„Zaklinacz koni”. Nicholas Evans.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (1996).  Seria KAMELEON.

Przełożył Paweł Witkowski. 
Tytuł oryginalny The Horse Whisperer.

Och, stare, dobre czasy, kiedy okładki, zwłaszcza serii, a taką jest Seria Kameleon, w której ukazała się ta książka, były starannie projektowane i nie pod publikę (damy to śliczną panią, biały płotek i rower, to się spodoba),ale zgodnie z tym, o czym było w książce. Nie inaczej jest tu, zaprojektowana przez panią Lucynę Talejko-Kwiatkowską z fotografią autorstwa pana Piotra Chojnackiego okładka właśnie przyciąga wzrok. Treść zaś zachwyca. 

Tak, czytałam kiedyś, bardzo dawno temu tę książkę. Potem nawet oglądałam ekranizację z rewelacyjną obsadą i młodziutką Scarlett Johansson w roli Grace. Z tego nie pamiętałam nic poza tym, że zdumiona byłam faktem, że filmowcy zmienili zakończenie książki w stosunku do pierwowzoru.

Tak więc wróciłam do niej po wieeeelu, naprawdę wielu latach. Przesyłam wiele ciepłych myśli do Osoby, która zostawiła ten tom w osiedlowej Książkodzielni, bowiem dzięki niej miałam wspaniały powrót do naprawdę świetnej prozy. 

Macleanowie to rodzina składająca się z trzech osób. Annie to dziennikarka, przejęła podupadające pismo i stawia je właśnie na nogi. Jej mąż, Robert, to wzięty prawnik. Grace zaś to ich trzynastoletnia córka. 
Na co dzień mieszkają w Nowym Jorku, jednak ze względu na wielką pasję, jaką jest jeździectwo, któremu oddaje się nastolatka, kupili dom mieszkalny w Chatham, gdzie jeżdżą na weekendy. Grace ma tam przywiezionego z Kentucky konia Pielgrzyma. Piękny ciemnogniady wałach, czterolatek, który ma swój charakter i którego dziewczyna darzy wielką miłością. 
W Chatham dom wakacyjny mają też ich znajomi, których córka Judith jest niemal w wieku Grace i z którą też łączy ją pasja do jazdy konnej.  Judith również ma swojego konia, Guliwera. Dziewczyny kiedy tylko mogą, razem wybierają się na wyprawy i nie inaczej jest pewnego grudniowego poranka w weekend, kiedy na wyjeździe są Grace z ojcem, bo mama zajmująca się sprawami pisma dojedzie do nich dopiero w sobotę. 

Grace i Judith oporządzają konie i wyruszają w wyprawę a w tym samym czasie nieopodal po pewnych perypetiach do ciężarówki wsiada jej kierowca, Wayne P. Tanner. Nie jest zadowolony, bo dzisiaj spadł śnieg, a on zorientował się podczas swojej długiej drogi z innego stanu, że z jakiegoś powodu nie posiada łańcuchów na koła. 
Tak, drogi tych trzech osób i dwóch koni przetną się i na skutek naprawdę złego zbiegu okoliczności, dojdzie do tragicznego wypadku. W wyniku tegoż życie tracą Judith i Guliwer, a zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, ale oboje okaleczeni. Prawa noga nastolatki musi zostać amputowana zaraz nad kolanem.

Mijają ciężkie dni, ale Grace udaje się powolutku wrócić do czegoś w rodzaju normy (z terapią i dopasowywaniem protezy nogi), a w tym czasie ważą się losy ciężko okaleczonego Pielgrzyma. 
Nie popełnię spoilera, bo przecież dalsza część to opowieść o dochodzeniu do siebie po traumie, mimo, że początkowo wszyscy byli za uśpieniem wałacha, to Annie sprzeciwia się temu i podejmuje decyzję o daniu koniowi drugiej szansy. W jakiś podświadomy, być może macierzyński a może też po prostu, rodzicielski sposób czuje, że od tego zależy życie jej własnej córki. 
Po wielu perypetiach, w czasie których los Pielgrzyma naprawdę nie wyglądał dobrze, Annie wraz z Grace i koniem trafiają do zaklinacza koni, którym jest Tom Booker. 
Annie zostawia pracę w Nowym Jorku przekonana, że w Montanie, gdzie mieszka kowboj uda się jej pracować zdalnie i w sumie, tak właśnie robi (a obecnie prawdopodobnie nie byłoby to już nic dziwnego, no ale mamy lata dziewięćdziesiąte, więc to rodzaj nowości). Grace nie chce jechać. Grace w ogóle nie chce patrzeć na Pielgrzyma, z którym po wypadku stało się coś złego, a na pewno nie pomogło to, jak był po tym traktowany. Jednak jej matka się nie poddaje i oto dwie wraz z Pielgrzymem ruszają w długą drogę do Montany, gdzie mieszka Tom. Robert zostaje w Nowym Jorku, ale ma z nimi codzienny kontakt. 

