„Krokodyl z kraju Karoliny”. Joanna Chmielewska.

Wydana w Wydawnictwie KOBRA. Warszawa (2001).

Tę książkę wydaną pierwszy raz w 1969 roku przeczytałam w ramach mojego Osobistego Projektu Książkowego „Mama”.
Pamiętam, że zawsze śmiałyśmy się z moją Mamą, że miłość do kryminałów Joanny Chmielewskiej wyssałam z mlekiem matki, bo czytała jej książki w ciąży i potem jak najbardziej również.
Z tego, co mi utknęło w głowie, „Krokody z kraju Karoliny” to jedna z tych czytanych przez moją Mamą książek w czasie, gdy oczekiwała na moje narodziny.
Nie jest więc dziwne, że sięgnęłam po nią, tym bardziej, że nie jest to książka Chmielewskiej, po którą sięgam, że się tak wyrażę, w pierwszym rzucie. I w sumie nic z niej nie pamiętałam.

Akcja książki rozpoczyna się, gdy Alicja zwierza się Joannie, że czuje się ostatnio niezbyt bezpiecznie, ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Ich rozmowa w domu Alicji potwierdza przez odkrycie pewnych faktów, że Alicja raczej się nie myli.
W nocy Alicja dzwoni do Joanny i prosi ją, żeby w razie jej śmierci, Chmielewska przybyła ją obejrzeć. Nie tyle zobaczyć, co wręcz obejrzeć. Narratorka nie bierze tych słów serio, ale oczywiście obiecuje przyjść, obejrzeć jej ciało. I wydawałoby się, że nie ma o czym myśleć, kiedy jednak następnego dnia czeka długo w kawiarni, w której się umówiły, dzwoni do mieszkania Alicji, gdzie odbiera jakiś nieznany jej mężczyzna. Szybko okazuje się, że niestety, Alicja nie żyje 😦 Padła ofiarą zbrodni.

A Joanna? A Joanna, jak to Joanna. Przecież to jasne, że nie zostawi sprawy odłogiem! W końcu ktoś odebrał jej jedną z najważniejszych w jej życiu osób. Narratorka nie wie jeszcze, że zaczynając swoje prywatne śledztwo, zostanie wkręcona w wir niezwykłych zdarzeń, a na pewnym etapie jej dochodzenia, nie będzie wiadomo, kto jest winny, kto jest niewinny.

Akcja dzieje się wartko, Joanna swoimi pomysłami nie zawodzi, czym doprowadza do szału zarówno Diabła, z którym jest wciąż od ich poznania się w książce „Wszyscy jesteśmy podejrzani” i zaprzyjaźnionego majora. Gdy obaj panowie rwą sobie włosy z głowy na poczynania kobiety, Joanna działa i udaje się do Kopenhagi, gdzie jak się wydaje wiodą tropy.

„Krokodyl z kraju Karoliny” jest według mnie bardziej książką sensacyjną, niż klasycznym kryminałem, ale oczywiście elementy tego gatunku są tam jak najbardziej. Nie jest to ta książka, nad którą śmiałam się do rozpuku, jak chociażby w przypadku „Bocznych dróg” lub „Wszystko czerwone”, ale też trzyma poziom i humor na pewno nie jest w niej wymuszony.

Moja ocena to 5 / 6.

„Rilla ze Złotych Iskier”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2025). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Rilla of Ingleside.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bardzo, bardzo się cieszę, że jednak zdecydowałam się na sięgnięcie po ostatnią z serii o Anne, książek. Przyznaję, że po poprzednią u nas wydaną, noszącą tytuł „Dolina Tęczy” nie sięgnęłam po tym, jak z kolei nie podobała mi się jeszcze poprzednia, „Anne ze Złotych Iskier”.

Otóż, ku mojej czytelniczej radości, „Rilla ze Złotych Iskier” wszystko mi wynagrodziła! 
To jest po prostu świetna książka! Chociaż niestety, smutna, smutna ogromnie, bo jej cała akcja rozgrywa się w czasie IWŚ. 

