„Wiosenna noc. Zamek z lodu”. Tarjei Vesaas.

 Wydana w Wydawnictwie Poznańskim. Poznań (2023). Ebook.

Przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak.

Tytuły oryginalne książek, w kolejności tytułów polskich : Varnatt, Is-slottet.


Nie wiem czy lubicie pytanie czasem zadawane w różnych miejscach książkowych bądź to wydarzeniach  z książkami właśnie związanymi, jakim jest „Jaka jest najważniejsza książka, jaką przeczytałaś?”.
Ja nie lubię tego pytania bo takiej jednej jedynej książki nie mam ale za to z pewnością w tej kategorii mogę umiejscowić książkę „Pałac lodowy” w tłumaczeniu Beaty Hłasko jako „Jedną z najważniejszych książek, które czytałam”. 
„Pałac lodowy” to nic innego a starsze, pierwsze polskie tłumaczenie książki „Is-slottet” Tarjei Vesaasa.
Przeczytałam tę książkę bardzo dawno temu, prawie trzydzieści lat wstecz i pamiętam, że wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie. 
Tym bardziej, że nazwisko nic mi nie mówiło a odkryłam je sobie sama, podczas wyprawy do osiedlowej Biblioteki, w której lubiłam spędzać czas przeglądając stare wydania książek. 
Wtedy w moje ręce trafiła właśnie ta książka i od tej pory bardzo chciałam ją nie tylko przeczytać ponownie co mieć na własność. Jednak wznowień nie było i już myślałam, że się nie uda gdy koleżanka z blogu maniaczytania.home.blog  , która dobrze wiedziała, jak bardzo kocham tę książkę, dała mi znać, że niebawem na naszym rynku wydawniczym ukaże się nie tyle wznowienie tej książki co ukaże się ona w nowym tłumaczeniu. Nie muszę dodawać, że ogromnie mnie ta informacja ucieszyła.

Co było dla mnie zaskoczeniem, to połączenie w jednej książce dwóch książek autora. Wiem, że takie zabiegi się zdarzają, ale przyznam, że mnie w tym przypadku zupełnie to nie podeszło. Ba, usiłuję sobie przypomnieć czy w tych zamierzchłych czasach gdy sięgnęłam po „Pałac lodowy” czytałam i „Wiosenną noc” (na pewno czytałam wówczas „Ptaki”, na podstawie której powstał bardzo dobry film z genialną rolą Franciszka Pieczki pod tytułem „Żywot Mateusza”) ale nie mogę sobie przypomnieć. 
Chyba nie czytałam bo trudności podczas jej lektury z pewnością bym zapamiętała.
Niestety, „Wiosenna noc” mnie dosłownie wymęczyła i w pewnej chwili naprawdę bliska byłam porzucenia jej i sięgniecia po „Zamek z lodu”. Nie ukrywam, że prawie to zrobiłam ale też, że fakt męczenia się z pierwszym tytułem sprawił, że z wielką obawą zaczęłam czytać „Zamek z lodu”. A jeśli jedna z tych książek, których tak dobre wspomnienia chociaż z czasem ulotne, miałam, okaże się nieudana? Jeśli mnie teraz rozczaruje? 

Na szczęście tak się nie stało. 
I przykro mi, w tych moich słowach na tema tej książki, skupić się zamierzam jedynie na „Zamku z lodu”.
A ten, jak już możecie się spodziewać po tym długim wstępie, obronił się wspaniale.

To nie jest długa książka i świetnie. To jest nawet można by powiedzieć, niewielka objętościowo książeczka zawiera dużo dobrej treści. 
Całość, od razu powiem, napisana w stylu charakterystycznym dla autora czyli niedopowiedzianych sytuacji, drobiazgów, które jako czytelnicy możemy interpretować po swojemu. Panuje w niej swoisty nastrój, taki oniryczny wręcz.
Właściwie jakby się uprzeć to jedną z jej interpretacji może być nawet taka, że całość to po prostu czyjś niezwykły sen.

