” W sieci zł@”. Wendy James.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2020). 

Przełożyła Dorota Pomadowska. 

Tytuł oryginalny The Golden Child. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wydawnictwo Poradnia K od dawna mnie zaskakuje (pozytywnie) wydając naprawdę interesujące mnie książki i to dla rozmaitej wiekowo grupy czytelniczej. 
Mam też wrażenie, że dobrze zna moje gusty czytelnicze, bo doskonale trafia z ofertą recenzyjną.

Już sama okładka autorstwa Jana Pfeifera zapowiada to, co otrzymałam. Mroczną, niepokojącą treść „ubraną” w wydaje się zwykłą treść. Wydaje się to słowo klucz tej książki bowiem właśnie przez całą lekturę czytelnik zadaje sobie pytanie co tu jest prawdą a co tylko ułudą. I czy to, co nam się wydaje ma odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Nasze dzieci siedzą w sieci. (Nawet nie czuję gdy rymuję). Taka jest prawda i im mniej będziemy temu zaprzeczać, tym łatwiej nam będzie przejść do konkretnych stwierdzeń a w razie problemów, spróbować znaleźć jakieś rozwiązanie, pomóc dziecku. 

Jak zresztą mają w niej nie siedzieć, skoro od małego widzą dorosłych wpatrzonych w ekran smartfonów? Byłoby daleko idącą hipokryzją oczekiwać od nich samych aby zachowywali się mądrzej, czy może, rozsądniej od rodzicieli. 

Akcja książki „W sieci zł@” rozpoczyna się już w Australii. Oto poznajemy matkę, żonę, blogerkę, Beth. Ponad piętnaście lat temu wyjechała ona wraz z mężem do USA gdzie on realizował się zawodowo a ona, nie mając pozwolenia na pracę, zajmowała się domem i dwiema córeczkami, starszą Lucy i młodszą, Charlotte, która to urodziła się już w Stanach.

Jako, że jak wspomniałam, Beth prowadzi blog internetowy, część akcji poznajemy z perspektywy właśnie blogowych wpisów. To też pokazuje, że nie ma co się dziwić dzieciom, że chętnie buszują po internecie i czują się z nim związane, skoro sami dorośli również upatrują w sieci wiele możliwości.

Od razu dowiadujemy się, że Beth cieszy się z tego, że to, co się wydarzyło, zdarzyło się właśnie w jej ojczyźnie a nie w Stanach Zjednoczonych gdzie zapewne byłoby o wiele więcej konsekwencji.

Jak wspomniałam, część akcji książki poznajemy dzięki wpisom na blogu Beth. Nie jest to jednak jedyny blog jaki czytamy w tej książce. Oto bowiem pojawia się miejsce w sieci, do którego odnosi się oryginalny tytuł tej książki, „Cudowne dziecko”. Z wpisów, które czytamy jawi się nam iście niepokojący obraz dziecka dorastającego z silnymi zaburzeniami osobowości, wręcz małej socjopatki. 


Ale oto wracamy do Stanów, w których miał miejsce pierwszy niepokojący Beth incydent. Oto Charlotte zostaje oskarżona przez szkołę o podanie koleżance liścia oleandra. Szczęśliwie nie dzieje się nic złego, dziecko trafia do szpitala, w którym otrzymuje stosowną pomoc. Niemniej jednak Charlotte jest na celowniku zarówno szkolnych opiekunów jak również ten poważny incydent zapada w pamięć rodziców. Niby nie jest to poważne, do tej pory Charlotte nie sprawiała żadnych problemów wychowawczych, jest liderką w szkole i powszechnie lubianą dziewczynką, określaną jako silna osobowość ale jakaś zadra w sercu zostaje. 

W tej sytuacji być może nie tak źle jest wrócić do ojczyzny i oto rodzina Beth czyli ona, jej córki i Dan, mąż i ojciec, wracają do Australii. 

Obie córki, Charlotte i Lucy zapisane zostają do nowej, żeńskiej szkoły. Powtarza się sytuacja ze szkoły w USA. Charlotte dość szybko rozpoznaje sytuację w klasie i po początkowej próbie zaprzyjaźnienia się z Sophie, z której matką polubi się Beth, dołącza do klasowej paczki trzech najpopularniejszych dziewcząt. 
Lucy, trochę podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, nie jest klasową liderką ale też nie jest poniewieraną przez rówieśników. Ot, dziewczyna, którą mijasz na korytarzu szkolnym i nie jesteś po chwili w stanie określić jaki ma kolor włosów. 

Sophie to z kolei osobna historia. Jeszcze do niedawna miała w klasie dwie przyjaciółki, które jednak wyjechały z rodzicami z miasta. W szkole jest dla stypendium oferowanemu zdolnym uczniom a Sophie posiada niezwykły talent, gra wspaniale na fortepianie. Szkoła pozwala jej więc na realizację pasji i pogłębianie talentu, niemniej jednak nie można powiedzieć, że przynosi jej zbyt wiele innych radości. Z początku wiąże nadzieje z nową koleżanką, Charlottą ale szybko okazuje się, że po kilku spotkaniach inicjowanych raczej przez Beth i mamę Sophie, Andi, nic z tego nie wyjdzie. Szkoda bo wygląda na to, że gdyby nie chęć rywalizacji w klasie i wtłoczenie Sophie w rolę ciamajdy i szarej myszki przez bardziej popularne koleżanki z klasy, ta znajomość Charlotte i Sophie miałaby potencjał.