Rilla w chwili rozpoczęcia książki za chwilę dosłownie ma ukończyć piętnaście lat. Piętnaście lat! Pamiętacie ten czas swojego życia? Ja tak. To piękny, ale i burzliwy i mający codzienny milion nastrojów i zmian, okres w życiu. W jednej chwili wydaje nam się, że wszystko możemy, w drugiej, chowamy się w mysią dziurę, aby tylko nikt nas nie zagadnął. Nawiązujemy trwające potem często dziesiątki lat, znajomości, przyjaźnie, przeżywamy pierwsze zauroczenie, a potem pierwsze głebsze uczucia.
Chyba nic się nie zmieniło od czasów nastoletnich lat Rilli, tak sądzę. Młodzi jednak w głębi swoich serc wciąż pragną podobnych rzeczy, uczuć, przeżyć. 
Rillę poznajemy jako, cóż, trzpiotkę. Dziewczynę, która więcej myśli o przyjemnościach życia, niż o jego poważniejszych aspektach. Ale też, czy musi uprawiać filozofię i zadumę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę? 
Mnie się ta postać ogromnie spodobała. Zapałałam do Rilli sympatią za jej charakter, zadziorność, ale przede wszystkim za jej dobre serce. Za to, że ma serce po właściwej stronie, za to, że potrafi każdego zrozumieć, wytłumaczyć, pocieszyć, kiedy trzeba. Popłakać ale i pośmiać się z kimś, kto tego potrzebuje. Wreszcie – pomilczeć, kiedy nastanie tego potrzeba.

Rilla przechodzi w tej książce niezwykłą przemianę. Trudno powiedzieć, czy stałoby się to tak szybko, gdyby czasów jej wczesnej młodości nie zdeterminowała wojenna rzeczywistość? Sądzę, że nie znajdziemy na to pytanie jasnej odpowiedzi, niemniej jednak, kiedy trzeba, Rilla zakasuje rękawy sukni i działa! 

Jak napisałam, ta część ropzoczyna się w momencie, gdy za chwilę dziewczyna ma skończyć piętnaście lat. Przed nią pierwsza poważna zabawa taneczna, podczas której zadzieje się coś pięknego i wzruszającego między nią a chłopcem, który jej się podoba, Kennethem Fordem. Te chwile spędzone z nim dziewczyna będzie mogła poźniej traktować jako zbiór pięknych, dobrych wspomnień, które pomogą trwać, gdy rzeczywistość za oknem będzie nie tyle skrzeczeć, co wręcz krzyczeć i przytłaczać młodą osobę i jej bliskich. 

Niemal na samym początku wojenne życie postanawia szybko nauczyć beztroską wszak do tej pory nastolatkę, odpowiedzialności. Otóż, wielu mężczyzn z jej miejscowości zaciąga się do wojska. W tym gronie nie brakuje mężczyzn z rodziny Rilli, jej braci. I oto na samym początku, gdy Rilla zbiera dofinansowanie na działalność wspierającą walczących, staje się ona opiekunką wojennego maluszka. Ojciec malca zaciągnął się do wojska, a mama zmarła niedługo po powiciu maleństwa. Wychodzi na to, że dziecina nie ma szansy na opiekę, która zagwarantuje jej przeżycie, ale w tym momencie dobre serce Rilli działa i oto dziewczyna w bardzo nietypowym odpowiedniku koszyczka dla niemowląt, jakim okazuje się być waza do zupy, przywozi chłopczyka do domu. Jims stanowi dla niej zagadkę, wszak nie miała nigdy okazji niańczyć noworodków, a nie chce tym obarczać mamy ani Susan, ale z czasem i jednak pomocą bliskich, w Złotych Iskrach maluch znajduje piękny i ciepły dom. 

