„Nie ufaj nikomu”. Katrhyn Croft.

 Wydana w Burda (obecnie Wydawnictwo Słowne). Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Ewa Kleszcz.

Tytuł oryginalny Silent Lies.

Po raz kolejny jak zaczęłam czytać, tak się nie mogłam oderwać. Nie wiem jakie ma przeciętne opinie ta książka, mnie się podobała, o ile oczywiście o takim thrillerze można powiedzieć, że się podoba.

Mia to terapeutka, która pięć lat temu przeżyła tragedię. 
Jej mąż Zach Hamilton popełnił samobójstwo w mieszkaniu studentki, z którą rzekomo łączył go romans. 
Mia została sama z dwuletnią wówczas córeczką. Freya, obecnie siedmioletnia, nie pamięta siłą rzeczy taty a Mia postanawia mówić jej o tacie tylko dobrze bo tatą był dobrym.

Narratorka i główna bohaterka prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną i pewnego dnia, gdy wydaje jej się, że już poukładała sobie jako tako życie a nawet zaczęła spotykać się z nowym mężczyzną, Willem, do jej drzwi puka przeszłość. Puka za sprawą Alison, młodej kobiety, która była pięć lat wstecz współlokatorką Josie. Z kolei  Josie, to dziewczyną, z którą rzekomo miał romans Zach i którą podobno również zamordował a następnie odebrał sobie życie. 
Alison umawiąjąc się na wizytę chce spotkać się z Mią jako terapeutką ale w gabinecie szybko wyjawia, z czym naprawdę przyszła. A przyszła oznajmić Mii, że Zach nie odebrał sobie życia.

Od tej pory ustabilizowane i spokojne życie narratorki właściwie przestaje istnieć. Mia czuje się zaniepokojona informacją od Alison, tym bardziej, że dziewczyna w pośpiechu opuszcza jej gabinet. 
Co tak naprawdę ma na myśli? Czy mówi prawdę? Skąd posiada takie wywrotowe wręcz informacje i czy na pewno jej intencje są szczere? Pięć lat temu Mia pochowała męża sądząc, że sam zdecydował o tym, co miało miejsce ale jeśli nie? Jeśli to ktoś inny odebrał mu życie? I co wówczas stało się w mieszkaniu Josie, która zniknęła po całej sprawie lecz o której mówi się, że Zach również jej odebrał życie. Bardzo to skomplikowane. 

Klasyka, Mia oczywiście nie mówi nic Willowi, z którym przecież rozpoczęła nowey rozdział życia i sama usiłuje dojść prawdy prowadząc prywatne śledztwo. A my poznajemy równolegle przeszłość i to, co wówczas, te pięć lat temu, działo się w życiu Josie i jej współlokatorki Alison. Jak również jak wtedy przebiegała relacja Josie i Zacha. 

Akcja toczy się więc nielinearnie, raz dowiadujemy się tego, co działo się w przeszłości, to znów tego, co dzieje się obecnie. I w sumie do końca nie wiemy, co tak naprawdę się stało, co jest prawdą a co wymysłem i kto jest winien jak również, czego konkretnie.

Muszę przyznać, że zaintrygowała mnie ta książka, podobał mi się rozwój akcji i ponownie, jak w przypadku czytanej przeze mnie przed chwilą  książki pod tytułem „Tylko jedno kłamstwo”, zaskoczyło mnie (to dobrze), zakończenie.

Thriller całkiem przyzwoity, ja nie narzekam. Dokładnie na takie coś miałam chęć sięgając po nią. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Jeszcze jedno kłamstwo”. Kathryn Croft.

 Wydana w Burda. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Aga Zano. 
Tytuł oryginalny While You Were Sleeping.

