„Odmęty śmierci”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wciągnęłam się w kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. 
Jak już pisałam parę dni temu w odniesieniu do „Dziedziectwa von Schindlerów”, kryminały tego autora to nie są książki na czytanie po kawałku lub na odłożenie i „bezkarne” wrócenie po jakimś czasie. Wymagają ogromnego skupienia i uwagi. Ja, o czym również pisałam, wspomagam się solidnymi notatkami. Autor bowiem lubi umieścić w swoich książkach bardzo wiele postaci, wątków i jak się okazuje, każda z postaci jest istotna. Żaden z bohaterów nie pojawia się na kartkach książki przypadkiem. Wiem, że to może niektóre osoby irytować, dlatego tak to podkreślam. 
Mnie się to podoba, ja się w ten specyficzny dla autora styl zdążyłam wciągnąć i wiem, co mi w nich pasuje. A pasuje mi to, że po pierwsze, bohaterowie nie są chodzącymi ideałami, że mają swoje zarówno zalety jak i wady. Że motywy zbrodni to emocje i namiętności, że grono podejrzanych wbrew wszystkiemu nie jest bardzo liczne a co podoba mi się przede wszystkim, to to, że o tym, kto jest sprawcą, dowiaduję się dosłownie na ostatnich stronach książek. Mnie się to podoba, ja to „kupuję”. 
Owszem, aby dojść do tego, kto jest zbrodniarzem, potrzeba przejść przez mnóstwo wydarzeń, spraw z przeszłości i poznać całą masę bohaterów ale to tworzy taki interesujący klimat, w którym czytelnik na końcu dostaje nagrodę w postaci udanego czasu spędzonego nad książką. 
A w tej dodatkowo ostatnie zdanie czy może raczej nazwisko, które pada na końcu, powoduje, że aż przeszły mnie ciarki. Ale, tu mały plusik, coś tak w pewnym momencie wydawało mi się, że to może być tak właśnie a nie inaczej chociaż potem autor znów tak zakręcił akcją książki, że wydało mi się to niemożliwe. 

Wojciech Wójcik akcję książek rozgrywa na przestrzeni kilku zaledwie dni ale jak już pisałam, sięga w przeszłość i to chwilami naprawdę odległą. Nie inaczej jest w „Odmętach śmierci”.

Akcja ksiązki rozpoczyna się w lipcu 2021 roku.  Tu, podobnie jak w poprzedniej czytanej przeze mnie książce, pandemia odgrywa ważną rolę w akcji. Nie przepadam za powrotem do tamtych początkowych czasów ale tu jest to w pełni uzasadnione dla wydarzeń.
Krystyna Kalinowska, starsza pani mieszkająca w okolicach Filtrów Warszawskich, wraca pewnego upalnego popołudnia do swojego mieszkania w kamienicy, w której przyszło jej żyć całe życie niemal. A na pewno życie małżenskie i życie jako wdowy. Jej mąż, Julian Kalinowski, pełniący w pewnym momencie  funkcję dyrektora Filtrów Warszawskich ( i uhonorowany tablicą upamiętniającą ten fakt na kamienicy, w której mieszkał) został bowiem zamordowany we wrześniu 1987 roku. 
Pani Kalinowska nie zostaje nam, czytelnikom, przedstawiona w jakiś wnikliwszy sposób bowiem niemal chwilę po powrocie z, jak się okazuje, szpitala psychiatrycznego, w którym odwiedzała jednego z chorych, również pada ofiarą zbrodni a jej ciało w mieszkaniu odkrywa jej wnuczka, Laura. 
Do Warszawy ściąga cała rodzina. Laura co prawda jest na miejscu ale zarówno jej matka, Lucyna Woźniak-Lubecka wraz z ojczymem, Marcelem, jak i brat Laury, Karol z rodziną, na co dzień przebywają za granicą. Na miejscu są ciotka Monika i jej mąż brat Lucyny, Jarek ale i oni akurat w chwilach gdy wydarzyło się morderstwo Krystyny Kalinowskiej, przebywali za granicą. 
Tak więc rodzina zbiera się w stolicy Polski nie tylko w celu dojścia do siebie w tych ciężkich chwilach ale również w celu poznania testamentu starszej pani. 
Niektórzy, o tak, liczą bardzo na pieniądze bo mają poważne problemy finansowe. Inni znów pozostają obojętni na to czy i jeśli, to ile, otrzymają w spadku. 

