„Nie przyszedłem pana nawracać”. Jan Twardowski.

 Wydana w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej. Warszawa (1992).

Zbiór wierszy ulubionego poety mojej Mamy, po który sięgnęłam w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama” (kto pamięta, że takowy powstał? i że go sobie, jak widać kontynuuję?). 
O poezji jest mi niełatwo pisać, to raz, nawet nie lubię,bo zawsze mam wrażenie, że ją na swój sposób „spłycam”. Po prostu albo wiersz do mnie trafia i coś tam we mnie porusza, albo nie. Dodatkowo, trudno mi jest się odłączyć od emocji i subiektywnych wrażeń. A z samym Janem Twardowskim mam relacje mieszane. Bo też wcale nie jest tak, że wszystkie jego wiersze mnie zachwycają. Ale też są takie, które bardzo lubię. W tym osławiony „Śpieszmy się”. Temu wierszowi zrobiono akurat lekką krzywdę używając go nadmiernie lub i może nie, ale zwyczajnie, mam wrażenie, że przez nadużywanie już nikomu nie chce się skupić nad tym, co opisuje. A jest naprawdę mocny i prawdziwy 😦 Osobiście mam z nim jeszcze inne związane wspomnienie, bo był to chyba ulubiony wiersz autorstwa Twardowskiego mojej Mamy, to raz. Dwa, na niedługo przed tym, jak trafiła do szpitala miałyśmy ze sobą jakąś przedziwną (dla mnie wtedy, po miesiącach wciąż dźwięczy mi ona w uszach, ale już z jakimś tam zrozumieniem?) na temat tego, co po nas zostaje. I trochę tak, jak w tym wierszu,  sparafrazuję za poetą, zostaną po nas buty i telefon głuchy. Oraz, tu już dokładny cytat, „(…) najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje”. 

Mój egzemplarz to mój prezent Bożonarodzeniowy dla Mamy z roku 1992. W dodatku wydrukowany źle. Co odkryłam sama teraz, kiedy czytałam zbiór na dwie raty. Pierwszy raz sięgnęłam po „Nie przyszedłem pana nawracać” jeszcze przed wakacjami i to chyba dość dawno przed, wróciłam niedawno i podczytywałam. A na czym polega owo złe wydrukowanie zbioru? Ano na tym, że po Nocie wydawcy pojawia się na nowo wydrukowanych parę wierszy, które były pod koniec tomu. I nie, nie są to żadne skorygowane przez samego Jana Twardowskiego wiersze, po prostu błąd wydawniczy. Słowem się moja Mama nie zająknęła nigdy o tym, co tylko pokazuje, jakim była człowiekiem. Cieszył ją gest, prezent ode mnie, doceniła, że mimo, że wtenczas nie lubiłam Twardowskiego zbytnio (tak tak, miałam taki etap, że nie rozumiałam, czemu moja Mama się zachwyca jego poezją), to dla Niej ten tom kupiłam wiedząc, że Ją ucieszy. A jak w owej Nocie wydawniczej zostało podkreślone, do czasów tego wydania był to najobszerniejszy zbiór wierszy Twardowskiego.

Tu miałam niesamowitą poetycko emocjonalną drogę śladami Mamy. Wiersze, które sobie pozaznaczała karteczkami indeksującymi i nowe karteczki, które przylepiłam ja sama. I to pytanie na początku tomu, czy w którymkolwiek miejscu pojawią się dwie karteczki? Nie wiem, jak to traktować, co o tym sądzić, ale pojawiły się w oznaczeniu jednego, jedynego wiersza. Jeden jedyny wierdz zrobił na nas obu takie same wrażenie. Jak ktoś chce, może się zastanowić, który to wiersz i napisać w komentarzu. Będzie mi miło. 