Niedawno, przeszukując przepastne zasoby czytnika (taki odpowiednik tradycyjnych książkowych stosów wstydu) znalazłam dwie książki Kathryn Croft.
Nie wiedząc w sumie, czego się spodziewać, stwierdziłam, że po książkach, które niedawno czytałam mam ochotę na coś właśnie takiego. Kryminał albo thriller, nie jakiś też wymyślny psychologiczny twór. Po prostu czytadło. Opinie jakie znalazłam w internecie były różne. Albo się podobało albo nie ale stwierdziłam, że co tam, mam na czytniku to zobaczę. I o dziwo, jak zaczęłam czytać, tak się wciągnęłam i czytałam z zainteresowaniem, kto zabił. 

Co prawda w sumie przez większość książi irytowała mnie nieco główna bohaterka (wszak każdy kto budzi się po nocy, z której nic nie pamięta, obok martwego sąsiada, z którym to sąsiadem i jego żoną przyjaźnił się, nawiewa i tajniaczy przed najbliższymi, że w ogóle tamtej nocy widział sąsiada) ale rychło mleko się wylało i od tej pory już przynajmniej nie zżymałam się na kobietę, że postępuje jakoś totalnie bez sensu i nielogicznie. 

Narratorka, Tara to matka dwójki dzieci, Rosie, niemal osiemnastolatki i jedenastolatka, Spencera. Ma też męża, Noah, z którym chwilowo jest w relacji niezbyt stabilnej ale też oboje pracują nad powrotem do dawnych, lepszych relacji. 

No i właśnie, pewnego dnia kiedy to Noah wyjeżdża służbowo do Nowego Jorku, syn zostaje „sprzedany”  dziadkom a córka nocuje u przyjaciółki ze szkoły, Tara zamiast pracować nad obrazem, który chce wysłać na wystawę, wybiera się na chwilę do domu sąsiada. Resztę już pisałam, rano budzi się koło Lee, sąsiada, który to jednak okazuje się, że padł ofiarą morderstwa. 
Tara wie ,że tego nie zrobiła. Niby z nocy nie pamięta nic, totalna mgła czy nawet po prostu, ciemność ale wie, skąd wie, tego nie wiemy ale wie, że nie zabiła. Natomiast to, co dzieje się w najbliższym otoczeniu kobiety, to jak dziwnie zachowują się jej bliscy a nawet to jak zwyczajnie ją okłamują (nie to, żeby ona sama była wobec nich szczera i uczciwa) każe jej zacząć się obawiać czy morderca Lee nie jest jednak w bliższym otoczeniu niż pierwotnie jej się wydawało. 
Nawarstwiające się kłamstwa i niejasności, brak możliwości zaufania komukolwiek, to właśnie zaczęło mocno w pewnej chwili przygnębiać Tarę. Kobieta postanawia więc wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, kto zabił jej znajomego.

Jak pisałam, potrzebowałam czegoś, co będzie raczej rozrywką niż wielką rozkminą i w sumie to dostałam. Również, co dobre, w rezultacie nie wytypowałam prawidłowo sprawcy więc to na plus. 

Mnie się czytało dobrze i jestem zadowolona, że po nią sięgnęłam. 
Zaczęłam też, na fali, następną książkę Croft o tytule „Nie ufaj nikomu”.

Moja ocena to 5 / 6.

„Pani March”. Virginia Feito.

 Wydana w Echa. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Tomasz Wyżyński. 
Tytuł oryginalny MRS.MARCH.

Mam wrażenie, że o „Pani March” czytałam jedynie bardzo dobre opinie i to właśnie ten fakt sprawił, że nabrałam ochoty na jej lekturę. No i nie żałowałam tej decyzji ani przez moment! Jest to jeden z lepszych debiutów literackich, jakie czytałam.
Chyba ostatnio „Dziennik pustki” sprawił, że miałam po książce tak wiele różnych przemyśleń i refleksji. 

