwiedzała jednego z chorych, również pada ofiarą zbrodni a jej ciało w mieszkaniu odkrywa jej wnuczka, Laura. 
Do Warszawy ściąga cała rodzina. Laura co prawda jest na miejscu ale zarówno jej matka, Lucyna Woźniak-Lubecka wraz z ojczymem, Marcelem, jak i brat Laury, Karol z rodziną, na co dzień przebywają za granicą. Na miejscu są ciotka Monika i jej mąż brat Lucyny, Jarek ale i oni akurat w chwilach gdy wydarzyło się morderstwo Krystyny Kalinowskiej, przebywali za granicą. 
Tak więc rodzina zbiera się w stolicy Polski nie tylko w celu dojścia do siebie w tych ciężkich chwilach ale również w celu poznania testamentu starszej pani. 
Niektórzy, o tak, liczą bardzo na pieniądze bo mają poważne problemy finansowe. Inni znów pozostają obojętni na to czy i jeśli, to ile, otrzymają w spadku. 

Odczytanie testamentu zaskakuje. Nie dość, że ci, co liczyli na pieniądze, mogą się srogo przeliczyć to jeszcze okazuje się, że część pieniędzy otrzymała opiekunka Krystyny, Aleksandra Arbaszewska i, co zaskakuje rodzinę jeszcze bardziej, jakaś nieznana im bliżej fundacja zajmująca się poczukiwaniem osób zaginionych. 
Jeśli doda się do tego, że po rodzinie krążą plotki, że po śmierci dziadka Juliana wcale nie złożono go do grobu a podobno pochowano pustą trumnę, że Krystyna w ogóle nie opiekowała się grobem swojego zmarłego męża a nadto, że na cmentarzu,  na którym został pochowany bardzo intensywnie zajmowała się grobem zupełnie kogoś innego, mnożą się w rodzinnym, kameralnym przecież gronie, liczne i raczej pozostające bez odpowiedzi pytania. O co w tym chodzi? Dlaczego kolejna osoba w rodzinie padła ofiarą przestępstwa? Co to za tajemniczy grób, którym tak solidnie opiekowała się babcia i matka?

I, tradycyjnie dla kryminałów Wojciecha Wójcika, prowadzone są dwa niezależne, tym razem prywatne, śledztwa. Te policyjne też ale tym razem my czytelnicy znamy relację jedynie dwóch detektywów rodzinnych. Laury i Karola, czyli rodzeństwa a wnuków zmarłej. Chociaż prowadzą oni swoje śledztwa niezależnie, oboje ostatecznie dojdą prawdy.

Laura dodatkowo ma wsparcie w osobie Michała Tracza, lekarza psychiatry ze szpitala , w którym to nawiasem mówiąc przebywała w odwiedzinach jednego z pacjentów, Szymona Romanowa na chwilę przed tym, jak została zamordowana babcia młodej kobiety. Dlaczego starsza pani odwiedziła tego mężczyznę? Czy coś ich łączyło? I dlaczego pan Szymon tak źle reaguje na odgłos jakiejkolwiek płynącej wody? 

Nie ukrywam, podobają mi się kryminały Wójcika. Owszem, jak ktoś chce, może się przyczepić do chociażby tego, że autor po raz kolejny stosuje podobne „zabiegi” jak chociażby to, że po raz kolejny tworzy dość kameralne środowisko zbrodni. Że teoretycznie wszystkie postaci tego dramatu są ze sobą związane czy to rodzinnymi koneksjami czy to miejscami, w których się uczyły bądź placówką, w której przebywały. Ale, mnie to pasuje, ja się już zdążyłam do tego przyzwyczaić i wręcz oczekuję z napięciem na to, jak ładnie wszystkie te cieniutkie niteczki wątków i wydarzeń zostaną na końcu logicznie splecione w całość. 
Plusem też jest to, o czym pisałam, że niełatwo jest się domyślić kto jest sprawcą a również podoba mi się to, że nie ma tu wątków sensacyjnych a stary, dobry kryminał z motywami wynikającymi z emocji i zdarzeń dziejących się w przeszłości. 

