„Rakel”. Satu Ramo.

Wydana w Wydawnictwie Harper Collins. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożyła Karolina Wojciechowska.

Tytuł oryginalny Rakel.

Wciągnął mnie ten cykl o śledczej Hildur Runarsdottir pracującej na Fiordach Zachodnich Islandii. Wciągnął mnie nie tyle za swoją warstwę kryminalną, chociaż tę też, co raczej za to, że autorka, mimo, że nie jest Islandką, ale mieszka na tyle długo na wyspie, że ciekawie przedstawia też warstwę społeczno obyczajową i takie po prostu codzienne sprawy, które mnie akurat interesują.

„Rakel” to kolejna część imiennej serii o Hildur i rozpoczyna się w chwili, gdy poznajemy to, co działo się w rodzinnym domu śledczej, która po wypadku rodziców trafiła pod opiekę siostry matki, właśnie tytułowej Rakel. Tradycyjnie poznajemy akcję zarówno tę współczesną, jak i tę z przeszłości, to charakterystyczne dla książek autorki.

Jedna z sióstr kobiety chce mieszkać w ich rodzinnym domu i odnawia posiadłość, gdy na terenie zostają znalezione kości człowieka. I jak szybko się okazuje, nie są to kości jednej osoby. Poza tym w „Rakel” dowiadujemy się też o losach jej współpracowników, na przykład Jakoba Johansona, który teraz mieszka z synem, który to syn nie do końca umie się zaaklimatyzować i w nowym miejscu zamieszkania i w nowej szkole.

No i do tego oprócz paru dochodzeń, które są przedstawione w książce, poznajemy też rozwój nowej (relatywnie nowej) Hildur i pochodzącego z Laponii Antona. Tak więc ogólnie to jest sporo wątków, które się mieszają, ale też na końcu część z nich rozwiązuje się, a część zapewne dopiero się rozwiąże w dalszej części cyklu.

Czekam zatem na kontynuację, zwłaszcza, że jeden wątek z życia osobistego Hildur mocno mnie zaintrygował, jestem ciekawa, jak się rozwiąże.

Moja ocena to 6 / 6.

„Zaleca się kota”. Sho Ishida.

 Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożył Dariusz Latoś.

„Zaleca się kota” to książka, która znalazła się u mnie nieco przypadkiem. Dostałam na Święta kod do jednej z internetowych księgarni ze słowami, że mogę nabyć ebook lub audiobook, jaki tylko chcę i okazało się, że w tamtym momencie dopadła mnie tak zwana „klęska urodzaju”. Albowiem wszystkie tytuły, które miałam gdzieś zapisane jako te, które bym chciała, otrzymałam przed i w czasie Świąt. Niemniej jednak od czego notesik, w którym zapisuję tytuły, aby nie zapomnieć? Siegnęłam do niego i wyczytałam, że miałam chęć na tę książkę już dawno. Czemu? Bo jest napisana przez autorkę z Japonii, bo w tytule pojawia się kot, bo byłam ciekawa, o co chodzi z takim tytułem? 

Tak więc w ramach prezentu nabyłam książkę i muszę przyznać, że wszystkie chwalące ją osoby nie myliły się. Jest to książka bardzo przyjemna. Ciepła, bezpretensjonalna, bez napinki i nie udająca niczego innego, niż jest. A jest krzepiącą opowieścią o kobietach i mężczyznach, którzy trafiają do ukrytej w centrum Kioto przychodni psychiatrycznej, w której lekarz zamiast farmakologii, przepisuje pacjentom…koty. Tak, kiedy w innych miejscach na receptach zaleca się proszki, tu przepisuje się kota. A raczej – jego pobyt (czasowy) w domu pacjenta. 

Opowiadań, bo z tego składa się całość, jest pięć i każde to historia osoby, która trafia (po błądzeniu wśród wąskich uliczek i zakamarków centrum miasta) do owego nietypowego miejsca. I każdej z nich przepisanie kota pomaga na jej bolączki i problemy! 

Tak, można w sumie powiedzieć, że jest to taka trochę bajka dla dorosłych, ale napisana jest tak przyjemnie i lekko, że zdecydowanie poprawiła mi nastrój, który nie był najlepszy z pewnych powodów. 