Ja jednak obecnie odebrałam ją z pewnością zupełnie inaczej niż ta osiemnastoletnia Chiara, która ją czytała. Bogatsza o własne doświadczenia pozwoliłam sobie jako jej czytelniczka, na swoją własną odpowiedź na pytanie „O czym jest „Zamek z lodu” „. 

Książka zaczyna się w chwili gdy jedenastolatka o imieniu Siss cieszy się ogromnie na wieczór kiedy to nareszcie uda jej się spotkać i poznać bliżej rówieśniczkę, która jakiś czas temu doszła do klasy, w której uczy się Siss.
Unn, bo takie imię nosi nowa uczennica, budzi zainteresowanie Siss, do tej pory niekwestionowanej przywódczyni klasowej. Dziewczynka nie wyraża najmniejszego zainteresowania integracją z resztą klasy ale czyni to w taki sposób, że nie staje się klasowym pośmiewiskiem czy ofiarą. Po prostu, stoi z boku. Ale Siss to na swój sposób uwiera. Chciałaby wiedzieć coś więcej o równolatce, która ogromnie ją intryguje i oto zdarza się doskonała ku temu okazja. 
Unn, wychowywana przez ciotkę po śmierci mamy dziewczynki, wreszcie zaprosiła Siss do siebie.

Siss rusza na to spotkanie pełna oczekiwania, radości i tej przyjemnej tak naprawdę niepewności, w którą stronę ruszy ta relacja. 
Wraca jednak z tego spotkania odmieniona raz na zawsze.

Jest to jednak jedyne spotkanie obu dziewcząt bo następnego dnia Unn wychodzi z domu i nigdy do niego nie powraca.

My, jako czytelnicy dowiadujemy się od razu, gdzie swoje kroki po wyjściu z domu skierowała Unn i co się z nią stało. Tej wiedzy są jednak pozbawieni bohaterowie książki.
Teraz uprzedam tych, którzy nie chcą zbyt wiele wiedzieć, że w dalszej części swoich refleksji mogę zdradzić sporo z treści książki a jeśli ktoś nie chce znać zbyt wiele, niech dalej już po prostu nie czyta.

Tymczasem wracam do książki. Unn idzie zobaczyć słynny tej zimy zamek z lodu. Spływające wody lokalnego wodospadu bowiem tej zimy stopniowo zamarzały tworząc cudowny twór jakim jest konstrukcja natury z lodu, w której można sobie upatrywać właśnie owego tytułowego zamku.
Unn kierowaną emocjami wydarzeń dnia poprzedniego chce zrobić tego dnia coś odmiennego od codziennej rutyny i oto wpada na pomysł, że odwiedzi zamek przed resztą klasy, która wycieczkę do tworu natury planuje już od jakiegoś czasu. 
Będzie pierwsza, która zobaczy to niewiarygodne lodowe dzieło i która jako pierwsza będzie miała przywilej podziwiania go.
Wchodzi więc do środka owej przedziwnej konstrukcji i oto zaczyna jakby zwiedzać poszczególne sale zamku. Są one niezwykłe, skrywają rozmaite cuda i dziewczynka nie może się nimi nacieszyć i na nie napatrzeć. 
Niestety, nigdy z zamku nie wychodzi.

Tymczasem zarówno w szkole jak i ciotka Unn orientują się, że coś się musiało stać i że dziewczynki należy szukać. Na skutek pospiesznie wypowiedzianych przez Siss słów niektórzy zaczynają podejrzewać, że wieczorem gdy dziewczęta spotkały się u zaginionej, wydarzyło się coś poważnego i zaczynają się naciski na jedenastolatkę aby powiedziała, co się stało aby wiedzieć czy mogło to mieć wpływ na zaginięcie dziewczynki.
Siss jednak zachowuje milczenie, nie chce albo raczej sama nie umie powiedzieć czy coś w ogóle się stało albo jeśli stało się to jak to przekazać. Milczy i cierpi. 
Rusza akcja poszukiwawcza ale nie przynosi ona rezultatu a mała dziewczynka, nie wiedząc, co stało się z kimś, w kim upatrywała przyjaciółki na dobre i na złe, zamyka się w sobie jak ślimak w swojej skorupce. 
Zamyka się w sobie, izoluje zarówno od rodziców, których jest jedynym dzieckiem, jak i od rówieśników, którym do tej pory nieformalnie przewodziła. 
Ta do tej pory wesoła, rozgadana, mająca tysiąc pomysłów na minutę Siss wydaje się wręcz gasnąć i nie wydaje się by ktoś potrafił zaradzić tej sytuacji.

