Dwadzieścia lat…

…temu pewni państwo wzięli Ślub.

I tak truistycznie powiem, minęło jak z bicza strzelił.

A my z P. wciąż tak samo piękni i młodzi, jak te dwie dyszki wstecz.

Nie będę ściemniać, nie są to biegi bosą stopą po płatkach róż. Bywają dni lżejsze i cięższe, jak to w życiu. Ale według mnie bilans wychodzi jednak ogólnie na plus. Mam nadzieję, że mój od dwudziestu lat (jeszcze nie, bo przysięgę złożyliśmy sobie około wpół do siódmej jak sądzę, wieczorem) Mąż też tak myśli.

Jakby ktoś chciał powinszować i dobrze nam życzyć to to jest właśnie ten wpis 🙂

„Prawiek i inne czasy”. Olga Tokarczuk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.

„Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata”.Tak zaczyna się książka „Prawiek i inne czasy” naszej Noblistki Olgi Tokarczuk.

Jestem przeszczęśliwa, że sięgnęłam po nią właśnie teraz, dopiero tyle lat od jej ukazania się, kiedy opowiedziano o niej tyle, że ja po prostu mogę zanotować własne odczucia bez napinki, bez stresu. Mądrzejsi ode mnie przeanalizowali tę książkę na wszystkie strony, ja zaś zamierzam zanotować własne odczucia na jej temat.

Nie jest odkryciem, że książka ta może kojarzyć się nieco z książką Marqueza „Sto lat samotności”.

Tu, podobnie jak u tego autora, akcja książki umiejscowiona jest w wybranym miejscu, punkcie na mapie. I podobnie towarzyszy jej oniryczny klimat, ulotność a jednocześnie akcja dzieje się w konkretnym czasie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Prawiek to miejscowość w sąsiedztwie kilku innych wspominanych wsi i miasteczek, jednak mamy tu zdecydowanie ograniczoną topografię. Zamknięta społeczność niesie ze sobą jednak prawdy stałe, prawdy wieczne, o życiu, o człowieku, o świecie. Miłość, namiętność, pożądanie, słabość, radość, nienawiść, to wszystko dzieje się bez względu na położenie na mapie czy liczbę mieszkańców. Sacrum miesza się z profanum i nie ma w tym nic dziwnego, tak dzieje się od wieków.

„Prawiek i inne czasy” pomijając klimat oniryzmu czy wręcz bajania, to również opowieść o historii dwóch rodzin na przestrzeni niemal wieku. Akcja książki rozpoczyna się wraz z rozpoczęciem IWŚ a kończy w latach tuż przed przełomem lat osiemdziesiątych.

Losy rodzin Niebieskich i Boskich (same nazwiska są już swego rodzaju „smaczkiem”) toczą się głównie w Prawieku. Tak jakby bohaterom nie było potrzeba większych przestrzeni, jakby autorka chciała nam przypomnieć, że tak naprawdę te największe i najważniejsze rzeczy dzieją się „tu i teraz”. Że tak naprawdę każdy z nas osadzony jest w jakimś prywatnym Prawieku.

Biada tym, którzy wątpią, że w Prawieku dzieje się niemal jak w mitycznej Arkadii. Zło, śmierć, zdrada i okrucieństwo dotarły i tam, i jak wszędzie, mają się dobrze.

Bohaterów jest niewielu, jest raczej kameralne grono obu rodzin i kilkoro z zewnątrz jak chociażby dziedzic Popielski, który zostanie obdarowany przez jednego z miejscowych Żydów niezwykłą grą, która wciągnie go i pochłonie całkowicie.

Ale mamy też Kłoskę i jej córkę. Jest więc też Eli, który śni się po nocach pewnej kobiecie.

Atmosfera magii i nierealności towarzyszy równocześnie z konkretnymi historycznymi wydarzeniami. Jest więc mówiący obraz Matki Boskiej i jednocześnie obie wojny światowe z ich okrucieństwem. Jest rosnący przy oknie pewnej kobiety arcydzięgiel, z którą to rośliną potem odbywa ona miłosną przygodę. Jest Florentynka, która zagniewała się na Księżyc. Jest też młynek do kawy, który potrafi przemielić czas. Dużo w tej książce symboli i znaczeń, których można się dopatrywać i które można wyłuskiwać jak ziarna słonecznika ale które można po prostu zauważać z przyjemnością jako dodający zdecydowanego kolorytu książce, zdobienia.