Ponadto, najwyraźniej w ten, czy inny sposób łączę się w opinii z autorką, a mianowicie wierzę, że zwierzęta są w stanie jak najbardziej nas wyratować. I nie mam tu na myśli jedynie psów przewodników czy poszukujących osób zaginionych itd, ale chodzi mi o ratunek dla naszej, ludzkiej psychiki. 
Zawsze podkreślam, że początki siedzenia w domu, gdy wybuchła wiadoma choroba i wszystkich nas zamknięto w pomieszczeniach (zdaje się, że nie można już wspominać konkretnie o tym, co miało miejsca, bo algorytmy tego nie lubią, oj oj, biedne algorytmy, takie wrażliwe bardzo) nie byłyby aż tak dobre, gdyby nie nasze dwa prosiaki morskie, które nam wtedy zaczęły towarzyszyć (splot wydarzeń sprawił, że odbieraliśmy chłopaków dosłownie niecały tydzień po zamknięciu wszystkiego). I nie, nie przepisywałabym oczywiście zwierzaka na receptę ani nie wtryniałabym żadnej żywej istoty komuś, kto się tego nie spodziewa, ale przecież jest to fikcja literacka i taki zabieg wymyśliła sobie autorka, aby przekazać nam prawdę. Łatwiej żyć z kimś, stado jest ważne. Jednak w większości potrzebujemy osoby lub zwierzaka obok, aby czuć się kochanym czy potrzebnym. Tak myślę. Oraz również, kiedy kimś się zajmujesz, kiedy poświęcasz mu swoją uwagę, mniej skupiasz się na sobie i oczywiście dbanie o siebie i swoje samopoczucie jest ogromnie ważne, ale czasem dobrze jest zrobić sobie przerwę w nieustannym zamartwianiu się o różne sprawy, często takie, na które nie mamy wpływu. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Niedawno ukazała się kolejna część „Zaleca się kolejnego kota” i muszę z radością stwierdzić, że sprezentowano mi ją, więc zamierzam ją oczywiście zaraz przeczytać. 

„Zagadka świątecznej zbrodni”. Susan Gilruth.

Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2025).

Przełożyła Ewa Horodyska.
Tytuł oryginalny Death in Ambush. A Lost Christmas Murder Mystery.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Zawsze chętnie sięgam po kryminały dziejące się w okolicach lub w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego z chęcią sięgnęłam po ten i mimo, że niestety, nie udało mi się go skończyć przed samymi Świętami, to wciąż lektura była udana. Sama akcja książki kończy się też tuż przed Świętami.

Narratorką jest Liane Craufurd , zwana przez wszystkich Lee, która otrzymuje wraz z mężem zaproszenie do przyjaciółki Lee, Betty i jej rodziny na Święta Bożego Narodzenia. Ale zaproszenie jest już na paręnaście dni przed czasem celebracji.
Lee z zadowoleniem przyjmuje zaproszenie, mimo że jej mąż, który jest wojskowym, z racji zawodu dojedzie do towarzystwa dopiero na same Święta.

Betty ma całkiem okazałą posiadłość ziemską, w której mieszka z mężem i dwojgiem dzieci i zaraz po przybyciu Lee do niej, wprowadza przyjaciółkę w miejscowe towarzystwo.
W okolicy zamieszkała nowa kobieta, owiana tajemnicą pani Sonia Phillips, wdowa i Betty wpada na pomysł wieczoru z napojami mającym być czymś w rodzaju wieczorku zapoznawczego z tą panią.

Klimat ogólnie trochę taki znany z kryminałów Agathy Christie. Jest więc posiadłość na wsi angielskiej, kameralne towarzystwo. Osoby, które niby się zna i lubi albo wręcz przeciwnie. I jedna tajemnicza jednostka. Jest też jeden mężczyzna, którego nie darzył sympatią chyba nikt.
Lee podczas popijania drinków szybko orientuje się w tym, kto tu z kim dobrze żyje a kto się z kim kłóci, zresztą sama przyznaje, że ów pan, Sir Henry Metcalfe jest osobą, o której zwykło się mawiać, że naprawdę trudno go polubić. Zarozumiały, zbyt pewien siebie i zwyczajnie taki ostry w obyciu facet, dość nudnawy, nie zyskuje sympatii otoczenia, zwłaszcza, że w przeszłości jako sędzia, dał się poznać jako osoba bardzo surowa, żeby nie rzec, że zbyt surowa.
I oto okazuje się, że jakiś czas po owym wieczorku ów emerytowany sędzia umiera.