Nie chcę streszczać książki, bo nie o to tu chodzi ale skupię się na tym, jak ją teraz odebrałam. 
A miałam wrażenie, że czytam książkę o przechodzeniu żałoby i jej poszczególnych etapów. 
I to w takim wydaniu, który pewnie niejedna osoba przechodząca przez ten trudny etap w życiu zna czyli w wydaniu doradców i specjalistów jak też osobista żałoba człowieka ma w ich mniemaniu wyglądać.
Być może oczywiście owi wtrącacze się chcą dla kogoś jak najlepiej. A może nie, może po prostu czują że z jakiegoś, bliżej niewyjaśnionego powodu, mają prawo oceniać jak się powinno żałobę przeżywać i nachalnie te swoje wyobrażenia innym sugerować czy wręcz narzucać?

Siss właściwie naprawdę przechodzi żałobę po Unn. Chociaż znały się właściwie tyle co nic, jednak właśnie to, że dopiero otwierały się przed nimi możliwości rozwinięcia znajomości w przyjaźń, powoduje w Siss smutek, rozczarowanie, gorycz, tęsknotę za czymś, co mogło się wydarzyć ale nie wydarzy się już na pewno i człowiek nie ma nawet szansy przekonać się czy było warto i czy jest czego żałować.
Początkowo nie wie, czemu koleżanka zniknęła tak nagle aż do dnia gdy zobaczy Unn lub jej wyobrażenie?

Jak już wspominałam, „Zamek z lodu” jest wypełniony ulotną, delikatną atmosferą, kontury wydają się tu rozmywać a surowa północna natura tylko sprzyja dodaniu książce klimatu niezwykłości i pozwala na mnogość jej interpretacji. 

Najbardziej cieszę się jednak z tego, że czytana przeze mnie ponownie nie zawiodła mnie i pozwoliła na nowy jej odbiór. 

Moja ocena „Zamku z lodu” to 6 / 6. 

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny M, le bord de l’ abime. 

Pamiętam jak reklamowali to jako thriller technologiczny a ponieważ byłam wówczas zachwycona innymi kryminałami autora, skusiłam się kiedy tylko książka pojawiła się na naszym rynku i…zapomniałam? były inne książki, po które sięgnęłam?

I oto po czterech latach przeczytałam ten trhiller z wątkiem kryminalnym chociaż nie ukrywam, wątek kryminalny nie podobał mi się i odnosiłam wrażenie, że autor „dokleił” go jedynie po to aby jakiś kryminał w tym był, podczas gdy chciał napisać interesujące spostrzeżenia na temat rozwoju technologii i stopnia nie tylko jej zaawansowania ale i wpływu tejże na nasze życie. 

Moira jest młodą Francuzką, która rozpoczyna pracę w Hongkongu. 
Ma wielkie szczęście bo udało się jej dostać pracę w jednej z najnowocześniejszych firm tego regionu, u tworzącego imperium technologiczne Jianfenga Minga. 
Moira w tej firmie trafia do działu rozwoju sztucznej inteligencji, z której zesztą sama poniekąd zmuszona jest tam korzystać chociażby nosząc na ręku specjalnie przystosowaną opaskę, która mierzy jej dane i podaje dane dotyczące jej stanu zdrowia ale również miejsca, w którym jest kobieta. 
Technologia przenika się z życiem pracowników tej firmy w sposób jak się okaże, aż nadmierny.