Najwięcej dzieje się właśnie w części na ranczo, kiedy Tom pomaga dojść do siebie Pielgrzymowi, a właściwie, to wiemy, i koniowi i dziewczynce. Chociaż niektórzy nazywają to magią, to po prostu raczej ogromnie dobra znajomość psychiki koni, ich zachowań, ale też wyrozumiałość i cierpliwość. Tom nie czuje się zapewne żadnym zaklinaczem koni, a raczej kimś, kto nie traktuje tych zwierząt przedmiotowo i który chce przede wszystkim ich dobra. 
Mimo ogromnie smutnego tematu, ta książka jest zachwycająca. Przynajmniej zachwyciła ponownie mnie. Jest to też tego rodzaju książka, co do której jestem przekonana, że pierwotnie przeczytałam ją za wcześnie. Tak mi się wydaje, że odbieram ją teraz o wiele pełniej. Ale nie znaczy to, że zniechęcam młodsze osoby do lektury, może to moje osobiste odczucia. 
„Zaklinacz koni” to opowieść niełatwa. Dużo tu cierpienia i ludzi i zwierząt. Ale ostatecznie jest to opowieść o podnoszeniu się po tragedii, po stracie. Po stracie kogoś, ale też wyobrażenia sobie na temat czegoś, co mogło być w naszym życiu, wydarzyć się w nim kiedyś, a czego już nie będzie, z racji tego, co się stało. Jest to też według mnie książka, która pomimo tego, co opisuje, to niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie, jakiś rodzaj pokrzepienia i nadziei, że można wyjść z nawet największego smutku. 

Podobno postać Toma Bookera zainspirowana została osobą Dana M. „Bucka” Brannamana.
Czyż to nie jest niesamowite, że istnieją osoby, które potrafią pomóc zwierzęciu wyprowadzić je z mroku, w które zostało wtrącone bardziej lub mniej świadomie przez człowieka?

Polecam powrót do tej książki, jeśli lubicie wracać do czegoś, co niby znacie. Ja w sumie nie pamiętałam z niej niemal nic. I sądzę, że śmiało mogę powiedzieć, że przeczytałam ją na nowo. 

A ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Dzień matki”. Ilona Zdziech.

 Wydana w Wydawnictwo Księgarnia Akademicka. Kraków (2024).

Wspominałam już parokrotnie, że osiedlowa Książkodzielnia potrafi mnie rozpieścić jakimś włożonym ot, od niechcenia, tomikiem poezji, bądź książką, której ktoś chce się  podzielić z innymi. I tak oto w moje ręce wpadł tomik poezji mieszkającej w Krakowie poetki Ilony Zdziech. 
Czemu po niego sięgnęłam? Stali czytelnicy blogu dobrze wiedzą, że jestem „za” poezją i uważam, że wszyscy raz na jakiś czas powinni wręcz po coś z tego gatunku sięgnąć (czym chyba trochę staję w kontrze do wyrażonej opinii Noblistki w jej wierszu „Niektórzy lubią poezję”). Nic jednak nie poradzę, że uważam, że wszyscy (tak, w tym ja sama) czytamy jej za mało. I dlatego, kiedy zobaczyłam wiersze w książkowym miejscu a do tego z tak frapującym tytułem, nie mogłam się oprzeć, aby nie zajrzeć do środka, chociaż nazwisko osoby zupełnie nie było mi znane. 

