„Żyj prawdziwie ze Skalską”. Dagmara Skalska.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2019).
Data premiery 5.06.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Na wstępie napiszę, że było to moje pierwsze „spotkanie” z książkami Dagmary Skalskiej. Zdecydowałam się na ten poradnik z dość prozaicznego powodu, spodobał mi się tytuł, który sugerował coś, co staram się wcielać w życie.

Autorka jest buddystką, blogerką i osobą, która prowadzi projekt wspierający osoby chcące zmienić swoje życie. Jest też autorką kilku książek, w tym tej właśnie.

Dla kogo jest ta książka? Na pewno nie dla kogoś, kto nie chce nic zmienić w swoim życiu czy czuje, że nie potrzebuje żadnych inspiracji do zmian. Natomiast jeśli ktoś z przeróżnych powodów czuje, że nie do końca żyje tak jak chce, ma jakieś wątpliwości dotyczące drogi swego życia jak i relacji z innymi ludźmi i odczuwa, że coraz mniej mu to pasuje, sądzę, że z przyjemnością sięgnie po tę książkę.

Podoba mi się styl pisania autorki, zwraca się wprost do czytelniczki jakby prowadziła z nią rozmowę. Na Fb jest strona Dagmary Skalskiej i tam pisze ona podobnie , widać więc, że taki jest jej styl. Mnie się to podoba, trafia to do mnie.

Poradnik podzielony został na trzy części, z których każde mają rozdziały a dodatkowo umieszczone są tam jeszcze strony z punktami dotyczącymi tego na co nie musimy się zgadzać w naszym życiu , czego nie musimy „Nigdy” ( na przykład „Nie rezygnuj z prawa do bycia sobą tylko po to, aby spodobać się światu”), na co potrzeba czasu , o czym warto pamiętać, jakie są oznaki przebudzenia, jak nie przyjmować do umysłu i głowy „śmieci”, tego, czego nie musimy się wstydzić („Swoich słabości – dzięki nim jesteś autentyczna, prawdziwa”).

Już na samym początku książki Dagmara Skalska uprzedza, że „(…) Życie na własny rachunek wymaga jednak odwagi i siły charakteru. Otrzymasz bowiem łatkę egoisty i wiele osób może odczuwać wobec ciebie skrajne emocje”. To właściwie truizm, osoby, które starają się żyć w zgodzie ze sobą doskonale o tym wiedzą. Tak naprawdę jak się zastanowić to Skalska wcale nie przekazuje nam jakichś nie wiadomo jakich prawd objawionych, właściwie wszystko to o czym czytamy znamy, chcielibyśmy w mniejszym bądź większym stopniu (z wyjątkiem oczywiście tych szczęśliwców, którzy są zadowoleni z tego miejsca, w którym są i którzy nie widzą potrzeby pracy nad sobą i swoim życiem) . A jednak niby takie te prawdy oczywiste jak te, że powinniśmy żyć tak aby na łożu śmierci nie stwierdzić, że żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy ale …no właśnie. Często, pewnie zbyt często pojawia się jakieś „ale”. Ale ktoś , ale nasi bliscy , ale nie możemy „tego” komuś zrobić . W rezultacie możemy zastanowić się tak jak autorka czyli „(…) Gdy kogoś kochasz, pragniesz jego szczęścia, chcesz przychylić mu nieba i dbasz, by jego potrzeby były zaspokojone. Niezmiennie zastanawia mnie fakt, dlaczego nie mamy analogicznej motywacji wobec samych siebie”.

Autorka wierzy też w to, że każdy z nas jest w stanie dojść sam do tego, co stanowi o tym, że będzie żył prawdziwie, spokojnie, bez zadowalania przede wszystkim kogoś a nie samego siebie. Autorka nie twierdzi, że jest to proces łatwy , pewnie nie do końca zawsze przyjemny, gdyż zdarzają się podczas niego upadki ale osiągnięty efekt z pewnością wart jest pracy nad sobą. Skalska wielokrotnie podkreśla ważność zaufania sobie , że wiemy co jest dla nas dobre. I że warto przypominać sobie, że są rzeczy, na które bezsprzecznie nie powinniśmy zgadzać się w naszym życiu.

