„Niewidzialne”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2025).

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka. 
Tytuł oryginalny Les Effacees.

Książkę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym na stronie Kawiarenki Kryminalnej na Fb, a ponieważ poprzednia część opowieści o porucznik Lucii Guerrero bardzo mi się podobała (i tamtą część też wygrałam na stronie Kawiarenki Kryminalnej, cóż za miły zbieg okoliczności), to narobiłam sobie bardzo dużo apetytu na lekturę. 
No, ale przyznam, że niestety, ale był on w moim przypadku nieco na wyrost. 
Ta część niestety, podobała mi się o wiele mniej od pierwszej. Dlaczego? Już wyjaśniam. Bernard Minier jest jednym z moich ulubionych autorów kryminałów i mimo tego, że nie boi się opisywać bardzo dosłownie brutalność zbrodni, czytuję jego książki, bo intryga kryminalna zawsze jest na najwyższym poziomie. 
Tu śledztwa są dwa, a oba prowadzi Lucia. Jedno ma miejsce w Galicji i tam  Lucia wraz ze swoim pomocnikiem chcą dojść do tego, kto odbiera życie młodym kobietom, zdecydowanie ubogim i pracującym najczęściej w jakichś fabrykach. Koło zwłok kobiet znajdują się takie przedmioty, jak różaniec, sitko, trzy główki czosnku, a w ich szyje wbite są nożyczki. Każda z kobiet zostaje najpierw porwana i przetrzymywana gdzieś równe pięć dni, po czym sprawca odbiera jej życie i pozostawia tak w tak zaaranżowanej scenie. I właśnie kiedy zostaje znaleziona kolejna ofiara, śledcza Guerrero zostaje odwołana w trybie pilnym do Madrytu, gdzie ktoś zabił jedną z najbogatszych kobiet w Hiszpanii. I nie jest to jedyna zbrodnia. 
Lucia złości się i zżyma, bo dlaczego ma porzucać dotychczasowe śledztwo, biednych kobiet, na rzecz milionerki, która mieszka w mieszkaniu, po salonie którego można jeździć autokarem, ale też zostaje poniekąd do tego zmuszona przez szefa, tym bardziej, że wraz z zabójstwami bogaczy po mieście rozlewa się fala przeciników bogatych osób po tym, jak zostaje znaleziony koło zwłok napis wzywający do nienawiści i wręcz będący grożbą w stosunku do osób majętnych. 

No i tak, średnio mi się czytało tę część. Nie za tę brutalność, o której wspominałam nawet, chociaż nie przeczę, ciężko się to czyta, to za to, w jaki sposób poprowadzono wątek tego buntu masowego wobec bogatych. I jestem w stanie zrozumieć sam problem, który chciał poruszyć autor na kartach swojej książki, w końcu jest ogromny podział, są olbrzymie nierówności społeczno finansowe i zgadzam się z tym, że często osoby bogate zdecydowanie „mogą więcej”, tylko dlatego, że mają odpowiednie koneksje i układy, ale… Ojej, tak mi się to źle czytało, niestety. Jeśli chodzi o publicystykę w kryminałach, to w roli publicystki poruszającej rozmaite ważne problemy współczesnego świata o wiele lepiej wypada moim zdaniem Donna Leon w jej weneckiej serii o komisarzu Brunettim. 
No, tu mi się to czytało ciężko i mam wrażenie, że ważny apel, czy jakieś refleksje, które powinno się z tego wynieść zostały przez opis tego zniekształcone i skierowane w innym kierunku, być może nawet odwrotnym niż zamierzonym przez autora. 

Do tego przyznam, że obie intrygi kryminalne i ta galicyjska dotycząca biednych, często niezauważanych kobiet i ta madrycka opisująca zbrodnie na bogaczach, nie były jak dla mnie jakoś sensownie poprowadzone, czy umotywowane. 

Nie ukrywam, że trochę się na „Niewidzialnych” zawiodłam, co nie oznacza absolutnie, że zamierzam porzucić kryminały Miniera, bo stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że jego kryminały lubię i na pewno nie zamierzam porzucić czytania ich.

Moja ocena książki, to 4 / 6. 

„Sprawa 1569”. Jorn Lier Horst.

 Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2021). Ebook.

Przełożyła Milena Skoczko.

Tytuł oryginalny Sak 1569.

Kolejny kryminał ze śledczym Williamem Wistingiem. Tym razem akcja dzieje się w lecie, kiedy to policjant ma urlop. Nie dane jest mu jednak wypocząć, nawet w domu. Dostaje bowiem anonimowy list, a potem kolejne. Natomiast w pierwszym liście śledczy dostaje jedynie numer sprawy, którą kiedyś prowadzono. I nie była to nawet sprawa, którą prowadził Wisting. Sprawa miała miejsce dość dawno temu, bo w 1999 roku, i dotyczyła zabójstwa nastolatki, Tone Vaterland. Wówczas skazany został jej były chłopak. 

I od tej pory spokój Wistinga zostaje zakłócony, bo oto przyjdzie mu nie dość, że wrócić myślami do swojej starej sprawy, to jeszcze dowiedzieć się, czy to, że być może w tej pierwszej, nie przez niego prowadzonej, został skazany niewłaściwy człowiek? Wychodzi bowiem na to, że te sprawy i ta prowadzona przez kogoś innego, i tamta stara sprawa Williama łączą się. Ale w jakim stopniu? I czy okaże się łatwe dowiedzenie się, czy faktycznie w więzieniu paręnaście lat spędził niewinny człowiek? 
Niby urlop, więc Wisting nie może działać wprost, niby powinien mieć wolny czas, a okazuje się, że roboty ma aż nadto. Pojawiają się nowe osoby, które w przeszłości mogły mieć wpływ na rozwój śledztwa, śledczy odbędzie nawet krótką podróż za Ocena. Ogólnie jednak, jak to jest w książkach tego autora, akcja dzieje się spokojnie i bez niesamocie szybkich zwrotów akcji. Po prostu wraz z upływem akcji poznajemy to, co działo się w 1999 roku. Tym razem lektura wymagała uwazności, bo jak wspomniałam, w pewnej chwili sporo jest podejrzanych i trzeba pamiętać, kto jest kto w tej mrocznej układance. 

Lubię styl Horsta, a przynajmniej bardzo polubiłam serię o Williamie Wistingu. W tej części (jak może pamiętacie, czytam niezgodnie z tomami z serii, ale to nie przeszkadza) Wisting ponownie jest dziadkiem (bo w poprzedniej jeszcze nim nie był 🙂 ) i również poznajemy relacje jego z córką Line i wnuczką. 

Moja ocena tego kryminału to 6 / 6. 

„Zaginiona”. Aneta Kisielewska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po kryminał „Zaginiona” sięgnęłam z ogromnym zaciekawieniem i zainteresowaniem, w jaki sposób autorka zainspiruje się w swojej książce jednym z najbardziej znanych polskich zaginięć nastolatki wracającej świtem z imprezy w nocnym klubie do domu, która to nastolatka do owego domu nie dotarła nigdy. Byłam ciekawa, czy ta sprawa, która, nie ukrywam i mnie do dzisiaj zastanawia, stanie się jedynie przyczynkiem do stworzenia pomysłu na książkę, czy też tych inspiracji z życia będzie dużo. 
Historia jest przecież naprawdę zastanawiająca. Jak można ot tak zniknąć po prostu w środku lata nad ranem i to jak się okazuje, tak naprawdę nie w jakimś bardzo odludnym miejscu, zapomnianym przez wszystkich, ale teoretycznie ze środka miasta. Owszem, rzecz dzieje się nad ranem, ale jest to duże miasto, a zaginiona wraca z klubu, więc ludzi dookoła jest naprawdę sporo a tu nagle po prostu ktoś znika, rozpływa się w powietrzu.
Ową zaginioną osobą jest w książce dziewiętnastoletnia Sara Maj. Dziewczyna wychowywana jest w szczęśliwej do niedawna, rodzinie, z ojczymem i mamą, z którą, jak wspomniałam, do niedawna miała świetne kontakty. Od pewnego jednak czasu w rodzinie pojawiły się zgrzyty a Jurek, ojczym, musi przyznać, że dziewczyna, którą traktuje jak rodzoną córkę, wymyka się jemu i matce spod jakiejkolwiek kontroli. W szkole pojawiły się problemy, a że Sara jest maturzystką, to te problemy realnie miały wpływ na to, co dziewczyna zamierza robić po szkole. Już przestała mówić o zdawaniu na psychologię, o której myślała od zawsze, i chyba sama nie do końca wie, czy jej plany, które ma, są słuszne. Być może na stan nastolatki wpływa fakt, że parę miesięcy wstecz rozstała się z chłopakiem, którego bardzo kochała. Podobno decyzja była wspólna, aby dać sobie przerwę, by ze spokojną głową usiąść nad książkami, tym bardziej, że Dawid miał zamiar studiować medycynę, co jak wiadomo, jest kierunkiem trudnym i przygotować się do niego trzeba solidnie. Ale czy tak naprawdę było, jak mówią ludzie, czy decyzja była wspólna?