Wiadomo, że gdyby śmierć nie była podejrzana nie działaby się dalsza akcja książki więc i tak dzieje się w tym przypadku. Śmierć ta wydaje się na tyle niejasna, czy raczej powód jej jest niejasny, że wkraczają śledczy.

Lee, narratorka, okazuje się być osobą, która pomagała parę razy inspektorowi Hugh Gordonowi w jego dochodzeniach, oczywiście bardzo prywatnie i nieoficjalnie, i ku jej radości w zaistniałej sytuacji to Gordon właśnie zostaje przysłany na prowincję, by pomóc rozwiązać zagadkę zbrodni.

To taki kryminał z gatunku „przytulnego”, miła miejscówka, przygotowania do Świąt, za oknem kolejna śnieżyca, osoba ofiary jest na tyle paskudna, by nie wzbudzać ogromu łez u czytelnika, że skończyło się tak, jak się skończyło.
Osobę sprawcy natomiast chyba dość łatwo i szybko jest wydedukować, ale też jak na książkę, która według mnie jest idealna jako niezobowiązująca i mimo tego, że kryminał, jako lekka lektura pod choinką, nie jest to jakiś wielki zarzut.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Czytelnicze podsumowanie roku 2025

Nie wiem, czy jest to moją tradycją blogową, ale chyba powinnam chociażby w skrócie odnotować podsumowanie czytelniczego roku 2025.

I tak, w minionym roku udało mi się przeczytać 76 książek, o czternaście więcej,niż w poprzednim. 46 z nich ( o ile nie pomyliłam się w przeliczaniu) otrzymało ode mnie moją osobistą notę 6 / 6.
Ogólnie, był to czas Osobistego Projektu Książkowego „Mama”, z którego zrealizowałam w sumie 5 książek z różnego gatunku (była wśród nich zarówno proza reportażowa,jak i kryminał, jak i poezja).
Oprócz OPK „Mama” okazało się, że wróciłam do masy książek z dzieciństwa i młodości i nie chce mi się liczyć, ile ich było, ale sporo. Najwięcej autorstwa Małgorzaty Musierowicz,do której to wczesnych książek z cyklu Jeżycjady wróciłam z największą przyjemnością.

Odkryciem roku dla mnie były kryminały Jorna Liera Horsta. Zaczęłam od „Kodu Kathariny” i wciągnęłam się w cykl o śledczym Williamie Wistingu na całego.

Jeśli miałabym napisać,która książka była dla mnie książką „roku”, to tym mianem określiłabym „Zielone piekło” Raymonda Maufraisa i „Jedyną córkę” Guadalupe Nettel. Z czego obie są książkami,które mocno zagrały mi na emocjach,każda z innego powodu.

Przede mną kolejny czytelniczy rok.
Nie czytam już ani tak szybko, ani tak intensywnie,jak kiedyś i szczerze mówiąc, nie odczuwam z tego powodu jakiegoś wielkiego problemu. Na pewno jest tak, że wolałabym,żeby to, że nie czytam tyle, ile chcę (a chciałabym więcej) wynikało obecnie z rzeczy przyjemniejszych niż te, które realnie wpływają na to, że czytam mniej.
Niemniej jednak nie mam zapotrzebowania na pobicie rekordu (własnego, bo miałam kiedyś lata, gdy „pękała” setka książek i nie był to jeden rok).
Czego sobie życzę, jako czytelniczka? Dobrych książek. Nie, nie mega ambitnych, nagradzanych nie wiadomo, jakimi nagrodami,ale książek dla mnie i według mnie dobrych. Których nie odbiorę, jako zmarnowany czas, czy pieniądz, ale takich, które gdzieś tam z rozmaitego powodu rezonują dłużej w pamięci i powodują to, że aż chce się sięgać po coś nowego.

„Cuda na śniegu”. Joanna Szarańska.

Wydana w Książnicy. Poznań (2025). Ebook. 