„Pani March” to mężatka, której imię, co jest według mnie celowo zastosowanym w książce zabiegiem, poznajemy dopiero w ostatnim zdaniu książki. 
Jej mężem jest znany i ceniony autor książek, George March. To drugie małżeństwo autora, ma dorosłą już córkę. Natomiast z panią March mają ośmioletniego syna, Jonathana. 
Akcję książki poznajemy przez narratora trzecioosobowego. Poznajemy panią March w momencie, który dla niej zmienia dosłownie wszystko. Całe jej dotychczasowe życie. Czy myślicie, że jest ona w chwili otrzymania wstrząsającej diagnozy dotyczącej zdrowia jej samej lub kogoś z jej bliskich? Czy myślicie, że może pada ofiarą przestępstwa, które nieodwracalnie zmieni jej życie? Czy może jest ofiarą wypadku, katastrofy lub innej tragedii? Otóż, nie. Pani March słyszy z ust właścicielki piekarni, w której od zawsze nabywa pieczywo, że najprawdopodobniej główna bohaterka najnowszej książki jej męża, Johanna, jest wzrowana na jej, pani March, postaci. To niewinne, wtrącone zapewne dla potrzymania konwersacji przez sprzedawczynię zdanie wywraca życie głównej bohaterki raz na zawsze. Już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. A będzie nawet gorzej.

Wizyta w piekarni, jakże brzemienna w późniejsze wydarzenia, rozpoczyna nasze czytelnicze poznanie tej postaci. Pani March jak już wiemy, jest mężatką. Dowiadujemy się też, że wraz z zawarciem małżeństwa rozpoczyna się jej życie jako statecznej, kulturalnej osoby, zamieszkującej duży apartament w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. Osoby, którą stać na dobrą szkołę dla syna, osobę, którą stać na to aby nie pracować i mieć panią dochodzącą, zajmującą się kuchnią i domem. 
Jednym słowem, pani March może mieć dla siebie bardzo dużo czasu i postrzegać się wraz z mężem jako elitę kulturalną Nowego Jorku. To w sumie w ich mieszkaniu odbywają się przecież ciekawe przyjęcia, to w końcu jej mąż jest słynnym autorem, którego zapraszają telewizje również z innych krajów aby przeprowadzić z nim wywiad. 
I całe to ustabilizowane życie, jakie do tej pory wiodła bohaterka, jednego dnia, za sprawą niewinnie rzuconego stwierdzenia, runie. Runie jednak nie natychmiast a stopniowo. Trochę mi się ta książka wydawała przegadana ale rozumiem też dlaczego tak było. Powoli, powolutku wraz z rozwojem akcji i obserwowaniem działań pani March widzieliśmy też ów malutki kamyczek, który rozpędzając się pomału uruchamiał lawinę prowadzącą do nieuchronnej tragedii. 
Tym bardziej, że jest tu też motyw zbrodni, która wydarzyła się niby daleko od bezpiecznego i ustabilizowanego świata kobiety a jednocześniej wywrze na jej życie ogromny wpływ. 

To, po wspomnianym już przeze mnie wcześniej „Dzienniku pustki” kolejna książka, o której trudno coś więcej pisać aby nie zdradzić czytelnikom zbyt wiele z treści. A jednocześniej jest taka pokusa aby pisać o niej coś więcej niż jedynie przybliżyć to co się ostatecznie wydarzy i co, wiemy to właściwie od pierwszych stron książki, wydarzyć się właściwie musiało. 
Jednocześnie też to kolejna książka, która według mnie może mieć parę rozmaitych interpretacji. 

W tym momencie chciałabym dać znać osobom to czytającym, że teraz mogę już spoilerować więc osoby, przed którymi ta książka dopiero jest, niech nie czytają dalej albo jeśli, to niech to biorą na własną odpowiedzialność i nie mają potem pretensji, że coś zdradziłam z treści powieści.