Co mi się podobało w tej ostatniej części serii? Nie będę oryginalna, bo powtarzałam to przy wszystkich czytanych przeze mnie w nowym przekładzie, książkach, a mianowicie tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej właśnie. Jestem nim zachwycona! Nic nie tracąc z oryginału, książki zyskały jednak nieco nowszy, współcześniejszy klimat. Jestem w stanie rozejrzeć się i zobaczyć takie Rille i dzisiaj, gdzieś w niedalekiej całkiem okolicy! Obym nie musiała, bo wszak czas wojny, o czym zawsze piszę, to jeden z najgorszych w życiu człowieka !!!

To, w jaki sposób przedstawiona jest zmiana w charakterze Rilli. Nie nagła, ale jednak stopniowa, ale dzięki temu chyba właśnie wiarygodna. Rilla dojrzała i dzieje się to w przekonujący sposób.

Ta część wynagrodziła mi poprzednie rozczarowanie. Książka wygląda kolorowo dzięki karteczkom zaznaczającym ważne dla mnie zdania. 
A scena z Piątkiem (pieskiem wiernie czekającym na jednego z braci Rilli na peronie podczas całej nieobecnośc mężczyzny w domu) doprowadziła mnie do łez!
Polecam!

Moja ocena to 6 / 6. 

„Złodziejski spadek”. Bożena Mazalik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, krążyłam już jakiś czas temu wokół książek Bożeny Mazalik. Teraz trochę żałuję, że swego czasu nie sięgnęłam po „Ciosy słonia”, coś czuję, że kiedyś się zdecyduję. Tak więc w sumie to „Zodziejski spadek” okazał się być moją pierwszą książką autorki i jestem o tym przekonana, nie ostatnią. 

To książka akcji, taki trochę kryminał, ciut thriller, ale w sumie najbardziej jednak po prostu książką akcji. Bo ta jest naprawdę szybka, zmienia się niemal na każdej stronie i powoduje, że książkę czyta się dobrze i z zainteresowaniem. A do tego dochodzi tło, bo rzecz dzieje się w niemieckich Alpach, w jednej z mieścin położonych wysoko, gdzie wciąż wydaje się, że nic złego dziać się nie może. Nie może? Do czasu, niestety. 
Hilda Mainwolf to obecnie zastępczyni burmistrza miasteczka Ratsel (gra słów, bowiem może to sugerować słowo „zagadka, szarada”). Kobieta szlachetna i poważana. Prowadzi fundację wspierającą dzieci w trudnej sytuacji życiowej. Jednym słowem, niemal anioł. Niemal, bo kobieta ma za sobą trudną przeszłość i trudne wybory i zachowania. I taka trudna przeszłość niestety, prędzej, czy później się odezwie. W przypadku Hildy wraca i to można by powiedzieć, że ze zdwojoną siłą. Chwilę po wręczeniu jej odznaczenia mającego uhonorować kobietę ta dosłownie rozpływa się w powietrzu. Jeszcze niektórzy mają nadzieję, że może realizuje swój plan wylotu do Mołdawii, skąd miała przywieźć dzieci, którym pomaga jej fundacja, ale szybko te nadzieje okazują się być złudne. 
W dodatku następnego dnia jej córka, Elke, wraz z babcią, jadąc górską przełęczą autem Elke, spadają w dół zbocza. Wypadek, ale czy na pewno? Szybko domyślamy się, że w tej sprawie nie ma przypadków. Na miejsce przybywa Carla, osoba z rodziny, była policjantka, mająca rozwiązać zagadkę zaginięcia „ciotecznej babci” i Elke. A na horyzoncie pojawia się też Lars, ktoś ważny w przeszłości Carli, który prowadzi indywidualne śledztwo w sprawie morderstwa swojej siostry, które miało miejsce rok temu. 
Czy, i w jaki sposób wszystko to może się łączyć? O tym dowiadujemy się z kart książki. 

Jak pisałam, to książka akcji, która zdecydowanie wartko się toczy. Jak dla mnie okazała się świetną rozrywką, zdecydowanie dobrą lekturą. Polecam, jeśli ktoś ma chęć na kryminał, akcję i na po prostu udany czas nad książką !