Mijają tygodnie i pewnego dnia zdarza się zło. Zło z gatunku tych, które nie pyta czy może zajrzeć a po prostu się dzieje. I wywraca spokojne i ustabilizowane życie Beth (która nawet znalazła pracę co początkowo wydawało jej się niemal niemożliwe) do góry nogami. I każe się zdecydowanie szybko spytać samej siebie o to jaką jest matką, rodzicem. Ale przede wszystkim, kim jest jej młodsze dziecko i czy na pewno zna Charlotte tak, jak jej się wydawało?

Oto bowiem dwunastoletnia Charlotte zostaje oskarżona o dręczenie i prześladowanie Sophie. Dręczenie, które będzie miało bardzo poważne konsekwencje. 

Historia i sytuacja przekazana nam jest z kilku perspektyw. Poznajemy ofiarę, jej rodzinę ale rodzinę i sytuację oskarżonej o prześladowanie koleżanki. Do tego wciąż możemy śledzić wpisy na internetowym blogu autorstwa Cudownego Dziecka. Wpisy, które powodują, że człowiekowi jeży się włos na głowie. 

Kiedy już dojdzie do przełomowej sytuacji obie matki, i Beth i Andi, będą musiały szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie czy poświęciły swoim córkom wystarczająco dużo czasu?
Czy zajęta blogowaniem a po przeprowadzce do ojczyzny Beth na pewno wystarczająco przyjrzała się nowej sytuacji szkolnej córek? Czy nie zlekceważyła „incydentu”, jak do tej pory myślała o tym wydarzeniu, jaki miał miejsce z liściem oleandra w amerykańskiej szkole?

Z kolei Andi pochłonięta jest wychowaniem młodszego synka, który przyszedł na świat po wielokrotnych podejściach do in vitro. I również z tyłu głowy czai jej się niepokojąco prawdziwa myśl, że nie poświęcała ostatnio starszej, dorastającej córce zbyt wiele uwagi i czasu. 

W „W sieci zł@” jak już pisałam, sporo dzieje się w sieci, w której tyle czasu spędza młodzież i dorośli. 

Portale społecznościowe mogą zarówno sprawiać wiele radości pozwalając ludziom przypomnieć sobie starsze znajomości ale i również, jak zostało napisane w książce, cytuję „(…) wirtualny świat w równym stopniu może odsłonić wewnętrzne sympatyczne „ja”, co – znacznie częściej – obudzić wewnętrznego potwora”. Oczywiście, dochodzą do tego indywidualne predyspozycje i cechy, nie jest to na pewno książka, która świat internetu utożsamia z samym złem. Pokazuje nam jednak dobitnie jak bardzo ów świat mimo, że wirtualny, oddziałuje na ten rzeczywisty i jak bardzo ostrożnie należy się w nim poruszać. Anonimowość w sieci może kusić gdyż dla niektórych stanowi bodziec do pokazania się z zupełnie innej strony ale też staje się silną bronią, którą można kogoś bardzo poważnie zranić. Toksyczne znajomości ze świata rzeczywistego przeniesione do sieci stanowić mogą coś co zdecydowanie szybciej może wymknąć się spod kontroli bo zwyczajnie, nie każdy jest w stanie to kontrolować.

Podczas lektury tej książki można zadawać sobie wiele pytań. Na temat relacji rodzic – dziecko. Na temat właśnie internetu i świata sieci. Ale również na temat roli dorosłych, w tym przypadku rodzica. Na ile działać i w jaki sposób aby nie stać się „helikopterowym rodzicem”, ale jednak mieć jakąkolwiek świadomość tego co dzieje się z dzieckiem, które teoretycznie się zna. 

Po raz kolejny można zastanowić się nad siłą presji rówieśniczej jak również nad tym jak silna jest chęć, potrzeba, bycia „w grupie”, nie zaś daleko poza nią. Kto może stać się osobą dyskryminowaną i jak łatwo można dać się wciągnąć w grę , w której jest się oprawcą? Na ile znamy naszych partnerów i nasze własne dzieci? A na ile wydaje nam się,że znamy? W tej książce pokazany jest mechanizm, w którym często to, co bierzemy za oczywistość, kompletnie nią nie jest. 

Wirtualny świat otacza i osacza nas , nasze dzieci. Czas przyjrzeć mu się zdecydowanie baczniej niż do tej pory, aby uniknąć sytuacji, w której znalazła się bohaterka książki, gdy jej dotychczasowe życie wymknęło jej się spod kontroli i rozbiło z wielkim hukiem a ona sama zaś została z pytaniem „Jak to wszystko w ogóle mogło wydarzyć się w jej życiu?”. I, jak myśli w pewnej chwili, „(…) Jeśli Charlotte nie jest Charlotte, to kim właściwie jest Beth?”.

Nie chcę zdradzać treści książki więc napiszę tylko, że bardzo podobało mi się zakończenie tej powieści. Zdecydowanie jedno z lepszych zakończeń jakie czytałam w książkach. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Matki z Lovely Lane”. Nadine Dorries.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).

Data premiery 20.02.2020.

Przełożyła Magda Witkowska.

Tytuł oryginalny The Mothers of Lovely Lane.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kolejna część opowieści o pielęgniarkach Danie, Pammy, Beth i Victorii pracujących w szpitalu St Angelus jak również o mieszkańcach przy portowej dzielnicy Liverpoolu.

Trzecia część po „Aniołach z Lovely Lane” i „Dzieciach z Lovely Lane” ukazuje czytelnikom jak potoczyły się zawiązane w poprzedniej części wątki. Emily i Dessie rozwijają swój związek, szpital zyskuje nowy blok operacyjny, przełożona pielęgniarek walczy o stworzenie nowego oddziału położniczego.