Naczekałam się na nową książkę świąteczną jednej z moich ulubionych autorek, ale było warto. Jak zawsze, grupa ludzi, których połączy jakieś wydarzenie i miejsce, każdy ze swoimi sprawami, problemami i radościami. I jedno niezwykłe miejsce, pensjonat „Bajka”, który kiedyś w okresie Świąt Bożego Narodzenia zmieniał się w niezwykłe miejsce, w którym wolne pokoje na ten czas rezerwowało się w przeszłości z dwuletnim wyprzedzeniem. A teraz? Coś się skończyło. Jednak chyba nie do końca. Komuś bowiem bardzo zależy na tym, żeby w „Bajce” znów zagościła dawna, piękna atmosfera i radość… Kto zna książki Joanny Szarańskiej, ten wie, czego się mniej więcej spodziewać po ich treści. Tak zwanych „zwykłych ludzi” jako bohaterów, rozmaitych perypetii, jakie im towarzyszą. Poczucia humoru, które jest nieodzowną częścią książek Szarańskiej, ale również nienachalnie przemycanych mądrych refleksji. Jak wspomniałam, w małej miejscowości Cztery Mosty na południu Polski funkcjonuje pensjonat. Kiedy prowadziła go Małgorzata wraz z mężem Aleksandrem było to miejsce, jakbyśmy to określili, wręcz kultowe. Niestety, po śmierci żony Aleksander Śmieszek zamyka się w sobie i jak to się określa, traci serce do miejsca, w którym wraz z Gonią przeżyli najlepsze chwile swojego związku. I wydaje się, że pensjonat zostanie skazany na zapomnienie a odwiedzać go będą jedynie raczej przypadkowi i transferowi goście, gdy w lokalnej gazetce ukazuje się nietypowe ogłoszenie o tym, że właściciel „Bajki” poszukuje spadkobierców. Z różnych stron kraju kilkoro Śmieszków rusza w kierunku „Bajki” i to akurat tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Niektórzy z bardzo silną determinacją zdobycia nietypowego spadku, inni nieco przypadkiem, w każdym razie przed Świętami zjawi się tam gromada kuzynostwa i mniej lub bardziej spokrewnionych osób. Czy „Bajce” przytrafi się druga szansa i pensjonat odzyska dawny blask i charm? Tego dowiecie się z lektury „Cudów na śniegu”. I oczywiście, że można zarzucić Joannie Szarańskiej, że napisała nam kolejną bajkę dla dorosłych. Ja odpieram ten zarzut tak: zła, smutnych i przybijających wydarzeń i wiadomości mamy dookoła wystarczająco wiele. Co w tym złego, że ktoś postanowi nam przekazać nieco pokrzepienia i radości i również co z tego, że ktoś, jak ja, lubi coś takiego przeczytać? Ja osobiście, o czym wiedzą wszyscy czytelnicy mojego blogu, jestem ogromną miłośniczką książek Joanny Szarańskiej a osobnym sentymentem (trochę też z powodów osobistych |) darzę właśnie książki świąteczne tej Autorki i stąd z wielką radością powiem, że i na tej się nie zawiodłam. Była jak wielki, pluszowy misiek, którego przytulasz i kiedy to w takiej chwili od razu robi ci się lżej na serduchu. Dodam, że w tym roku wyszła też przepięknie opracowana graficznie edycja „Cudów na śniegu”, z barwionymi brzegami i ładnie zaprojektowaną okładką. Projektem okładki zajęła się Natalia Twardy. Moja ocena tej książki nie jest z pewnością zaskoczeniem dla nikogo a jest to :
6 / 6.

„Śnieg przykryje”. Michał Śmielak.

  Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2025). Ebook.

Skorzystałam z kolejnej promocji i udało mi się nabyć najnowszy kryminał Michała Śmielaka. 

Jaka okazała się książka? Bardzo dobra, naprawdę. Ale strasznie ciężka, mroczna. Nie oglądałam „Domu dobrego”, o którym to filmie tyle ostatnio było słychać, ale naprawdę przez większość książki miałam wrażenie, że właśnie go oglądam. 

A pomysł rozpoczynający książkę jest świetny. Mamy dzień przed Wigilią 2024 roku i Ryszard, (woli jak nazywa się go Ryśkiem), wraca do domu z zakładu pracy. Wraca i ogólnie wypełniają go niedobre myśli. Rysiek ogólnie nie jest dobrym facetem, jest alkoholikiem przemocowcem i to widać w jego myślach i podejściu do świata i ludzi. No, ale tu zaraz Święta a on wieczorkiem pojedzie z synem do Lasu Ponurego, żeby tradycyjnie ukraść drzewko na świąteczny czas.