Podczas gdy Moira usiłuje szybko wdrożyć się w nowe obowiązki, równolegle młody policjant z Hongkongu wraz ze swoim doświadczonym współpracownikiem, usiłują rozwikłać sprawę bardzo brutalnych morderstw dokonywanych na młodych kobietach. Łączy je to, że albo pracowały w chwili popełnienia zbrodni w korporacji Minga albo kiedyś były jej pracowniczkami. Tak czy inaczej, firma Minga, z którym chińskie władze mają również na pieńku, przewija się w tych śledztwach z regularnością. 

Moira rozpoczyna więc pracę w technologicznym imperium i zajmuje się pracą nad rozwojem chatbota o imieniu, nieprzypadkowym zresztą, Deus. Rola zespołu zajmującego się Deusem ma polegać na modelowaniu w nim ludzkich zachowań mających pomóc zarówno chatbotowi jak i jego przyszłym użytkownikom w podejmowaniu właściwych życiowych decyzji. 
Każda ingerencja w jego specyfikę może jednak wpłynąć na jego pracę a co za tym idzie, kiedyś doprowadzić do nieodwracalnego błędu. Czy wręcz do katastrofy.

Do niedawna brzmiało to może dziwnie, wszak książka ukazała się cztery lata temu ale czytałam ją teraz, parę tygodni zaledwie po krążącej po internecie wiadomości o mężczyźnie, który tak zawierzył sztucznej inteligenci, że pod jej wpływem popełnił samobójstwo. Do niedawna nie sądziłam, że coś takiego może w ogóle być możliwe a jednak…

Jednym słowem, twórcy Deusa biorą na siebie ogromną odpowiedzialność, bo jak doskonale wiemy, nie każdy użytkownik sieci bądź korzystający ze sztucznej inteligencji, której wpływ na nasze życie jest w ostatnich miesiącach lawinowo narastające, ma uczciwe zamiary. I oto ktoś, kto ma je nieczyste, może tak wpłynąć na sztuczną inteligencję, że ta, zamiast być pomocą człowieka, stanie się dla niego zagrożeniem.

Jak wcześniej wspomniałam, policja usiłuje dociec, kto morduje młode kobiety w Hongkongu a jednocześnie Moira ma swoje własne śledztwo. Oto bowiem orientuje się, że ktoś ingeruje w Deusa. Chatbot zaczyna wymykać się spod kontroli. A to może owocować bardzo nieprzewidywalnymi następstwami. 

I tak jak napisałam wcześniej. Miałam wrażenie, że cały wątek kryminalny został niejako dodany na doczepkę a najciekawszy jest opis pomysłu na Deusa, na to jakie ma się podczas lektury refleksje na tenże temat. Zwłaszcza, że nie wiem jak  u was ale moja przestrzeń internetowa w mediach społecznościwych jest przepełniona doniesieniami z frontu spotkań z chatbotem, z najrozmaitszymi efektami.
Nie ukrywam, że paradoksalnie moje opóźnienie lektury tej książki wpłynęło pozytywnie na jej odbiór, bowiem wyraźnie miałam świadomość, że to nie są czcze ostrzeżenia Miniera a realnie mogąca nastąpić sytuacja. Bądź ich splot.
Przyczepię się jednak do czegoś a mianowicie do brutalności opisów morderstw. Nie były one potrzebne w takim nadmiarze, naprawdę nie trzeba było czytelnikowi aż takiej szczegółowości. To więc jak dla mnie zdecydowany minus. Nie ukrywam, omijałam te opisy nic na tym nie tracąc.

Ale gdyby nie to, nie mam zastrzeżeń a „Na krawędzi otchłani” pozostawia mnie ze zdecydownie sporą ilością refleksji i przemyśleń dotyczących rozwoju technologii i wpływu tego rozwoju na nasze życie. Czy tego chcemy czy też, co bardziej możliwe, czy nie chcemy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Życzenia Świąteczne

Ponieważ mam świadomość, że niektórzy w okolicy czasu świątecznego robią sobie detoks od komputera, to już dzisiaj chciałabym Złożyć Wam Życzenia Zdrowych, Spokojnych Świąt Wielkanocnych !

Niech każdy z Was wypocznie i spędzi ten czas w sposób, w jaki najbardziej potrzebuje.