Pojawiają się też jednak tradycyjnie nowe postaci. Poznajemy więc Noleen Delaney, która zapracowuje się ogromnie podczas nocnych dyżurów w szpitalu jako sprzątaczka podczas gdy jej okaleczony podczas IIWŚ mąż Paddy nie jest w stanie znaleźć pracy.

Pojawia się też rodzina Ryanów. Jest tak kilkoro synów, z których jedynie Lorcan jest przyzwoity i mądry. Chce pomóc swojej pogubionej w życiu matce i nie mieć nic do czynienia z braćmi, którzy wiodą życie przestępcze. Lorcan to młody chłopiec, ma czternaście lat i dzięki pomocy „mafii z St Angelus” dostanie pracę w szpitalu.

Po raz kolejny rola „mafii z St Angelus” zostaje w tej części podkreślona. Być może na skutek tego, czego doznali mieszkańcy dzielnicy w czasie IIWŚ , ale stanowią dla siebie bardzo silne wsparcie i pomoc. Nikt nie pozostawi nikogo samemu sobie a jeśli komuś wiedzie się naprawdę źle, do akcji wkraczają bardziej rzutcy i sprytni pracownicy szpitala, którzy zawsze wspierają słabszych i pogubionych. Nie inaczej będzie w „Matkach z Lovely Lane”, w której to części po raz kolejny podkreślona została rola kobiet w czasie IIWŚ i zaraz po niej gdy często to kobiety właśnie stawały się jedynymi żywicielkami rodzin i z dnia na dzień musiały dać sobie radę.

Nadine Dorries nie udaje się trochę uciec od stworzenia postaci nieco zbyt czarno-białych ale przyznam się szczerze, że jej to w tym cyklu odpuszczam. Niech tak będzie, że ludzie są albo skrajnie źli albo skrajnie dobrzy. Osobiście wolę gdy postaci są bardziej „ludzkie”, w których to można się „przejrzeć” i tego mi tu niestety, brakuje. Ale najwyraźniej autorka przyjęła taką konwencję, niech tak będzie.

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć jak dalej toczą się losy znanych nam z poprzednich części pielęgniarek jak również poznać losy nowych postaci, powinniście czym prędzej sięgnąć po „Matki z Lovely Lane”.

Moja ocena to 5 / 6.

„Doczesne szczątki”. Donna Leon.

Wydana w Noir sur Blanc. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny Earthly Remains.

W najnowszym kryminale opowiadającym o perypetiach śledczych weneckiego komisarza Guido Brunettiego przenosimy się wraz z nim na odpoczynek na lagunę.

Praca komisarza na co dzień jest bardzo stresująca. Dodatkowo, nie ukrywajmy, frustrująca, zwłaszcza gdy policjanci przesłuchując po raz kolejny osobę bogatą i wpływową mają świadomość, że żadna kara takiej osoby nie spotka. Świadkowie? Najczęściej „zapominają” jak się sprawy miały, to w najlepszym wydaniu. Bywa, że giną bez śladu. 
Nagromadzenie zarówno stresu w pracy jak i przekonania o tym, jak często niewiele mogą zrobić aby zatriumfowała sprawiedliwość, powoduje, że podczas jednego z przesłuchań dochodzi do nietypowej sytuacji. W wyniku której Brunetti trafia do szpitala, w którym od lekarki otrzymuje przykaz natychmiastowego zrobienia sobie przerwy od pracy. 

Paola, żona Guido, ma krewnego posiadającego na lagunie dom i to tam właśnie wysyła męża. Ona sama wraz z dziećmi pozostają w rozgrzanym letnim słońcem mieście a mąż i ojciec udaje się na chwilę odpoczynku od wszystkiego. 

Domem opiekuje się niejaki Davide Casati. Jak szybko wychodzi na jaw, znał kiedyś i przyjaźnił się z ojcem Guido. To ale i interesująca osobowość starszego mężczyzny, który po śmierci żony nie potrafi sobie dać rady pomimo tego, że ma wciąż dla kogo żyć gdyż jest ojcem i dziadkiem, powoduje, że Guido zaprzyjaźnia się z Casatim. 

Pływają razem łodzią po lagunie, na której dogląda hodowanych przez siebie pszczół Davide Casati, pływają w ciepłych wodach laguny, prowadzą niezobowiązujące rozmowy. Na tyle niezobowiązujące, że tak naprawdę mimo tego, że Brunetti darzy mężczyznę ogromną sympatią, trudno mu orzec czy w ogóle chociaż trochę przez tę paręnaście dni udało mu się go w jakikolwiek sposób, poznać. 

Pewnego wieczoru zdarza się coś co burzy dotychczas ustalony porządek przynoszący Brunettiemu spokój i tak bardzo potrzebny, relaks. Nad lagunę dociera burza. Jak to burza, jest gwałtowna i przynosząca zniszczenia. Nikt jednak nie spodziewa się, że podczas niej zaginie Casati. Jak to możliwe, że tak doświadczony jak on, żeglarz mógł wybrać się na żeglugę podczas burzy? Czyż to możliwe, że nie zauważył nadciągającej nawałnicy? I wreszcie, gdzie przebywa i czy jest cały i zdrowy?

Brunetti czuje, że Davide stał się dla niego kimś ważnym, zapewne również ze względu na to, że przyjaźnił się z ojcem komisarza. Jednak zwyczajnie po prostu go polubił.

Guido powraca więc do miasta i rozpoczyna się śledztwo, dość prędko prowadzące ich ku dwóm mężczyznom z przeszłości Casatiego, jak również ku wydarzeniom jakie miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. 

Śledztwa podejmują się Brunetti i Griffoni, których śledztwo poprowadzi z czasem do ekskluzywnego domu opieki Villa Flora. 