Mężczyzna dociera do domu i ma kolejny powód do złości, żona nie otwiera. Może wyszła po śledzie i karpia? Drzwi jednak po chwili się otwierają i Rysiek staje twarzą w twarz z żoną, którą widział osiem godzin temu, kiedy wychodził do zakładu a która wydaje się być oniemiała. 

I słusznie. Bo kiedy Rysiek jest przekonany, że ostatni raz widział się z Haliną parę godzin wstecz, zszokowana kobieta widzi przed sobą męża, który ostatni raz był w domu dzień przed Wigilią w roku 1999. Dwadzieścia pięć lat temu!

I od tej pory zaczyna się niesamowicie ciekawa. Akcja. Przede wszystkim zarówno czytelnicy, jak i lekarze, którzy czym prędzej mężczyzną się zajmują, zastanawiają się, co stało się te dwadzieścia pięć lat temu, że chłop z tej wyprawy po kradzioną choinkę nie wrócił, ale też a może przede wszystkim, co się z nim przez te ćwierć wieku właściwie działo. Dodatkowo mężczyzna nie pamięta niczego. Dla niego samego wciąż jest rok 1999, on sam ma trzydzieści pięć lat i właśnie ma wybierać się do Lasu Ponurego. 

„Śnieg przykryje” to bardzo dobry kryminał, jednak mam wrażenie, że dla mnie jego klimat był miejscami ogromnie ciężki, do tego stopnia, że czytałam tę książkę jedynie w ciągu dnia, a nie jak lubię, wieczorem, przed snem. Z chęcią robię teraz odwrót w kolejny kryminał Horsta. I podczytuję też ukochanych „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”.

Myślę, że fani książek Śmielaka nie będą zawiedzeni, mimo tego ciężkiego klimatu. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„W głębinie”. Will Dean.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2024). 
Przełożył Radosław Kot. 
Tytuł oryginalny The Chamber.

Niniejszym wkleję tu to, co już napisałam o tej książce w pewnej grupie książkowej, najwyżej niewiele modyfikując.Ojej, ta książka niestety, to był dla mnie spory zawód. A liczyłam na dużo więcej. Bo chyba niewiele jest kryminałów dziejących się w faktycznej głębinie, w środowisku nurków głębinowych. Sześcioro z nich, pięciu mężczyzn i jedna kobieta, stawiają się w miejscu pracy. Część z nich zna się z poprzednich wyjazdów „za chlebem”. Robota jest ciężka, przez miesiąc siedzi się w ekstramałej przestrzeni, właściwie nie można się niemal obrócić, żeby nie nadziać się na kogoś, ale generalnie bardzo dobrze za tę pracę płacą. Niestety, już pierwszego dnia dochodzi do tragedii. Jeden z nurków zostaje znaleziony martwy. Trzeba będzie przerwać pracę i wrócić na górę. Jest jedno „ale”, dekompresja trwać będzie bardzo długo, kilkadziesiąt godzin, lub nawet więcej. Jednym słowem, parę dni. Po pierwszym tajemniczym zgonie niestety, ma miejsce następny.Niestety, fascynujący temat, czy raczej ciekawy zawód, miejsce, w którym dzieje się akcja nie zastąpi dreszczyku emocji i napięcia. Mnie ta książka niestety, w większości wynudziła 🙁 Szkoda. A potencjał był i to niemały, bo wiadomo, ciekawe miejsce akcji, zamknięta i bardzo nieliczna grupa podejrzanych. Niestety, jak już napisałam, ciekawe tło, czy nawet najbardziej fascynujące zajęcie przedstawione w książce nie zastąpi poczucia niepewności, emocji, które przecież w tego typu lekturze jest wręcz wymagane. Dodatkowo pojęcia nie mam, a bardzo liczyłam na to, że owo poczucie nie mienia pojęcia zostanie jednak wynagrodzone, jako motyw miał sprawca zbrodni. I nawet pewne sugestie na koniec dotyczące tego, czy słusznie wiemy, kto jest sprawcą całej tej tragedii, nie wynagrodzą mi tego, że zwyczajnie ta książka mnie nie wciągnęła tak, jak na to liczyłam. Nie czytało mi się „W głębinie” tak, że nie mogłam się od niej oderwać, a ten stan podczas czytania książki lubię najbardziej. Przeciwnie, porzucałam ją bez poczucia winy biorąc do rąk książki do recenzji, a dla mnie samej jest to już najlepszy dowód na to, że coś nie zagrało z lekturą. Nie wiem, może to jakiś jednostkowy przypadek, być może inni spędzili nad nią lepszy czas. Moja ocena to (i to z ręką na sercu, głównie za ciekawy temat pracy w zawodzie nurka głębinowego) :
4 / 6.
Ps. uzupełnienie. O tym, że temat może być fascynujący doskonale wiem, bo od pewnego czasu słucham bardzo ciekawego podcastu, w którym autor opowiada między innymi o nurkowaniu, w tym również takim, o którym mowa w „W głębinie” i nie mam pojęcia, jak bardzo można się starać, żeby nie zabrzmiało to ciekawie, a wynudziło. Podkreślam jednak, może to być jedynie moje indywidualne odczucie.

