„Wygrywa pierwsze kłamstwo”. Ashley Elston.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożyła Agnieszk Brodzik.
Tytuł oryginalny First Lie Wins. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No i proszę, jak to bywa. Kiedy przeczytałam zapowiedź tej książki i jej krótki opis, wydawało mi się, że to będzie coś, co mi się spodoba. Ale potem zaczęłam dumać, a właściwie, brzmi jak tyle tytułów, które już się znało, czytało itd. Z jednej strony, polecała tę pozycję w swoim klubie książkowym Reese Whitherspoon, z drugiej, maruderzy w książkowych miejscach zawsze narzekają na tego typu polecanki, że niby celebryci, to co oni mogą wiedzieć o książkach itd. Ale ostatecznie, „Wygrywa pierwsze kłamstwo” najwyraźniej miało do mnie trafić, bo trafiło i…nie mogłam się oderwać !!! Ha, czyli książki naprawdę wiedzą, kto je zechce czytać! 

Tak, to thriller, żadne tam dzieło filozoficzne. Ale przecież ja uwielbiam i kryminały i thrillery właśnie. Powiem Wam, że naprawdę, dawno coś mnie aż tak nie wciągnęło. 
Przyznaję od razu, że autorki wcześniej nie znałam, wiem, że to autorka dotychczas książek raczej dla młodzieży i młodych dorosłych, ale nie czytałam żadnej z przez nią napisanych. Aż do teraz. 

„Wygrywa pierwsze kłamstwo” rozpoczyna się w chwili, gdy poznajemy Evie Porter, która mieszka od niedawna w małej miejscowości w Luizjanie z chłopakiem Ryanem Sumnerem. Wydaje się, że wiedzie idealne życie. Oto piękny dom, czy wręcz posiadłość na amerykańskim południu, piękny, jak z reklamy i kochający chłopak, ogród, w którym można posadzić najpiękniejsze kwiaty, interesująca praca i…coś, co jednak główną bohaterkę, która prowadzi narrację pierwszoosobową, „uwiera” w tym idealnym życiu. A no tak, fakt, że tak naprawdę Evie, czy raczej , Evelyn Porter, tak naprawdę w ogóle nie istnieje. A sam Ryan Sumner jest nie tylko jej chłopakiem, który nosi ją dosłownie na rękach, a raczej jej celem. Jej, czy raczej jej tajemniczego szefa, pana Smitha, kontaktującego się z kobietą w bardzo ostrożnie określonych realiach i okolicznościach. 

Akcję książki poznajemy nielinearnie, bo część wydarzeń streszcza czytelnikowi Evie w czasie obecnym, a do części sięga wstecz , nawet dziesięć lat wstecz. To dzięki owym wspomnieniom dowiadujemy się o charakterze jej nietypowej pracy i o tym, jak to się stało, że doszła tu, gdzie jest teraz i dlaczego jej poprzednie zadanie zakończyło się spektakularną klapą. 

Co mi się spodobało w „Wygrywa pierwsze kłamstwo”?  Na pewno wartkość akcji, bieg wydarzeń, to, że na swój sposób, mimo, że niezbyt to z pewnością słuszne, polubiłam główną bohaterkę i zwyczajnie kibicowałam jej w poczynaniach. Wreszcie, sam opis zadań, które w swojej pracy zlecał jej pan Smith, i to, jak poznawałam kulisy tych działań. 
Akcja książki jest prowadzona tak, że najpierw naprawdę byłam pewna, że będę wiedziała, jak to się wszystko potoczy i najpewniej, jak się skończy, po czym Ashley Elston za pomocą Evie dała mi delikatnego prztyczka w nos i zapewniła, że nie warto przyzwyczajać się do wytartych schematów 🙂 I że ładne amerykańskie dziewczyny są nie tylko ładne, ale mają głowę na właściwym miejscu. 

Powiedziałabym,że gdyby ktoś oczekiwał, że jakimś powiedzonkiem, czy przysłowiem opiszę mu nastrój tej książki, to odpowiedziałabym tak „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. 

Według mnie „Wygrywa pierwsze kłamstwo” to książka idealna wręcz dla miłośników thrillerów, ale i dla kogoś, kto chce poczytać coś dobrego, ale zwyczajnie rozrywkowego i być może szuka dla siebie lektury na nadchodzącą majówkę?

Moja ocena raczej Was nie zaskoczy. Jest to 6 / 6. 