Oto więc Sara jest w sytuacji raczej ciężkiej dla tak młodej osoby. Maturę co prawda zdała, ale o wiele słabiej, niż wszyscy początkowo, wraz z nią samą zapewne, sądzili. Rozstała się z kimś, kto był niezwykle ważny w jej życiu. Układy w domu też uległy pogorszeniu, nie może dogadać się i z mamą i z ojczymem. Do tego dziewczyna ogromnie się zmieniła i to, jak przyznają jej bliscy, na niekorzyść. Nocne imprezy, balowanie z byle kim, spore ilości alkoholu, generalnie nic pozytywnego.
Tyle dobrego, że ma obok siebie wierną przyjaciółkę, Alicję. Znają się od dawna i są dla siebie bliskie. Jest też Piotr, osoba, która podkochuje się w Sarze, ale który nigdy nie przekroczył granic i który zachowuje się jak przyjaciel wobec obu dziewczyn. 
I to właśnie z tą dwójką, czyli z Alą i Piotrem Sara wychodzi na noc na zabawę do nocnego klubu w centrum Krakowa by nad ranem trzydziestego pierwszego lipca po nagłym opuszczeniu miejsca po kłótni z Alą, rozpłynąć się po jakimś czasie w powietrzu. 
I na nic monitoring, który okazuje się nie działać we właściwym momencie, na nic długie rozmowy z osobami, które po raz ostatni widziały nastolatkę opuszczającą towarzystwo w gniewie i złości. 

Sara Maj wychodzi nad ranem z klubu, wraca piechotą do domu i…rozpływa się w powietrzu. 

Sierżant Gaik rozpoczyna dochodzenie w tej sprawie a my poznajemy akcję książki nielinearnie, to znaczy raz akcję współczesną, a raz cofamy się aby poznać losy Sary i to, co mogło doprowadzić do sytuacji, że zniknęła i uważana jest za zaginioną. 
Co tak naprawdę stało się tej parnej nocy w centrum miasta. Czy dziewczyna padła ofiarą przestępstwa, czy została uprowadzona, a może sama podjęła decyzję o tym, że albo zrobi coś nieodwracalnego ze swoim życiem lub, dla odmiany, postanowiła uciec?
Sierżantowi Gaikowi od samego początku nie daje spokoju myśl, że sprawa jednak nie wiąże się z kimś przypadkowym, kogo Maj napotkała na swojej samotnej drodze powrotnej do domu i że sprawcy należy szukać bliżej, niż się wydaje. A grono podejrzanych jakieś jest. Trzeba tylko wychwycić najsłabsze ogniwo, złamać je i podrążyć temat. Tylko kto jest owym najsłabszym ogniwem? I kto miał motyw, aby sprawić, że Sara Maj zniknie? W końcu niejedna nastolatka wojuje z rodzicami, niejedna zrywa z chłopakiem, niejedna z jakiegoś powodu zmienia się i zaczyna z miłej do tej pory i spokojnej dziewczyny zmieniać się w nieobliczalną osobę, która łatwo może narobić sobie wrogów. 

To musi zbadać Gaik i doprowadzić do rozwiązania zagadki, która jednak okaże się ogromnie trudna.

Muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę szybko i byłam ciekawa, kto i co spowodował, że dziewczyna zaginęła. 
Przyczepię się jednak trochę, uważam, że młode osoby w książce mówią jakimś nieadekwatnym do wieku i czasów językiem i tu nie mam pretensji do poprawnego wyrażania się na przykład podczas zeznań na komendzie, ale rozmowy prowadzone między dwiema nastolatkami brzmią czasem (jak dla mnie, piszę tu jedynie moje własne wrażenia) aż nadto sztucznie. 

Sam pomysł na kryminał jednak mi się podobał i doceniam to, że poznajemy rozwiązanie sprawy nie przez typowe śledztwo a przez poznawanie zdarzeń mających miejsce w życiu Sary przed jej zaginięciem ale i tym, co działo się już po zniknięciu nastolatki. 
Co do pytania, które sobie zadawałam, czyli ile słynnego zaginięcia jest w tej książce, to odnoszę wrażenie, że autorka zainspirowała się raczej samym faktem i tym, że do dziś ta sprawa pozostała niewyjaśniona i to dało jej przyczynek do pomysłu na książkę. 


Moja ocena to 5 / 6. 

Wpis Rocznicowy

Dzisiaj mija czternaście lat odkąd Odeszła od nas na zawsze Emilka.

Czy ból i poczucie pustki mija? Oczywiście, że nie, ale da się z nim żyć.

Oraz, nie ukrywam tego nigdy, dobrze, że Jest Janek, inaczej kto wie, co by było…

W tym dniu mam też w swojej pamięci i w sercu Wszystkie Dzieci, które przedwcześnie odeszły i Ich Rodziców i Bliskich…

Tym bardziej, że niestety, jak się okazuje, wciąż dzieją się tragedie i kolejni rodzice zostają osieroceni…

„Coast Road”. Alan Murrin.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Akcja „Coast Road” ma miejsce w Irlandii, w połowie lat dziewiećdziesiątych ubiegłego stulecia. W sumie o Irlandii tamtych lat wiem tyle, co nic, bo i skąd, skoro wyjazdy Polaków do tego kraju miały miejsce raczej nieco później. Pamiętam, że koleżanka z liceum pojechała na trzy miesiące jako opiekunka do dzieci właśnie w podobnym czasie i pisała do mnie w zwykłym, papierowym liście o szoku, jaki tam przeżyła „Wszędzie są krzyże”, napisała co mnie, „Nawet w księgarni”. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Miałam świadomość, że to kraj katolików i zwyczajnie zrozumiałam, że może sprzedaje się tam je również? Dopiero po powrocie wyjaśniła mi, że chodziło jej o to, że wszędzie, gdzie weszła, na ścianie wisiały krzyże ,nie tylko w kościołach, ale właśnie, w sklepie, w domu kultury, w przedszkolu, w kawiarni, w księgarni. Taką właśnie Irlandię portretuje Alan Murrin w swojej powieści. Skupia się on jednak na ludziach, nie na polityce, czy religii, ale wiele można z tego, o czym czytamy, dowiedzieć się tak między słowami. A konkretnie autor skupia się na kobietach. 

Trzy postaci kobiet odegrają w tym dramacie główną rolę. Mimo, że opisy raczej sugerują nam główny duet, ja postrzegam równorzędną rolę trzech głównych bohaterek. Są to, żona polityka mającego wysokie aspiracje dostania się „wyżej” (niespodzianka, słyszeliście o lokalnym polityku, który nie chciałby więcej i wyżej? no, ja nie) , Izzy Keaveney (jej mąż to James). Jest też poetka i artystka, wolna dusza, Colette Crowley. I żona i matka trójki dzieci (czwarte w drodze), Dolores Mullen. 
Najbardziej skomplikowaną (tak się poczatkowo wydaje) sytuację życiową ma Colette Crowley. Opuściła dom , męża i trzech synów, z których dwóch jest jeszcze bardzo młodych i potrzebuje mamy, wyjechała do Dublina zamieszkać z kochankiem, po czym…wraca do Ardglas w hrabstwie Donegal. Czy w Irlandii, w której panują wciąż surowe zasady religijno-moralne, w których dopiero mówi się o rozwodach, jako o możliwości (tak, dopiero w 1995 roku społeczeństo kraju zagłosowało za zmianą konstytucji, która do tamtego czasu mówiła o „niedopuszczalności” rozwodów) kobieta, która zostawiła męża i dzieci dla kochanka, a następnie chciała wrócić do nich miała szansę nie zostać potępioną? Colette najbardziej dużo zła otrzymuje od męża (wciąż jest to jej mąż) i średniego syna. To nastolatek, buntownik, który odrzucenie przez mamę i żal za straconą rodziną przekuwa w najgorszy z możliwych sposobów, złość na nią i jej odrzucenie. Jednak jest jeszcze najmłodszy z synów, Carl, którego kobieta wciąż mogłaby widywać, gdyby na ich drodze nie stanął mąż. O ile najstarszy syn sam decyduje, czy chce spotykać się z mamą, dwóch młodszych ma tego zakaz. 
Trzecią kobietą, która odegra, jak wspomniałam, niebagatelną rolę jest Dolores. To od niej i jej męża, Donala, Colette wynajmuje domek na czas pobytu w miasteczku. 