„Kapsuła”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.


Od pierwszej przeczytanej przeze mnie książki Wojciecha Wójcika, którą to był kryminał „Bilet dla zabójcy”, autor stał się jednym z moich ulubionych autorów kryminałów. 
Dlatego też oczekuję każdej nowej książki, która ukazuje się na naszym rynku wydawniczym. 

Wojciech Wójcik lubi osadzać akcję książek w różnych miejscach Polski, a tym razem akcja rozgrywa się głównie w Legionowie (mieście, w którym mieszka sam autor) i okolicach. 
Po czterdziestu latach funkcjonowania liceum im. Władysława Jagiełły szkoła postanawia zorganizować uroczystość jubileuszową połączoną z pokazaniem wydobytej z ziemi kapsuły czasu, którą zakopano w początku funkcjonowania szkoły. Prowadząca szkolną imprezę bibliotekarka Justyna Wysocka od początku ma złe przeczucia. Coś nie daje jej spokoju. Może fakt, że z kapsuły, w której zakopano wiele przedmiotów „ocalało” jedynie garstka a i tak mocno tknięta wilgocią. Są jakieś slajdy, ale też niewiele. Justyna miała zamiar zająć się ich solidną segregacją, ale trochę zbywa temat, powierzając młodzieży z trzeciej klasy zajęcie się tematem i oto efekt jest taki, że zgromadzeni na uroczystości uczniowie i włodarze miasta widzą zarówno zdjęcie byłych uczniów jako licealistów, ale również niepokojące zdjęcie kobiety, która jest na zdjęciu zupełnie bez ubrań, Początkowe śmieszki i rozbawienie ustępują miejsca nerwowości, wiadomo, jak zareagował na taki żarcik dyrektor szkoły (bo kadra akurat różnie, niektórych wręcz to rozbawiło). A potem jest już tylko gorzej. 

Nocą dochodzi do pożaru nowej części szkolnych budynków, w wyniku którego dochodzi do tragedii, ginie jeden z nauczycieli. Czy stoi za tym próba zdecydowania o swoim życiu przez tego, który zginął? czy też kryje się za tym coś więcej?

W „Kapsule” , co jest charakterystyczne dla stylu autora, dochodzi do paru równoległych śledztw. Tym razem śledztw osób prywatnych, bo o tych policyjnych właściwie wiemy niewiele, a kiedy się coś dowiadujemy, to właściwie na samym końcu książki. 

Jedno śledztwo prowadzi Justyna Wysocka, trochę obarczona poczuciem winy, że być może niedopilnowanie przez nią pokazu slajdów zaowocowało czymś więcej, a trochę zaniepokojona faktem zniknięcia nagle i to po pokazie slajdów właśnie jednej z uczennic. Wreszcie, osoba, która zginęła w pożarze nie była jej obca, a nawet kobieta starała się o to, by była nieco bliższa. 
Drugie śledztwo prowadzi Bartek z klasy trzeciej, której to uczniowie mieli pomóc przy przygotowaniach do imprezy. Bartek też niepokoi się zaginięciem koleżanki, Agnieszki, chociaż z powodów zgoła innych, niż bibliotekarka. Bartek bowiem był w koleżance zakochany i jej nagłe zniknięcie budzi w nim wiele niepokoju i wręcz obaw o to, co z dziewczyną mogło się stać. 
Trzecią osobą zaplątaną trochę przypadkiem w takie osobiste dochodzenie jest Mariusz, stróż i taka złota rączka szkoły, absolwent liceum i również bohater jednego z prezentowanych slajdów. On też, jak pisałam, początkowo nieco przypadkiem, ale zostaje wciągnięty w dziwne zdarzenia, jakie zaczynają się dziać. 