„Ucichły ptaki, przyszła śmierć”. Michał Śmielak.

Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2023). Ebook. 


Polubiłam kryminały Śmielaka odkąd przeczytałam w grudniu 2023 jego „Osadę”. Od tej pory korzystam z promocji na ebooki i co pewien czas coś tam sobie kupuję w dobrej cenie. Tym samym mam już całkiem sporo jego książek za sobą.
A teraz przyszła kolej na tę. Czterech przyjaciół z powiedzmy, wczesnej młodości, jedzie na nietypowy wieczór? parodzień raczej, kawalerski w Beskidy. Wyprawa pod hasłem „Szlakiem beskidzkich duchów i upiorów” ma być wyprawą na zasadzie, „co się dzieje w górach, zostaje w górach” i świetną zabawą, ale ostatecznie okazuje się ekstremalną grą o przetrwanie.
Czytałam (już po lekturze), tak raczej z ciekawości, opinie i widzę i zadowolonych czytelników i mniej zadowolonych. Mnie się podobała, chociaż przyznaję, że bardzo dosadne i krwawe opisy zadanych przed śmiercią ofiarom tortur, zwyczajnie omijałam wzrokiem. Bardzo nie lubię dosłowności i brutalności, a tu tego trochę było, no ale trudno.
Ogólnie pasował mi styl opowieści, bowiem to, co się wydarzyło poza szlakiem, opowiada przebywający w szpitalu psychiatrycznym jedyny ocalały członek tej wyprawy. I właśnie jakos styl mi pasował do faceta, który jeszcze parę tygodni temu miał mieć zapowiedź świetnej zabawy i ślub z ukochaną, a tu nagle los zafundował mu inne rozwiązanie.
Myślę, że tym, którzy lubią książki autora, ta się spodoba, jeśli jeszcze jej nie czytali, ale ona chyba ma już parę lat, więc pewnie miłośnicy dobrze już ją znają.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Ptasiek”. William Wharton.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2004).

Przełożyła Jolanta Kozak. 
Tytuł oryginalny Birdy.

Książkodzielnia osiedlowa daje mi kolejną możliwość powrotu do książek, które czytałam wieki temu i które mi się wtedy podobały i taką też możliwość zweryfikowania opinii (chociaż czytałam tak dawno temu, że zwyczajnie zostało po prostu wrażenie, że mi się podobała wówczas ta książka).

I co? I okazało się, że obroniła się! Żeby była jasność, nie każę się komuś zachwycać, jeśli stwierdzi, że to gniot (tak lubiany przez Polaków swego czasu Wharton mam wrażenie, że nieco potem został przez niektórych oceniany jako taki mniej ambitny? nie wiem, mnie to średnio rusza, ale oczywiście opinie można mieć i przedstawiać).

„Ptasiek” to opowieść, którą poznajemy z dwóch perspektyw. Najpierw – Ala, młodego mężczyzny, który po kontuzji odniesionej na froncie IIWŚ zostaje odtransportowany do USA i tam poproszony o odwiedziny przyjaciela z dzieciństwa, Ptaśka, którego imienia nie poznajemy chyba przez całą książkę). Ptasiek wylądował w bardzo ciężkim stanie w szpitalu psychiatrycznym i psychiatra go prowadzący zastanawia się, czy wizyta kogoś z przeszłości nie pomoże chłopakowi.
Tak więc poznajemy akcję i z opowieści i wspomnień Ale, lecz także z persoektywy wspomnień samego Ptaśka.
A Ptasiek, to osoba nadwrażliwa i z pewnością nie przystająca do tak zwanego ogółu społeczeństwa. Znalazł on sobie bezpieczną niszę na swoją oryginalność w miłości do ptaków i z czasem zwyczajnie zechciał zostać jednym z nich.

„Ptasiek” to piękna opowieść o tym, jak bardzo możemy nie przystawać do otaczającego nas świata, ludzi, rzeczywistości i jak czasem jesteśmy w stanie znaleźć sobie takie schronienie, w którym będziemy czuć się bezpieczni.
To także opowieść ogromnie współczesna, jak dla mnie, w kontekście tego, że może i lata mijając i zmieniają się didaskalia rzeczywistości, ale jednak jednym z największych skarbów, jakie człowiek w życiu może mieć, to kochająca rodzina, a jeśli tej zabraknie, to przyjaciel, który toleruje cię ze wszystkimi twoimi wadami, dziwactwami i tym, co odrzucać może innych.
Wreszcie, to aktualna opowieść o tym, że wrażliwcy zawsze mają w życiu ciężko i że łatwo jest kogoś wyśmiać, czy zaszufladkować, chociaż nie ma się pojęcia, jak tragiczne mogą być tego konsekwencje.