Te trzy kobiety wydają się różnić. Właściwie nie tyle wydają się. One zupełnie się różnią. Mają różne charaktery. Izzy jest wesoła i porywcza, ale też przebojowa i mająca głowę do interesów. Prowadziła kiedyś kwiaciarnię, która obecnie stała się kością niezgody pomiędzy nią a jej mężem., który sprzedał lokal bez wiedzy żony.
Dolores jest właściwie można by rzec, nijaka i zachowawcza, chociaż prawdopodobnie nie uznałaby tegi absolutnie za krytykę a za zaletę (chociaż może się mylę?). Postać Dolores została silnie zmarginalizowana, a szkoda, bo odgrywa tu, o czym wspominałam, istotną rolę i trochę szkoda, że tak jej „zabrakło”.
Colette, to najbardziej barwny wydawałoby się ptak. Jedyna, która zdecydowała się na krok, o którym marzy duża część żon zamieszkujących Ardglas. Tylko, że akurat ona chyba najszybciej orientuje się, co tak naprawdę można na takim spełnieniu marzeń ugrać i czy każdy moment jest ku temu właściwy. I że czasem naszym największym szczęściem jest to, że wyczujemy właściwą na zmiany chwilę w najodpowiedniejszej ku temu chwili. Która trwa zaledwie moment.

Książkę tę reklamuje się jako powieść o kobietach uwięzionych w nieudanych małżeństwach, ale ja się z tym nie zgodzę tak do końca. Zresztą, możemy się o tym przekonać, gdy jedna z postaci zmienia swoje zdanie na temat tego, czy słusznie wiecznie narzekała na swoje życie i związek.

Na pewno „Coast Road” jest książką opowiadającą o tym, że łatwo jest wpaść w sieć związków, zależności i zasad, które wydaje się, że nas nie dotyczą, a z czasem orientujemy się, jak jednak bardzo nas dotyczą. Rozumiem, że Murrin chciał napisać książkę z silnym naciskiem na tę konkretną zmianę, jaka dokonała się w Irlandii w roku 1995, gdy jak już wspomniałam, wreszcie dopuszczono w konstytucji kraju rozwody, ale jak dla mnie i bez aż tak silnego kładzenia nacisku na ten konkretny motyw, ta książka opowiada interesująco o tym, jak niektórzy ludzie tkwią w nieudanych związkach, a czasem być może jedynie taki obraz nieudanego związku sobie wytwarzają. 

Szczerze mówiąc, nie jest to książka zbyt pokrzepiająca, a nawet powiedziałabym, że średnio, tym bardziej, że od pierwszych jej stron mamy zapowiedź tragedii, jaka się wydarzy. Ale nie ukrywam, ciekawe było poznawanie losów bohaterów i zastanawianie się które konkretnie osoby będą stanowiły główne postaci owego dramatu. Bo jeśli czekaliśmy na to, że przeczytamy kolejną opowieść o wspierających się kobietach, to tak, czytaliśmy ją, ale…do czasu. Bo jeśli mieliśmy nadzieję, że wszystko się poukłada, to…Ano właśnie. 
Niemniej jednak z tej książki wypisałabym parę refleksji, które mnie nachodziły podczas refleksji. A były to takie stwierdzenia, „Matka nigdy się nie podda, podczas walki o dziecko, nawet jeśli to dziecko odpycha ją od siebie ze wszystkich sił”, „Czasem to, co wydaje się być takim sobie rozwiązaniem, dla kogoś okazuje się być najlepszym i idealnym i może czas zweryfikować swoje oczekiwania”. 