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zielone piekło”. Raymond Maufrais.

 Wydana w Wydawnictwie ISKRY. Warszawa (1966). 

Przełożył Zbigniew Stolarek. 
Tytuł oryginalny Aventures en Guyane.

To pierwsza książka z mojego Osobistego Projektu Książkowego, o którym pisałam w poprzednim wpisie. Od niej właściwie wszystko się zaczęło i to ta książka spowodowała, że ów projekt w ogóle pojawił się w mojej głowie. I okazuje się, że nie dość, że sam projekt jest (dla mnie na pewno) świetnym pomysłem, to sama książka jest rewelacyjna!! 
Czemuż to wcześniej (a przecież zdjęcie, na którym moja Mama jest z tą książką jest jednym z moich ulubionych) nie sięgnęłam po „Zielone piekło”, tego nie wiem. Wiem jedno, dobrze, że nareszcie na to się zdecydowałam! 

Krótka notka biograficzna, chociaż uważam, że warto jest samemu poszukać informacji na temat autora (zwłaszcza ułatwienie mają osoby francuskojęzyczne). Raymond Maufrais był bardzo młodym człowiekiem (rocznik 1926), który miał w sobie ogromną żądzę przygód. Pracował już jako młody człowiek jako dziennikarz, czy raczej korespondent. Jako młody chłopak brał udział w walkach o wyzwolenie Francji, a po zakończeniu IIWŚ postanowił swoją pasję przekuć w coś konkretnego. Stąd jeszcze jako niespełna dwudziestoletni chłopak wziął udział w wyprawie do Brazylii, a mając lat dwadzieścia trzy jako korespondent relacjonujący swoją wyprawę na terenie Gujany Francuskiej. Chciał on dotrzeć do masywu górskiego Tumuc-Humac. 
Niestety, ta wyprawa, o czym wiemy z opisu książki, nie skończyła się dobrze. Relacje, które Raymond miał wysyłać do paryskiego pisma, szybko się urwały i to dało do myślenia, że coś złego mogło się stać podczas jego podróży. 

Co się natomiast działo, to wiemy od niego samego. Maufrais bowiem przez całą swoją podróż pisał dziennik podróży. Jest to dziennik wstrzasający, szczery, przejmujący.
Raymond relacjonuje niemal każdy dzień swojej niewiarygodnej wyprawy przełomu 1949 i 1950 roku, począwszy od sierpnia a skończywszy na dniu 13 stycznia 1950 roku, gdy to zapiski autora urywają się. 
Dziennik to o tyle wstrząsający, że jako czytelnicy znamy zakończenie wyprawy. A jest ono takie, że Raymond zaginął. Dotarł do brzegu rzeki Tamouri, gdzie niestety, ślad po nim się urwał. Jakiś czas potem dopiero ruszyły poszukiwania i znaleziony został ostatni obóz eksploratora wraz z dziennikiem podróży, pozostawionym tam dla drogich mu rodziców, który to dziennik jest kanwą książki, którą przeczytałam. 

Co mogę Wam powiedzieć? To książka, która absolutnie się nie starzeje! Pragnienia zmian, przygód, zobaczenia czegoś nowego, niechęć gnuśnienia (zresztą, o jakim gnuśnieniu może mówić dwudziestoparoletni człowiek?), to wszystko przecież dzieje się wciąż i teraz. Być może mamy teraz nieco inne możliwości, inne finanse, czy możliwość zapewnienia ich sobie (Raymond ruszył na wyprawę niemal bez pieniędzy), inną drogę do dojścia do celu. Ale marzenia! Te wciąż mamy i je realizujemy. Są też ludzie z mniejszą lub większą pasją do czegoś. Są też w końcu – ryzykanci, stawiający wszystko na jedną kartę. Do nich według mnie bezsprzecznie należał Raymond, który parł niestrudzenie w kierunku Tumuc-Humac, pomimo, że zarówno ludność miejscowa, jak i inni napotkani bywalcy tamtych stron z firm eksplorujących tamte tereny, ową samotną wyprawę przez niewątpliwie trudną do pokonania puszczę Gujanym, młodemu człowiekowi odradzali. 