Odczytanie testamentu zaskakuje. Nie dość, że ci, co liczyli na pieniądze, mogą się srogo przeliczyć to jeszcze okazuje się, że część pieniędzy otrzymała opiekunka Krystyny, Aleksandra Arbaszewska i, co zaskakuje rodzinę jeszcze bardziej, jakaś nieznana im bliżej fundacja zajmująca się poczukiwaniem osób zaginionych. 
Jeśli doda się do tego, że po rodzinie krążą plotki, że po śmierci dziadka Juliana wcale nie złożono go do grobu a podobno pochowano pustą trumnę, że Krystyna w ogóle nie opiekowała się grobem swojego zmarłego męża a nadto, że na cmentarzu,  na którym został pochowany bardzo intensywnie zajmowała się grobem zupełnie kogoś innego, mnożą się w rodzinnym, kameralnym przecież gronie, liczne i raczej pozostające bez odpowiedzi pytania. O co w tym chodzi? Dlaczego kolejna osoba w rodzinie padła ofiarą przestępstwa? Co to za tajemniczy grób, którym tak solidnie opiekowała się babcia i matka?

I, tradycyjnie dla kryminałów Wojciecha Wójcika, prowadzone są dwa niezależne, tym razem prywatne, śledztwa. Te policyjne też ale tym razem my czytelnicy znamy relację jedynie dwóch detektywów rodzinnych. Laury i Karola, czyli rodzeństwa a wnuków zmarłej. Chociaż prowadzą oni swoje śledztwa niezależnie, oboje ostatecznie dojdą prawdy.

Laura dodatkowo ma wsparcie w osobie Michała Tracza, lekarza psychiatry ze szpitala , w którym to nawiasem mówiąc przebywała w odwiedzinach jednego z pacjentów, Szymona Romanowa na chwilę przed tym, jak została zamordowana babcia młodej kobiety. Dlaczego starsza pani odwiedziła tego mężczyznę? Czy coś ich łączyło? I dlaczego pan Szymon tak źle reaguje na odgłos jakiejkolwiek płynącej wody? 

Nie ukrywam, podobają mi się kryminały Wójcika. Owszem, jak ktoś chce, może się przyczepić do chociażby tego, że autor po raz kolejny stosuje podobne „zabiegi” jak chociażby to, że po raz kolejny tworzy dość kameralne środowisko zbrodni. Że teoretycznie wszystkie postaci tego dramatu są ze sobą związane czy to rodzinnymi koneksjami czy to miejscami, w których się uczyły bądź placówką, w której przebywały. Ale, mnie to pasuje, ja się już zdążyłam do tego przyzwyczaić i wręcz oczekuję z napięciem na to, jak ładnie wszystkie te cieniutkie niteczki wątków i wydarzeń zostaną na końcu logicznie splecione w całość. 
Plusem też jest to, o czym pisałam, że niełatwo jest się domyślić kto jest sprawcą a również podoba mi się to, że nie ma tu wątków sensacyjnych a stary, dobry kryminał z motywami wynikającymi z emocji i zdarzeń dziejących się w przeszłości. 

Ja zabieram się za kolejną książkę Wojciecha Wójcika z nadzieją, że porwie mnie swoją tajemnicą i intrygą tak samo jak te do tej pory przeze mnie czytane a „Odmętom śmierci” daję notę 5.5 / 6. 

„Dziedzictwo von Schindlerów”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2020). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Tak mi się spodobała najnowsza książka autora „Bilet dla zabójcy”, o której pisałam parę dni temu, że z chęcią zabrałam się za wcześniej napisane przez Wojciecha Wójcika, kryminały. 
Zaczęłam od czegoś, co skusiło mnie i tajemniczym tytułem i okolicami, w których dzieje się akcja książki. A rozgrywa się ona na Mazurach, w okolicach Mikołajek czyli na terenach dobrze mi znanych. 

