„Okno z widokiem na Fuji”. Dominika Giordano.

 Podtytuł: Japonia-kraina szeptów i niedomówień.

Wydana w Helion. Gliwice (2025). Ebook.

Otrzymana na Święta książka doczekała się przeczytania i to, jak widzę, dość prędko, jak na moje możliwości i to, jak dużo różnych spraw wciąż się u mnie dzieje. 
W sumie sięgając po nią nie wiedziałam, czego się spodziewać. Co wiedziałam na pewno to to, że nie jest to żaden przewodnik.
Autorka to osoba, która przebywała w Japonii dwanaście lat, z czego siedem na stanowisku Konsula RP w Tokio. Można więc przyznać, że szczęśliwie wie, o czym pisze, bo kiedy przebywa się w jakimś miejsc dłużej, zwyczajnie poznaje się dane miejsce tak bardziej przyziemnie, od podszewki. 
„Japonia z widokiem na Fuji” to zbiór refleksji i spostrzeżeń Dominiki Giordano na temat kraju, w którym przebywała ponad dekadę. 
Okazało się, że sporą część spraw, o których pisze, wiem, więc nie było to w żaden sposób dla mnie jakąś nowością. Ale nie wszystko. Na przykład zaskoczyły mnie stwierdzenia o tym, jakoby Japonia wcale nie była takim imperium technologicznym, jak się może nam wydawać. Tu faktycznie, poczułam się zdziwiona. 
Jest jeszcze jedna kwestia, którą cieszę się, że autorka poruszyła, a mianowicie temat, o którym niedawno dosłownie tylko usłyszałam, takim „hasłem”, ale nie sięgnęłam wtedy po więcej, nie wiem w sumie, dlaczego, bo sam temat wydaje się być bezsprzecznie wart dowiedzenia się więcej, a mianowicie problem porwań rodzicielskich w tym kraju. 
Giordano jako konsul stykała się zapewne ze sprawami ciężkimi i sama o tym pisze, jak chociażby o sprawie Polki, która zwróciła się do niej o pomoc po tym, jak mąż w czasie, gdy wyjechała do chorej matki do Polski, oczyścił mieszkanie z mebli i wraz z córką wyjechał w nieznane jej miejsce nie odbierając telefonów od zrozpaczonej kobiety, która wróciła z Polski i zastała mieszkanie w stanie, o którym pomyślała, że padło ofiarą włamywaczy a z rodziną nie mogła się skontaktować. To nie ukrywam, temat, który teraz ogromnie mnie zainteresował i który chyba spróbuję zgłębić, chociaż jak sądzę, nie jest to ten z tematów, który ten kraj chciałby akurat najbardziej promować. Niemniej jednak, według mnie, jest ciekawy i wart poznania czegoś więcej. 

Jak napisałam na początku, sięgając po książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc może i dobrze, bo nie nastawiłam się nie wiedzieć, co. 
Na pewno na plus, bo to akurat nieczęste, brawo dla autorki za to, nie pisze o Japonii „na kolanach” i z tylko i wyłącznie zachwytem. Nie jest też tak, żeby nie było, że wylewa na kraj kwitnącej wiśni wiadro pomyj, ale ma przytomne, realne spojrzenie na ten kraj i nie ukrywa wad i mankamentów życia w nim. 
Ale też, to ciekawe, przypomina o uważnym spojrzeniu i pamiętaniu o tym, że to, co nam, Europejczykom, wydawać się może niekomfortową sytuacją, w tamtym kraju może uchodzić za coś pozytywnego. Różnice kulturowe jednak jak najbardziej mają się dobrze. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Wygrzebane”. Monika Plisecka.

 Wydane w lavapublishing.pl   Wrocław (2025).

„Wygrzebane” to tomik poezji, składający się z dwudziestu wierszy, który to tomik udało mi się wygrać w zabawie na stronie poetki na Fb. 
Nie ukrywam, że jest to dla mnie nowe nazwisko w świecie wierszy i taka wygrana jest odczuwaniem ekscytacji przed poznaniem nowego, połączonej z niepokojem, co, jeśli spotkanie się nie powiedzie. Na szczęście, już po drugim wierszu mogłam odetchnąć. Jak to mawiała Ania z Zielonego Wzgórza / Anne z Zielonych Szczytów, bywają tak zwane pokrewne dusze. Najwyraźniej i czyjeś słowa ubrane w wiersze mogą stanowić jakąś łączącą czytelnika z poetą nić czegoś na kształt takiego właśnie „pokrewieństwa dusz”.

Z jednej strony kocham czytać wiersze i często to podkreślam, ubolewając nieustannie, że wciąż czytam poezji za mało, z drugiej, nie lubię zbytnio o niej pisać. Dlaczego? Z biegiem lat mam wrażenie, że po prostu najchętniej czytam, wchłaniam i przeżywam ten gatunek literatury a nie po drodze mi z akademickimi rozkmninianiami tegoż. Poza tym, nieustannie mam wrażenie,że autor wierszy ma wrażenie, że ja, jako czytelnik, „wyjaśniam” mu to, co czuł gdy pisał dany wiersz. 