A sam zbiór zawiera wiersze, które po opisują poetę jako księdza-poetę. Czyli wszystkie swoje troski, refleksje dnia codziennego i swojego powołania przekuwa on na biały wiersz. Jak wspomniałam wcześniej, nie wszystkie mi się podobają tak samo, są też takie, które jak dla mnie są wręcz lekko infantylne. Ale wśród nich jest naprawdę sporo, które do mnie przemówiły i skłoniły do refleksji. 
Te, które zyskały znacznik to: ” Który…” , „Odpowiedzi” , „Sprawiedliwość” (ze zbioru „Znaki ufności”), „Na wsi”, „Jak się nazywa”, „Żal” dedykowany Zofii Małynicz, „Śpieszmy się” dedykowany Annie Kamieńskiej (ze zbioru „Poezje wybrane”), „Płacz” (ze zbioru „Wiersze nowe”).
Spojrzenie na świat księdza Jana Twardowskiego albo się „kupuje”, albo nie. Mnie o dziwo, zajęło trochę czasu, żeby w ogóle mieć ochotę sięgnąć po Jego wiersze (sięgnęłam już wcześniej, niż teraz, oczywiście) i żeby się w nie zagłębić. 

Ten tom otrzymuje moją notę 6 / 6. 

„Język Trolli”. Małgorzata Musierowicz.

Wydana w AKAPIT PRESS. Łódź. Niestety, po raz kolejny w tym miejscu wydawniczym nie jestem w stanie wyczytać z książki, w którym roku została wydana.

Czytałam ją dawno temu, tak sobie mi się podobała wówczas, pewnie ze względu na motyw ważny dla tytułowej bohaterki. Niemniej jednak wpadła mi w ręce i pomyślałam, że chętnie się skonfrontuję z własnymi ledwo już wyraźnymi, ale jednak, wspomnieniami na jej temat.
No więc szczerze, dalej tak sobie. Są momenty, które mi się podobają ale są całe fragmenty, które zupełnie nie mam pojęcia, po co zostały niestety napisane (tak, mówię o drodze w korku na koncert, który w rezultacie i tak został odwołany).
Na plus postać Józinka, fajnego, rezolutnego dziewięciolatka, który ma mocno żywiołową i decydującą za wszystkich w rodzinie mamę, którą jest Ida (ongiś moja ulubiona bohaterka Jeżycjady). Józef, zwany przez rodzinę ku swemu utrapieniu Józinkiem, jest zafascynowany Staszką Trollą, którą poznał przez przypadek w szkole. Jego podstawówka bowiem połączona jest z gimnazjum, a tam chodzi Trolla.
Postaci dziewczyny nie udało mi się polubić nawet pomimo jej stanu zdrowia, niestety, nie budziła we mnie sympatii. Nawet Ignacy, kuzyn, z którym wojuje Józinek i którego nie wiem, czy celowo autorka zrobiła okropnym dzieciakiem, nie budził we mnie niechęci. Ot, dzieciak, który jest przeintelektualizowany i nie wydaje się to (przynajmniej mnie) absolutnie szczere, ale jest wciąż dzieckiem i przynajmniej w końcu tej książki jest dla chłopa nadzieja.
Jak dla mnie niestety, przegadana książka, jak również przecierałam oczy i wspomnienia własne. Akcja dzieje się w 2003 roku, dobrze pamiętam realia ówczesnej Polski i owszem, wciąż się różne rzeczy działy, jak to w naszym pięknym kraju nad Wisłą się zawsze działy , dzieją i dziać będą ale serio, tak źle, jak można by wyczytać z książki to z pewnością nie było.
Niestety, „Język Trolli” to już taki spadek (według mnie, oczywiście) tego, co kochałam w poprzednich częściach. I takie już coraz mocniejsze polaryzowanie „my-oni”.
Książkę miał przeczytać mój Syn, ale przyznam, że raczej Mu jej nie polecę a bardziej mu ją opowiem, bo chyba nie chciałabym, aby tak kojarzył moją jedną z najulubieńszych kiedyś autorek (której wczesne książki, co wiedzą ci, którzy regularnie czytają moje wpisy, czytam i wielbię wciąż i nieustannie).
I nie, nie podoba mi się, jakiego potwora autorka zrobiła z ongiś sympatycznego faceta, jakim był Pyziak.

Moja ocena to 4 / 6.

„Między pierwszą a kwietniem”. Krystyna Siesicka.

Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Warszawa (1989).

Idę jak burza w książkach z dawnego czytania za dzieciaka i młodzieży i teraz nadszedł czas tej książki. Przyznam, że o ile „o co chodzi” w przypadku „Zapałki…” pamiętałam ogólnie, to tu chwilę mi zajęło, dopóki sobie nie przypomniałam intrygi.