Tomik „Dzień matki” zawiera pięćdziesiąt cztery wiersze dotyczące (cóż za niespodzianka po tytule 🙂 ) głównie macierzyństwa, bycia matką i rozmaitych aspektów tegoż. 
Wiersze według mnie nie są równe. Bywają takie, które wydają się być jakby zapiskiem myśli, która pojawiła się w głowie i przy całej mojej sympatii do wierszy ogólnie, jako specjalnie odkrywcze ich nie zaliczam. Do takich zaliczam na przykład „Operacja bojowa” czy „Masaż”, ale w całym tomie znalazłam wiersze, które dotknęły mnie tak ogromnie, były dla mnie tak czytelne i zrozumiałe, że dosłownie aż przeszły mnie dreszcze podczas ich lektury. 

Ostatnio brałam udział w rozmowie na temat zaznaczania karteczkami czy to fragmentów prozy, czy to innych miejsc, które chce się w danej książce zapamiętać i stwierdziłam, że najwyraźniej albo pamięć nie ta już, albo wygoda i chęć sięgnięcia po coś, co się zaznaczyło właśnie natychmiast, a nie wertowania. I oto i tu karteczki zaznaczają wiersze, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Najbardziej dotknęły mnie te dotyczące straty dziecka, czyli noszący przejmujący tytuł „Kosz na dzieci” (odczytuję tu niezwykle bolesne doświadczenie poronienia na przykład, ale oczywiście mogę się mylić) czy zaczynający się, cytuję „Od zarania dziejów…”. Ten wiersz zresztą jest chyba moim prywatnym numerem jeden w tym tomie, pomimo, że jest przerażająco smutny i tragiczny w wymowie, bo dotyczy straty dziecka i tego, co czuje mama po takim doświadczeniu.

Nie brakuje tu jednak też takich prób uchwycenia tak szybko przemijającego życia i jego chwil, właśnie często tych zwykłych, codziennych przyjemności, zwykłości, które nadają naszemu życiu poczucia dobra i szczęścia. Są to nie noszacy tytułu a zaczynający się od „Masz sześć lat” tekst o tym, że nasze dzieci wydają się dorośleć dosłownie w momencie, gdy mrugniemy okiem. Dopiero co byłaś dla kogoś niemal wyrocznią a za chwilę ktoś inny będzie pytany o rady. Tak tak. 
„Z córką w kawiarni”, to przyjemny opis współnie spędzonego w kawiarni czasu matki i córki właśnie. Takich chwil, które często po latach możemy wspominać jako te, które niby zwykłe, niby nic nadzwyczajnego nie niosące ze sobą a na swój sposób budujące poczucie spokoju i szczęścia właśnie chyba dzięki wspólnie spędzonym chwilom. 

Wiersz „Kiedy wyjeżdżają” jest jak dla mnie nieco zbyt przegadany, ale zawiera bardzo celne stwierdzenie, czy raczej obawę dotyczącą znów szybkiego upływu czasu i obawy przed tym, że kiedyś nasze domowe gniazdo opustoszeje i niezgodę na to, aby stało się to zbyt prędko. 

Czasem podczas czytania wiersza trafia się jakiś, czy to cały, czy jego fragment, czy zaledwie fraza, który powoduje, że masz odczucie, że ktoś wyjął myśl z twojej własnej głowy. Coś takiego miało miejsce podczas lektury wiersza „W tramwaju”. Nie wiem oczywiście, jaki był zamysł poetki, mnie kojarzy się on bezsprzecznie z nieuporządkowanym żalem za czymś, co albo straciliśmy i już nie odzyskamy albo czymś, co mieliśmy nadzieję, że się nam w życiu zdarzy, ale do czego nie dojdzie i nie jesteśmy w stanie szybko przyjąć tego do świadomości. 

Jak już napisałam wcześniej i oczywiście to po prostu moje wrażenie po lekturze, moje subiektywne zdanie, nie wszystkie wiersze nazwałabym „równymi”, ale nie szkodzi. Jak sądzę, to nawet dobrze bo pokazuje, jak się zmieniamy, ewoluujemy. A co dopiero czyjaś twórczość. Dla mnie osobiście ogromnym plusem było tak głębokie zajęcie się tematem macierzyństwa, ale też dopuszczam świadomość, że są osoby kompletnie taką tematyką nie zainteresowane. 
Na koniec plus za dedykację odnoszącą się zapewne do przyjaciółek i bliskich Ilonie Zdziech kobiet. Natomiast ponieważ pada tam wersja imienia, jakim wszyscy się do mnie zwracają, pozwalam sobie „zawłaszczyć” tę część dedykacji dla własnej, skromnej osoby.