Bliskie mi jest wiele ze stwierdzeń jakie padają w tym poradniku, nie sposób wymienić wszystkich ale na pewno jedno z nich powinnam naprawdę raz na zawsze wcielić we własne życie, czyli przestać się wiecznie zamartwiać jako, że „(…) sami zabieramy sobie radość, martwiąc się nieustannie”. Dagmara Skalska podkreśla też to jak dając się opanować lękowi poddajemy mu się i jak bardzo destruktywnie działa on na nas i nasz organizm.

Zmiana nie jest szybka, czego oczywiście osoba zaczynająca ten proces chciałaby najbardziej, ale w chwili gdy pokochamy siebie, gdy damy sobie szansę, mamy możliwość zacząć żyć prawdziwie, bez przejmowania się ocenianiem ze strony innych, bez porównywania się z innymi, co nigdy nie przynosi nic dobrego, bez zmuszania ani siebie ani kogoś do robienia czegokolwiek wbrew własnej woli, bez tłumaczenia się z tego w jaki sposób żyjemy. Ważne jest też nasze doświadczenie. Nie powinniśmy żałować niczego, co nas spotkało bo jest to nasze na swój sposób bogactwo a nie ciężar. Kształtowało nas i dzięki niemu też jesteśmy tymi, kim jesteśmy.

Na koniec, bardzo istotna uwaga, której sądzę, że wiele osób zbyt często zapomina a mianowicie, „(…) pomysł, że życie ma obowiązek spełniać jakiekolwiek oczekiwania, jest pozbawiony logiki. Własne oczekiwania możesz próbować spełnić sama. (…) Możesz (…) uznać, że ci nie służą i utrudniają cieszenie się życiem, a potem wybrać to, co jest prawdziwe, nie zaś iluzoryczne. To między innymi oznacza żyć prawdziwie”.

Nie wiem jak inne osoby, które sięgną po tę książkę. Mnie ona podobała się, wynotowałam sobie z niej masę ważnych myśli, mam też w niej mnóstwo kolorowych karteczek aby to, co chciałam pamiętać szybko ponownie znaleźć.

Na zakończenie, chciałabym dać znać zainteresowanym osobom, że 6 sierpnia od godziny 18.00 do 20.00 w Empiku Arkadia odbędzie się spotkanie z Dagmarą Skalską, być może ktoś z Was wybierze się tam.

Moja ocena tego poradnika 5.5 / 6.

15 lat minęło !

Piętnaście lat temu zaczęłam pisać blog. Początkowo o czymś zupełnie innym, z czasem stał się blogiem głównie o książkach , zawierający moje myśli i refleksje na temat przeczytanych przeze mnie lektur. Dzisiaj chciałabym celebrować tą ważną dla mnie rocznicę z Wami, bez których blog z pewnością nie istniałby tak długo. Mówię tu oczywiście o Was, Czytelnikach mojego blogu. Jeśli macie ochotę powspominać wraz ze mną te minione piętnaście lat, będzie mi bardzo miło. Może przypomnicie sobie w jaki sposób trafiliście na mój blog? Może ktoś z Was zachęcony przeze mnie sięgnął po książkę, która okazała się lekturą jego życia? 🙂 A może chcielibyście zadać mi jakieś (związane z blogiem bądź książkami, które przeczytałam) pytanie?

Na blogu pisałam o wielu ważnych dla mnie sprawach, i w tych najtrudniejszych dla mnie chwilach to właśnie Wasze komentarze dodające mi otuchy pomagały mi bardzo. Z serca Wam za tę obecność wtedy i reakcję dziękuję.

Obecnie blog traktuję jako głównie książkowy, chociaż nie tylko.

Mam nadzieję, że moje pisanie jest dla kogoś wciąż jeszcze dość istotne.
Zamknięcie blogowej platformy Blox spowodowało, że poznikało sporo dotychczasowych czytelników mojego blogu, nad czym ja osobiście jednak ubolewam. Nie mam na to jednak wpływu i pozostaje mi robić to, co do tej pory czyli starać się pisać o książkach, które przeczytałam najlepiej jak potrafię.