A sama książka, cóż, przejmująca. Według mnie Siesicka jak mało kto potrafiła sobie poradzić w przedstawieniu solidnej treści na niewielkiej objętości. Jednym słowem, nie lała wody. Dla mnie to ogromna zaleta, już wyrosłam z zachwycania się książką na zasadzie, „im grubsza, tym lepsza”.
Narratorka to Justyna, orientujemy się szybko, że jest chwilę po rozwodzie z mężem Anglikiem, dla którego wyjechała dwadzieścia lat wstecz z Polski zostawiając tu pięcioletnią córkę.
Akcja zaczyna się w chwili, gdy Justyna wraca do Polski i ma na czas przejściowy, zanim załatwi sobie pracę (jest dobrą lekarką) ma mieszkać u córki i zięcia, którego osobiście nie zna. Relacja z córką trwała do tej pory niestety, jedynie via listy i można się domyślać, że lekko to pierwsze po latach spotkanie nie przebiegnie. Zgodnie z podejrzeniami, nie przebiega, a potem jest już tylko ciężej.
Bardzo ciekawa książka, zupełnie mi z pamięci wyleciała, kiedy ją brałam z domu rodzinnego w ogóle nie wiedziałam, o czym jest. Sądzę, że jak napisała mi jedna z osób w pewnej grupie książkowej we wpisie o „Zapałce…” , warto do niej sięgnąć będąc już samą w wieku o wiele bardziej zbliżonym do wieku głównej bohaterki, niż kiedy się ją czytało pierwszy raz.
Mnie dodatkowo zawsze zajmuje motyw relacji matka-dziecko, szczególnie matka-córka i tu to dostałam, chociaż nie powiem, była to jazda bez trzymanki. Ale warto, warto jest po tę książkę sięgnąć albo po raz pierwszy, albo podobnie, jak ja, na zasadzie przypomnienia jej sobie po latach.

Moja ocena to 6 / 6.

Dylogia…

…czyli „Zapałka na zakręcie” i „Pejzaż sentymentalny” Krystyny Siesickiej. 
Powrót do „Zapałki na zakręcie”, którą to lubiłam w nastoletnich latach i czytana przeze mnie pierwszy raz książka „Pejzaż sentymentalny”, która to, jak pisze na okładce sama Siesicka, powstała na prośby czytelniczek, chcących wiedzieć, czy Mada i Marcin byli razem i jak potoczyły się ich losy. 

„Zapałka na zakręcie” u mnie to wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w 1991 roku  w Warszawie książka, która jak pamiętam z tamtych czasów jej wydania, cieszyła się powodzeniem wśród młodych czytelniczek. Wczoraj w pewnym książkowym miejscu spotkałam się z jej krytyką, ale moim zdaniem książka jest dobra, przynajmniej nie widzę w niej jakichś większych błędów. 
Nie chcę tu pisać streszczenia, a jedynie opisać główne motywy. Mada z siostrą Alą i mamą spędzają co roku wakacje letnie w Osadzie. Corocznie mają tam swoją paczkę znajomych a w roku, w którym zaczyna się akcja książki, w Osadzie pojawia się tajemniczy ON. Marcin, jak się potem okazuje, ze swoją matką spędza tam czas po jakimś wyjątkowo ciężkim dla obojga, roku. Madę chłopak intryguje i nie daje jej spokoju, głównie tym, że nie chcę wyraźnie bratać się z jej towarzystwem. A Mada nie lubi, kiedy ktoś ją ignoruje i postanawia się z nim poznać. Poznaje się i potem nawet coś się zaczyna między tą dwójką dziać. 
My  jako czytelnicy akcję i to, czemu i Marcin i jego matka skrywają sekret, dowiadujemy się z narracji samego Marcina, bowiem tak skonstruowana jest ta książka, znamy narrację Mady i chłopaka. Nachodzą one na siebie w pewnym momencie i prowadzą do nieuchronnego dramatycznego zakończenia. Krystyna Siesicka książkę zatrzymała w urwanym momencie, ale dała wyraźnie otwarte zakończenie i tak zwane zielone światło dla tej dwójki. 