 A teraz parę cytatów, strona 263 „(…) kiedy będziesz starszy (…) zdasz sobie sprawę z tego, że to, co uwazałeś za ważne, tak naprawdę nic nie znaczy, a jedyne, czego będziesz żałował, to będą te chwile, kiedy byłeś dla kogoś okrutny, nieprzyjazny albo kiedy komuś czegoś poskąpiłeś, albo kiedy przez swoje osądy komuś nie pomogłeś. A twoja matka nie miała w swoim sercu ani jednej, nieprzyjaznej myśli. 

I jeszcze jeden cytat ze strony 264, „(…) akceptacja nie jest równoznaczna z poddaniem się”. 

A poza cytatami, to także książka o samoakceptacji i o zgodzeniu się na to, że nie zawsze musi być coś w stu procentach, abyśmy byli szczęśliwi i że w każdej chwili możemy pogodzić się sami ze sobą. O czym mówi nam ostatnie zdanie tej powieści. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Kod Kathariny”. Jorn Lier Horst.

 Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2019). E-book. 

Przełożyła Milena Skoczko. 
Tytuł oryginalny Katharina-koden.

To moje pierwsze spotkanie z autorem (mam wrażenie, że książka nabyta w jakiejś promocji około targowej i leżała sobie na czytniku i czekała na swoją kolej). Tak , wiem, że to jedna z późniejszych z cyklem ze śledczym Williamem Wistingiem, ale spokojnie można czytać bez znajomości poprzednich (chociaż już czuję, że miałabym ochotę na poznanie w kolejności całego cyklu). 

Myślę, że to nie jest kryminał dla każdego. Ma spokojny rytm, nie ma tu absolutnie żadnych wartkich zwrotów akcji. Właściwie, nawet nie tyle prowadzi się tu śledztwo, ale chce się udowodnić coś, co podświadomie wie się od lat. Przeczytałam w jakimś opisie, że ktoś pisze, że do kryminałów z tym śledczym wraca się jak do ciepłego domu, czy coś w ten deseń i właściwie ktoś napisał coś, co sama odczuwałam podczas lektury tego. Dziwnie,bo to wciąż kryminał z dwiema konkretnymi zbrodniami. Ale jednak całość napisana jest tak, że jakoś z przyjemnością zanurzałam się w świat wykreowany przez autora. Polubiłam śledczego i jego rodzinę.

Przez dwadzieścia cztery lata śledczy William Wisting pamięta o zaginięciu pewnej kobiety, Kathariny. Kobieta zniknęła z domu pozostawiając w nim samotnego męża, bardzo konkretnie naszykowane do spakowania ubrania i rzeczy, oraz kartkę z niezwykłym kodem, zostawioną na blacie w kuchni. William co roku w okolicach zaginięcia kobiety odwiedza jej męża, i wraz z upływem lat nawiązują oni coś w rodzaju przyjaźni. 

Ten rok jest jednak inny. Po latach niepewności i niewiedzy czas na przełom. A o co dokładnie chodzi, wyczytać można z książki właśnie. 