Cóż, ja ją dosłownie pochłonęłam i polecam. Na półce wzięta również z Książkodzielni kontynuacja, chociaż na razie robię przerwę, z racji innych ksiązkowych zobowiązań.

Moja ocena to 6 / 6.

Odszedł Mario Vargas Llosa

Zmarł Mario Vargas Llosa, laureat literackiej Nagrody Nobla z roku 2010.
Zajrzałam na Biblionetkę, czytałam pięć jego książek, z których dwie znalazłam zrecenzowane przeze mnie na blogu. Podrzucam linki.
Może chcecie się podzielić swoimi odczuciami na temat Jego książek? W sumie, to kończy się pewna epoka, nieodwracalnie, odchodzą ci, którzy kiedyś tworzyli naprawdę potężny kanon literatury. Owszem, są nowi, którzy tworzą swój, nowy, ale nie ma co się oszukiwać, zostało puste miejsce, którego łatwo się nie zapełni.

„Jedyna córka”. Guadalupe Nettel.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025).

Przełożyła Barbara Bardadyn. 
Tytuł oryginalny La hija unica. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No, powiem tak, mało, a tej recenzji mogłoby w ogóle nie być. Czemu? Możecie się spytać i w sumie, słusznie, bo cóż to za deklaracje książkowego buntownika? Ale ta niepewność, czy będę w stanie skończyć „Jedyną córkę” wynikła dość szybko z powodu jednego z wątków pojawiających się w książce.
Jednak, cóż, najpierw stwierdziłam, że chcę doczytać do zakończenia jednego wydarzenia i zastanowić się, co dalej zrobię, a następnie popełniłam rzadko czyniony przez siebie książkowy grzeszek. A mianowicie- przekartkowałam książkę do końca. I stwierdziłam, że mimo, że temat dalej nielekki, to chcę jednak z nim się zmierzyć. 

„Jedyna córka”, to opowieść o trzech kobietach, Laurze, Alinie i Doris. Laura i Alina są przyjaciółkami, a Doris, to nowa sąsiadka Laury. 
Historie ich trzech poznajemy ustami Laury, narratorki. 
Każda z kobiet staje w obliczu swojego indywidualnego podejścia do macierzyństwa. Laura jest zdeklarowaną przeciwniczką posiadania potomstwa, czemu daje bardzo jasny wyraz. Alina, kiedyś deklaratorka wolności i swobody, co wiąże z byciem bezdzietną, z czasem zmienia swoje nastawienie i zaczyna z partnerem długotrwałe i uciążliwe starania o dziecko. Natomiast Doris, to kobieta po przejściach, która mamą już jest, bo do kamienicy narratorki wprowadza się z ośmioletnim synem, Nicolasem. 

Jak już wspomniałam, to nie jest łatwa książka. Dwie z opisanych kobiet mają ogromne problemy. Nie zdradzę tu żadnego sekretu, jest to na okładce książki, że ciąża Aliny nie będzie przebiegała tak, jak to sobie mogła wymarzyć. W końcówce ciąży bowiem kobieta dowie się, że jej córeczka, którą nazwano już Ines, umrze zaraz po porodzie. Czy można przygotować się na tak straszną wiadomość? Czy można dosłownie z dnia na dzień niemal nastawić się na to, że twoje marzenia, które z takim trudem realizowałaś, po prostu zostały zrujnowane, a wszystko to, na co miałaś nadzieję, że wydarzy się w przyszłości, pierwszy świadomy uśmiech dziecka, pierwsze słowa, raczkowanie, kroki nigdy się nie wydarzą? Nie będę ukrywać, że ta część była dla mnie najbardziej mroczna i najtrudniejsza i gdyby nie to, że jednak coś mnie podkusiło, żeby spróbować zmierzyć się z tematem, pewnie wówczas już bym ją zostawiła. Przejmujące było dla mnie to, co znam z własnej przecież chociaż nieco innej, niż Alina, perspektywy. Ale niewyobrażalnie smutno czytało mi się opisy tego, jak przyszli rodzice zwijali swoje marzenia sprzątając to, co miało być „dla Ines”…

I mimo, że mamy tu jeszcze dwie bohaterki i ich losy również są istotne i ważne, to akurat faktycznie historia Aliny i jej sytuacja jest według mnie, przynajmniej, najbardziej wyraźnie podkreślona, zaakcentowana. Nawet samym tytułem, który możemy przetłumaczyć w odniesieniu do córki, jako „jedyna” w kontekście „jedyna w swoim rodzaju”. 