Przez całą lekturę zastanawiałam się, co z tego co czuje, wspomina, widzi pani March jest prawdą a co urojeniem. Wydaje się bowiem, że cała książka to zapis stopniowego wpadania w coraz to poważniejsze stadium choroby psychicznej kobiety. Czy jednak ta choroba gnębi ją od lat? Czy też, kiedy czyta się jej wspomnienia z dzieciństwa i młodości, na pewno wydarzyły się one w jej życiu? A może to jedynie jakaś faza silnych urojeń? Co z tego, o czym stopniowo się dowiadujemy, jest prawdą a co wymysłem? Na koniec, co ze zbrodnią, która też gnębi panią March i powoduje nawet jej prywatne śledztwo w tej sprawie. Czy wydarzyła się ona naprawdę. A jeśli, to czy na pewno sprawca jest nieznany?

Tyle pytań i tyle możliwych odpowiedzi. 
Na samym końcu książki zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle pani March istnieje czy też jest to po prostu powieść, jaką zaserwował nam George. 

Uważam „Panią March” za jedną z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku i również jedną z najlepszych w ogóle przeze mnie czytanych.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Całując ul”. Jonathan Carroll.

 Wydana w Wydawnictwie Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożył Piotr Taufelmann.

Tytuł oryginalny Kissing the Beehive.

Na fali osobistego powrotu do książek Jonathana Carrolla sięgnęłam po pierwszą z trylogii Crane’s View („Całując ul”, „Zaślubiny patyków”, „Drewniane morze”). 
To trochę inna niż na ogół ludzie się spodziewają, książka Carrolla, ze względu na to, że jest to kryminał bez żadnej tej charakterystycznej dla niego tajemniczości czy wręcz jakichś paranormalnych wydarzeń i zjawisk. No i niesamowicie mnie wciągnęła. Nawet bardziej od czytanej przeze mnie przed chwilą książki „Kraina Chichów”.

Po pierwsze, tak, lubię ten (wyświechtany?) motyw powrotu bohatera do rodzinnego miasteczka i odkrywania w nim jakiejś tajemnicy z przeszłości. Po drugie, oprócz intrygi kryminalnej, znalazłam w tej książce masę bardzo ciekawych dla mnie i mądrych stwierdzeń, przemyśleń, zdań po prostu.
Na przykład taka fraza, cytuję „(…) A kim niby oni wszyscy są, że tak zmieniają krajobraz, który kiedyś był mój? Jakaś część nas sądzi, że jest właścicielem obszaru swoich wspomnień: powinno istnieć prawo nakazujące zachować wszystko w niezmienionym kształcie”. 

Znów motyw pisarza, tym razem pisarza faktycznego a nie chcącego nim się stać wykładowcy jak w poprzedniej omawianej przeze mnie, książce. Pisarza, Samuela Bayera, którego dotyka coś dla autora strasznego a mianowicie – brak weny twórczej. 
W zbliżonym do tego stanu w jego twórczym procesie momencie poznaje on niejaką Veronicę Lake, z którą wdaje się w bardzo niespokojny romans. A aby zapobiec posusze literackiej wyprawia się do rodzinnego miasteczka, gdzie ma pomysł na najnowszą książkę. Otóż Sam jako piętnastolatek znalazł z kolegami ciało jednej z najbardziej znanych w miasteczku dziewczyny, Pauline Ostrovy. Pauline padła ofiarą zbrodni. I niby wydaje się, że wykryto wtedy sprawcę, którego ukarano ale coś się zaczyna nie zgadzać w tej układance zarówno Samowi, jak i, co szybko się okazuje, jego licealnemu przyjacielowi. Frannie McCabe to obecnie policjant, czego z pewnością ani on sam ani Sam w wieku nastoletnim nie spodziewaliby się. I jak szybko się Sam dowiaduje, Frannie też nie wierzy w to, kto trzydzieści lat wstecz zamordował Pauline .
Rozpoczynają swoje śledztwo, które będzie toczyć się szybko i z mnóstwem niespodzianek. A efektem tego prywatnego śledztwa ma być właśnie napisana przez Sama książka. 