Moja ocena to 5 / 6. 

Podsumowanie…

 …, o które nikt nie prosił, a każdy dostanie 🙂
Wczoraj zakończyłam ostatnią wziętą z domu część Jeżycjady z wszystkich siedmiu, jakie mam w swojej osobistej kolekcji. 
Jakiż to był powrót? Okazuje się, że świetny i ożywczy. Okazuje się, że niektóre z tych części, o których myślałam, że ich nie lubię zbytnio , czytałam z przekonaniem, że jest o wiele lepiej, niż pamiętam. Okazało się też, że zupełnie zapomniałam, jak bardzo śmieszne bywają książki Małgorzaty Musierowicz. Nad niektórymi śmiałam się niemal do łez!
Wypiszę więc tytuły książek, które przeczytałam. Są one niechronologicznie czytane względem akcji cyklu Jeżycjada, ale czytane były tak, jak je pamiętałam, że lubiłam w młodości. 
Są to więc: „Ida sierpniowa” (dwukrotnie!), „Kwiat kalafiora”, „Kłamczucha”, „Szósta klepka”, „Opium w rosole”, „Brulion Bebe B.”, „Noelka”.
Siedem książek, z których chronologicznie pierwsza jest „Szósta klepka” i w sumie nie opowiada o lubianej przeze mnie rodzinie Borejków a o rodzinie Żaków i mocno żałuję, że potem, przynajmniej w tych książkach, o których piszę, dość mało o nich się wspominało (co nie znaczy, że w ogóle).

Moje pierwsze zaskoczenie samej siebie to to, że czytało mi się te książki jeszcze lepiej, niż kiedyś. I to, ku mojemu zaskoczeniu dotyczy również tytułów, za którymi nie przepadałam („Brulion Bebe B.”, „Opium w rosole”). „Noelki” w sumie wcale nie pamiętałam, a przynajmniej, bardzo mało. No więc najpierw to, że o dziwo, nawet ten caly Brulion, który mnie wtedy drażnił, teraz odbieram inaczej. Jednak coś jest na rzeczy, że z wiekiem najczęściej przychodzi z nami mądrość (bo wiemy, że bywa, jak w tym memie, gdy wiek przychodzi sam 😛 ). Mądrość i swego rodzaju życiowe doświadczenie. Ileś takich skrzywdzonych przez los, czy bliskich osób i to, czego nie rozumiałaś jako młody szczypiorek rozjaśnia się tobie w wieku późniejszym. No więc najwyraźniej ja się starzeję i łagodnieję (żarcik), bo z większą wyrozumiałością czytałam sobie te postaci i ich zachowanie, czy motywację. 

„Opium w rosole” dalej mnie przybija okrutnie i jest ogromnie smutną częścią, niemniej jednak tu chylę czoło przed umiejętnością Musierowicz w ukazaniu niby prawd oczywistych, a w sumie tak często zapominanych, czyli nie ma to, jak drugi dobry i życzliwy człowiek obok nas. Nic człowiekowi jak tego skarbu, jakby nie było, nie zastąpi i owszem, można mieć przekonanie, że nikt obok nas (wcale nie mówię o relacji związków romantycznych) nie jest nam potrzebny, a często można jednak to przekonanie mocno zweryfikować. Co nie znaczy, że nie wierzę, że są i osoby, dla których obecność kogoś obok, kto może być radością i wsparciem, nie jest czymś, co jest dla nich istotne. 

Borejków jak lubiłam, tak lubię, za to ciekawa jestem, czy w książkach wydanych po „Noelce” (pytanie do osób, które czytały wszystkie książki z serii Jeżycjada) może w którejś z nich pojawiają się jakoś bardziej Żakowie?  Przyznam się, że czytałam jeszcze dwie książki z serii, których niestety, niemal w ogóle nie pamiętam. „Kalamburkę” i jeszcze jedną, w której występowała bardzo chora dziewczynka i która chyba? znała syna Strybów? Czy Gabrysia i Grzesiek w ogóle mają dziecko? dzieci? proszę osoby, które znają serię o poinformowanie mnie, a sama potem zagłębię się w internet w poszukiwaniu tych informacji, bo widzę, że stanęłam na roku 1992 z wszelkimi wiadomościami. Doczytałam, wiem, że mają syna, Ignacego Grzegorza!