Bardzo ciężko jest mi napisać coś mądrego na temat tej książki bez popadanie we wspomnienia i własny smutek, jaki był udziałem moim i mojego męża. 
Osobiście jednak wyłuskuję z tej książki ten wątek, jako najistotniejszy dla mnie samej, bo wiem, że autorce udało się przenieść na karty książki prawdę, która stała się niechcianym udziałem osób, które przeszły różnego rodzaju tragedię związaną z dzieckiem. Niektóre myśli, czy stwierdzenia bohaterów, tu, partnera Aliny, Aurelia, który na wieść o tym, że dziecko z wadą, którą ma Ines rodzi się jedno na sto tysięcy urodzin, stwierdza, że, cytuję „(…) Mieliśmy większe szanse wygrać kumulację na loterii”, sama znam z własnego rozpatrywania osobistej tragedii. Rozbierania nieszczęścia na detale i czynniki pierwsze i zastanawiania się, czy gdyby coś tak lub coś nie tak, to stałoby się inaczej? A jednak ostatnie słowa książki, to stwierdzenie Aliny, która mówi do Laury „(…) Nie denerwuj się, (…). Będzie, co ma być. Nikt przed tym nie ucieknie”. 

I to, co sama myślałam po odejściu Emilki, czyli „(…) Istnieje słowo na określenie tego, kto traci męża lub żonę, a także słowo nazywające dzieci, które zostają bez rodziców. Nie istnieje jednak żadne słowo określające rodziców, którzy tracą swoje pociechy. W przeciwieństwie do innych stuleci, kiedy to umieralność dzieci była bardzo wysoka, w naszej epoce to się nie zdarza. Jest to coś tak strasznego, tak nieakceptowalnego, że postanowiliśmy tego nie nazywać”. 

Oraz coś, o czym myślałam bardzo często i to akurat niekoniecznie tylko w strasznym roku 2011, ale też całkiem niedawno, kiedy przeżywałam chorobę mojej Mamusi, zakończoną niestety, Jej odejściem, a mianowicie: „(…) Niektóre osoby traktują nieszczęście jak chorobę zakaźną i wolą odsunąć się od ludzi zmagających się z chronicznym cierpieniem, nawet jeśli są to ich rodzice czy najlepsi przyjaciele. (…)  Alina zweryfikowała swoje przyjaźnie. Jedni przestali się z nią kontaktować, podczas gdy inni (łącznie z osobami, których wcześniej prawie nie widywała) stali się bliżsi.”

Sądzę, że poczujecie się teraz ogromnie zaskoczeni, kiedy napiszę Wam, że tak naprawdę, to „Jedyna córka” jest w swojej wymowie książką o pozytywnym, niosącym nadzieję, przesłaniu. Naprawdę. 
Jestem zdziwiona, bo przyzwyczaiłam się do książek, które jeśli są dobre i takie powiedzmy, mniej rozrywkowe, to przybijają i nie niosą ze sobą żadnej otuchy (piszę tu oczywiście o mojej własnej perspektywie). Raczej rozdrapują rany, niż pomagają uwierzyć, że te kiedyś się zabliźnią. A jednak okazało się, że można napisać coś, co pokrzepi. 
I mam tu na myśli wszystkie wątki w książce. Również ten drugi bolesny, Doris, która sama wychowuje swojego ośmioletniego syna i zmaga się zarówno z traumą chłopca, jak i własną depresją. 
Nie wiem, może to cecha książek i filmów z krajów latynoskich, ale tam faktycznie zawsze jest motyw kobiet wspierających się i to chyba nie tylko. albo nie zawsze na zasadzie „solidarności jajników”, jak chcieliby niektórzy myśleć, ale po porstu wspieraniu się w ciężkich czasach i chwilach. 
„Jedyna córka” pokazuje, że człowiek naprawdę jest stadny i że potrzebuje koło siebie innych ludzi, i to nie tylko w ciężkich chwilach, ale również i dobrze, w chwilach szczęścia i radości, którymi to chce się dzielić z innymi. I że ci ludzie, nas otaczający, mają na nas często niebagatelny wpływ. 