Widzę, że podchodząc do lektury książek tego autora muszę nastawiać się na jedno. To nie jest książka „do autobusu” (czy to metra). To nie jest książka do poczytania chwilkę a następnie odłożenia ją bez konsekwencji. Ponownie bowiem autor serwuje czytelnikowi wiele różnych wątków, całą galerię postaci i muszę przyznać, trzeba jednak mocno się skupić aby nie pogubić. Ja niestety, parę razy mocno się nad książką „zawiesiłam”, zwłaszcza, że czytałam książkę nocą i kiedy następnego dnia sięgnęłam po nią, musiałam mocno pogłówkować aby pewne sytuacje sobie przypomnieć. Tym bardziej, że widzę, że autor stosuje kolejny schemat podobny do tego z pierwszej czytanej przeze mnie jego książki a mianowicie akcję rozpisuje nielinearnie. To jesteśmy na bieżąco w roku 2021, konkretnie w lipcu, to znów cofamy się do roku 2000. 
Akcja książki rozpoczyna się jednak w maju roku 2021 kiedy to ginie jeden z autorów książek. W okolicach Mikołajek jest dawny dwór niemieckiego rodu von Schindlerów. Potomek, Johann von Schindler kontynuuje pomysł sprzed dwudziestu lat i chce w dawnym rodzinnym siedlisku urzadzić pensjonat. Wraz z żoną, Polką urodzoną w okolicy, Aldoną, zapraszają do dworku pisarki i pisarzy. Osiem osób, z których niestety, jedna zginie. Autorzy mają stworzyć antologię opowiadań mających na celu przybliżenie rodu von Schindlerów i terenów obecnego pensjonatu. 
Przyjeżdża osiem osób, w tym Monika, młoda autorka, która dopiero rozpoczyna swoją drogę pisarską i czuje się szczęśliwa, że zaproponowano jej niemałą sumę za opowiadanie do zbioru ale nadto, że w ogóle została zaproszona do Wierutek. 
Przyjeżdża w lipcu i szybko dowiaduje się, że została zaproszona niejako z musu bo zamiast Zygmunta Grodzickiego, autora, który zginął tragicznie w maju. 
Został wówczas znaleziony martwy po upadku z wieży widokowej na terenie Rezerwatu Łuknajno a znalazł go Jacek Ligęza, były policjant posterunku w Mikołajkach. Wyrzucony z pracy „dzięki” uprzejmości szefa. Bruno Landau użył nieetycznego sposobu aby pozbyć się Jacka Ligęzy z roboty. Jacek obecnie pracuje w Ośrodku Wypoczynkowym „Wodnik” leżącym blisko dworku. 
I tak, znowu poznajemy zarówno historię dworku i ludzi, którzy byli z nim związani ale i współczesność, na którą przeszłość ma ogromny wpływ. 

Dlaczego grono ośmiu autorek i autorów zostało zubożone o jednego uczestnika pracy twórczej? Dlaczego miejscowy policjant, Bruno Landau tak szybko osądził, że doszło do nieszczęśliwego wypadku? I czy śmierć Grodzickiego jest efektem czegoś, co zdarzyło się kiedyś ?

Okolica, w której rozgrywa się akcja tego krymiału, to dobre tło dla wydarzeń tajemniczych i co tu dużo ukrywać, złych, jakie wydarzyły się w przeszłości. 
O niektórych z nich mają zamiar pisać autorzy antologii. Monika, dziewczyna zaproszona w ostatniej chwili, dostaje ciekawe zagadnienie. Niejako po Grodzickim odziedziczyła bowiem temat dwóch zaginięć. Oba zaginięcia dotyczyły dziewczyn pracujących w dworze von Schindlerów. Pierwsza zaginiona, to kelnerka Emma, którą widziano ostatnio w 1939 roku. Jednak, nad kelnerkami pracującymi tam wisi chyba jakaś klątwa, bowiem w roku 2000 zaginęła kolejna młoda dziewczyna, również pracująca jako kelnerka, Kaśka Nazaruk. 
Monika Łasicka musi teraz pomyśleć jak połączyć te dwa zaginięcia, tym bardziej interesujące, że Kaśkę rzekomo widziano ostatni raz odływającą jachtem von Schindlerów, który to jacht ostatnio widziany był w początku IIWŚ. 
Osobnym ciekawym pomysłem było umiejscowienie w jednym miejscu paru autorów, z których co prawda, podobno żaden nie ma być odbiciem znanych nam autorów i autorek a jednocześnie, aż prosi się o porównania. Chociaż uczciwie powiem, w posłowiu Wojciech Wójcik bardzo się od tych porównań odżegnuje. Niemniej jednak, dla czytelnika jest to niezła zabawa takie dopasowywanie opisów do autorów, których książki czyta. 

Jak już pisałam, niby kryminał ale jest to lektura mocno „wymagająca”. Skupienia, pamięci, ja wspomagałam się notatkami. Okazuje się na przykład, że tu każdy trop jest istotny, każda postać występuje w jakimś celu, nawet jeśli poznamy ów cel dopiero na ostatnich stronach książki. Taka mnogość i wydarzeń i wątków i postaci była dla mnie jednak nieco zbyt „za bardzo”. Przyznaję, gubiłam się miejscami, musiałam wracać do treści wcześniej przeczytanej. Na plus jednak i miejsce (znam tereny z książki, w niektórych bywałam niejeden raz) i to właśnie grono pisarek i pisarzy. Niewątpliwą zaletą jest również to, co podkreślałam już przy lekturze „Biletu dla zabójcy” a mianowicie to, że kto jest zbrodniarzem, odkryłam w sumie na ostatnich stronach książki. To dla mnie, czytelniczki kryminałów, zawsze zaleta. Nie lubię domyślać się wcześniej, kto popełnił zbrodnie. Również, co według mnie na plus, postaci kreowane tak, że są pełnokrwiste, prawdziwe, ani chodzące ideały ani ostatnie dranie. Ot, ludzie z ich zaletami i wadami. 