Mamert jaki się niefajny zrobił ;( Kompletnie nie pamiętałam, że w „Noelce” ma takie słabe relacje ze swoim synem, Tomkiem i że z takiego fajnego, owszem, raptusa, ale wesołego człowieka, jakiego pamiętam z „Kłamczuchy” czy „Idy sierpniowej” zrobil się taki pan maruda z oczekiwaniami nie wiadomo, skąd 😦

Za to ogólnie jakbym chciała podsumować te siedem części, to chyba wiem, co jest dla Małgorzaty Musierowicz głównym motywem przewodnim książek (dopuszczam, że jest to moja własna, osobista interpretacja, z którą nie trzeba się zgadzać). A mianowicie – matka. Postać matki obecnej, czyli Mili Borejko, Mamy Żakowej. Ale i matek nieobecnych w życiu ich córek. 
W „Kłamczusze” i „Noelce” mamy zmarły dość szybko po narodzinach dzieci i córki są wychowywane przez ojca  i przyjaznych sąsiadów („Kłamczucha”) lub ojca z dużą pomocą dziadka córki i wujka ojca, brata dziadka, jak w „Noelce”. 
Matką nieobecną jest też matka Bebe, która pojechała na wyjazd zarobkowy do Stanów, ale mam wrażenie, że i na co dzień ta obecność mocno jakąś nieobecnością jest tknięta. I dlatego Bebe zachowuje się tak, a nie inaczej i jest aż tak wycofana i zamknięta w sobie. Matka Aurelii / Gieniusi to matka niby na miejscu, a kompletnie nieobecna emocjonalnie  i czasowo w życiu dziewczynki ( która zapewne między innymi dlatego szuka substytutu ciepła i zwykłości połączonej z uwagą u obcych ludzi). 
W „Opium w rosole” są też matki bardzo intensywnie z rodziną i córkami związane, jak Mila Borejko chociażby, ale i nieobecne przez wydarzenie losowe (rodzice Kreski są internowani).
W „Kwiecie kalafiora” mamę Borejko poznajemy w sumie głównie przez listy pisane przez nią do męża i córek podczas miesięcznego pobytu w szpitalu, za to w „Idzie sierpniowej” już jest jej więcej, zwłaszcza, gdy wraca z deszczowego wyjazdu pod namiot do Czaplinka. 
Odnoszę wrażenie, że każda z tych matek swoją czy to obecnością, czy właśnie jej brakiem, odcisnęła jakiś znak na dalszym życiu każdej z opisywanych dziewczyn. 
Nie ukrywam, że moją ulubioną mamą jest Mila Borejko, która to jest tą, u której chętnie wypiłabym herbatę i porozmawiała. Nawiasem mówiąc, pamiętam te czasy, kiedy tłumy miłośniczek Małgorzaty Musierowicz odwiedzały Autorkę w Jej domu. Były to często czytelniczki „Filipinki”, ciekawe, czy sama Autorka nie pisywała aby czegoś do tego wspaniałego pisma dla dziewcząt?  Muszę poszukać tych informacji, a może, kto wie, ktoś, kto ten wpis przeczyta, sam mi napisze odpowiedź. Pamiętam nawet, jak jedna dziewczyna ode mnie z liceum pojechała do Poznania i na takąż herbatę się do Musierowicz, no cóż, wprosiła. Ha. Teraz nie do pomyślenia (ale też sądzę, że sama Małgorzata Musierowicz musiała z czasem być tymi odwiedzinami zmęczona). 

Kończę to moje zupełnie subiektywne podsumowanie powrotu. Czy był to powrót udany? Oczywiście, że tak. Czy mogłabym nad czymś pomarudzić? Tak, parę razy, niby bardzo delikatnie, ale jest tam wspomniana kara cielesna, jako forma „wychowawcza” („Kłamczucha” i gdzieś jeszcze pamiętam, że była o tym mowa). W późniejszych częściach, jak rozumiem, mowy już o tym nie ma i dobrze, że nie ma. 
Czy śmiałam się nad zwłaszcza wcześniejszymi częściami książki, jak nie wiem co ? („Szósta klepka”, „Kwiat kalafiora”, „Ida sierpniowa”, „Kłamczucha”). Śmiałam i to baaardzo. Nawet nie wiem, czy miejscami jeszcze bardziej, niż wtedy. Czy odkryłam nowe i zupełnie niezauważane przeze mnie aspekty poruszane w książkach? Oczywiście, że tak. Zupełnie przez inny pryzmat spoglądam na postaci Aurelii, Kreski i Bebe (scena z pieskiem z „Opium w rosole” to jedna z najbardziej przejmujących scen opisanych w jakiejkowiek książce, mocno mnie poruszyła).
Czy cieszę się,że wróciłam do książek? Które w sumie mogłabym śmiało wciągnąć na listę książek w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama”?  Ogromnie się cieszę i muszę przyznać, że ten powrót do książek z dzieciństwa, wczesnych lat nastoletnich okazał się dla mnie czymś w rodzaju ogromnie ciepłego, otulającego gestu, jaki sama sobie zafundowałam. 