Dla osób, które mają konto na Fb kieruję specjalne zaproszenie na wydarzenie związane z obchodami piętnastolecia mojego blogu, które zorganizowałam. Oto link do wydarzenia:

https://www.facebook.com/events/433827270550027/

„Powroty”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Poznań (2019). Ebook.

Czwarta i ostatnia część niezwykłej i wspaniałej serii „Owoc granatu” za mną.

Jaka to była lektura? Bardzo, bardzo dobra. Wzruszająca. Staram się nie nadużywać wyświechtanych określeń ale podsumuję to tak, szykujcie do książki pudło chusteczek aby otrzeć niejedną łzę wzruszenia, która popłynie.

Akcja książki „Powroty” rozpoczyna się w roku 2000. Polska jest już parę lat po upadku komunizmu, ludzie mają o wiele więcej możliwości niż do tej pory, również związanych z podróżowaniem. Na warszawskim lotnisku na swój lot do Iranu oczekują Halszka, jej córka Anna i mała wnuczka, Stefcia. Trzy kobiety, które do Iranu lecą po raz pierwszy. Wszystkie. Albowiem nawet Elżbieta do tego kraju noszącego wówczas inną nazwę trafiła zupełnie inną drogą niż lotnicza. Elżbieta czuje, że musi tam wrócić. Ten wewnętrzny imperatyw jak się dowiemy, nie wziął się znikąd. Teraz, po paru latach kobieta wreszcie realizuje cel i wraca do kraju, który uważa za swój dom. Swoje miejsce na ziemi. Pragnie zawieźć tam córkę i wnuczkę aby pokazać im to, co kiedyś kochała i co musiała z dnia na dzień porzucić. Chce również aby Anna zobaczyła kraj, w którym przyszła na świat i za którym tak kiedyś tęskniła.

„(…) Może traumy nie znikają, ale wędrują pomiędzy pokoleniami? (…) Może jakimś tajemniczym sposobem dziedziczymy nie tylko kolor oczu czy włosów, ale też trudne przeżycia naszych przodków?” , zastanawia się kiedyś na początku drogi do domu Halszka obserwując swoją córkę, wciąż młodą kobietę, oczekującą wraz z nią na lotnisku na lot. Patrząc na Annę widzi w niej to, przed czym sama chciała uciec czy ją uchronić, niepewność, poczucie jakiegoś wewnętrznego rozedrgania, niepewność, poczucie braku stabilizacji pomimo wydawałoby się korzystnych warunków, w których rosła i dojrzewała dziewczynka. Nie trzeba przeżyć wojny najwyraźniej a utracić ojczyznę i ukochanego tatusia aby stać się osobą nie do końca potrafiącą znaleźć spokój i ukojenie.

Czwarta część cyklu jest dopracowana co do najdrobniejszego szczegółu i za to jestem autorce ogromnie wdzięczna. Cieszę się, że nie zdecydowała się ona na ciągnięcie tej serii w nieskończoność. Okazuje się, że cztery tomy są wystarczające aby roztoczyć przed czytelnikami jedną z najlepszych opowieści o losach ludzkich jaką czytałam w minionym czasie.

Co podkreślałam w poprzednich recenzjach, bohaterki wykreowane przez Marię Paszyńską są prawdziwe, możliwe do zaistnienia. Nie są chodzącymi ideałami, a dzięki swoim grzechom czy przywarom stają się nam po ludzku bliskie. Na pewno nie możemy określić ich mianem „papierowych”, o nie. Ich postaci zdają się dosłownie wychodzić z kart powieści i być wśród nas.

Doczekałam się też tego, czego bardzo jako czytelniczka tego cyklu pragnęłam a mianowicie rozwinięcia postaci Stefanii. Przez trzy poprzednie części akcja książki najwięcej skupiała się na postaci Elżbiety nazywanej Halszką. Przy czym już w „Świecie w płomieniach” autorka faktycznie napisała o wiele więcej o Stefanii dając nam , czytelnikom , szansę na poznanie jej samej, jej życia, podejścia do niego i tego, jak ją los i ludzie potraktowali.

W czwartej części Stefania otrzymuje o wiele więcej miejsca na kartach książki i nagle poznajemy tę postać od zupełnie innej strony. Dowiadujemy się skąd takie a nie inne zachowania u Stefanii a nadto, jak bardzo tak naprawdę Elżbieta nie znała własnej siostry, niestety, trochę na własne życzenie.