Akcja dzieje się wartko i wciąż dowiadujemy się o nowych tropach. Jak to u Wójcika, nazwisk jest sporo, ścieżki postaci z kart książki przecinały się zarówno w przeszłości, jak i obecnie i trzeba pilnować tych bohaterów i ich nazwisk, żeby się nie pogubić. Ja już jestem w tym wyćwiczona i nigdy nie żartuję, że do kryminałów tego autora podchodzę z notesem i robię zapiski. 

Ktoś mógłby wywnioskować po lekturze „Kapsuły”, że w przeszłości nie powinno się grzebać. Że właśnie, co pochowane, niech pochowane zostanie i po co do tego wracać. Jednak ostatecznie to właśnie zupełnie przeciwstawne stwierdzenie można z tej książki wyciągnąć. 
Stare grzechy jednak powinny zostać ukarane, a winni powinni jednak ponieść karę. I to nie tylko w imię tak zwanej sprawiedliwości społecznej.

Moja ocena „Kapsuły” to 6 / 6. 

„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt”. Grady Hendrix.

 Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2025).

Przełożył Tomasz Bieroń.
Tytuł oryginalny Witchcraft for Wayward Girls.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To moja druga książka autora po pierwszej, którą byłam zachwycona, a była to wydana również w tym Wydawnictwie książka nosząca tytuł „Jak sprzedać nawiedzony dom”. Zarówno ta pierwsza, jak i ta, o której teraz piszę, są horrorami ale sądzę, że obecnie proza autora zachwyca mnie niekoniecznie za obecność horroru i wątków paranormalnych w tych książkach, a za warstwę społeczno-obyczajową w nich zawartą. Mówiąc szczerze, jak dla mnie mogłoby w książkach Hendrixa nie być żadnego straszenia czymś niezrozumiałym. Opisywane przez niego realia są wystarczająco straszne. 

„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” rozpoczyna się w momencie, gdy piętnastoletnia narratorka całej opowieści, Neva, jest wieziona przez ojca rodzinnym autem z Alabamy, gdzie mieszkała do tej pory aż na Florydę, gdzie panna Wellwood prowadzi (przejąwszy po zmarłym ojcu) dom dla nastolatek w ciąży. Jest rok 1970 i doprawdy, nie ma nadziei na to, że dowiedziawszy się o ciąży nastoletniej córki, rodzice usiądą z nią do stołu i na spokojnie omówią sytuację. W tamtych czasach rozwiązuje się „problem” w następujący sposób. Jeśli masz fart i końcówka ciąży córki przypada na okres wakacji, zawozisz ją do domu samotnej młodocianej matki, gdzie dziewczyna ma dotrwać do porodu. Wcześniej zrzeka się praw do dziecka, któremu załatwia się rodzinę adopcyjną. Brzmi jak bezduszny handel ludźmi? Cóż, w sumie wygląda na to, że czymś takim jest. Nieważne, że jest to załatwiane zgodnie z literą wówczas obowiązującego prawa. Według mnie brzmi strasznie i traumatycznie.
I takim też jest cały ten proceder. Dziewczęta trafiają w obce środowisko, gdzie wraz z innymi nieszczęśliwymi nastolatkami (dziećmi ciągle), oczekują na czas porodu i powrotu do domu. Podczas, gdy im odbiera się nawet dane osobowe (każdej z nich panna Woollwood nadaje odroślinne imię), ich rodzice mogą wreszcie odetchnąć, że córka nie przyniesie rodzinie wstydu. Obcym mówi się, że pojechała na dłuższe wakacje, pomaga chorej babci, zajmuje się nowonarodzonym dzieckiem jakiejś ciotki, ma długie wakacje na obozie teatralnym gdzieś tam. Najważniejsze to to, że nikt nie dowie się, że dziecko urodziło dziecko. 
Spytacie, gdzie w tym wszystkim są potencjalni tatusiowie? Och, pozbywają się problemu na równi z rodzicami dziewcząt. Młode przyszłe mamy zostają same ze swoimi zmartwieniami i sytuacją nie do odwrócenia i nieważne, że przez Stany Zjednoczone przeleciał już wiatr hippisowskiej wolności i wolnej miłości. Tam, gdzie to jest konieczne, młodość, miłość i wolność dostaje knebel raz na zawsze.  
Neva, w przytułku „ochrzczona” jako Fern, nawiązuje w nowym dla siebie miejscu znajomości i relacje z innymi oszołomionymi nagły zwrotem akcji życia, nastoletnimi mamami. 
I kiedy przydarza się im paru niezwykłe spotkanie z osobą podającą się za czarownicę, a sytuacja nabrzmiewa do bardzo poważnej, decydują się na nawiązanie współpracy z czarownicą, która jako jedyna traktuje ich problemy poważnie i usiłuje podać im jakieś rozwiązanie a przynajmniej-możliwości. 
Brzmi, jak możliwość poprawy sytuacji, która przydarzyła się w najbardziej odpowiednim momencie i niesie ze sobą szanse na powodzenie? Czy coś może pójść nie tak?

