Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2025).
Przełożyła Ewa Horodyska.
Tytuł oryginalny Death in Ambush. A Lost Christmas Murder Mystery.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Zawsze chętnie sięgam po kryminały dziejące się w okolicach lub w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego z chęcią sięgnęłam po ten i mimo, że niestety, nie udało mi się go skończyć przed samymi Świętami, to wciąż lektura była udana. Sama akcja książki kończy się też tuż przed Świętami.
Narratorką jest Liane Craufurd , zwana przez wszystkich Lee, która otrzymuje wraz z mężem zaproszenie do przyjaciółki Lee, Betty i jej rodziny na Święta Bożego Narodzenia. Ale zaproszenie jest już na paręnaście dni przed czasem celebracji.
Lee z zadowoleniem przyjmuje zaproszenie, mimo że jej mąż, który jest wojskowym, z racji zawodu dojedzie do towarzystwa dopiero na same Święta.
Betty ma całkiem okazałą posiadłość ziemską, w której mieszka z mężem i dwojgiem dzieci i zaraz po przybyciu Lee do niej, wprowadza przyjaciółkę w miejscowe towarzystwo.
W okolicy zamieszkała nowa kobieta, owiana tajemnicą pani Sonia Phillips, wdowa i Betty wpada na pomysł wieczoru z napojami mającym być czymś w rodzaju wieczorku zapoznawczego z tą panią.
Klimat ogólnie trochę taki znany z kryminałów Agathy Christie. Jest więc posiadłość na wsi angielskiej, kameralne towarzystwo. Osoby, które niby się zna i lubi albo wręcz przeciwnie. I jedna tajemnicza jednostka. Jest też jeden mężczyzna, którego nie darzył sympatią chyba nikt.
Lee podczas popijania drinków szybko orientuje się w tym, kto tu z kim dobrze żyje a kto się z kim kłóci, zresztą sama przyznaje, że ów pan, Sir Henry Metcalfe jest osobą, o której zwykło się mawiać, że naprawdę trudno go polubić. Zarozumiały, zbyt pewien siebie i zwyczajnie taki ostry w obyciu facet, dość nudnawy, nie zyskuje sympatii otoczenia, zwłaszcza, że w przeszłości jako sędzia, dał się poznać jako osoba bardzo surowa, żeby nie rzec, że zbyt surowa.
I oto okazuje się, że jakiś czas po owym wieczorku ów emerytowany sędzia umiera.
Wiadomo, że gdyby śmierć nie była podejrzana nie działaby się dalsza akcja książki więc i tak dzieje się w tym przypadku. Śmierć ta wydaje się na tyle niejasna, czy raczej powód jej jest niejasny, że wkraczają śledczy.
Lee, narratorka, okazuje się być osobą, która pomagała parę razy inspektorowi Hugh Gordonowi w jego dochodzeniach, oczywiście bardzo prywatnie i nieoficjalnie, i ku jej radości w zaistniałej sytuacji to Gordon właśnie zostaje przysłany na prowincję, by pomóc rozwiązać zagadkę zbrodni.
To taki kryminał z gatunku „przytulnego”, miła miejscówka, przygotowania do Świąt, za oknem kolejna śnieżyca, osoba ofiary jest na tyle paskudna, by nie wzbudzać ogromu łez u czytelnika, że skończyło się tak, jak się skończyło.
Osobę sprawcy natomiast chyba dość łatwo i szybko jest wydedukować, ale też jak na książkę, która według mnie jest idealna jako niezobowiązująca i mimo tego, że kryminał, jako lekka lektura pod choinką, nie jest to jakiś wielki zarzut.
Moja ocena to 5.5 / 6.