Poznając losy Halszki i Stefanii już w Polsce, początkowo przed wybuchem Stanu Wojennego a potem po przełomie , dowiadujemy się więcej o tym skąd takie a nie inne zachowanie zarówno bliźniaczek jak również być może Anny, córki Elżbiety. Dowiemy się też jak żyło się bliźniaczkom w Polsce, którą chyba obu trudno było określać już mianem ojczyzny, jak również jak to się stało, że Elżbieta, Anna i mała Stefcia zdecydowały się na podróż do Iranu.

Na koniec mojej recenzji po raz kolejny chciałabym napisać to, że cykl „Owoc granatu”, w skład którego wchodzą książki „Dziewczęta wygnane”, „Kraina snów”, „Świat w płomieniach” i właśnie „Powroty” to jeden z najlepszych cykli czytelniczych jakie czytałam. Jeśli jeszcze nie macie go za sobą to z jednej strony nie mogę się nie zdziwić jak się Wam to udało a z drugiej strony budzi się we mnie ogromna zazdrość, że taka uczta czytelnicza wciąż jest dopiero przed Wami. Świetny styl i nienaganna polszczyzna autorki, jej ogromna wiedza na temat zarówno czasów IIWŚ jak i Iranu (wiem, że z wykształcenia Maria Paszyńska jest iranistką co oczywiście widać w książkach), wiarygodne postaci, które zwyczajnie da się lubić i których losom kibicujemy, to wszystko składa się na po prostu świetne książki , które wciągają w swój świat.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr”. Frances Maynard.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). 

Data premiery 16.07.2019.

Przełożyła Magdalena Koziej.

Tytuł oryginału The Seven Imperfect Rules of Elvira Carr.

Tytułowa Elvira Carr ma dwadzieścia siedem lat. Ma niepełnosprawność, spektrum autyzmu, matkę, która w sumie w tej niepełnosprawności skutecznie Elvirę utrwala, brak ojca, który zmarł jakiś czas temu. Sąsiadkę Sylvię Grylls,  która odwiedza jej matkę na herbatki i z rodziną której dziewczyna spędzą niektóre Święta. I własne spojrzenie na świat i ważne sprawy, niekoniecznie kompatybilne z tym, jak na świat spogląda przeciętny człowiek.

Ten dość mimo wszystko bezpieczny świat niemal trzydziestoletniej kobiety, w którym w każdym dniu tygodnia są określone czynności czy zjadane przez nią posiłki,  zmienia się momentalnie w dniu, w którym jej matka dostaje udaru. 
Nagle Elvira, która do tej pory pozostawała pod opieką czy może chwilami niemal dyktaturą matki, musi stać się opiekunką dla rodzicielki. Matka po pobycie w szpitalu znajdzie się w domu opieki , zaś Elvira podejmie próbę przeżycia samej i stawienia czoła sytuacji czy raczej sytuacjom, z którymi do tej pory nigdy nie miała do czynienia. 

Z wielką, co trzeba podkreślić, pomocą sąsiadki Sylvii Elvira rozpoczyna samodzielne życie. Zmienia nawet fizyczny wygląd i z osoby, która zwracała uwagę nie tyle zachowaniem co właśnie wyglądem zmienia się w kogoś, na kogo nikt właściwie nie będzie zwracał uwagi aby się w niego wgapiać jak to miało miejsce do tej pory. 

Mało tego, odwiedza matkę w domu opieki i znajduje sobie nawet zajęcie dające jej nareszcie możliwość wyjścia z domu do świata i ludzi. Jako, że Elvira bardzo lubi zwierzęta, sama miała kiedyś kochaną suczkę Toscę, zgłasza się do wolontariatu do Arkadii Zwierząt, miejsca, w którym pomaga się zwierzętom. To idealne dla niej miejsce. 