„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to książka, która, jak pisałam, pomimo, że ma elementy horroru, dla mnie jest jednak niezwykłym studium społeczeństwa amerykańskiego lat siedemdziesiątych, kiedy to w sytuacji, w jakiej znalazły się bohaterki, jedyna opcją wydawała się właśnie tak. Oddanie nieletniej do takiego przytułku, gdzie dziewczyna urodziła i skąd adopcyjni rodzice mogli odebrać dziecko. 
Po raz kolejny zachwyciłam się tym, jak Grady Hendrix pisze warstwę społeczno obyczajową, jak doskonale dawkuje nam, czytelnikom, emocje i jak ich nie nadużywa. Jak świetnie opisuje relacje między bohaterkami i jak prawdziwe wydają się ich postaci. To też nie wyciskacz łez a zbliżony do reportażu wręcz opis tamtych realiów. Jest to też książka mocno feministyczna, tu mężczyznom bardzo się „obrywa” ( i akurat treść nie poddaje nam ani trochę możliwości obrony tychże), ale mimo, że akcja rozgrywa się tak dawno temu, jej wydźwięk jest mocno współczesny. 

Osobiście zamierzam traktować tę książkę jako właśnie bardziej społeczno obyczajową, niż horror, ale sądzę, że to już jest coś, co każdy z czytelników może sobie dawkować indywidualnie. 

Na uwagę zasługuje też moim zdaniem ciekawa okładka książki, zaprojektowana przez Tobiasza Zyska, która stylistyką nawiązuje do pierwszej książki Hendrixa, o której wspominałam, czyli do „Jak sprzedać nawiedzony dom”. Podoba mi się to, że można je traktować jako zaczątek porządnie wydanej kolekcji książek tegoż autora. 

Moja ocena „Czarownictwa dla zbłąkanych dziewcząt” to 5.5 / 6. 

„Emilka na falach życia”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Krajowej Agencji Wydawniczej. Poznań (1990). 
Przełożyła Maria Rafałowicz-Radwanowa.
Tytuł oryginalny Emily’s Quest.

Ostatnia z serii o Emilce. Czy może powinnam napisać, Emilii, gdyż w momencie, gdy kończy się książka, Emilia jest już po dwudziestce. Pisałam o tym w poprzednich wpisach dotyczących dwóch pierwszych części serii, Emilka „odkryta” została przeze mnie po latach i o dziwo, czytała mi się o wiele lepiej od Ani / Anne (tak, są pewne zbieżne „motywy”  w obu tych cyklach). 

„Emilka na falach życia” podoba mi się relatywnie najmniej z całej serii, ale i tak jestem ogromnie zadowolona, że po nią sięgnęłam p tylu latach i że podoba mi się zdecydowanie bardziej, niż wtedy, gdy czytałam ją po raz pierwszy. Tym razem poznajemy losy Emilki już po zakończeniu przez nią edukacji i rozwój jej literackiej kariery włącznie z opublikowaniem przez wydawnictwo jej pierwszej książki. A jak układa się życie uczuciowe tej młodej dziewczyny a później kobiety? Nie jest nudno, to z pewnością. 

Cieszę się, że sięgnęłam po Emilkę. Nie pamiętałam zbyt wiele z czytania jej jako dziecko, ale to może i lepiej, bo podeszłam do książek bez jakichkolwiek oczekiwań. 

Moja ocena to 5 / 6.