„Pejzaż sentymentalny” zaś mam wydany w Akapit Press, niestety, przedziwna nota redaktorska nie ujawnia mi, jaki to rok, przyjmijmy, że wczesne lata dwutysięczne, bo autorka napisała rok ukończenia książki, jest to 1999. 
I ta książka rozpoczyna się w Osadzie, do której jedzie z synem Mada. Dorosła już kobieta a i sam syn nie malutki, już uczeń ostatnich licealnych lat, tak przynajmniej zrozumiałam.  I znowu jest dwugłos narracji, Mady i Marcina. Autorka nie zmieniła za wiele w konstrukcji tej opowieści, bo znowu obie narracje początkowo pojedyncze, z czasem znajda wspólną ścieżkę i zaczną się splatać w całość. Cóż, spoiler dla tych, którzy nie czytali „Pejzażu sentymentalnego” a nie będzie dla nich problemu, aby się dowiedzieć, jak potoczyły się losy tych obojga. Nie, nie zostali ze sobą na całe życie, rozstali się wkrótce po „Zapałce…”, ale też ponownie w „Pejzażu sentymentalnym” mają się spotkać na samym końcu książki i znowu Krystyna Siesicka zostawia otwarte zakończenie i możliwość, cóż, kto wie, może powrotu do siebie tej dwójki? W końcu mam wrażenie, że przynajmniej jedno z tej dwójki uważa, że jednak byli sobie przeznaczeni. A jeśli można przeznaczeniu pomóc, to czemu by nie?

Ciekawie czytało mi się i po raz kolejny „Zapałkę…”, gdzie tym razem wyostrzyłam się zdecydowanie na obie mamy w książce, mamę Mady i Marcina, oczywiście i ich podejście do perypetii mlodych, ale też zdecydowanie dużo czytelniczej przyjemności miałam nad „Pejzażem sentymentalnym”. 

Moja ocena to „Zapałka na zakręcie” 6 / 6 i „Pejzaż sentymentalny” 6 / 6. 

„Spotkanie nie wiadomo z kim”. Ewa Nowacka.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1987). 

Powroty do książek z dzieciństwa i młodości mogą wyglądać różnie. Moje, jak do tej pory, okazały się świetne i nie inaczej jest z tym zbiorem trzynastu opowiadań. 
Egzemplarz mojej książki jest okropnie „zaczytany” ale to tylko świadczy o tym, jak często do nich wracałam. 
Tym razem byłam ogromnie ciekawa, jak mi się ten powrót spodoba, tym bardziej, że zapomniałam wcześniej, że Ewa Nowacka jest autorką innej książki, którą w dzieciństwie uwielbiałam i do której z powodzeniem wróciłam parę lat wstecz a mianowicie „Małgosia contra Małgosia”.

„Spotkanie nie wiadomo z kim” to jak napisałam, zbiór opowiadań o młodzieży lat siedemdziesiątych i wczesnych lat osiemdziesiątych. Ta opisana wówczas młodzież ma dzisiaj około sześćdziesięciu lat! Przyznam, że właściwie, gdyby dodać nieco naszych ugododnień takich, jak telefon komórkowy, czy komputer, to opowiadania te jak najbardziej są dalej świetne i absolutnie nic się nie zestarzały. 
Bo czy i obecnie dorastający ludzie nie pragną mieć koło siebie kogoś? Czy teraz nagle przestali mieć problemy z nauką? Z relacjami z rodzicami lub z rówieśnikami? Nagle nie skończył się problem rozwodów rodziców i końca jakiejś epoki dla dorastającego człowieka. Jednocześnie dużo tu tak pomiędzy słowami o relacjach w rodzinie, wśród rówieśników, pierwszych zauroczeń, które potrafią młodą osobę dosłownie oszołomić. W tle dyskretnie, ale bez oszukaństwa, klimat schyłku PRL, niekończące się kolejki często prowdzące do już pustej lady, brak towarów, radość z najmniejszej zakupionej rzeczy, która może człowieka nieco ozdobić. Jest też przebój MAANAMU czy wiersz Wisławy Szymborskiej, tak, bez namolności, zapewne dlatego, że nie celowo przecież, świetnie ukazane są szare i ponure schyłkowe lata poprzedniego ustroju w Polsce. 