W „Doczesnych szczątkach” Donna Leon nie zawodzi tych, którzy w jej książkach oczekują również wątków społecznych, nawet jak to nazywam, wręcz publicystycznych. Leon nie byłaby sobą, gdyby odpowiednio nie zaakcentowała tego, jak bardzo na niekorzyść zmienia się jej obecne miejsce zamieszkania czyli Wenecja. Jak bardzo we współczesnych Włoszech dochodzi do głosu buta władzy na każdym szczeblu, lekceważenie społeczeństwa, przemoc wobec kobiet, nie zważanie na sprawy związane ze zmianami klimatu i ekologią. 

Ubiera to jednak w konwencję kryminału, co tworzy bardzo dobrą mieszankę. 

Wiem, że jestem zdecydowanie niekonsekwentną miłośniczką jej prozy (a jestem wielką miłośniczką:) ) ale w tej części zabrakło mi obecności Paoli (i to piszę ja, która jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że mówiąc delikatnie, za Paolą nie zbytnio nie przepadam), signoriny Elletry i …tak tak, Wenecji. Albowiem czytając kryminały Donny Leon bardzo sobie cenię możliwość „popodróżowania” po tym niezwykłym mieście, którego do tej pory nie odwiedziłam a które mam nadzieję kiedyś ujrzeć na własne oczy.

Nie zawodzi jak zawsze sam Guido, jak zwykle będąc idealistą i osobą, która niby tyle lat żyje na świecie i pracuje w takim a nie innym zawodzie a wciąż potrafi nie rozumieć ludzkiej niegodziwości, chciwości, kłamstwa. 

Sam kryminał mi się podobał, pomimo, że dość szybko domyśliłam się tego, o co chodzi w intrydze jaką skonstruowała tym razem Leon. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Cienie”. Hanna Dikta.

Wydawca – Fundacja Duży Format. Warszawa (2019).

Bardzo, bardzo trudno pisze mi się zawsze o poezji.

Właściwie, trudno jest mi powiedzieć, dlaczego tak jest. Być może określa tę trudność w opisaniu własnych odczuć forma wiersza, zawsze jednak krótsza od prozy? Nie wiem. Wiem, że chociaż podczas lektury w głowie pojawia mi się mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, myśli, nie zawsze potrafię przelać je na papier.

A „Cienie” Hanny Dikty to zbiór trzydziestu siedmiu wierszy. Bardzo dobrych wierszy, dodam.

Gdybyście zobaczyli jak ten mój tomik jest kolorowy od karteczek samoprzylepnych, którymi pozaznaczałam najważniejsze dla mnie wiersze. Chociaż ten kolor nie współgra z treścią bo wiersze te są zdecydowanie nie takie radosne i wesołe jakby mogły sugerować kolory owych karteczek.

Tytułowe „Cienie” dosłownie zaludniają kartki tomiku. Według mnie „Cienie” to osobista próba (udana według mnie) przywrócenia chociaż na chwilę postaci, które dawno już zniknęły z życia autorki bądź których nawet nigdy nie udało Jej się poznać ale w historiach rodzinnych pojawiały się na tyle często, że wydaje się jakby kiedyś się je znało.

W tych wierszach wracają postaci-motywy. Uduszony szalikiem chłopiec, chłopiec, który zmarł bo ktoś nieopatrznie otworzył okno. Są tu zmarłe znajome, dzieci, siostra. Wreszcie, postać matki, z którą nie udało się przebywać tyle czasu na ziemi ile by się należało, pragnęło, powinno…

W wierszu „Wina” padają słowa o tym, że „(…) już wiesz – nie do ciebie należy ten grzech”. Bardzo mnie te słowa poruszyły! Ja także mam w historii rodziny takie „winy”, „grzechy”, które nie popełnione przeze mnie, ciążą mi tak jakbym sama się ich dopuściła. Te dawno popełnione przez przodków grzechy uwierają i bolą mnie wciąż pomimo upływu czasu.

Myślę, że może dla kogoś zbyt dużo pada tu słów o odchodzeniu, o śmierci. Chociaż tak naprawdę autorka pisze nie o tym jak to się działo a o stanie już „po”, że się tak wyrażę. O żałobie, która potrafi tkwić w człowieku i chociaż już wydawało mu się, że dał sobie z nią radę, jedno słowo, zdjęcie, gest, wydarzenie, na nowo o wszystkim przypomina. Bo przecież na co dzień, jak pisze Hanna Dikta , w pierwszej części tetraptyku noszącego tytuł „Residua post abortum”, cytuję „(…) w domu pełnym życia nie rozmawiamy o śmierci”, a w czwartej „(…) to jeszcze jedna historia z tych których nie wolno pamiętać bo afirmacja wizualizacja radość życia”.

Przejmujący wiersz „Podróż” obawiam się, że powstał na podstawie niejednych koszmarnych doświadczeń z izb szpitalnych po poronieniu. Wtrącone tam zdania to wyraźne cytaty ze słów, które pacjentki usłyszały w szpitalach 😦

Wiersz „Matki” to piękne a przecież zaledwie trzy zwrotkowe opisanie o tym, że prawdą jest, że nie ta matka pierwsza, która urodziła ale ta, która z miłością wychowała. Ponieważ temat macochy jest w moim świecie rodzinnym mocno obecny, ten wiersz poruszył mnie ogromnie.

„Póki” podsumowuje w paru zdaniach to, że najważniejsze jest to gdy mamy przy sobie wszystkich tych, których kochamy.

„Moja kochana córeczka” to refleksje autorki nad komentarzem zostawionym przez matkę koleżanki pod wspólnym zdjęciem przyjaciółek na którymś z portali społecznościowych. Ten komentarz staje się przyczynkiem do refleksji zarówno nad tym, że jedynie owa koleżanka ma żyjącą matkę jak również nad tym, że być może na co dzień nie zdaje sobie ona sprawy z tego, jak wielkim szczęściem jest ten fakt.