Jak napisałam, podoba mi się ta część serii o śledczym Wistingu i zamierzam poznać więcej z tego cyklu a na tapecie obecnie – „Jaskiniowiec”. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Szanta”. Wojciech Wójcik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam Mazury. Od paru lat również Warmię, ale swego czasu to Mazury bywały miejscem mojego wytchnienia i wypoczynku.
Piękne okolice, krajobrazy, potęga przyrody, lasy i jeziora. Blikość natury, śpiew ptaków, sarny i koniki polskie, które można podziwiać. To wszystko dawało mi dużo poczucia spokoju i wręcz sielkości. I mimo, że nie żegluję, to naprawdę potrafiłam znaleźć tam wytchnienie.
Akcja „Szanty” dzieje się właśnie w pięknych okolicznościach przyrody, w okolicach miasteczka Ruciane-Nida. Z tym, że akcja książki zupełnie nie ma się do atmosfery sielskości i spokoju, jaki na początku odmalowałam.
Jak to w kryminałach autora bywa, w książce będą toczyły się dwa osobiste dochodzenia, czy raczej chęć poznania tego, co się naprawdę wydarzyło. Jagoda Matusiak, to narratorka, która opowiada nam o swojej pracy w mającym powstać Muzeum Żeglarstwa. Muzeum ma powstać, ale od początku są z tym problemy. Najpierw znalezione zostaje bowiem ciało fundatora placówki i inicjatora, Sylwestra Preussa. Profesor z Warszawy, osiedlił się w okolicy i z nią związał większość swojego życia. I właśnie, gdy jego życie miał dopełnić się budową muzeum, czyli dzieła życia, zostaje znaleziony martwy w piwnicy placówki, kiedyś będącej ośrodkiem wypoczynkowym, a obecnie właśnie przyszłą placówką kulturalną.
Samo to nie wzbudziłoby może jakichś podejrzeń, jako, że prawdopodobnie odebrał sobie życie, ale niestety, parę tygodni później martwa i nie z własnej ręki, zostaje znaleziona Malwina, kierowniczka niedoszłej placówki. W obliczu ewidetnej zbrodni rusza śledztwo, a ślady prowadzą w wiele miejsc.
Jak wspominałam na początku, Jagoda, narratorka, będzie chciała dowiedzieć się, co się dzieje w muzeum, na dyrektorkę którego zostaje niespodziewanie nominowana. Wraz z dwiema pracownicami, Emilią, młodą mamą i Romą, usiłuja postawić na nogi inicjatywę, a jednocześnie Jagoda usiłuje dowiedzieć się, co się tak naprawdę dzieje. Czemu zginęła tragicznei poprzednia dyrektorka i czy ma to może związek z jakimś skarbem znajdującym się wśród rozlicznych zbiorów muzeum? Bo jest tu co podziwiać i co katalogować. Sylwester Preuss był miłośnikiem sztuki starowierców, których klasztor w Wojnowie stanowi ogromną atrakcję tamtego regionu (byłam, podziwiałam).
Wspominałam o Jagodzie, ale muszę wyjaśnić, kto jeszcze będzie podążał śladem zbrodniarza ( a może zbrodniarzy?). Otóż były policjant po przejściach, Hubert i osoba, którą pozna dopiero w czasie początku akcji książki, Helena, podająca się za dziennikarkę (jednak były policjant szybko zaczyna podejrzewać, że nie ma to nic wspólnego z prawdą).

Muszę powiedzieć, że polubiłam Jagodę, muzealniczkę, która porzuciła pracę w Luwrze na rzecz pracy w małym, lokalnym mazurskim muzeum i której zależało na tym, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się w ich ośrodku, a także, co dzieje się w okolicy i czy pracujące w placówce kobiety muszą zacząć się czegoś obawiać? Tym bardziej, że zaczynają ginąć kolejne kobiety. A pozostają po nich jedynie obcięte włosy…

Nie ukrywam, że oprócz wątku kryminalnego, ciekawe dla mnie było „podróżowanie” na kartkach książki po mazurskich terenach i miejscowościach, które znam bardzo dobrze z własnych wypraw i które zawsze wspominam z wielkim sentymentem. Ogromnym plusem książki jest też dla mnie przybliżenie nieco sztuki starowierców i sądzę, że ktoś bardziej zainteresowany tematem z pewnością sięgnie teraz po coś bardziej już tematycznego, a sądzę,że temat jest warto poznania i rozwinięcia, jako ogromnie frapujący.

Muszę też przyznać i uważam to za zaletę, że w rezultacie nie spodziewałam się, że sprawcą jest ta a nie inna postać z książki, a i motywacje okazały się dla mnie zaskakujące.
Jak to u tego autora bywa, uprzedzam, że postaci jest sporo i warto jednak ogarniać, kto jest kim, żeby nie stracić wątku.
Jednak akcja tę mnogość uzasadnia i rekompensuje.

Moja ocena to 5 / 6.