Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2026).
Przełożył Andrzej Flisek.
Tytuł oryginalny La memoria de l’arbre.
Ta książka jest jeszcze piękniejsza, niż podejrzewałam. I ogromnie dziękuję Osobie, która mi ją sprezentowała. Dawno nie czytałam tak pięknej, dobrej, delikatnej a jednocześnie mówiącej o rzeczach ciężkich, prozy.
„Pamięć drzewa” rozpoczyna się dwoma ładnymi i mądrymi cytatami i po jej zakończeniu kończy się takowym.
Podzielona na, nawet nie wiem, jak to nazwać, bo nie rozdziały, skoro potrafią zająć stronę, czasem kartkę lub półtorej, krótkie flashe, wspomnienia, urywki, spostrzeżenia, odczucia zapisane na kartce, wspomnienia, książka, która szczęśliwie nie jest nie wiadomo, jak obszerna, niesie ze sobą ogromny ładunek emocji.
Powiem tak, Panie i Panowie, Tina Valles napisała „moją” książkę. Już od dawna chodziło za mną napisanie czegoś podobnego i w formie i w treści. W formie krótkich wspomnień, które ubrałabym w słowa. Tu to się zdarzyło i mogę jedynie żałować, że nie wzięłam się za to wcześniej.
Autorka zatem ubrała w słowa wspomnienia narratora, dziesięcioletniego Jana. Takie urywki wspomnień, spraw, zdań z przeszłości osobiście nazywam „szufladkami wspomnień”, do których sięgam mniej lub bardziej intensywnie.
Gdybyście ujrzeli mój egzemplarz, gdyby położyć go na stole i spojrzeć, mieni się kolorami od karteczek indeksujących. Tyle myśli, słów wydało mi się ważnych i koniecznych do zaznaczenia (oprócz karteczek są też podkreślenia ołówkiem). To wielki dar autorki, że potrafi o sprawach ciężkich i trudnych pisać z czułością i delikatnością, nieco początkowo nie do końca wprost.
Barcelona, czasy współczesne i dziesięcioletni narrator, Jan. Pewnego dnia rodzice oznajmiają synowi, że babcia i dziadek zamieszkają z nimi. Teoretycznie dla dziecka, które ma z dziadkami świetny kontakt, to powinna być wspaniala nowina. I jest. Ale szybko widzi, że ta zmiana niesie ze sobą coś więcej, niż sprzedaż domu dziadków w Vilaverd i przenosiny do córki z rodziną.
Jan szybko orientuje się, że z dziadkiem coś się dzieje.
My domyślamy się, jako dorośli dość szybko, że dziadek choruje na najprawdopodobniej chorobę Alzheimera, ale chłopiec oczywiście tego nie wie. Wie natomiast, że i mama, córka dziadka i babcia i tata, który ma dobre układy z teściem, bardzo się czymś związanym z dziadkiem martwią.
Urzekła mnie metafora drzewa. Dziadek ma w swoich wspomnieniach ważne dla niego drzewo. Pamięta je z własnego dzieciństwa i minie trochę czasu, zanim Jan pozna z ust dziadka historię niezwykłej wierzby płaczącej. Wierzba została ścięta po tym, jak w czasie wyjątkowo silnej burzy została częściowo spalona po uderzeniu pioruna. Ale jej wspomnienie towarzyszy dziadkowi przez całe jego życie a z czasem, kiedy zaczyna stopniowo zapominać coraz więcej, to wspomnienie wysuwa się na plan pierwszy.
Odchodzące drzewo staje się zatem metaforą odchodzenia dziadka. Na razie głównie pamięci starszego pana, Joana, z czasem jak się domyślamy, również jego jako takiego.
O najtrudniejszych sprawach można pisać prosto i ten zabieg udaje się Valles zapewne dlatego, że na narratora opowieści wybrała właśnie dziecko. Ono nie bawi się w medyczne nazwy i technikalia, jego opowieści o codziennym powrocie ze szkoły z dziadkiem, o wspólnej z dziadkami grze w domino, o tym, jak żyje się po zmianie, to wszystko wprowadza czytelnika z łagodną akceptacją tego, co niestety, nieodwracalne.
To kolejna książka po „Listach doA. Mieszka z nami Alzheimer” Anny Sakowicz, w której to dziecko poznaje niestety, bardzo blisko, świat choroby bliskiej osoby. U Anny Sakowicz chorowała babcia, tu- dziadek. W obu przypadkach dziecko nie wie dokładnie, z czym właściwie przyszło się mierzyć zarówno bliskiemu, który choruje, jak i tak naprawdę wszystkim członkom rodziny.
„(…) Ale dziadek nie powiedział mi, że to dzięki pamięci jesteśmy tym, kim jesteśmy”, to zdanie pada w „Pamięci drzewa” i nie ukrywam, ogromnie mnie poruszyło. Czyżby więc to pamięć miała nas określać? To, jak wiele jeszcze pamiętamy z tego, co przeżyliśmy, co potrafimy, kim są nasi bliscy?
Czy pamięć przodków też na swój sposób nas kształtuje?
Cała ta książka przesiąknięta jest wręcz wzruszeniem. Ja nieraz miałam naprawdę mokre oczy (ładne określenie dla faktu spłakania się, prawda?). Jest taka scena „oszukiwania” dziadka podczas nakrywania do stołu. To, jak żona i wnuk działają, by starszy pan jeszcze nie odczuł do końca nasilającej się choroby, jest naprawdę mocno chwytające za serce.
Każdy z nas ma swoją wierzbę, którą utracił i której utrata uczy każdego z nas nieodwracalności pewnych procesów, godzenia się ze zmianami, godzenia się ze strata i odchodzeniem.
Nie wiem, czy Tina Valles przeszła z kimś bliskim proces choroby i stąd miała aż tyle spostrzeżeń i być może to to powoduje, że jej proza jest prawdziwa, nie jest niepotrzebnie dramatyczna, nikt tu nie epatuje niepotrzebnym nadmiarem nieszczęścia.
Jest to za to piękna opowieść o miłości. O rodzinie, o tym, że to ogromnie ważne móc na siebie wzajem liczyć w najcięższych chwilach.
„(…) Zamiast w głowie zachowuję to w sercu, bo tej pamięci nigdy nie stracę.
– I co jeszcze tam chowasz?
-Wszystko, co kocham, Janie.”
Jestem zachwycona tą książką i oczywiście,że zazdroszczę tym z Was, przed którymi jest jej lektura.
Moja ocena to oczywiście 6 / 6.