Wśród tego zbioru właściwie niemal każda z krótkiej formy na swój sposób mi się podobała. Najmniej, ciekawe, ostatnie opowiadanie, które dało tytuł zbiorowi. 
Mam też parę ulubionych. Pierwsze to „Odjazd-szósta dziewiętnaście” o nawiasem mówiąc, mojej imienniczce, która to przeforsowała  w domu z trudem decyzję o podjęciu nauki nie w położonej bliżej rodzinnej wioski krawieckiej szkole zawodowej a o rozpoczęciu nauki w liceum. W ogóle, to w tym zbiorze często bohaterowie pochodzą z mniejszej miejscowości bądź ze wsi i nie mają tak łatwo z możliwością podjęcia nauki, jak ich rówieśnicy z większych miast. Dojazd do technikum czy liceum nie jest trywialny, często młodzież jeździ do szkoły albo PKS-em o szóstej rano albo nawet wcześniejszym kursem (zapewne przeznaczonym głównie dla pracowników fabryk).Maria Dąbrowska, uczennica już trzeciej klasy liceum podróżuje właśnie do szkoły wiedząc, że jej autobus na pewno dotrze do miasta spóźniony. Póki jej wychowawczynią była wyrozumiała nauczycielka, jakoś darowała dziewczynie spóźnienia, wiedząc, że wynikają one nie ze złej woli Marii, ale w tym roku nauczycielka się zmieniła i oto ta nowa wychowawczyni jest surowa i ogromnie pryncypialna. Przyznam się, że zapomniałam zakończenia opowiadania i niemal ogryzałam paznokcie z nerwów towarzysząc dziewczynie w jej opóźnionej drodze do szkoły a następnie w gabinecie dyrektorki szkoły. Uroniłam też na końcu łzę, tak.
Młodzież opisana w opowiadaniach często nie ma rewelacyjnej sytuacji materialnej. Ich rodzice zmagają się z dogorywającym ustrojem, który niesie ze sobą chociażby wieczne braki w sklepach i niemożność ich sensownego zaopatrzenia. Ale mimo tego młodzi ludzie rozumieją to i pomagają swoim bliskim, o czym też jest fajne opowiadanie noszące tytuł „Trochę szczęścia na kartki”, gdzie dwójka młodych, Agata i Krzysztof podróżuje współnie po mieście w poszukiwaniu towarów, ktore potrzeba jest kupić. Nie powiem, też się przy nim nieco wzruszyłam. 
A już bardzo i wzruszyłam i uśmiechnęłam się podczas lektury opowiadania noszącego tytuł „Kolorowe sny”. W nim to pokazane jest, jak nastolatkami silnie rządzą emocje i czasem źle zrozumiane zdarzenie może uruchomić lawinę następujących po sobie błędnych decyzji. No i w tym opowiadaniu bardzo podkreślone jest, jak dobrze jest mieć młodszą siostrę.

Jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, opowiadania bardzo lubię, czytam je chętnie i bez oporów a jak sądzę, może to też wynikać z tego,że były w moim czytelniczym życiu takie zbiory obecne od zawsze. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Prawy zabójca”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie CZARNA OWCA. Warszawa (2025). Ebook.

Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginalny „Ung mans fard mot natt”.


Kontynuacja opowieści o śledczych Gunnarze Barbarottim i jego partnerce zarówno w życiu, jak i w pracy, Evie Backman.