Są takie tereny naszego kraju, obecnie należące do Polski, które noszą w sobie ogromny ciężar zła. Zła, które nie wzięło się znikąd, które zostało tam poniekąd sprowadzone za sprawą konkretnych ludzi. I tak dla niektórych Mazury są pięknym terenem wypoczynku, dla innych miejscem z tajemnicami historii, dla innych, krainą, w której po IIWŚ działy się różne tragedie. To wszystko zostało poruszone w tej książce i ta mnogość wątków na końcu gdzieś subtelnie się splata. 

Zaraz zabieram się za kolejny kryminał autora a tymczasem „Dziedzictwo von Schindlerów” dostaje ode mnie ocenę 5 / 6. 

„Bilet dla zabójcy”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jestem na siebie zła i sama sobie zazdroszczę. Skąd ten dualizm, spytacie może? (Może nie? 🙂 ). 
Ano stąd, że jestem na siebie zła, że do tej pory nie sięgnęłam po kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. A zazdroszczę sobie bo widzę, że Autor napisał ich sporo i…już się cieszę na następne!

Muszę powiedzieć, że mimo, że staram się nie oceniać książki po okładce, to właśnie okładka, zaprojektowana przez Joannę Wasilewską, wpadła mi w oko, zatrzymała na tyle, że przeczytałam opis książki i stwierdziłam, że chętnie ją przezytam.

Ma on w sobie bowiem to, co w kryminałach lubię i doceniam a mianowicie, ciekawy pomysł na intrygę kryminalną, grzechy z przeszłości, które w znaczny sposób wpływają na teraźniejszość. Poza tym, zwykłe postaci bohaterów a nie jakieś wydumane, niemożliwe do zaistnienia, jednostki oraz wartką akcję. Nie ukrywam, lubię gdy w książce kryminalnej jednak akcja toczy się w miarę szybko a nie wlecze refleksyjnie. To nie ta półka. 

To wszystko, plus fakt, że autorowi udaje się czytelnika zwodzić aż do ostatnich stron książki w kwestii wyjaśnienia, kto stoi za zbrodnią, spowodowało, że mimo sporej w sumie objętości, książkę niemal pochłonęłam. 

Plus również za umiejscowienie większości akcji książki w mniejszej miejscowości a nie jakieś wielkiej metropolii. Od wielu lat uważam, że małe miasteczka mają w sobie wiele różnych tajemnic. I tych miłych i tych niekoniecznie. 
A akcja „Biletu dla zabójcy”  rozgrywa się w większości w Działdowie. To miasto położone w województwie warmińsko-mazurskim jest też rodzinnym miastem bohaterów opowieści. 
Akcję poznajemy dwutorowo, rzec można. Zarówno opowiedzianą w trzeciej osobie gdy poznajemy polcjantkę Olgę Bojko jak i  w narrancji pierwszoosobowej, za sprawą Kacpra Słubickiego. 
Olga Bojko to Ukrainka, która w Polsce mieszka od wielu lat a obecnie pracuje w komisariacie na Dworcu Centralnym. Nie wzięła się tam przypadkiem, bo kiedyś pracowała jeszcze w rodzinnym kraju w milicji a póżniej, w policji. 
Niemniej jednak teraz od lat mieszka w Warszawie i patroluje teren Dworca Centralnego. Olga wydaje się być osobą spokojną i zrównoważoną, taką, która z każdym wie jak rozmawiać i to jest według mnie jej, jako bohaterki ogromna zaleta. Autor nie pokarał jej jakimś strasznym doświadczeniem życiowym, Bojko nie musi też topić swoich smutków w alkoholu. Niewiele wiemy o jej życiu osobistym, właściwie na stronach kryminału wydaje się ono jakby nie istnieć ale też wcale mi to nie przeszkadzało a wręcz według mnie jest to potencjał do stworzenia cyklu z jej osobą i dopiero wtedy zapoznania czytelnika z losami policjantki. 

Bojko zostaje zaangażowana do pomocy w śledztwie prowadzonym przez Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstwami. Staje się pomocnicą Agaty. A to z powodu faktu, że na terenie już poza Dworcem Centralnym zostaje znaleziony zamordowany mężczyzna, Ukrainiec Wasyl Zajcew. Potrzebny jest więc ktoś, kto pomoże w tłumaczeniach rozmów ze świadkami chociażby. 
Gdy Olga Bojko zaczyna pracę z Agatą, Policjantką z wydziału, do którego jest tymczasowo zaangażowana, szybko orientuje się, że nie jest to jedno z typowych śledztw.