Wiersz „Babki” widziałam już na stronie autorki i przyznam, że właśnie dzięki temu wierszowi posiadam niniejszy tom wierszy. Jest on niezwykły a jego ostatnie zdanie- ostrzeżenie, w którym babki świadome tego tak bardzo ostrzegają nas przed tym, że wszystko to, czego teraz , obecnie doświadczamy czyli miłość, zazdrość, śmiech, płacz, radość, sukcesy, to jak mówią „(…) uważaj – ostrzegają – to na chwilę , to tylko na jakiś czas.

Hanna Dikta jest baczną i wrażliwa obserwatorką świata.

Widzę, że zastanawiamy się nad podobnymi aspektami tego, co widzimy, o czym słyszymy w telewizyjnych wiadomościach, o czym czytamy. Jej wiersz „Cztery miesiące później” to zastanowienie się nad tym jak wygląda życie kogoś po stracie. Ostatnie zdanie sprawiło, że łzy stanęły mi w oczach. „(…) Czy bardzo dłuży jej się czas do końca”. Tak…….

W wierszu „Pamiątki” Dikta w delikatny ale wyraźny sposób oddaje swoisty hołd czy może po prostu przypomina, wskrzesza pamięć o tych , którzy odeszli i być może niektórych dziwi, że ktoś wciąż może wracać pamięcią do tych osób a jednak dla kogoś są oni ważni.

Temat przeminięcia, odchodzenia poruszony jest również bardziej współcześnie gdy autorka chociażby w wierszu „Potem” zastanawia się nad tym czy gdyby umarła to jej córki prowadziłyby podobny co ona w stosunku do zmarłych dawno w rodzinie, rodzaj osobistego wrażliwego „śledztwa”. Czy chciałyby jak pisze „(…) poznawać mnie jeszcze raz”.

Trudno, już to mówiłam, pisać mi o poezji, zwłaszcza tej dobrej, która mnie porusza bo ona przecież dotyka naszych serc, głębi duszy, porusza coś, co czasem chcielibyśmy jednak pozostawić w zapomnieniu. I tak bardzo brakuje słów aby wyrazić to, co się czuje podczas lektury.

Tom „Cienie” Hanny Dikty z bardzo ciekawą okładką zaprojektowaną przez Darię K. Kompf to jeden z lepszych zbiorów wierszy jakie czytałam i uważam, że bardzo warto jest po te wiersze sięgnąć.

Moja ocena to 6 / 6.

„Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1”. Quino.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2020).

Przełożył Filip Łobodziński.

Tytuł oryginału Mafalda. Todas las tiras.

Usiłuję sobie przypomnieć jak to się stało, że pierwszy raz zetknęłam się z komiksami o Argentynce Mafaldzie (mam polubioną na Fb stronę komików o niej właśnie więc musiał być jakiś pierwszy raz) i…nie potrafię. Najwyraźniej ktoś mi kiedyś polecił, być może też u kogoś zobaczyłam któryś z obrazków. Nieważne, tak czy inaczej, to był dobry wybór. Bo komiksy o tej paroletniej dziewczynce ( pewnie około siedmioletniej jak twierdzi tłumacz bo rysunki zaczynają się gdy Mafalda nie chodzi jeszcze do szkoły a potem do niej trafia). Tak czy inaczej, cieszę się, że kiedyś sięgnęłam po komiksy o Mafaldzie.

Do tego samego wniosku zapewne doszło Wydawnictwo Nasza Księgarnia (to znaczy nie, że ja po nie sięgnęłam, obawiam się 🙂 ale, że warto Mafaldę polecić i puścić w świat w bardziej zmasowany sposób bo oto na naszym rynku pojawiło się pierwsze wydanie komiksów o Mafaldzie.

Ci, którzy znają Mafaldę, jej mamę, tatę, później braciszka a przede wszystkim doborowe grono przyjaciółki i przyjaciół, wiedzą, czego się spodziewać.
Myślę, że zdziwieni mogą czuć się nieco ci, którzy sięgną po nią pierwszy raz.

Po pierwsze, Mafalda mimo, że kilkulatka, mówi do nas językiem co najmniej późnej nastolatki. Wtedy nastaje wiek buntu i kontestacji zastanej rzeczywistości. Jednak autor komiksów wolał wybrać za bohaterkę małą dziewczynkę. Czy dlatego, że ta konwencja bardziej pasowała mu do przedstawienia własnej niemożności pojęcia tego, co dzieje się na świecie?

Mafalda bowiem rośnie w niespokojnych czasach. I tu moment na krótki śmiech. Czy jakiekolwiek czasy są „spokojne”?
Tak więc może Mafalda czuła się straszona z radia i telewizji doniesieniami o wzajemnych przepychankach ZSSR i USA (a do tego obawiała się reakcji Chin). My zaś spokojnie możemy się czuć straszeni niemal tym samym chociaż zmieniły się sposoby straszenia a konflikty zmieniły nieco sposób ustawienia na planszy sojuszników. Gracze jednak jakby nie patrzeć, pozostają ci sami.

Mafalda bowiem to nie słodkie dziewczątko, które przemawia do ptaszków i motylków i bawi się na różowo ubraną lalką. Mafalda nawet nie ma w domu lalki (lalka pojawia się w jej rękach bodajże trzykrotnie, w tym raz jest to lalka Susanity, koleżanki Mafaldy).
Mafalda ma za to w domu globus, który to jest jej największym przyjacielem i o stan którego (jako świata) najbardziej się troszczy, masę książek, szachy i dwóch największych przyjaciół, radio i telewizję). No i oczywiście ma rodziców, z którymi toczy nieustające dysputy i zadaje niekończące się trudne pytania i grono przyjaciół, którymi są Felipe, Manolito, Susanita, Miguelito. Później zaś do rodziny dziewczynki dołączy jeszcze braciszek Guille.