Co mi się najbardziej podobało w tej książce? To, o czym już napisałam czyli powrót do rodzinnego miasteczka, w którym niby wiele się nie zmieniło a jednak zmieniło się wszystko. Tajemnica, która jest do rozwiązania. I jakaś taka ogólnie według mnie dobrze skreślona aura książki, taka mocno gęsta, niejasna, tajemnicza, trochę duszna. 
Sama intryga też była interesująca, zwłaszcza, że w sumie autorowi udało się mnie ostatecznie jednak „oszukać” czy może łagodniej, zwieść i zaprowadzić moje przypuszczenia w zupełnie inne strony niż te prawdziwe.

Ogólnie to wiem, że po drodze, odkąd „Całując ul” się ukazała pojawiło się masę książek opowiadających w mniej lub bardziej podobny sposób o takich powrotów ale tę czytało mi się jakoś wyjątkowo dobrze. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Kraina Chichów”. Jonathan Carroll.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (1998). 

Przełożyła Jolanta Kozak.
Tytuł oryginalny „The Land of Laughs”. 

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę, ale według mnie spokojnie mogło minąć około trzydziestu lat. Pamiętam, w liceum była swoista „moda” na niektórych autorów, na pewno na Carrolla wtedy była. No, z pewnością Carroll był wówczas oryginalny i inny od tego, co czytało się wcześniej.

Teraz byłam ciekawa powrotu do książki, która mi się wtedy co pamiętam, bardzo podobała. Jaki okazał się powrót? Ciekawy bo jednak okazuje się, że jestem sprzężona z wspomnieniami około lekturowymi czyli podczas czytania naprawdę dużo wspomnień mi się wróciło, ludzi wspominałam i ogólnie taki trochę wspomnieniowy kącik mi się zrobił. Ale to chyba dobrze. 

Sama lektura? W porządku ale (pewnie jest to uwarunkowane tym, że sporo od tego czasu przeczytałam) nie odkryłam w niej na nowo czegoś, co rzuciło mnie na kolana. 

Plus za psiaki, które są jednymi z bohaterów książek Carrolla a bulteriery to już szczególnie (czy dobrze pamiętam z tamtego czasu pierwszych lektur, że sam autor lubi tę rasę ?).

W „Krainie Chichów” wykładowca szkolny bierze urlop i wraz z poznaną niedawno kobietą wybywa do miasteczka, w którym życie spędził ulubiony jego autor. Tomasza i Saxony łączy z pewnością jedno, miłość do książek autora Marshalla France’a i chęć napisania jego biografii. Trafiają do miasteczka Galen, gdzie ów autor spędził gros życia. 
No i tu zaczyna się właściwa przygoda. 

Cóż, poznanie szczegółów z życia kogoś, kogo twórczość się do tej pory bezkrytycznie uwielbiało może prowadzić albo do zwiększenia natężenia owego uwielbienia albo wręcz przeciwnie…

Ogólnie podsumuję to tak, podobało mi się, cieszę się, że wróciłam do czegoś z przeszłości, zwłaszcza, że nic z treści nie pamiętałam. Powrót co prawda nie rzucił mnie na kolana ale spowodował, że poszukałam innych książek Carrolla w ebooku i zakupiłam (niestety, widać, że moda na niego minęła i niewiele jest w tym formacie). 

Tak czy inaczej, mam chęć na powrót do jego książek, widać , że wzięta z osiedlowej książkodzielni, sprawiła chęć powrotu do tego typu książek ( a może, co bardziej prawdopodobne, do wspomnień jakie z nimi przybyły?).

Moja ocena to 5 / 6.

„Polka w Korei”. Agnieszka Klessa-Shin.

Podtytuł: „Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga.
Wydana w Wydawnictwie Znak. Litera Nova. Kraków (2023).

Zacznijmy od tego, że kanał na YT noszący zabawną nazwę „Pyra w Korei” poznałam dzięki temu, że Pyra nagrała też podcasty true crime właśnie z Korei Południowej. W ten sposób trafiłam do tego miejsca i kiedyś stwierdziłam, że zobaczę o czym jeszcze Agnieszka u siebie opowiada czy opowiada i prezentuje podcas swoich filmów i …przepadłam. Wsiąkłam, wessało mnie, jak zwał tak zwał, w każdym razie, jestem wierną oglądającą kanał i oczekuję na każdy nowy filmik jak kania dżdżu.