To książka, w której jest dużo kolorowych zaznaczeń. I w której podkreśliłam ogromnie dużo zdań. Dwoma z nich jeszcze się z Wami muszę podzielić, oto one:
„(…) Uważam, że przychodzi taki moment, w którym wszystkie (…) zdajemy sobie z tego sprawę: mamy takie dzieci, jakie mamy, a nie takie, jakie sobie wyobrażałyśmy czy takie, jakie chciałybyśmy mieć, i to z nimi musimy sobie radzić”. 
Drugi zaś, to ten: (…) pomyślałam, że jeśli istnieje przeznaczenie, to jest także wolna wola i polega na sposobie, w jaki podchodzimy do sytuacji, jakie stawia przed nami życie”.

Szczerze Wam polecam „Jedyną córkę”. Jak się okazuje, można napisać książkę o temacie bardzo poważnym i ciężkim nie wtrącając jednocześnie czytelnika na najgłębsze dno smutku i rozpaczy. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Ciao, Goethe!”. Jacek Cygan.

 Podtytuł „Śladami Goethego w Italii”.

Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Na „Ciao, Goethe!” czekałam z wielką niecierpliwością. Po pierwsze, Jacka Cygana ogromnie cenię jako autora tekstów, zarówno tych poetyckich, jak i prozy. Po drugie, podróż przez Włochy, czy jak chce autor, Italię. To nie mogło się nie udać i oczywiście, że się udało. I to doskonale. 
Od razu zaznaczam, tak, wiem, że często tak do Was piszę, że to nie jest książka dla każdego. To znaczy ona według mnie z pewnością jest dla kogoś, kto po pierwsze, ceni sobie autora jako słowotwórcę, a po drugie, dla kogoś, kto chce poznać inny kraj, ale nie stricte podróżniczo a raczej podróż prezentowana jest nieco inna w klimacie, niż się do tego przywykło. Dużo tu bowiem cytatów zarówno z „Podróży włoskiej” Goethego, wydanej w Polsce jedynie raz, w roku 1980, ale i bardzo dużo refleksji, opinii subiektywnych, odniesień, anegdot samego Jacka Cygana. Bardzo dużo tu też sztuki, co akurat dla mnie jest wielką zaletą, ale nie wszyscy muszą znajdować w tym takie upodobanie. Są ludzie, którym taki zbiór reportaży, czy raczej własnych przemyśleń na rozmaite tematy pasuje, są też przeciwnicy. Mnie pasuje. 
Lubię patrzeć na miejsca, zwłaszcza te, w których sama byłam (chociaż nie jest to wymóg) oczami  drugiej osoby i albo znajdować nowe inspiracje do spojrzenia na coś innymi oczami, albo zachwycić się zbieżnością naszych wrażeń i odbioru dzieła sztuki, wiersza, czy zastanej rzeczywistości. 

Książka ta ma, można by powiedzieć, dwóch bohaterów: Jacka Cygana, który prowadzi nas we wspólnej podróży po Italii śladami włoskiej podróży Johanna Wolfganga Goethego, no i właśnie samego Goethego. 
Przyznaję, że nie znam zbyt dużo dzieł tegoż, żeby nie powiedzieć, że właściwie nie znam w ogóle. Zapewne coś tam czytałam w czasach szkolnych, niemniej jednak w głowie nie zostało wiele wspomnień, czy wrażeń. Ten stan wkrótce się zmieni, o czym napiszę pod koniec tego wpisu. 

Co trzeba mieć obok siebie podczas lektury tej książki? Na pewno dostęp do czy to albumów sztuki, czy to do internetowej przeglądarki, aby móc to, co w swojej podróży opisuje Jacek Cygan, obejrzeć. 

Tak więc podróż rozpoczyna się w Czechach, następnie wiedzie przez Tyrol, Weronę, Vicenzę, Padwę, Wenecję, Ferrarę, Rzym (dwukrotnie), Neapol, Sycylię. 
Jacek Cygan, uwzględniając, że nie wszyscy znają dobrze biografię Goethego, opowiada nam przez całą książkę o tej postaci. O samej podróży po Italii poety, która to zaowocowała listami do miłości epistolarnej Goethego, Charlotty von Stein, z którą wymienił około 1800 listów, o jego innych miłościach, wreszcie o kobiecie, z którą Goethe się zestarzał i która urodziła jego syna, o tym, co zapisywał w swoich notatkach z tej wyprawy, a o czym, ku strapieniu Cygana, nie pisał wcale lub niemal tyle, co nic (brak na przykład opisu potraw, czy win, które pojawiały się podczas uczt Goethego i jego włoskich towarzyszy). 