Mafalda i jej przyjaciele i rodzina to oczywiście głos autora, który wyrażał ich wypowiedziami swoje lęki, obawy bądź podkreślał śmiesznostki współczesnego mu świata.

Trafność spostrzeżeń jednak wzmaga włożenie dialogów właśnie w usta dzieci. Być może zabieg ten miał obalić nieco opinie niektórych o tym, jak to dzieci są niewinne i niczego nie rozumieją.
Mafalda i jej przyjaciele bacznie przyglądają się światu i wyrażają na jego temat opinie bądź usiłują go zrozumieć.
W komiksach o Mafaldzie nie bierze się jeńców. Bezradność, ba, głupotę dorosłych, wypomina się głośno i bezlitośnie.
Muszę przyznać, że Mafalda nie do końca budzi moje jedynie pozytywne odczucia. Bywają momenty, gdy potwornie mnie irytuje. Jest bezlitosna w swoich opiniach wygłaszanych w poczuciu jedynie słusznej racji. Potrafi być wręcz okrutna w swojej szczerości opinii wygłaszanych w kierunku własnej matki (co być może jest wzmożone faktem serwowania jej przez mamę znielubianej przez dziewczynkę zupy).

Jednak to tylko dodaje jej barwy i sprawia, że jeśli pasuje nam konwencja przyjęta przez autora komiksów polegająca na tym, że dzieci wydają się być tam mentalnie starsze o całkiem sporo lat, możemy się tylko dobrze bawić.

Kto z nas nie zna dorosłego Manolito, wielbiciela pieniądza? Każdy z nas ma przy sobie Susanitę, która potrafi powiedzieć coś tak przykrego, że aż człowiekowi zapiera dech z przykrości. Wreszcie, każdy z nas zna jakąś poczciwinę, która nigdy złego słowa nie powie o innych a w którą to rolę zostaje wdzięcznie wprzęgnięty Felipe. Kto z nas również tak naprawdę do końca pojmuje to, co dzieje się na świecie, za sprawą polityków głównie? Kto z nas nie zadaje sobie podobnych do Mafaldowych, pytań?

Do tego dochodzi obserwacja świata połowy i końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które obserwacje wbrew pozorom wcale się nie zestarzały (bardzo często można dodać, „niestety”).

Tak czy inaczej, według mnie zdecydowanie warto wydać pieniądze na ten tom. Rozrywka na najwyższym poziomie zapewniona, w czym z całą pewnością pomogło świetne tłumaczenie pana Filipa Łobodzińskiego.

A ja powiem tylko, że mam nadzieję, że Wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na kolejny tom z komiksami o Mafaldzie i całym tym jej wesołym towarzystwie.

Moja ocena to 6 / 6.

„Pasażerka”.Zofia Posmysz.

Wydana w Wydawnictwie Axis Mundi. Warszawa (2019). Ebook.

Kiedy kat spotyka się po latach z ofiarą. 
To takie motto, jakie mi przyszło do głowy, gdy zaczęłam czytać „Pasażerkę”. To książka, której pierwowzór był słuchowiskiem noszącym tytuł „Pasażerka z kabiny 45”, a następnie na jego podstawie powstał film w reżyserii Munka. Sama książka została wydana w roku 1962. 

I znowu, podobnie jak w przypadku czytanej przeze mnie przed tą książką książką „Wakacje nad Adriatykiem”, zastanawiam się jak odbierano ją wówczas gdy się dopiero co ukazała. 
Nastąpiło już kilkanaście lat po IIWŚ. Sytuacja po najgorszej z wojen ustabilizowała się. Niemcy rosną w siłę i stabilizuje się sytuacja gospodarcza kraju, który niby to przegrał a który zdaje się być na wygranej pozycji, zwłaszcza jeśli spojrzy się na to, jak w tamtym czasie miał się nasz kraj. 

I właśnie w takiej sytuacji na pokładzie statku pasażerskiego płynącego do Brazylii niesamowitym zbiegiem okoliczności spotykają się Liza i Marta. Liza to była esesmanka. Do Brazylii podróżuje wraz z mężem, dyplomatą, mającym objąć stanowisko w tamtejszej ambasadzie. Jak również z tego, co wynika, utrwalać na innym kontynencie przekonanie, że Niemcy zrozumieli swoje błędy i wyciągnęli z nich wnioski, że są zupełnie na nowej pozycji startowej w blokach historii. Liza nigdy dotąd nie przyznała się mężowi, z którym żyje już około dziesięciu lat, co tak naprawdę robiła w czasie minionej wojny. Ale, co trzeba przyznać, i on zachował w tej kwestii kompletną beztroskę czy może rodzaj wyparcia, gdyż nie odczuwał najwyraźniej potrzeby wypytywania żony co tak naprawdę robiła w czasie wojennej zawieruchy.

Nie wie więc tak naprawdę nic o przeszłości żony a i ona nie odczuwała potrzeby zwierzeń, jednak żyjąc nieco w poczuciu „życia na bombie”. 