Otóż, okazuje się, że najwyraźniej powrócił Trepanator. Albo raczej, co bardziej realne, jego uczeń czy też – naśladowca. 
Dwadzieścia osiem lat wstecz, w pociągach zabijał mężczyzn niejaki Dariusz Arkanowicz, obecnie odsiadujący karę dożywotniego pozbawienia wolności w Zakładzie w Gostyninie. Morderca odbierał życie zadając swoim ofiarom cios młotkiem. Na swoim koncie miał aż siedem zbrodni. A przynajmniej za tyle skazał go sąd, gdy wreszcie został on namierzony i ukarany. Problem w tym, że wydaje się, że dwie ostatnie zbrodnie dokonane przez niego, nie zostały jednak faktycznie przez Arkanowicza popełnione. Czyżby więc wówczas, gdy opinia publiczna te dwadzieścia osiem lat temu chciała natychmiastowego ukarania bestii z pociągu, zbrodnia dokonana na Marku Bosackim i Florianie Zaniewskim, została niesłusznie przypisana mordercy z pociągu, jak obwołano Arkanowicza?
I oto na domiar złego, zbrodnie, popełnione w taki sam sposób jak te przez skazanego i odsiadującego wyrok w Gostyninie, zaczynają się na nowo. Oto bowiem parę dni temu zabito w Olsztynie pracownika pociągu na linii Działdowo-Warszawa, konduktora Jacka Twardygrosza a wychodzi na to, że zabójstwo Wasyla Zajcewa zostało popełnione przez tę samą osobę. Ogólnie wygląda na to, że naśladowca Arkanowicza działa zdecydowanie bo ginie aż czterech mężczyzn. 
Czy jest coś, co łączy te cztery ofiary a ponadto, czemu wydaje się, że zbrodniarz z pociągu przekazał coś na kształt wątpliwej schedy jakiejś innej osobie? Tego musi dowiedzieć się Olga Bojko wraz ze współpracownikami. 

Do tego dochodzi postać Kacpra Słubickiego, o którym wspomniałam na początku a który odegra niemałą rolę  w książce. Poznajemy go po jego powrocie z pracy za granicą gdy można rzec, stoi on na rozdrożu dróg. Jego była już żona i dwójka dzieci mają nowy dom za sprawą nowego partnera Ewy, byłej żony Kacpra. Sam Kacper wskutek swoich błędów życiowych właściwie został z niczym. Chociaż tyle dobrego, że Ewa nie utrudnia mu kontaktów z dziećmi, Olą i Adamem, które dla Kacpra, byłego piłkarza działdowskiego Klubu Sportowego Start, a poźniej nauczyciela Wychowania Fizycznego w miejsowej szkole, są całym światem. 
To, co sprawiło, że Kacper opowiadający nam swoją historię nie pracuje już w szkole, nie jest już z żoną i dlaczego zaczyna swoje życie praktycznie od nowa poznajemy stopniowo właśnie dzięki jego pierwszoosobowej narracji. 
Kacper rozpoczyna pracę na kolei. I, co trochę złowieszcze, zajmuje miejsce zamordowanego niedawno Jacka Twardygrosza. Jeszcze bardziej nieswojo czuje się nasz bohater, gdy odkrywa, że pokój przy rodzinie pani Janiny i Eugeniusza, który zajmuje, wynajmował dwadzieścia osiem lat temu sam Dariusz Arkanowicz. Trochę ciarki przechodzą, prawda? Ale co robić? Pokój kosztuje tyle co nic, na starcie mężczyzna nie ma żadnych oszczędności a kokosów się znowuż takich na stanowisku konduktora, którą to pracę przecież dopiero co rozpoczyna, nie zarabia. 
Zaczyna na trasie, na której między innymi kiedyś działał zbrodniarz i które i teraz owiane zaczynają być złą sławą. Otuchy dodaje mu fakt, że pracuje z przyjaciółką z dzieciństwa, Heleną, której mąż z kolei to też jego kolega z dzieciństwa a obecnie policjant, który zresztą też bierze udział w śledztwie.
I tak oto wychodzi na to, że w sprawie naśladowcy Trepanatora prowadzone są dwa śledztwa. Jedno to oficjalne, policyjne a drugie, Kacpra. Mężczyzna poznaje bowiem córkę zamordowanego konduktora, pana Jacka i okazuje się, że jest ona w posiadaniu ciekawych materiałów. Czyżby pan Twardygrosz był na tropie tego, kto po prawie trzydziestu latach znów odbiera życie w pociągach i dlatego zginął?