Wiem, że Agnieszka wydała już wcześniej książkę, a konkretnie ebook kulinarny (daję znać tym, którzy mają chęć pogotować coś z kuchni tego właśnie kraju) ale kiedy usłyszałam, że ma zamiar ukazać się książka autorstwa Pyry dotycząca Jej życia w Korei, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać.

Autorka podzieliła książkę na sześć części, pięć opowiadających o realiach życia w Kraju Spokojnego Poranka i jedną- przewodnik.

Tak więc dowiadujemy się z książki o zwykłym życiu i jego realiach. Mnie to pasuje, lubię takie opowieści o tym jak się gdzieś mieszka, jak się tam pracuje, odpoczywa, relaksuje, podróżuje, co jest ciekawostką, co może szokować lub co jest tam co raduje. Szósta, ostatnia część to, jak już wspomniałam, przewodnik dla osób chcących odwiedzić Koreę Południową.

Nie wiem jak odbiera książkę ktoś, kto nie zna kanału Pyry. Ja o wielu sprawach już słyszałam u Niej podczas oglądania filmów, niemniej jednak z wielką przyjemnością sięgnęłam po papierową wersję tej książki i można powiedzieć, że poczytałam o tym, co dotąd oglądałam, w jakiś sposób porządkując sobie informacje.

Która część była dla mnie najciekawsza? Trudno powiedzieć bo interesowały mnie wszystkie ale chyba najbardziej piąta, nosząca tytuł „Co w koreańskiej duszy gra”.

Szczerze mówiąc, Korea Południowa nigdy nie stanowiła mojej pasji czy wręcz nie była na liście zainteresowań jako kierunek podróży i mimo wszystko wciąż na owej liście nie znajduje się ale odkąd oglądam „Pyrę w Korei”, naprawdę dużo się dowiedziałam o tym kraju i z chęcią nie tyle fizycznie, co za pośrednictwem Agnieszki, podróżuję sobie po nim i po części też go mogę poznać.
A ponieważ książka napisana jest w bardzo Pyrowym 🙂 stylu czyli tak ciepło i sympatycznie, uważam, że warto jest po nią sięgnąć nawet jeśli się uważa, że już wszystko się o tym kraju wie.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet”.

Z S. Elizą Myk i S. Tymoteuszą Gil rozmawiają Łukasz Wojtusik i Piotr Żyłka.

Wydana w Wydawnictwie WAM. Kraków (2021). Ebook.

Facebook’ową stronę Domu Chłopaków w Broniszewicach mam polubioną od 2019 roku. Codziennie tam zaglądam, znam radości i bolączki tego DPS prowadzonego od ponad siedemdziesięciu lat przez Dominikanki. 

Podziwiam siostry prowadzące ten Dom i osoby tam zatrudnione, wolontariuszki i wolontariuszy za ich mądrość, umiejętność odnalezienia się w dzisiejszym świecie i za czułość jaką otaczają osoby z niepełnosprawnościami. 

Jest to miejsce, które odwiedzam aby przypomnieć sobie, że w zalewie złych nowin, zła jakie dociera codziennie z wiadomości, które chcąc niechcąc do człowieka docierają, jest jakaś inna, lepsza strona świata. 

Dlatego chętnie sięgam po książki o Domu i o tym co się tam dzieje. Poprzednio czytałam książkę dołączoną do wylicytowanego na aukcji pomocowej dla Domu przedmiotu, teraz sięgnęłam po rozmowy z dwiema pracującymi tam siostrami. 