Sam dziennik, jak już pisałam, jest wstrząsający. Zarówno tym, co pisze on o samej wyprawie, o jej warunkach, ogromnie trudnych, o masie przeciwności, na jakie napotykał i o tym, jak ze swoimi słabościami walczył. Zważywszy na to, że pod koniec swojej wyprawy był już wiecznie głodny i jak się łatwo domyslić po tym, co pisał, wycieńczony i wręcz wyczerpany, nie trzeba mieć wiedzy na temat tego, że ta wyprawa dobrze się nie zakończy, aby móc to przewidzieć. A mimo to każde słowo młodego człowieka przepełnione jest taką pasją, że czytając czasem aż zazdrościmy mu tej pasji, tej pchającej go wciąż i dalej miłości do życia, do przeżywania go w pełni! 
Niestety, jak wspomniałam 13 stycznia 1950, to ostatni dzień notatek Raymonda Maufraisa. Zakończony jest on ostatnimi słowami skierowanymi do jego rodziców, „Poprzysiągłem wam, że wrócę, i wrócę – jeżeli Bóg pozwoli.” Nikt więcej nie spotkał Raymonda i również nie odnaleziono jego ciała. Nie wiemy więc, czy pokonała go jakaś choroba, infekcja, głód, czy może jakiś drapieżnik. Jedno jest pewne, Raymond Maufrais walczył do końca, aby dopełnić tego, co obiecał swoim drogim rodzicom. 

Nie ukrywam, końcówka książki rozwaliła mnie emocjonalnie 😦 W swoich notatkach Raymond wspominał o rodzicach dość często (wszak, co dodatkowo przybija, był on ich jedynym synem), ale pod koniec swojej wyprawy pisał on o nich coraz częściej i z coraz więcej wyczuwalnym przygnębieniem, jakby podskórnie zaczynając brać pod uwagę to, że może jednak ponownie się z nimi już nie spotkać. Zapewne, oprócz własnego smutku związanego z tą świadomością, zdawał sobie sprawę, jaką tragedią będzie to dla jego mamy i taty. I z pewnością tak było. Co wyczytałam już w artykułach o autorze, jego tata dwa lata po zaginięciu chłopaka, porzucił pracę zarobkową, i ruszył w poszukiwaniu swego syna, gdzie przemierzał setki, jak nie tysiące kilometrów w poszukiwaniu Raymonda. Nie sposób nie wzruszyć się i nie pojąć w dwójnasób, skąd młody chłopak czerpał aż tyle miłości do swoich rodziców, najwyraźniej byli to ludzie, którzy dali mu dużo miłości, ale również wolności, nie stawiając przeszkód podczas realizacji jego pomysłów na wyprawy.
„Zielone piekło” nosi adekwatny do całej wyprawy i dziennika, tytuł. Spełnienie bowiem marzeń młodego człowieka okazało się zarazem jego przekleństwem. Ta przygoda, która miała stać się początkiem czegoś nowego i dać przyczynek do wspomnień na resztę życia, okazała się być jednocześnie zarówno tą najbardziej niezwykłą, jak i niestety, najcięższą, aż dosłownie odebrała mu ona życie. Najprawdopodobniej, bowiem jak pisałam, ciała chłopaka nigdy nie znaleziono. Ale jakie mogły być jego losy? Uważny czytelnik widzi pogarszający się stan jego zdrowia fizycznego. I chociaż psychika nie wydaje się być o dziwo, w najgorszej formie, mamy świadomość, że człowiek bez siły (walczący z głodem i brakiem możliwości uzupełnienia kalorii) nie jest w stanie ani zbudować kolejnej łodzi (po stracie pierwszej i zatonięciu tratwy), ani też nie jest w stanie przejść piechotą kilkudziesięciu kilometrów, gdzie mógłby natrafić na pomoc i ratunek. 