Co mi się podobało w tej książce, to już pisałam. Sam pomysł na intrygę kryminalną, postać Olgi Bojko i Kacpra Słubickiego, to, że akcja dzieje się w małym mieście. Niby małym a okazuje się, że pełnym prężnych inicjatyw i ciekawych miejsc, jakimi są wspomniany przeze mnie a wciąż działający Klub Sportowy Start czy Dom Kultury mieszczący się w pokrzyżackim zamku działdowskim. W tym Domu Kultury nawiasem mówiąc pracuje była żona Kacpra. 
Co mniej mi się podobało to to, że akcja rozgrywa się w czasie pandemii i raczej jej rozwoju a nie schyłku. Nie lubię wracać wspomnieniami do tych chwil ale mam też świadomość, że jest to część historii, która się działa i nic tego nie zmieni. Zresztą, akurat ta sytuacja około pandemiczna, okazuje się być w pewnym momencie bardzo ważnym elementem tego kryminału. 

Muszę powiedzieć, że cieszę się, że zdecydowałam się na rozpoczęcie przygody z kryminałam autorstwa Wojciecha Wójcika bo widzę, że przede mną dużo dobrej lektury. 
A tymczasem, „Bilet dla zabójcy” otrzymuje u mnie ocenę 6 / 6. 

„Najlepszy prezent”. Karen Swan.

Wydana w Wydawnictwie Bukowy Las. Wrocław (2021). Ebook.

Przełożyła Magda Białoń-Chalccka.

Tytuł oryginału The Perfect Present.  

Muszę przyznać, że dawno coś, co traktowałam w kategorii „czytadełko” sprawiło mi tyle problemu. 

Nie wiem jak znalazła się na moim czytniku ale sądzę, że nabyłam ją  pod wpływam opisu, może w jakiejś promocji?

Na pewno skusił mnie opis bo jakże ja, sroka biżuteryjna, oparłabym się temu, że do Laury ,która prowadzi małą jednoosobową firemkę jubilerską przychodzi mężczyzna, który na urodziny żony przypadające w Święta, chce zamówić naszyjnik z zawieszkami. A biżuteria Laury słynie nie tylko z tego, że jest ładna ale też jej zawieszki są mocno osobiste, widać, że przed ich wykonaniem robi porządne rozeznanie. Nie inaczej ma być w tym przypadku, gdy mąż chce aby Laura spotkała się z paroma osobami, które według niego odgrywają ważną rolę w życiu jego ukochanej. Każda z zawieszek ma być nawiązaniem do relacji żony klienta, Cat i jej bliskich, dzięki którym jest w tym miejscu życia, w którym jest.

No i tak, początek ciekawy, potem dalej się nieźle rozkręcało i nagle dotarłam do części, która mnie nie ciekawiła, mnie trochę irytowała (potem wyczytałam, że autorka pracowała jako autorka modowa i o ile do tego nie mam żadnych zastrzeżeń, to przyznam, przestało mnie dziwić, że czytam takie wnikliwe opisy strojów, materiałów, kolorów itd). No ale do brzegu. 

Miałam dziwne wrażenie, jakby ta książka miała początek i koniec napisany przez jedną osobę a środek przez inną , która miała ochotę popisać o blichtrze i bogactwie. Nie wiem, mnie ta część znużyła i zmęczyła. 

Dobre pytanie, czemu ją skończyłam, skoro od lat mam zwyczaj porzucania książki, jeśli nie idzie mi lektura? Przyznam, chciałam się dowiedzieć, o co właściwie chodzi z bohaterką , to raz a dwa, czy skończy się ta cała historia tak, jak myślałam (tak). Ten środek z akcją w Szwajcarii przekartkowałam nieco 😛 o ile da się to zrobić na czytniku. No i jak znam siebie, miałam nadzieję na więcej motywów około świątecznych (zawiodłam się ).

Szczerze, to może ja się nie znam, bo gdzieś wyczytałam, że komuś właśnie opis spotkań z bogaczami spodobał się najbardziej. Mnie nie, może dlatego, że nie jestem bogaczką i nie aspiruję to bycia takową. 

Ostatecznie jednak za bardzo ciekawy pomysł (szkoda, że tak jakoś nie do końca ciekawie poprowadzony) i wyjaśnienia zawieszek z bransoletki Laury i wisiorka Cat daję jej ocenę 4 / 6. 

„Mikołaj z ulicy Pogodnej”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2023).

Ci, którzy regularnie czytają wpisy z mojego blogu wiedzą, że książki Joanny Szarańskiej bardzo lubię. A te z motywem Świąt Bożego Narodzenia wręcz …uwielbiam. Za co? Za mądrość, za poczucie humoru, za klimat, za ciepło, za to, że są po prostu dobrymi, otulającymi opowieściami o zwykłych ludziach, którzy są dla siebie dobrzy. Tylko tyle lub może aż tyle. Najwyraźniej te motywy dla mnie są ważne i nie zmieni się moje do nich upodobanie. 