Ja zabieram się za kolejną książkę Wojciecha Wójcika z nadzieją, że porwie mnie swoją tajemnicą i intrygą tak samo jak te do tej pory przeze mnie czytane a „Odmętom śmierci” daję notę 5.5 / 6. 

„Dziedzictwo von Schindlerów”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2020). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Tak mi się spodobała najnowsza książka autora „Bilet dla zabójcy”, o której pisałam parę dni temu, że z chęcią zabrałam się za wcześniej napisane przez Wojciecha Wójcika, kryminały. 
Zaczęłam od czegoś, co skusiło mnie i tajemniczym tytułem i okolicami, w których dzieje się akcja książki. A rozgrywa się ona na Mazurach, w okolicach Mikołajek czyli na terenach dobrze mi znanych. 

Widzę, że podchodząc do lektury książek tego autora muszę nastawiać się na jedno. To nie jest książka „do autobusu” (czy to metra). To nie jest książka do poczytania chwilkę a następnie odłożenia ją bez konsekwencji. Ponownie bowiem autor serwuje czytelnikowi wiele różnych wątków, całą galerię postaci i muszę przyznać, trzeba jednak mocno się skupić aby nie pogubić. Ja niestety, parę razy mocno się nad książką „zawiesiłam”, zwłaszcza, że czytałam książkę nocą i kiedy następnego dnia sięgnęłam po nią, musiałam mocno pogłówkować aby pewne sytuacje sobie przypomnieć. Tym bardziej, że widzę, że autor stosuje kolejny schemat podobny do tego z pierwszej czytanej przeze mnie jego książki a mianowicie akcję rozpisuje nielinearnie. To jesteśmy na bieżąco w roku 2021, konkretnie w lipcu, to znów cofamy się do roku 2000. 
Akcja książki rozpoczyna się jednak w maju roku 2021 kiedy to ginie jeden z autorów książek. W okolicach Mikołajek jest dawny dwór niemieckiego rodu von Schindlerów. Potomek, Johann von Schindler kontynuuje pomysł sprzed dwudziestu lat i chce w dawnym rodzinnym siedlisku urzadzić pensjonat. Wraz z żoną, Polką urodzoną w okolicy, Aldoną, zapraszają do dworku pisarki i pisarzy. Osiem osób, z których niestety, jedna zginie. Autorzy mają stworzyć antologię opowiadań mających na celu przybliżenie rodu von Schindlerów i terenów obecnego pensjonatu. 
Przyjeżdża osiem osób, w tym Monika, młoda autorka, która dopiero rozpoczyna swoją drogę pisarską i czuje się szczęśliwa, że zaproponowano jej niemałą sumę za opowiadanie do zbioru ale nadto, że w ogóle została zaproszona do Wierutek. 
Przyjeżdża w lipcu i szybko dowiaduje się, że została zaproszona niejako z musu bo zamiast Zygmunta Grodzickiego, autora, który zginął tragicznie w maju. 
Został wówczas znaleziony martwy po upadku z wieży widokowej na terenie Rezerwatu Łuknajno a znalazł go Jacek Ligęza, były policjant posterunku w Mikołajkach. Wyrzucony z pracy „dzięki” uprzejmości szefa. Bruno Landau użył nieetycznego sposobu aby pozbyć się Jacka Ligęzy z roboty. Jacek obecnie pracuje w Ośrodku Wypoczynkowym „Wodnik” leżącym blisko dworku. 
I tak, znowu poznajemy zarówno historię dworku i ludzi, którzy byli z nim związani ale i współczesność, na którą przeszłość ma ogromny wpływ. 