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić, zwykli mawiać niektórzy. Nie jestem pewna, czy gdyby znał koniec tej wyprawy podjąłby się jej? A może właśnie podjąłby się? Raymond był z pewnością człowiekiem pełnym pasji, woli życia, przeżycia go jak najlepiej. W końcu był nieco ponad dwudziestotrzyletnim chłopakiem. W tym wieku życie człowieka wciąż jest w jego początku i wiele przed nim. 

Zachęcam zainteresowane osoby do sięgnięcia do artykułów o Maufrais. Ogromnie ciekawy jest na stronie internetowej pisma NATIONAL GEOGRAPHIC, którego to artykułu autorem jest Krzysztof Kęciek. Widzę też, że jest coś na Onecie i zaraz zamierzam przeczytać całość. 
Zalecam też, jeśli Was temat zainteresuje, zajrzeć na stronę http://www.maufrais.info 
Znajdziecie tam informacje dotyczące i jego i wypraw poszukiwawczych jego taty. Jest tam też przeniesienie na stronę na Fb. 

Muszę przyznać, że dawno żadna książka aż tak mnie nie poruszyła, nie sprawiła, że w głowie pojawiło się mnóstwo myśli i refleksji. Wreszcie, dawno coś aż tak mnie nie wzruszyło. I chociaż czyta się ten dziennik ze ściśniętym gardłem, wiedząc, że happy endu tu nie będzie, jest to z pewnością książka, po którą zdecydowanie warto jest sięgnąć. Polecam!

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

Post zbiorczy.

Stwierdziłam, że chcę Wam napisać, co czytałam przed Świętami, ale niespecjalnie chcę robić osobne wpisy dla poszczególnych książek, więc wyjdzie wpis zbiorczy.

Udało mi się przeczytać otrzymaną na Mikołajki „Przyszedł list z Monachium” Hakana Nessera, z cyklu o inspektorze Gunnarze Barbarottim. Część akcji dzieje się podczas pierwszych Świąt Bożego Narodzenia w pandemii wiadomego wirusa, kiedy to świat nakazał ludziom spędzać te rodzinne z założenia święta raczej w bardzo kameralnym gronie. Do tych zasad nie zastosowała się pewna rodzina, a raczej jeden z braci wchodzący w jej skład, który to brat zaprosił do siebie na Święta rodzeństwo z małżonkami lub dziećmi. No i podczas tych Świąt gospodarz zostaje zabity. Taka właściwie w klimacie książek Agathy Christie, bo i odizolowana od świata osada i wąziutkie grono podejrzanych i zbrodnia, u podstaw której leżą emocje, jakby nie było. Nie jest to według mnie najlepsza książka Nessera, ale nie uważam, abym żałowała nawet minuty nad nią spędzoną. Przyjemnie było powrócić do książki jednego z ulubionych autorów kryminałów.

Wspomniałam Agathę Christie i nie bez powodu, bo i jej kryminał przypomniałam sobie przed Świętami Bożego Narodzenia, właśnie dlatego, że jej akcja zaczyna się na parę dni przed tymi Świetami właśnie. A mówię tu o „4.50 z Paddington” autorstwa oczywiście Królowej Kryminału. Tak, czytałam wielokrotnie, tak, znam na pamięć, a mimo tego to jedna z tych moich prywatnych tradycji (oprócz „Wędrowców” Joanny Papuzińskiej), do której często wracam właśnie w przedświątecznym czasie.

Powróciłam też do książki Ewy Nowackiej, „Małgosia contra Małgosia”. Uwielbiałam te przygody nastolatki z lat siedemdziesiątych przeniesionej do dworku szlacheckiego w siedemnastym wieku za dzieciństwa, uwielbiam, jak się okazuje i obecnie. Wspaniale, że swego czasu odkupiłam sobie ebook tej książki. Jest świetna, naprawdę!