Dlatego też jak kania dżdżu wypatruję co roku zapowiedzi książki świątecznej Joanny Szarańskiej. Nie inaczej było w tym roku gdy zobaczyłam pierwszą zapowiedź „Mikołaja z ulicy Pogodnej” i gdy od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać najszybciej jak tylko się da. 

„Mikołaj z ulicy Pogodnej” zaczyna się opisem niezwykłego pomysłu, na który wpadły dzieci z ulicy Pogodnej w grudniu 1992 roku gdy wpadły na pomysł ożywienia swojej skromnej czy nawet nazywanej przez niektórych najbrzydszą uliczką miasteczka. A pomysł zrealizowały poprzez obwiązanie rosnących wzdłuż Pogodnej drzewek kolorowymi szalikami. I oto w jednej chwili wszyscy na tej ponurej uliczce robi się kolorowo i wesoło. I nawet codzienność, czasem ciężka, czasem biedna, wydaje się nieco mniej uciążliwa gdy człowiek popatrzy na coś tak zabawnego, barwnego i po prostu sympatycznego.
A w Święta okazuje się, że stało się jeszcze coś pięknego. Oto uliczkę Pogodną odwiedził nie kto inny a Mikołaj, który pod opatulonymi kolorowymi szalikami drzewkami, zostawił dla każdego mieszkającego tu dziecka, prezent. Nie są to jakieś wielkie dary, raczej drobiazgi ale okazuje się, że stają się ogromną radością, jak to bywa z niespodziankami, nawet tymi mniejszymi. 
A obwiązywanie szalikami drzewek w grudniu i zostawianie pod nimi prezencików dla najmłodszych przez wciąż tajemniczeg Mikołaja, staje się można by powiedzieć, lokalną, coroczną tradycją.

Przenosimy się do roku 2022. Tamte dzieci, które zostały pierwszy raz zaskoczone prezentami, stały się dorosłymi ludźmi. Niektóre z nich same założyły rodziny, ich losy różnie się potoczyły. 
Niezmienne jest to, że na ulicy Pogodnej wciąż mieszka grono tych samych sąsiadów, są tu znane im sklepiki i restauracja. Jest z kim się pośmiać, radować i komu się wypłakać.

W książkach Joanny Szarańskiej lubię jeszcze to, co jest w nich zawsze, a mianowicie podkreślenie wspólnoty, która się wspiera i która wzajemnie sobie pomaga. Owszem, jak w każdej społeczności, bywa różnie ale ostatecznie ludzie są dla siebie podporą. 

W grudniu 2022 na ulicę Pogodną przybywa Kornelia Starska, autorka bestellerowych książek świątecznyc. Co roku każda z jej książek z tym motywem sprawia, że czytelniczki wykupują cały nakład i potem z zachwytem omawiają lekturę. Co roku aż do tego kiedy to młodą kobietę dotyka coś bardzo dla każdego autora lub autorki, przykrego a mianowicie, kryzys twórczy. I to nie właściwie kryzys twórczy ogólny a raczej można by rzec, kryzys książki świątecznej. Kompletnie brakuje jej pomysłu na to, co może wymyślić w tym roku a terminy czy raczej jej zaprzyjaźniona ale jednak oczekująca na książkę, redaktorka prowadząca, stukają do drzwi. Czasem w przenośni, a w ostateczności, całkiem dosłownie. 
I oto gdy Lena Maciejko, wspomniana już redaktorka Kornelii zwanej też Nelą, przybywa do autorki wyglądając baaardzo stylowo i jodełkowo 😉 , pisarka zdaje sobie sprawę, że z obowiązku się nie wywinie. 
Lena jednak nie zjawia się aby robić Kornelii awanturę a z pomysłami. Przywiozła bowiem ze sobą wycinki z gazet dotyczące różnych około świątecznych ciekawostek, które mogą stać się inspiracją do książki. Redaktorka ma ze sobą między innymi artykuł o tajemniczym Mikołaju z ulicy Pogodnej, w pewnym miasteczku na południu Polski, który to Mikołaj od trzydziestu lat pamięta o dzieciach zamieszkujących zapomnianą przez świat i ludzi, uliczkę. 
I to właśnie ta informacja sprawia, że Nel czuje się zaciekawiona czy wręcz zaintrygowana zarówno samym pomysłem obdarowywania w taki a nie inny sposób jak również chce odkryć, kto owym tajemniczym Mikołajem jest. I czuje, że chciałaby o tym napisać. 

Szybko organizują więc pobyt Nel w miasteczku, a pokój autorce wynajmuje prowadząca bar „Rozgwiazda” jak również pokoje na wynajem, Mirosława Bochenek.