Dlaczego grono ośmiu autorek i autorów zostało zubożone o jednego uczestnika pracy twórczej? Dlaczego miejscowy policjant, Bruno Landau tak szybko osądził, że doszło do nieszczęśliwego wypadku? I czy śmierć Grodzickiego jest efektem czegoś, co zdarzyło się kiedyś ?

Okolica, w której rozgrywa się akcja tego krymiału, to dobre tło dla wydarzeń tajemniczych i co tu dużo ukrywać, złych, jakie wydarzyły się w przeszłości. 
O niektórych z nich mają zamiar pisać autorzy antologii. Monika, dziewczyna zaproszona w ostatniej chwili, dostaje ciekawe zagadnienie. Niejako po Grodzickim odziedziczyła bowiem temat dwóch zaginięć. Oba zaginięcia dotyczyły dziewczyn pracujących w dworze von Schindlerów. Pierwsza zaginiona, to kelnerka Emma, którą widziano ostatnio w 1939 roku. Jednak, nad kelnerkami pracującymi tam wisi chyba jakaś klątwa, bowiem w roku 2000 zaginęła kolejna młoda dziewczyna, również pracująca jako kelnerka, Kaśka Nazaruk. 
Monika Łasicka musi teraz pomyśleć jak połączyć te dwa zaginięcia, tym bardziej interesujące, że Kaśkę rzekomo widziano ostatni raz odływającą jachtem von Schindlerów, który to jacht ostatnio widziany był w początku IIWŚ. 
Osobnym ciekawym pomysłem było umiejscowienie w jednym miejscu paru autorów, z których co prawda, podobno żaden nie ma być odbiciem znanych nam autorów i autorek a jednocześnie, aż prosi się o porównania. Chociaż uczciwie powiem, w posłowiu Wojciech Wójcik bardzo się od tych porównań odżegnuje. Niemniej jednak, dla czytelnika jest to niezła zabawa takie dopasowywanie opisów do autorów, których książki czyta. 

Jak już pisałam, niby kryminał ale jest to lektura mocno „wymagająca”. Skupienia, pamięci, ja wspomagałam się notatkami. Okazuje się na przykład, że tu każdy trop jest istotny, każda postać występuje w jakimś celu, nawet jeśli poznamy ów cel dopiero na ostatnich stronach książki. Taka mnogość i wydarzeń i wątków i postaci była dla mnie jednak nieco zbyt „za bardzo”. Przyznaję, gubiłam się miejscami, musiałam wracać do treści wcześniej przeczytanej. Na plus jednak i miejsce (znam tereny z książki, w niektórych bywałam niejeden raz) i to właśnie grono pisarek i pisarzy. Niewątpliwą zaletą jest również to, co podkreślałam już przy lekturze „Biletu dla zabójcy” a mianowicie to, że kto jest zbrodniarzem, odkryłam w sumie na ostatnich stronach książki. To dla mnie, czytelniczki kryminałów, zawsze zaleta. Nie lubię domyślać się wcześniej, kto popełnił zbrodnie. Również, co według mnie na plus, postaci kreowane tak, że są pełnokrwiste, prawdziwe, ani chodzące ideały ani ostatnie dranie. Ot, ludzie z ich zaletami i wadami. 

Są takie tereny naszego kraju, obecnie należące do Polski, które noszą w sobie ogromny ciężar zła. Zła, które nie wzięło się znikąd, które zostało tam poniekąd sprowadzone za sprawą konkretnych ludzi. I tak dla niektórych Mazury są pięknym terenem wypoczynku, dla innych miejscem z tajemnicami historii, dla innych, krainą, w której po IIWŚ działy się różne tragedie. To wszystko zostało poruszone w tej książce i ta mnogość wątków na końcu gdzieś subtelnie się splata. 

Zaraz zabieram się za kolejny kryminał autora a tymczasem „Dziedzictwo von Schindlerów” dostaje ode mnie ocenę 5 / 6.