„Prawiek i inne czasy” to tego rodzaju opowieść, którą kiedyś snuto być może w długie, jesienne wieczory. W czasach, w których opowieści słowne przekazywane z pokolenia na pokolenie, przekonywały ludzi, że to co znają z własnego życia, działo się kiedyś i dziać się będzie. I tak w sumie jest.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością.

Moja ocena to 6 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego…

…czyli „święto”, które celebruję pomimo tego, że nie chcę.

W dniu, kiedy myślę jeszcze intensywniej o mojej Córeczce, Emilce, mam w pamięci i w sercu wszystkie te Dzieci, które zostały utracone.

To nie tak miało być.

I wiem, że pomimo tego, co mówią, pewne rany nie zagoją się nigdy.

Nie zagoją się a ty istniejesz z częścią serca bo część odeszła wraz z tym Dzieckiem.

Nie wiem, jak żyłabym gdyby nie mój Syn , Jan.
To największe szczęście, że On jest w naszym życiu.

„Podarunek”. Krystyna Mirek.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2014). Ebook.

Co się naczekał na swoją kolej ten ebook , to jego. Ale się doczekał.

A ja miałam bardzo udaną lekturę i cieszę się z tego.

Na fali książek świątecznych (czy Wiecie, że wydawnictwa od dawna już zapowiadają książki z motywem Świąt? Zaczęły we wrześniu 😉 ) ta raczej się nie przemknie. Co prawda jest tu ważny motyw właśnie świątecznego czasu ale jednak akcja książki rozgrywa się już po a to, co się stanie można uznać za nietypowy tytułowy podarunek na Święta dla jednej z bohaterek.

Bohaterki są dwie, łączy je praca w banku. Marta to kobieta z długim stażem małżeńskim, nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Kaja z kolei to dość młoda dziewczyna, wciąż bez zobowiązań. Kaja kocha życie i żyje bardzo ponad stan.

To co prawda Marta w Święta Bożego Narodzenia wypowie życzenie o jakąś niesamowitą zmianę w życiu, coś w rodzaju niezwykłego podarunku, który ją zaskoczy ale i losy Kai będą opowiedziane w tej książce.

To nie jest jak już mówiłam, typowa książka świąteczna. Święta są tu jedynie pretekstem do pokazania sytuacji obu bohaterek.

Sytuacja Marty jest poważniejsza. Kobieta naprawdę czuje się na rozdrożu. Ma w domu męża, który jej nie zauważa i którego tak naprawdę, ona też przestała zauważać, dwoje dzieci, wciąż kłóci się z mężem, podkochuje się w swoim szefie. Ogólnie nie najlepiej.

Po tych Świętach jednak zmieni swoje spojrzenie na życie. Podobnie zresztą jak Kaja, która z kolei też zrozumie swoje błędy.

Kaja żyje ponad stan, traktuje życie jak wieczną zabawę ale w tej zabawie zbyt się zagalopowała a efektem są poważne problemy finansowe.

Istotne w „Podarunku” jest pokazanie tego, jak sami możemy decydować o tym czy jesteśmy szczęśliwi czy nie. Bardzo wiele zależy od tego jak my patrzymy na swoje życie. Możemy narzekać na wszystko i nie doceniać drobiazgów w naszym życiu, wciąż oczekując więcej a możemy codziennie doceniać i cieszyć się tym, co mamy.

I o tym właśnie jest ta książka. O tym, że warto jest czasem zmienić perspektywę naszego spojrzenia na to, co dzieje się w naszym życiu. Być może nie zawsze to zadziała, ale na pewno warto jets próbować.

No i autorka nie byłaby sobą gdyby wszystko dobrze się nie poukładało na koniec.

Moja ocena to 5 / 6.

No dobrze, nie spodziewałam się…

…że jednak Literacki Nobel trafi do rąk Olgi Tokarczuk w tym roku.

A więc, dla porządku, mamy go po raz kolejny ! Czyli Nobel za rok 2018 trafia w ręce Olgi Tokarczuk a za rok 2019 otrzymał tę nagrodę Peter Handke. Od razu przyznaję, że tego drugiego nie czytałam nic.

A Olgę Tokarczuk „znam” z jej „Biegunów”. I dziś obiecuję sobie, że wrócę i do pozostałych, które cierpliwie czekają sobie na czytniku.

Bardzo, bardzo się cieszę, że kolejna Polka otrzymała tę nagrodę.