Kornelia trafia w to miejsce z zaciekawieniem i szybko daje się wciągnąć w miłą, niepowtarzalną atmosferę tam panującą. Poznaje wszystkich mieszkańców ulicy a ludzka życzliwość otula ją prawie tak samo miło jak jej świąteczne książki otulają jej czytelniczki. Z czasem zaczyna a my wraz z nią, poznawać losy poszczególnych mieszkańców ulicy Pogodnej. Okazuje się też, że tajemniczy Mikołaj jest chyba detektywem na drugim etacie, bo szybko orientuje się, że Nel nie przybyła tam jedynie dla pisania książki. O czym daje znać młodej kobiecie w podrzucanych jej liścikach.

Jak już wspomniałam wcześniej, ogromnie lubię książki Joanny Szarańskiej za bijącą z nich serdeczność, ciepło, mądrość, nienachalne przypomnienie tego, co powinno być dla człowieka najważniejsze. Za to, że tak, ludzie tam się generalnie lubią i wspierają, chcą się ze sobą spotykać i być dla siebie i w chwilach radości i smutku. 
Nie inaczej jest w „Mikołaju z ulicy Pogodnej”.
Nawiasem mówiąc, mam wielką nadzieję, że jest to jedynie początek jakiejś serii bo widzę w niektórych wątkach, z którymi Autorka nas zostawia, potencjał na ciekawą kontynuację.

Tak, jak książki Kornelii Starskiej zwanej Gwiazdeczką, są otuleniem czy wręcz plasterkiem na bolączki dla czytelniczek, tak dla mnie zawsze są kolejne książki Joanny Szarańskiej. 
Sięgajcie, jeśli potrzebujecie czegoś mądrego i niekoniecznie okraszonego jedynie piernikowym lukrem ale jednak ostatecznie zdecydowanie krzepiącego i poprawiającego nastrój.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Witajcie w Wieczności”. Camilla Grebe.

 Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2023). Ebook. 

Przełożyła z języka szwedzkiego Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.

Tytuł oryginalny Valkommen till Evigheten.

Niedawno czytałam dobre opinie o tej książce w grupie ksiażkowej, do której należę i tak mnie wtedy opis zaintrygował, że stwierdziłam, że chcę sama się przekonać jaka jest.

I oto jestem po lekturze.
Owszem, książka jest bardzo dobra ale dodam na samym początku, żeby nie było, łyżkę dziegciu, ciut się jednak na niej zawiodłam. Chyba oczekiwałam totalneg zachwytu a szczerze, oczekiwałam ciut więcej tego, co cenię w skandynawskich kryminałach czyli takiej dość szerokiej przestrzeni psychologicznej. Nie wiem, być może miała być w zamierzeniu, dla mnie nie była. A nawet główna teza, której nie chcę sformułować bo to byłoby właściwie zaspoilerowanie całej książki w jednym z pierwszych zadań mojej opinii, była jak dla mnie wyłożona aż nazbyt łopatologicznie. 

Jeśli jednak przestać się czepiać (ja 😛 ) a zacząć skupiać na całości, powiem, że wypadła ona całkiem nieźle. Ot, niezły kryminał bo w sumie jak dla mnie nawet nie thriller. I chociaż w innej recenzji na jej temat wyczytałam, że ktoś niemal od razu zgadł to, kto jest sprawcą zbrodni, ja aż tak się nie pochwalę. Domyślałam się natomiast, że z pewnością nie będzie to takie proste jak mogłoby się wydawać. 

Akcja książki toczy się w posiadłości pewnego małżeństwa. Oboje pracują dla wydawnictwa. On, Gabriel, jako znany i ceniony pisarz, ona, Lykke, jako redaktorka w tymże wydawnictwie. Mają dwóch siedemnastoletnich synów, bliżniaków. I wąskie grono znajomych. Mieszkając na wsi, nigdy nie zdołali zdobyć sympatii i przychylności okolicznej ludności, zresztą nie zależy im na tym. Organizują spotkania dla przyjaciół i pracowników wydawnictwa. I to im wystarczy.
Jedynie synowie David i Harry zaprzyjaźniają się z rówieśnicą, Bonnie. Znają się od dziecka i stanowią przyjaźniany trójkąt. 
Na jednym z przyjęć organizowanych przez małżeństwo dochodzi do tradegii, która nieodwracalnie zmienia los tej rodziny. Prowadzi też do refleksji na temat tego, jak łatwo jest nam wmówić sobie, że wiedziemy życie dobre i szczęśliwe, któremu nic i nikt nie zagraża. 

Jak wspomniałam, zabrakło mi tego, co lubię u Skandynawów czyli takiej psychologicznej otoczki i tego rozbierania spraw na czynniki pierwsze ale przyjmując to jako po prostu bardzo dobry kryminał, thriller, mogę stwierdzić, że książka podobała mi się i była dobrą rozrywką.

Moja ocena to 5.5 / 6.