Marzyliście kiedyś o rejsie na statku? Ja w dzieciństwie bardzo często. Wydawało mi się bowiem niezwykle ciekawe podróżowanie morzem w dłuższym czasie. Taka niesamowita przygoda. Kiedy dorosłam, przestało mnie to pociągać i nie rozumiem ludzi, którzy w ten sposób spędzają czas swoich urlopów. Zamknięta, jakby nie było, przestrzeń statku, chociażby nie wiadomo jak wielkiego, te same twarze wokół. Nawet najciekawiej przedstawiony luksus trąci klaustrofobią. I ta niemożność opuszczenia statku w każdym momencie, jaki by człowiekowi przyszedł do głowy. I to właśnie spotyka obie kobiety, które po latach spotykają się właśnie na pokładzie statku pasażerskiego. 

Zapewne nie tylko Liza jest tym faktem zaskoczona. Jednak jeśli taką jest Marta, Polka, która podróżuje z jakąś większą grupą lecz w rzeczywistości zawsze przedstawiona jest nam samotnie, dziwi się obecnością na pokładzie dawnej esesmanki, nie daje tego po sobie poznać. 

Natręctwo i lęk Lizy rozpoczyna się bardzo szybko, od pierwszej sceny z psem, której jest świadkiem a która nie dość, że przywodzi na myśl jej obozowe wspomnienia to jeszcze dodatkowo właśnie staje się momentem przełomowym. Liza rozpoznaje w kobiecie Martę, osadzoną przed laty w Auschwitz. 

Od tej pory Liza nie może do siebie dojść. Walter, jej mąż, szybko orientuje się, że coś się stało i bardzo prędko utożsamia dziwne zachowanie żony z obecnością na statku właśnie nieznajomej kobiety. Ale, czy na pewno naprawdę nieznajomej?

Czego tak naprawdę lęka się jego żona na widok tej wciąż młodej osoby, która mija ich na korytarzu statku?  
Rozpoczyna się rozmowa-spowiedź Lizy chociaż jednocześnie toczy się dialog Waltera z Amerykaninem podróżującym statkiem. Mężczyzna jako jeden ze zwycięzców usiłuje porozmawiać z Niemcem na tematy współczesnych Niemiec i tego, co tak naprawdę dzieje się „pod skórą” tego kraju. Jednak, przyznaję, że te fragmenty niespecjalnie mnie ciekawiły. 

O wiele bardziej ciekawiła mnie rozmowa Lizy z jej mężem. Co ciekawe, postać Marty nigdy nie jest nam „przedstawiona” w sposób inny niż oczami czy ustami Lizy właśnie. Nie poznamy nawet tembru głosu Marty „teraz”. Owszem, widzimy jej postać ale jedynie w roli „ducha przeszłości”, kogoś, kto zjawił się w najmniej odpowiednim momencie aby zrujnować spokój i dostatek jakie ukuło tych dwoje, Liza i Walter. 

Dodatkowo w wypowiedziach Lizy nieustająco przebrzmiewa relatywizm narastający wraz z tym jak rozwija się akcja tej niewielkiej w sumie książki. A jednak okazuje się, że Posmysz po raz kolejny udowadnia, że dużo nie znaczy lepiej i że tak naprawdę poruszającą i dającą do myślenia prozę udaje się napisać wcale nie zużywając do tego stosu kartek i nie wiadomo jak wielu słów. Oszczędność i minimalizm, który niesie ze sobą świetny tekst, to moje nieustające marzenie, zwłaszcza w czasach gdy z niewiadomo jakich powodów niemal każda książka zaczyna się rozrastać w niepotrzebną nieskończoność. No ale dość o tym. „Pasażerka” jest konkretna i taka jak trzeba. Nie ma tu zbędnych słów, scen. 


Ciekawe, niby nic nie dzieje się Lizie ze strony Marty, która w pewnym momencie Martą wydaje się jej nie być a jednak Lizie zaczyna towarzyszyć coraz większe poczucie osaczenia i grozy. To ciekawe, prawda? jak bardzo można zmanipulować własnymi wspomnieniami i przekonaniami na swój własny temat, że w chwili gdy było się katem i spotka się ze swoją ofiarą, odczuwa się lęk.  

Lęk Lizy jednak ma swoje źródło również w tym, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo nieznana jest jej przeszłość dla jej własnego męża. Któremu to mężowi nagłe ujawnienie faktu, że żona dyplomaty pełniła dość wysoką funkcję w Auschwitz, nie pomogłaby w karierze. 

Nie jest łatwo popełnić w przeszłości pewne czyny a potem wziąć za nie odpowiedzialność. Niektórym z łatwością udaje się uniknąć konsekwencji, jednak niektórym niekoniecznie. Są silniejsze i słabsze psychicznie jednostki. 
Liza wydawała się kobietą silną twardą i stąpającą pewnie po ziemi a jednak ten niechciany powrót do przeszłości uświadomił jej jak kruche było jej własne z mozołem i latami budowane poczucie pewności i bezpieczeństwa? szczęścia?

Z swej strony nieco żałuję, że nie dowiadujemy się absolutnie nic o tym, na na to spotkanie reaguje Marta. Ba, tak naprawdę mimo, że wydaje się, że tak, wcale nie jestem w stu procentach pewna, że ową tajemniczą pasażerką naprawdę była Marta. Być może lęk i obawy, które uruchomiły w głowie Lizy lawinę wspomnień wymuszoną nieco przez Waltera, zmieniły jej sposób patrzenia jak i postrzegania. 

Może nawet spojrzenia Marty? , którym Liza nadaje a to miano mających wywołać poczucie winy a to pogardliwe, nie były wcale spojrzeniami byłej więźniarki a zupełnie innej osoby? Być może poczucie winy, które jednak nareszcie odezwało się w Lizie, dało o sobie znać w taki a nie inny sposób? Przyznaję, że właśnie takie rozwiązanie najbardziej przypadłoby mi do gustu. 