Moja ogólna ocena książek przeczytanych zostaje wystawiona jako : 6 / 6. 

„Brulion Bebe B.” Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1990).

No i proszę, kolejna książka Musierowicz za mną. Z Jeżycjadą łączą tę część postaci Anielki (znanej kiedyś jako Kłamczucha) i Natalia Borejko. A główną bohaterką są Beata Bitner zwana Bebe i Dambo (Damazy Kordiałek). Bebe mieszka od dość niedawna w Poznaniu z matką, aktorką i bratem Konradem, zwanym Koziem. Matka tej dwójki czasem zachowuje się czasem, jak starsza siostra. Nie poznamy jej w ogóle na kartach tej książki, bo po wakacjach zostaje na pracy dorywczej w Stanach, gdzie wyjechała chałturzyć. 
Bebe to dziewczyna cicha, zamknięta w sobie i bardzo wycofana, niezbyt wchodząca w głębsze relacje nawet już nie tyle z osobami obcymi, to nawet z najbliższymi sobie. I dopiero poznanie Dambo spowoduje, że ta zamknięta na cztery spusty dziewczyna trochę się otworzy.

Ale do tego potrzeba będzie całej książki i barwnej akcji, która nie byłaby z pewnością aż tak barwna, gdyby nie jedna z postaci występujących w tej książce, jaką jest Bernard Żeromski. To znajomy z czasów studiów Anielki, która na czas wyjazdu matki Bebe i Kozia do Stanów zamieszkuje z rodzeństwem i ma się nimi rzekomo opiekować. Anielka, ta znana nam najbardziej z „Kłamczuchy” (ale i z „Kwiatu kalafiora”) energiczna brunetka musiała porzucić marzenia o byciu aktorką, skończyła grafikę , natomiast dzięki matce Bebe udaje jej się jednak pracować w teatrze, chociaż na innym, niż to sobie wymarzyła, stanowisku. 

Jak wspomniałam, tu uwaga autorki skupia się na postaci wycofanej i bardzo zamkniętej w sobie Bebe. Dambo powoli, pomalutku znajduje sekret, jak dotrzeć do dziewczyny i nieco ją oswoić i spowodować, żeby poczuła, że okazywanie emocji nie jest najgorszą rzeczą na świecie. 

Kiedy czytałam ją pod koniec podstawówki przyznam się, że nie przepadałam za tą częścią. A na pewno nie przeczytałam jej aż tyle razy, co chociażby „Szóstą klepkę”, czy „Idę sierpniową”. A tu proszę, zakoczenie. Tym razem czytało mi się ją całkiem nieźle. Pomimo tego, że niestety, ale Bebe nie polubiłam ani trochę mimo upływu czasu, natomiast teraz być może jest mi o wiele łatwiej zrozumieć, czemu dziewczyna zachowuje się tak, a nie inaczej i nie potrafi okazywać nikomu emocji. 

Nie pamiętałam, że w tej części występują bracia Lisieccy (akurat ten powrót okazuje się marny), ale że również pojawia się pan Karolek i pani Basia znani czytelnikom z „Idy sierpniowej”. Tak naprawdę pojawia się na chwilkę, ale miło znów tę dwójkę „zobaczyć”. 

No i jest wspaniały profesor Dmuchawiec, w „Opium w rosole” usunięty w trybie natychmiastowym ze szkoły, w tej części odkrywa zupełnie niechcący, z czyjej inicjatywy usunięto go z pracy w liceum w Stanie Wojennym. 

Ogólne wrażenia po powrocie są zdecydowanie lepsze od tego, co pamiętam z pierwszego czasu lektury i daję tej książce notę 5.5 / 6.