Kto ma potrzebę duchowości, niech jej zazna a kto tak zwanego świętego spokoju, niech i to ma.

Życzę także nam i Wam poczucia Odnowy i tego, że Dobro zawsze zwycięży !

„Pierwiastki śladowe”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.
Tytuł oryginalny Trace Elements.

Najnowszy kryminał Donny Leon dziejący się tradycyjnie w Wenecji i jej najbliższych okolicach nabyłam zaraz jak tylko miał on na naszym rynku premierę.

Muszę przyznać, że jest on dość przygnębiający i zwyczajnie – smutny. Wiem, że teoretycznie raczej każdy kryminał jest smutny, z racji tego, że najczęście jednak ktoś w nim ginie i stąd pomysł na śledztwo i rozwikłanie zagadki ale tu chodzi mi i o tematykę i o ogólny klimat jaki ma miejsce.
I nie poprawi sytuacji fakt, że rzecz dzieje się podczas jakichś absolutnie ekstremalnych upałów jakie nawiedziły miasto i doskwierają mieszkańcom i turystom. 
Aura i ogólny klimat powodują wręcz odczuwalny chłód i dreszcze.

Tym razem komisarz Brunetti wraz ze swoją koleżanką z wydziału, Griffoni, odwiedzają w hospicjum umierającą młodą kobietę, mamę dwójki córek, nieletnich. Dramatyzmu dopełnia fakt, że jakiś czas temu, relatywnie niedawno, mąż umierającej a tata dziewczynek, miał wypadek samochodowy na skutek którego zmarł. 
W hospicjum, do którego trafiają na usilną prośbę chorej, stawiają się szybko i z wielkim trudem udaje się im przeprowadzić zaledwie dwie rozmowy z chorą kobietą. 
Jednak wiadomości przekazane im przez nią staną się przyczynkiem do przeprowadzenia jednego z najbardziej trudnych dla Brunettiego pod kątem etycznym i moralnym, śledztw. 
Dwudziesty dziewiąty tom opowieści o śledczym Guido Brunettim to opowieść o tym do czego zdolni są ludzie kochający pieniądze ale również do czego są zdolni ci, którzy pieniędzy może i nie kochają, za to kochają ludzi i są w stanie zrobić dla nich niemal wszytko a może nawet właściwie i wszystko?

Nie ukrywam, że nie jest to według mnie najlepsza z książek Donny Leon z tego cyklu. Za mało było w niej tego, co w tych książkach lubię najbardziej a mianowicie opisu domu komisarza, wieczornych dysput rodzinych przy stole zastawionym suto przez wspaniale gotującą Paolę. Wiem wiem, zżymam się na nią często czy raczej na postać wykreowaną przez autorkę ale brakowało mi nawet jej w tej części a to już o czymś świadczy. Poza tym, ja rozumiem, upał upałami, ubrania klejące się do ciała i z zamierzenia brak klimatyzacji w domostwie Brunettich ale dlaczego tym razem zabrakło opisu wspaniałych kolacji dziejących się tamże a konkretnie opisu rozlicznych dań, które serwuje Paola rodzinie? Jak do tej pory gdy czytałam tę serię, zawsze nabierałam apetytu na coś z kuchni włoskiej a tym razem autorka mi tego oszczędziła. No i nie ukrywam, ciężko czytało się opis umierającej niespełna czterdziestolatki, o której wiedziało się, że osieroci już wkrótce dwie małe wciąż i potrzebujące rodziców, dziewczynki.

Donna Leon za to postarała się aby na sam koniec zaskoczył nas niemal ideał stąpający po weneckim bruku czyli ni mniej ni więcej a sam Brunetti. Tak, nawet on bywa postawiony w sytuacji bez wyjścia lub może, zmuszony do wybrania tak zwanego mniejszego zła.

Myślę, że mimo moich paru zastrzeżeń, miłośnicy weneckiego cyklu nie będą rozczarowani i z chęcią sięgną po ten kryminał.
A ja tymczasem daję mu ocenę 5.5 / 6.