Mnie osobiście największą radość sprawiały opisy, czy omawianie dzieł sztuki, miejsc sakralnych, ale nie tylko, oczywiście, chociaż właśnie opisy te słowami autora tej książki. Chociaż pozazdrościłam Jackowi Cyganowi wizyty przy grobie świętego Antoniego w Padwie, wierzę, że może stanie się kiedyś i moim udziałem. A jeśli nie, to z przyjemnością czytałam to, co autor nam o tym miejscu napisał i przedstawił i czułam się przez chwilę tak, jakbym wraz z nim i osobami Mu towarzyszącymi (Cygan najchętniej zwiedza ten kraj z żoną, jakież to miłe) wszystkie te miejsca zwiedzała, dzieła sztuki wraz z nimi podziwiała, nad podobnymi rzeczami się zamyślała, z nimi się czułam zaintrygowana, lub rozbawiona. 

Powiem tak, teksty Jacka Cygana czyta się wybornie, książką można się smakować dlatego, że sam jej autor jest po prostu ogromnej klasy erudytą i widać, że ma poczucie humoru, co zawsze cenię u innych osób. Ponadto Cygan jest też poliglotą i zwyczajnie, cechuje się wysoką kulturą osobistą, co owocuje tym, że na swojej drodze spotyka wielu przyjaznych mu ludzi, o których również wspomina w książce. Między innymi wspomina swoją i żony przyjaźń z jednym z najlepszych polskich artystów mieszkających w Rzymiem, nieżyjącym już niestety, Igorem Mitorajem. To zresztą w związku z tą postacią, Jacek Cygan pisze dla siebie samego, dla nas, coś w rodzaju ostrzeżenia „(…) Przypomina, że czas nie będzie na nas czekać”. Tak więc, jeśli chcesz spotkać się z przyjacielem, zadzwonić do kogoś, kogo dawno nie słyszałeś, obejrzeć coś pięknego, poruszającego, rozbawiającego, nie zwlekaj. Czas nie czeka. Może się nie udać…

Z pewnością „Ciao, Goethe!” nie jest książką, którą da się przeczytać szybko (tym bardziej, że niestety, druk baaardzo drobny), jest to książka, którą należy wręcz się rozkoszować, smakować każde jej zdanie. Jest to też według mnie lektura,  do której z radością będzie się powracać, jeśli nie do całości, to z pewnością do wybranych i ulubionych jej fragmentów. Na pewno piękna polszczyzna, przy zachowaniu gawędziarskiego stylu tej opowieści, bez przynudzania, to wszystko składa się na to, że pozycję, która ma więcej, niż 370 stron, czyta się wyśmienicie. 

Na koniec coś, co obiecałam powyżej, czyli wyjaśnienie, czemu zwiększę swoją wiedzę na temat tekstów Johanna Wolfganga Goethego. Zdarzenie, które nawiasem mówiąc, spodobałoby się (piszę to ze stuprocentową pewnością) Jackowi Cyganowi, bo wpisuje się idealnie w klimat tej książki. Otóż, podczas mojej lektury „Ciao, Goethe!” w weekend zajrzałam do osiedlowej Książkodzielni i cóż w niej znalazłam ? Wydaną w 1984 roku (raptem cztery lata po wydaniu u nas „Podróży włoskiej”) książeczkę „Goethe. Aforyzmy”.  Czyż nie można tego nazwać wspaniałym przypadkiem i miłą niespodzianką do tak udanej lektury? 
Na sam koniec, książka została mi podarowana z Wydawnictwa z bardzo ładnym dodatkiem jakim jest zakładka z grafiką z okładki książki. I tu po prostu muszę wspomnieć o tym, kto od strony graficznej dopieścił „Ciao, Goethe!”, a mianowicie jest to Pani  Anna Pol, która oprócz okładki, którą zaprojektowała, okrasiła książkę przepięknymi oczywiście odpowiadającymi treści, ilustracjami. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.