Pod choinką znalazłam trzy książki, dwie Michała Śmielaka. Pierwszą z nich skończyłam dosłownie co dopiero, a jest nią „Wilcza Chata”. Fantastyczny trhiller. Akcja dzieje się w Bieszdzadach. Młoda kobieta, Agata, ćwiczy bieg do sezonowego biegu, który tamże ma miejsce i podczas jednego z biegu zostaje zaatakowana przez jakiegoś agresora. Wydaje się, że padnie ofiarą napastnika, ale udaje jej się przeżyć, chociaż podczas ataku traci przytomność. Agata budzi się w chacie tajemniczego wybawiciela, którym okazuje się poczytny autor kryminałów i trhillerów, który parę lat wstecz zniknął z Warszwy i zaszył się gdzieś (Agata wie już, gdzie) po przeżyciu tragedii rodzinnej. Bardzo mi się ta książka podobała, chociaż, no cóż, była brutalna, nie powiem, że nie. Ale jest to świetny thiller i polecam naprawdę tym, którzy lubią ten gatunek. A teraz zaczęłam „Pomruk”, drugi prezent książkowy tego samego autora.

Sytuacja, w której się znalazłam (jak wiedzą stali czytelnicy blogu, moja Mama zmarła dziewiątego grudnia ubiegłego roku), sprawiła, że jestem obecnie w trakcie realizacji własnego, indywidualnego projektu czytelniczego. Zainspirowało mnie do tegoż zdjęcie mojej Mamy, z książką wydaną u nas w 1966 roku (przynajmniej wygląda na to, że z tego roku wydanie na owym zdjęciu posiadała moja Mama). A jest to „Zielone piekło” Raymonda Maufraisa. Piotrek nabył mi egzemplarz w miejscu na A. i obecnie jestem w mniej więcej jednej czwartej książki. Jak na razie, bardzo mi się podoba, mimo pewnych określeń i języka obecnie oczywiście niedopuszczalnego. No, ale jeśli się posiada wiedzę historyczną i to, że jednak dobrze, że język się zmienia, można na to przymknąć oko i skupić się na treści.

A mój projekt będzie zakładał przeczytanie ważnych dla mojej Mamy książek. W planach „Egipcjanin Sinuhe”, której autorem jest Mika Waltari. Będę też rozglądać się za „Ja, Klaudiusz” i „Pogodą dla bogaczy”. No i koniecznie muszę wrócić do „Krokodyla z kraju Karoliny” Joanny Chmielewskiej, bo wydaje mi się, że to tę książkę moja Mama czytała będąc w ciąży i mając mnie narodzić (stąd zawsze mówię, że miłość do kryminałów Chmielewskiej czerpałam już na etapie życia płodowego).

„Portret mordercy”. Anne Meredith.

 Podtytuł: „Świąteczna opowieść kryminalna”.

Przełożyła Katarzyna Bogiel.
Tytuł oryginalny „Portrait of a Murderer: A Christmas Crime Story.

Sięgnęłam po książkę napisaną w roku 1934 powodowana nadzieją na klimat podobny do kryminałów mojej ulubionej autorki, Agathy Christie. Ale otrzymałam coś zupełnie innego. Moja sympatia do książek Christie nie została niniejszym naruszona. 

Książka zdradza nam część kryminalnej historii już w pierwszych swoich słowach, informując czytelnika, że Adrian Gray zginął w Boże Narodzenie roku 1931 z rąk jednego ze swoich dzieci. Po czym właściwie równie szybko dowiadujemy się, kto konkretnie popełnił tę straszną zbrodnię.