Napiszę jednak parę słów i to nie tylko o samej treści. Nie ukrywam, że jest dla mnie zaskoczeniem już sam tytuł tomiku, bo „Wygrzebane” brzmi dla mnie bardzo konkretnie, sucho, tak trochę jakby mocno konkretnie. I gdzie to ma się do poezji? Treść jednak szybko zweryfikowała moje zdziwienie i oto sądzę, że to trochę tak, że wiersze w tomiku (powstałe na przestrzeni kilkunastu lat) są tu potraktowane tak dualistycznie. Są bowiem „wygrzebane” z szuflady (lub pewnie prędzej elektronicznych zasobów) a kiedyś wcześniej, nieco to zabrzmi może zbyt surowo, „wygrzebane” z głowy w postaci myśli ubranych potem w słowa, emocji, które w wierszach znalazły ujście. I ja podczas lektury ku mojemu zdumieniu odkryłam wiele takich nagle wygrzebanych myśli i refleksji, nie wszystkie były tymi przyjemnymi, o nie! niektóre mocno uwierały, inne nawet zabolały, ale to chyba dobrze? poezja powinna człowiekiem poruszać, inaczej jakżeby się nią w ogóle można zachwycać?
Ogólny ton panujący w tomiku nie wydał mi się jakiś hura optymistyczny. A może inaczej. Nie ma tu jakiejś ironii, nie ma śmiechu przez łzy. Bywa więc mocno ciężko i boleśnie. Niestety. Ale, co zaskakujące (najbardziej dla mnie samej) nie jest to tomik, do którego nie chcę wrócić. Nie , nie. Odwrotnie. Teraz położę go sobie na mojej pokazanej na stronie blogu na Fb niedawno stretce książek przy łóżku, żeby się teraz te wiersze „przegryzły”, jak dobrze skonstruowana sałatka warzywna na święta i żebym w każdej chwili mogła do nich sięgnąć. 
Wreszcie, nie mogę nie wspomnieć o okładce, która przykuwa wzrok. Oto jakieś pole, przed nim łąka a po prawej stronie w tle typowe dla naszej szerokości geograficznej dość wysokie drzewa liściaste. Z lewej strony zdjęcia bardziej pośrodku widzimy idącą tyłem postać, sylwetka sugeruje że jest to kobieta w czarnej kurtce z kapturem narzuconym na głowę. Na pierwszym planie zaś widzimy biegnącego za postacią kobiety dość dużego psa. Ogólnie zdjęcie to od razu przywodzi mi na myśla naszej rodzinne wyprawy z psem przyjaciół, na które chodzimy rodzinnie podczas naszych wakacji na wsi, gdzie właśnie najchętniej spacerujemy sobie po takich terenach… Mój apel zatem „Więcej psiaków na okładki książek!” 🙂

Co do samych wierszy, to zrobiłam sobie ocenę każdego z dwudziestu podarowując mu notkę od 1 do 6, z czego 6 to oczywiście najlepsza nota, a następnie zliczyłam wyniki i tak oto wyszło mi, że siedem wierszy otrzymało ode mnie notę najwyższą, czyli 6 na 6. Dwukrotnie uznałam, że wiersz oceniam na 5.5 na 6. Pięć razy była to nota 5 na 6 i sześciokrotnie 4 na 6. Uważam to za bardzo przyzwoity wynik, tym bardziej, że ci, którzy mnie znają od lat wiedzą, że przy całej mojej sympatii do kogoś, piszę, jak czuję i jak to mówię, „jak jest” a nie kadzę, żeby komuś nie zrobić przykrości. Dorosły człowiek zresztą, publikując jakąś treść liczy się też przecież z jakąś krytyką. Albo z tym, że część tekstu spodoba się bardziej a część mniej. 
Natomiast uważam, że większość wierszy otrzymało ode mnie dobre noty i że jest to przede wszystkim dla mnie samej sygnał, że chcę sięgnąć po więcej wierszy pani Moniki Pliseckiej.

Wiersze, które otrzymały ode mnie notę 6 na 6 to: „O czasie”, „Tabula rasa”, „Życzenia”, „Stanowcze znaki zapytania”, „Sprawa osobista”, „Dzień Dziecka” i „Inaczej”.

Najbardziej i to tak ex aequo poruszył mnie wiersz „O czasie” i „Sprawa osobista”. Nieco dosłownie mniej – „Dzień Dziecka”. 
 Czym ujęła mnie poezja Moniki Pliseckiej? Szczerością? Prawdą, nawet jeśli boli? Modne jest teraz określenie „stanąć w prawdzie” (nie wiem doprawdy, kto wymyślił taki słowotwór), niemniej jednak poetce udaje się stanąć naprzeciwko zarówno samej siebie, jak i wspomnień lub tego, co bierzemy za wspomnienia (nie wiem, jak Wy, ale ja czasem zastanawiam się, co jest wspomnieniem a co przyjęłam za takie pod wpływem na przykład czyichś opowieści). Nie boi się też poetka ani tego, że zbytnio się odsłoni, ani tego, że dla kogoś te emocje będą „śmieszne”. Nigdy, żadne emocje wypływające z taką szczerością z człowieka nie mogą stać się przyczynkiem do śmiechu, bardziej zaś do refleksji i współodczuwania. 
Ja z pewnością ogrom tych słów rzeczywiście współodczułam i nawet, jeśli przypłaciłam to łzami, to uważam to za oczyszczający rodzaj Katharsis. 


Posłużę się jednym fragmentem z tomu, jest to fragment wiersza „O czasie” 


„(…) O czasie 
dowiadujemy się po czasie.
(…) 
To nie jest odkrywcze, 
ale ożywcze za to
i za tamto, czego już 
nie dogonisz – płać teraz.

Płacz. „


Mój kolejnhy apel na dzisiaj „Czytajmy więcej poezji! Czytajmy wiersze Moniki Pliseckiej!”.

Moja ocena tomiku „Wygrzebane” to 6 / 6.