Gratuluję Pani Oldze z serca chociaż wątpię czy trafi kiedyś na mój blog (pół godziny potem odzywa się w komentarzu Nagrodzona i dziękuje za gratulacje ;P to byłoby coś).

Przyznam się, że w tym roku, chyba po zeszłorocznej przerwie, kompletnie nie podeszłam do tematu. Na obejrzenie wyniku zdecydowałam się właściwie kwadrans przed i śledziłam jak ci, którzy też mieli to akurat włączone na YouTube, transmisję z pokazu oczekujących ludzi. Jak się śmiał parę lat wstecz znajomy, wtenczas przez kwadrans patrzyliśmy na drzwi. W tym roku zmieniono to lub może i wcześniej, ale w tym roku przez kwadrans gapiliśmy się na ludzi. Afirmowałam się tym widokiem. Nie, nie, gdyby ktoś pomyślał, nie mam żadnych aspiracji do literackiego Nobla. Za to zamierzam kiedyś być wśród zaproszonych na ogłoszenie wyników 😉 Będę siedziała w którymś z pierwszych rzędów. Zapamiętajcie i życzcie mi tego 🙂

Naprawdę dobry ten dzień, naprawdę.

„Splecione letnie sny”. Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

„Splecione letnie sny” to dziesiąta z rzędu książka z cyklu „Stacja Jagodno”.

Trudno napisać coś nowego na temat książki, która jest już dziesiątą z serii i opowiada o tych samych niemal bohaterach. W każdej części pojawiają się znane nam z poprzednich książek, bohaterowie i zawsze jakaś nowa postać czy postaci.

Ogólnie jednak akcja dzieje się w znajomych miejscach i realiach. I co tu dużo kryć, zaczyna być bardzo mocno przewidywalna.
Nie ukrywam, narzekałam trochę i marudziłam podczas lektury tej książki, co zdziwiło P., gdy mu powiedziałam, że dziś w nocy chciałam ją skończyć i zaczytałam się do nieprzyzwoicie późnej pory. Tak, chciałam skończyć aby zobaczyć czy skończy się tak, jak podejrzewam. Tak, skończyła się tak jak podejrzewałam.
Wiem, że rok temu marudziłam na świąteczną książkę autorki, że była zbyt okrutna, że właśnie w książce świątecznej oczekuję nieco niemożliwej do zaistnienia czy to magii czy zwyczajnie bajki. Taka jest konwencja tych książek, rozpowszechniona na całym świecie i ja to jak to określam, „kupuję”. Z kolei w książkach obyczajowych, tego typu jak „Stacja Jagodno” chciałabym czasem zwykłego życia. Nie mówię od razu, że bohaterów ma trafić jakaś śmiertelna choroba i męka. Nie, nie to mam na myśli. Ale czasem mam wrażenie, że tam po prostu wszystko toczy się zbyt gładko, zbyt lukrowano i niestety, o czym już wspomniałam, zbyt przewidywalnie. Być może nie raziłoby mnie to jako czytelniczki gdyby cykl nie obejmował aż tylu tomów. Jeśli jednak czytasz coś w bardzo podobnym tonie po raz kolejny, zwyczajnie nie ma miejsca na zachwyt czy nawet zwyczajne zaskoczenie, oczekiwanie czegoś innego. Jest stały, wytyczony tor, pewnego rodzaju nawet rutyna.
Wiem, że narażam się tym samym wielbicielkom cyklu, trudno. Nie lubię nieuczciwości w życiu, również w ocenie tego, co czytam. Zwłaszcza, że autorka przyzwyczaiła mnie do naprawdę dobrej prozy, w której nawet jeśli wszystko kończy się pozytywnie to po drodze dzieje się jednak „życie”.

Już kiedyś wspominałam, że ten cykl czyta mi się nierówno i wtedy prowadziłam z kimś rozmowę, że być może powinnam już go zakończyć. Za każdym razem jednak gdy zostaje wydana kolejna jego część „łamię się” i nabywam. Chyba wykazuję się sporą niekonsekwencją. Być może faktycznie powinnam porzucić tę serię i zwyczajnie, poznać inne książki autorki, które możliwe, że okażą się na tyle inne, że poczuję jednak jakiś rodzaj zmiany.

Na razie, głównie do wieloletniej sympatii do bohaterów, daję dzisiaj ocenę tej książce, jaką jest 4 / 6.