No, nie jest to lekka lektura i dlatego czytałam ją na raty. Nie ze względu na to, że te kobiety opisują realia pracy z osobami z niepełnosprawnością. Smutek i nawet zgorzknienie przebija w sytuacji gdy dochodzi do próby uzyskania pomocy ze strony kościoła, ludzi, którzy chętnie krzyczą o prawie do życia ale zapominają, że to życie, o które tak walczą, trwa po urodzeniu a wtedy często wymaga zdwojonych sił i pomocy. 

Siostry z Broniszewic to wspaniałe, silne kobiety, mądre, często wykształcone w kilku kierunkach studiów. A mimo tego i one padają ofiarą hejtu i niezrozumienia. Mowa jest więc też i o depresji, która je dotyka i o właśnie, hejcie. 

Musiałam sobie tę książkę dawkować, o czym już wspomniałam. Generalnie opisująca świetnych ludzi działających w broniszewickim Domu, jednak powodowała wielokrotnie u mnie smutek i właśnie takie poczucie zgorzknienia. Że niektórym bardzo łatwo głosi się polityczne hasła o obronie życia. Gorzej, gdy przychodzi do realnej, prawdziwej pomocy temu życiu. Kiedy to, jak się okazuje, Broniszewicom pomagają najwięcej osoby często poza jakimikolwiek kościelnymi strukturami czy wręcz niewierzące. A jednak widzące, ile tam się dzieje dobra. 

Marzy mi się taka rzeczywistość, w której jest jak tam, w Domu, gdzie ludzie darzą się po prostu szacunkiem, miłością, wsparciem, zrozumieniem. Nawet jeśli ktoś się z kimś nie zgadza, jest w stanie z nim współpracować a nie dokucza czy dzieli. Stara się łączyć, mimo różnic.
No ale takie miejsca są zapewne nieliczne, szkoda. Chociaż, co krzepi, dobrze, że są.

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2023). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

Naczekałam się na tę ostatnią część cyklu o Ostatniej Arystokratce, oj naczekałam. 
Nie mam pojęcia czemu ale książka została podzielona na części.  Ile ma być tych części? Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że jednak jedynie dwie.

Maria Kostka wraz z matką i panią Cichą wracają z Holandii, gdzie zwłaszcza Maria, odniosły sukces. Maria Kostka zarówno wizerunkowy jak i osobisty gdyż wróciła mając w sercu nie jednego jak przed podróżą chłopaka, lecz już dwóch. Oto bowiem Maks, stały adorator z Czech, ma konkurenta, w postaci przystojnego i elokwentnego chłopaka, Marka, Holendra. 

Maria zatem wraca do zamku, gdzie czeka na trzy podróżniczki męska i wygłodniała część obsady zamku (i ojciec Marii). Wygłodniałość tłumaczyć można tym, że pani Cicha po latach opuściła na chwilę zamek a gotowaniem zajęla się Deniska. Nie wyszło to najlepiej. 
Jednak nie głód mężczyzn z Zamku Kostka zajmuje głowę młodej kobiety. Ona duma głównie nad tym, którego z adoratorów wybrać.
Niestety, nie ma ku temu dumaniu zbyt dużo możliwości bo na zamku znienacka zjawia się  dwuosobowa żeńska grupka mająca kręcić na Zamku Kostka reality show. Holendrzy oszaleli podobno na punkcie młodej arystokratki i chce wiedzieć więcej jak jej się żyje, zwłaszcza, że jest otoczona gromadką oryginałów. Tak więc dwie młode kobiety przybywają z królestwa tulipanów i wiatraków aby zaprezentować życie Marii i spółki. A to jak wiadomo, zapewnia moc radości. Nie zawsze filmowanym 😉

No i jest jak to w tej serii jest czyli dużo śmiechu podczas lektury. Która jednak niepotrzebnie według mnie została podzielona na dwie części. Domyślam się, że moja opinia nie jest specjalnie miarodajna ale postanowiłam jednak napisać to, że wydaje mi się ,że ten zabieg nie jest potrzebny. 

No ale w takim razie VOL 1 „Arystokratki pod ostrzałem miłości” oceniam na  6 / 6.