Angielska posiadłość, w której zamieszkuje zamordowany Gray wraz z matką i jedną z córek, co roku w okresie Świąt Bożego Narodzenia staje się areną spotkań rodzinnych. Teoretycznie takie świąteczne spotkania mogą okazać się przyjemne. W końcu kiedy, jak nie w takim czasie rozsiani po okolicy i Londynie członkowie rodziny starszego pana mogą się spotkać i razem spędzić czas? W praktyce wychodzi na to, że członkowie tej rodziny wzajemnie się nie lubią, nie tolerują, a do ojca zjeżdżają jedynie po to, aby ugrać swoje partukularne interesy. To ludzie, którzy kiedyś mieli pieniądze, ale niestety, w rozmaity sposób uszczuplili swoje majątki. Nie są oczywiście w żadnej skrajnej biedzie, ale uważają, że należy im się więcej i jeszcze więcej. Każdy więc przybywa do domu ojca i zięcia z osobnym zamiarem wystarania się o coś. Najczęściej o konkretną gotówkę, która jednak każdemu z nich służyć ma nieco innym celom. Wśród gości jest też zięć Adriana, który przybył na świętowanie w nastroju bynajmniej świątecznym. Jego nieuczciwe zarządzanie majątkiem powierzonym mu przez teścia zaczyna przypominać kolosa na glinianych nogach i mężczyzna czuje się nieco jak w potrzasku. 
Jednym słowem, żaden z zaproszonych gości tak naprawdę nie przybył tu z potrzeby serca a dla własnych interesów. 
Brzmi to trochę jak tykająca bomba, która wkrótce wybuchnie. Wrażenie okazuje się słuszne, jedno z dzieci nie wytrzymuje piętrzących się w nim emocji i narosłych latami złych relacji z ojcem i w noc z Wigilii na Boże Narodzenie dzieje się najgorsze, czyli zbrodnia. 
Jak już wspomniałam na samym początku, czytelnik szybko wie, kto ją popełnił i dalszy ciąg książki, to przedstawienie tego, co działo się w domu po strasznym odkryciu, a także sporo refleksji zabójcy. Nie to, żeby człowiek darzył sympatią zbrodniarzy, ale czasem postać skonstruowana jest tak, że czytający dostaje szansę zastananowienia się nad motywacją zbrodniarza, nad tym, czemu postąpił tak, a nie inaczej. Tu, przynajmniej moim zdaniem, autorka nie daje nam cienia szansy na podjęcie jakiejkolwiek próby zrozumienia sprawcy. 
Tak w ogóle, to żaden z bohaterów nie budził mojej sympatii. Ani skwaszony, pełen pretensji ojciec, ani żadne z jego dzieci. 

Jeśli chodzi o warstwę kryminalną, to zdradzenie sprawcy na początku nie przemawia do mnie. Wolę klasyczne śledztwo i możliwość dochodzenia wraz z policją, kto jest przestępcą. W dodatku nie przemawiały do mnie bezsensowne rozkminy zabójcy ojca. Beznadziejny typ, z jakimiś nieuzasadnionymi pretensjami do ojca i reszty rodzeństwa. 
Niemniej jednak, gdyby porzucić opcję kryminału, „Portret mordercy” stanowi według mnie ogromnie interesujący portret ówczesnych ludzi, nie tylko klasy wyższej, jak się okazuje.
Ilość zdarzających się nieprawidłowości (nie chcę użyć słowa „patologia”) zadzwiwiła mnie i uświadomiła, że najprawdopodobniej nieco sobie idealizuję lata trzydzieste ubiegłego wieku. Ludzie jak byli źli, tak są i będą, niestety. A motywy zbrodni, cóż, bywają aż do znudzenia podobne, lub wręcz, takie same. Pokazana jest natomiast ciekawie obłuda ludzka, hipokryzja, nieuczciwość, pazerność.

Jednym słowem  o książce, (lub może więcej, niż jednym), trochę się jednak na niej zawiodłam, ale być może wynika to z tego, że miałam najwyraźniej jakieś większe oczekiwania względem książki jako kryminału. Do sprawdzenia dla tych, którzy chcą wyrobić sobie własne zdanie.

Moja ocena to 4 / 6.