Tym razem od początku my, czytelnicy, znamy sprawcę zbrodni. Do tej wiedzy powoli muszą dojść śledczy. A zaczyna się tak, surowy, nieprzyjemny nauczyciel WF wystawia jednego wieczoru końcowe oceny przed letnią przerwą. Zamawia do tej nielubianej roboty pizzę i kiedy otwiera drzwi dostawcy… Ale nie, nie będę streszczać.
Faktycznie ,jak piszą osoby, które czytają tę serię Nessera, po paru gorszych częściach, ta wydaje się być lepsza. W książce wyraźnie widać, że autor źle znosi sytuację geopolityczną na świecie, czemu daje wyraz poprzez myśli i refleksje Barbarottiego. Tak więc jest dodatkowo ponury klimat, bo Nesser nie szczypie się w język, co teraz jest takie popularne, zwłaszcza od jakiegoś czasu w tak zwanych szeroko pojętych, mediach społecznościowych.
Ja jestem wierną miłośniczką krynimałów autora i chociaż widzę, że nie znam z dwóch wcześniejszych części, to ucieszyłam się, że jest coś nowego i to chyba faktycznie lepszego, niż poprzednie parę czytanych przeze mnie. Jest tu też, jak mówię, wiele odniesień do współczesności i tym, czym najwyraźniej „żył” autor (jak przypuszczam, jak całkiem spora część z nas), czyli sytuacja po pandemii czy to, że akcja rozpoczyna się w maju 2022 więc doskonale wiemy, co wydarzyło się w lutym tamtego roku. Ogólnie, to klimat jest według mnie mocno ponury i przybijający, ale czyż w sumie większość książek Nessera takiego właśnie klimatu nie posiada? Jako, że lubię kryminały tego autora, więc niemal każdy czytałam (okazuje się, jak zerknęłam na listę, że nie wszystkie części Barbarottiego znam, ale to może kiedyś do nadrobienia). Tymczasem cieszę się, że ta okazała się dobra, pomimo, jak wspomniałam ponurego i przybijającego nastroju.

Moja ocena to tym razem 5 / 6.

Książki, które czytałam w wakacje i…

 …obecnie. 
U mnie, mimo, że miałam zupełnie inne plany książkowe, ostatecznie w wakacje i tak skończyło się na kryminałach (niespodzianka, prawda?). 
W wakacje, już o tym wielokrotnie pisałam, niezbyt mam dużo czasu na lekturę. Właściwie to chodzi mi bardziej o czas wyjazdowy, nie że całe dwa miesiące czytam mało. 
Ale na wyjazdach zajmuje się czymś zupełnie innym i bardzo dobrze. 
No, ale coś tam było poczytane. Wspominałam parę miesięcy temu, że zaczęłam znajomość z książkami Horsta i norweskim śledczym, Williamem Wistingiem. Chociaż nie czytam chronologicznie, nie przeszkadza mi to (chociaż sądzę, że pewnie lepiej byłoby zachować kolejność, jeśli ktoś tak woli). W sumie od maja, kiedy zaczęłam czytać książki Horsta, przeczytałam następujące tytuły z tej serii o Wistingu: „Kod Kathariny”, „Jaskiniowiec”, „Sprawa 1569”, „Ślepy trop”, „Susza”, „Bez granic”, „Zdrajca”. Zamierzam czytać kolejne tomy, mam jeszcze dwie nieczytane książki na czytniku. Jednak robię pomiędzy nimi przerwy i tak oto niedawno znalazłam korzystną promocję na „Miasto burz” Michała Śmielaka (kontynuacja śledztw Brunona Kowalskiego). Tym razem w Sandomierzu rządzą nie tyle mgły, co burze i akcja książki toczy się na dwóch planach czasowych, które się oczywiście, łączą, współcześnie i w 1986 roku. 
A teraz zaczęłam (wczoraj dopiero) chwaloną, przynajmniej z tego, co do tej pory o niej czytałam, najnowszą książkę kryminalną Hakana Nessera pod tytułem „Prawy zabójca”. 
Przy okazji, oczekuję na naprawienie się mojego ukochanego serwisu książkowego, jakim jest Biblionetka. Umknęło mi w lecie, że mają tam problem a tu widać, problem jest wciąż. Mam nadzieję, że osoby, które mają serwis postawić na nogi dadzą radę, bo przyznam, że to miejsce, to kawał mojego czytelniczego życia. 

A co Wy teraz czytacie? Podzielcie się tytułami, proszę. 

„Między książkami”. Gabrielle Zevin.


  Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Łukasz Witczak. 
Tytuł oryginalny The Storied Life of A.J. Fikry. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Dawno nie miałam tak, że nie chciałam odłożyć czytanej przeze mnie książki. Od dawna nie mam możliwości (ani ochoty) czytać niemal bez przerwy. A tu, zdarzyło się coś niesamowitego! dokładnie tak było. Nie mogłam się od „Między książkami” oderwać! Wspaniale, że ta książka nie udaje innej, niż jest. A jest historią księgarza z małej wyspy Alice Island (gdzieś w Stanach Zjednoczonych). 
Księgarz to wdowiec od półtora roku. Nazywa się Ajay Fikry i jego historię poznajemy w chwili, gdy przedstawicielka niewielkiego wydawnictwa przybywa do niego z ofertą książek po tym, jak poprzedni marketingowiec zmarł. Początkowo nie wychodzi to dobrze, Ajay zbywa młodą kobietę i zostaje sam obwarowany, niczym samotnik w wieży, do której nikt nie ma dostępu. Nie chce zbytnio utrzymywać kontaktów z ludźmi, po skończonym dniu pracy wraca do siebie, gdzie może pławić się w swoim smutku do woli. Do dnia, gdy coś zostaje mu skradzione i coś, czy raczej Ktoś, zostaje mu podarowany. A jest to chwila, w której ktoś skradł cenny egzemplarz książki Poego, a chwilę później w życiu Ajaya pojawia się niesamowita dwunastolatka, Maja.

 
Bywają momenty przełomowe w życiu człowieka i dla smutnego, przygnębionego i wręcz zgorzkniałego po tragicznej śmierci żony, Ajaya , malutka Maja, to jak zrządzenie losu, które wyprowadzi go na prostą. 

Do tego cały klimat książki jest cudowny. Nie, nie, nie obawiajcie się, to żaden słód i miód, żadne malowanie trawy na zielono, czy lukier, aż zgrzyta w zębach. Życie jest tam wciąż realne i słodko-gorzkie. Natomiast jednak jest, jak wspomniałam, piękny, cudownie kojący klimat całości. Być może dlatego ( cenię sobie zmianę tytułu przez polskiego tłumacza), że tak, wszystko to dzieje się między książkami, wśród książek. Nie tylko z powodu samego miejsca, stacjonarnej księgarni, której właścicielem jest Fikry, ale również z powodu skradzionego białego kruka, dlatego, że ludzie tam rozmawiają o książkach, że to, że poznają bliżej Ajaya powoduje, że dzieje się wiele książkowych, ogólnoliterackich lokalnych inicjatyw. Zazdrościłam Ajayowi i jego przyjaciołom. Nie, nie uważam, że każdy MUSI czytać, ale o ileż by milsze było moje życie, gdybym z większą ilością osób mogła właśnie o książkach porozmawiać. Dodatkowo bonusem są listy Ajaya do Mai, w których pisze on o tych opowiadaniach, które z różnego powodu są dla niego osobiście istotne. Nie wiem, jak Wy, ale ja wprostu uwielbiam dowiadywać się o tym, co czytają moi znajomi. I nawet jeśli lista książek nam się nie pokrywa, to zawsze coś zostaje w pamięci, w głowie, nawet nowe nazwisko, czy tytuł. 

Jak wspomniałam powyżej, to nie jest żadna bajka dla dorosłych, to jakby nie było, po prostu opowieść o życiu człowieka, któremu wydawało się, że już wszystko co dobre jest za nim, minęło bezpowrotnie, a któremu przydarzyła się iskierka nadziei, która rozpaliła radość i chęć do życia i promieniowała na więcej osób, niż sam Ajay.