„Pasażerka” to z pewnością kolejna książka Zofii Posmysz, której szybko nie zapomnę. Pewnie nie zapomnę jej nigdy. Uprzedzam ewentualne polecanki, tak, widziałam już film na podstawie słuchowiska. Nie, nie bardzo pamiętam ale chyba nie powrócę do niego z pewnego konkretnego powodu. 

Bardzo podobało mi się zakończenie książki. Szalenie lubię kiedy na końcu cała para idzie w gwizdek i kiedy już nie ma żadnych hamulców. I chociaż autorka popełnia majstersztyk konstruując bombę z pomocą zaledwie słów przecież i odczuć, udaje jej się to w pełni. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Wakacje nad Adriatykiem”. Zofia Posmysz.

Wydana w Wydawnictwie Znak LIteranova. Kraków (2017).

Lubicie książkowe wymiany ze znajomymi? Ja bardzo. Kiedyś „uprawiałam” to ze znajomą, potem się urwało i dawno z nikim się nie wymieniłam książkami. W zeszłym tygodniu jednak udało nam się wymienić ze znajomą książkami, które nam się z jakichś powodów zdublowały. Polecaną mi przez nią książkę Zofii Posmysz przeczytałam jednym tchem pomimo tego, że jest to lektura wymagająca ogromnego skupienia i uwagi, ze względu i na tematykę i również na specyficzny styl języka w niej użyty. 

„Popatrz, jak te słowa po prostu płyną, jak mało interpunkcji ona używa, jak te dwa światy wzajemnie się przenikają. (…)  Koniec jest (…) jak zejście na samo dno piekła”. Zacytowałam tu słowa mojej znajomej (Asiu, raz jeszcze dziękuję za pomysł z książkową wymianą) bo według lepiej nie można tej książki podsumować. 

Bardzo trudno czyta się literaturę, która niby ubrana w płaszcz prozy ale wyraźnie przypomina, że powstała na podstawie osobistych doświadczeń. Zofia Posmysz to pisarka, dziennikarka, nawiasem mówiąc twórczyni mojego ulubionego słuchowiska „W Jezioranach”. Ale również była więźniarka obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Ravensbruck i Neustadt-Glewe. 

I te właśnie obozowe doświadczenia opisane są w tej książce. 
Dwie kobiety, które los zesłał do Auschwitz. Właściwie nawet nie kobiety a dziewczyny, siedemnastoletnia i niewiele od niej starsza, być może rok. Imienia narratorki nigdy nie poznajemy, jej towarzyszka nazywana jest przez nią Ptaszką. Do tego imienia i akcji, która rozgrywa się w obozie koncentracyjnym, nawiązuje okładka książki projektu Magdy Kuc. 

Wspomniałam słowa znajomej o dwóch wzajemnie przenikających się światach. Autorka bowiem rozpoczyna swą opowieść od informacji o wyjeździe z mężem i znajomą nad Adriatyk. Szybko okazuje się , że akcja opowieści dziać się będzie w dwóch światach. Jeden świat to miejsce wakacyjne nad Adriatykiem, osłonecznione, gorące, rozświetlone światłem i życiem. Drugie to świat mroku i śmierci. Obóz koncentracyjny. 
Ujrzana przez narratorkę postać mężczyzny, który pewnego dnia zjawia się na plaży z trzema kobietami i cieszy się wakacyjnym słońcem, uruchamia u narratorki lawinę wspomnień. 
Wspomnień o niej i Ptaszce, którą opiekowała się podczas swego pobytu w Auschwitz. Ptaszka od samego początku przedstawiona jest jako ta słabsza, zdecydowanie bierna i wręcz wyczekująca szybkiego końca. Niemal do końca nie wiemy, dlaczego ze strony kruchutkiej jak porcelana i delikatnej kobiety taka a nie inna postawa. Dlaczego zjawiła się w obozie z przekonaniem, że z niego na pewno nie wyjdzie. O tym, co mogło być tego przyczyną, dowiadujemy się niemal na ostatnich stronach książki. 

Na mnie osobiście najbardziej działało to skontrastowanie dwóch światów. Słonecznego i beztroskiego wakacyjnego, nad tytułowym Adriatykiem i świata śmierci i mroku, lęku, szaleństwa, jakim była rzeczywistość obozowa. To skontrastowanie mogłoby być ryzykowne, mogłoby trącać nadmiernym dramatyzmem. Zofii Posmysz udaje się jednak tego  uniknąć. Zamiast nadmiernego epatowania okrucieństwem mamy tu dwa, właśnie przenikające się światy. I faktycznie pod koniec książki odnosi się wrażenie, że wraz z narratorką zstępujemy powoli w odmęty piekła. 

Przejmująca to książka. Przyznam się Wam, że dawno, naprawdę dawno nie czytałam czegoś co tak mnie poruszyło. I naprawdę dawno temu czytałam coś tak świetnego polskiego autorstwa.

To wydanie, które czytałam, nie jest pierwsze. To wznowienie. Książka pierwszy raz ukazała się w roku 1970. Ciekawa jestem jak ówcześni czytelnicy odbierali tę książkę, skoro ja, siedemdziesiąt pięć lat po wyzwoleniu KL Auschwitz, tak przeżyłam tę prozę. 

Myślę, że jeśli nie czytaliście tej książki, to jest ona na liście pozycji obowiązkowych.

A Pani Zofii Posmysz życzę z całego serca wiele, wiele zdrowia i spokoju. I chylę czoło przed Nią, że po tym co przeszła, pozostała takim dobrym, pięknym człowiekiem. 

Głupio dawać ocenę tego typu książce. 

Może więc po prostu napiszę, że jest ona najwyższa z najwyższych.

6.5 / 6