Jeśli macie chęć na coś dobrego, nie jakoś niesamowicie jak wydumanego, ale coś, co Was pokrzepi, sprawi, że się uśmiechniecie, poczujecie się dobrze i szczęśliwie, a nadto książki to ważna część Waszego życia, „Między książkami” to jeden z tych wyborów, który naprawdę szczerze mogę Wam polecić. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jedna wrona smutek wróży”. Christopher Barzak.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożył Paweł Wieczorek. 
Tytuł oryginalny One for Sorrow. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Muszę przyznać, że kiedy czytałam zapowiedź książki „Jedna wrona smutek wróży” nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Czy to będzie klasyczny horror, czy może bardziej psychologiczna książka z mocnym motywem obyczajowym? Sięgałam więc nie wiedząc do końca, czego się spodziewać i w sumie, to otrzymałam wszystkiego po trochu. 
Narratorem książki jest piętnastoletni Adam McCormick, który mieszka w domu z matką, ojcem i o dwa lata starszym bratem Andym. Ich rodzina ani się wyróżna na tle innych, ani nie. Albo inaczej, obawiam się,że rodzin takich, jak Adama jest całe mnóstwo. Ludzie mieszkający ze sobą razem pod jednym dachem a żyjący jakby obok, a nie razem i nie oferujących sobie zbyt wiele wsparcia. 
Andy dokucza młodszemu bratu, któremu w szkole wiedzie się lepiej i ogólnie wydaje się być bardziej radzącym sobie w życiu człowiekiem, a rodzice wiecznie drą koty. Po jednej z kłótni z ojcem, matka wsiada do auta i niestety, w wyniku wypadku spowodowanego przez pijaną mieszkankę ich miasta, traci czucie w nogach i ląduje na wózku inwalidzkim. 
Niemal w tym samym czasie dzieje się ta wiele w życiu piętnastoletniego bohatera. Jego matka zostaje sparaliżowana, ojciec nie radzi sobie z tym wszystkim, brat mu dokucza, w domu coraz częściej pojawia się kobieta, przez którą mama została sparaliżowana. Dodatkowo miasteczko obiega sensacja i dramat, kiedy zostają znalezione zwłoki rówieśnika Adama. Jamie Marks został znaleziony przez rówieśniczkę, Gracie Highsmith, kiedy ta wybrała się poszukać jakichś ciekawych okazów do swojej kolekcji geologicznej i natknęła się na prowizoryczny grób zamordowanego nastolatka.

Adam właściwie niemal nie znał Jamiego, ale o dziwo, po śmierci chłopaka, czy może raczej po odnalezieniu ciała nastolatka, Jamie zaczyna odwiedzać Adama. 
I tak rozpoczyna się przedziwna więź, związek oparty właściwie jak dla mnie na nie do końca wyjaśnionych powiązaniach. Bo uwierzyłabym może w to silniej, gdyby wcześniej obaj chłopcy byli przyjaciółmi. Gdyby coś wcześniej ich łączyło. Ale nie. Znali się i to w sumie dość przelotnie, ze szkoły. A mimo to akurat jego i byłą dziewczynę, zmarły chłopiec wybiera sobie na tych, których odwiedza już po swojej śmierci. 

Jak wspomniałam, nie przekonała mnie ta sytuacja na tyle, abym zrozumiała, czemu właściwie to akurat McCormicka wybrał sobie na „pośmiertnego” przyjaciela Jamie. 
Wydaje mi się natomiast, że na swój sposób mogła to być forma pokazania traumy i niemożności poradzenia sobie ze zbyt dużą ilością problemów, jakie spadły na Adama dość znienacka. 
Dochodzi do tego fakt, że rodzina niezbyt była w stanie zaoferować sobie pomoc nawzajem i takie odnosiłam wrażenie, jakby każdy żył w tym domu totalnie sam, samotnie, solo. Gdzie w tym miejsce na pomoc komuś, kto został przygnieciony nadmiarem zmartwień? 

Cała książka przesiąknięta jest dusznym, mrocznym klimatem, opisując to, jak rozwija się więź, niezwykła przyjaźń Adama i Jamiego. 
Dochodzimy też w końcu do momentu, w którym wszystko zostaje postawiona niemal na ostrzu noża. I Adam jest zmuszony odpowiedzieć sam sobie na pytanie, po której stronie chce zostać. I czy na pewno ma siłę, aby o siebie i o swoje życie powalczyć. 

Mimo, że opis książki wydawał mi się ogromnie ciekawy i czułam w tym potencjał do opowiedzenia niezwykłej historii, to po jej lekturze odczuwam jednak jakiś niedosyt. A może raczej nadmiar treści, które według mnie nic nie wniosły do opowieści o tym, jak młody chłopak z dnia na dzień stracił grunt pod nogami. Nieco się niestety czuję zawiedziona, bo według mnie, pomysł na opowieść o cienkiej granicy między światem a śmiercią i życiem a zaświatami jak też miedzy spokojem a traumą, był i to ogromny. 
Natomiast nie wykluczam, a nawet jestem pewna, że są osoby, które tę książkę odczytają w zupełnie inny sposób i być może odnajdą w niej treści, które mi umknęły lub też, które im akurat wydadzą się w niej na właściwym miejscu i w odpowiednich proporcjach. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6.