Niemniej jednak Elvira czuje, że musi coś jeszcze zrobić aby bardziej zaadoptować się do nowych warunków i świata wokół aby zwyczajnie sama być w lepszym położeniu. Stwarza zatem siedem swoich własnych reguł, wokół których będzie się działa akcja książki. Reguły te zostają wzbogacone przez bliskie jej osoby, które jak się okaże po wyfrunięciu dziewczyny spod zbyt silnej kurateli matki, zaczną się pojawiać w życiu bohaterki i narratorki. Dziewczyna dowie się również jak łatwo można się sparzyć w życiu. Poznaje to, co gdyby nie jej matka, zapewne wiedziałaby znacznie wcześniej. Wrzucona na głęboką wodę ta zdawałoby się niesamodzielna do tej pory osoba staje się nadzwyczaj dzielna i silna . Być może zwyczajnie zawsze taką była, a jedynie silna kontrola matki nie pozwalała jej żyć tak, jak na to z pewnością Elvira zasługuje.

Tej specjalistce od brytyjskich ( i nie tylko) herbatników przyjdzie też zmierzyć się z o wiele bardziej poważnymi sprawami i kwestiami , głównie dotyczącymi jej rodziny i przeszłości jej ojca. 
Zbyt wiele będzie pytań zapisywanych przez narratorkę w japońskim notesie przywiezionym jej z podróży do Japonii przez ojca a zbyt mało odpowiedzi na nie. Z czasem jednak na wszystkie z pytań pojawią się odpowiedzi, nie wszystkie zresztą takie jakie chciałaby usłyszeć Elvira. Cóż , poznaje ona życie z wszystkimi jego odcieniami. 
Być może w większym niż zwykle to ma miejsce natężeniu poznaje i te dobre i złe strony życia, niemniej jednak i tak bilans tych doświadczeń jest zdecydowanie pozytywny i na pewno na korzyść młodej kobiety.

Książka napisana jest bardzo konsekwentnym, specyficznym i zdecydowanie przypisanym do postaci językiem, który idealnie oddaje stan zagubienia, niepewność, często niezrozumienie tego, co się dzieje przez Elvirę Carr. Niemała w tym według mnie zasługa tłumaczki, pani Magdaleny Koziej, która zrobiła według mnie naprawdę dobrą robotę, oddając niuanse i refleksje Elviry. 

Ta książka jest bardzo dobra, taka prawdziwie optymistyczna. Pokazująca, że tak, można być różnym, nie trzeba być jak ze sztancy, aby móc żyć pełnią i z radością i satysfakcją. Elvira stając się samodzielna okazuje się być o wiele bardziej taką niż zapewne mogłaby o niej sądzić jej matka. Na swój sposób prowadzi życie o wiele bogatsze w doznania czy dobre rzeczy niż wiele osób, które zapewne do tej pory patrzyły na nią z politowaniem czy wręcz z lekkim uczuciem lekceważenia. 

Jest to niewątpliwie ten z debiutów, który warto jest przeczytać i który zdecydowanie zapowiada, że dalsze książki autorki będą równie interesujące i dobre.

Moja ocena to 6 / 6.

„Bielszy odcień śmierci”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2014). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny Glace.

Przed wyjazdem na wakacje zaczęłam czytać ten kryminał. To mój pierwszy kryminał autorstwa Miniera, który wcześniej czytał i polecał mi P. , niemniej jednak za lekturę zabrałam się dopiero teraz. Nie żałuję i mam zamiar przeczytać inne wydane na naszym rynku kryminały Bernarda Miniera.

Należy dodać , że według mnie o ile dobrze rozumiem tytuł oryginalny to on właśnie oddaje atmosferę tej książki. Duszną, mroźną, przytłaczającą. Pireneje i dwa miejsca, które odegrają rolę w książce. Odosobnione miejsce, tak zwany Instytut Wargniera, w którym przebywają w izolacji poddani specyficznej psychiatrycznej diagnostyce i terapii najniebezpieczniejsi przestępcy. I dawny ośrodek kolonijny w dolinie, w sumie położony nie tak daleko od owego ośrodka dla przestępców.

Francuski policjant, śledczy Servaz musi zmóc się na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia z jedną z najpaskudniejszych spraw, jakie miał do tej pory . A zacznie się od zabitego konia, którego ktoś powiesił na szczycie miejscowej elektrowni wodnej. Ale dość szybko okaże się, że po koniu będzie człowiek, jeden z mężczyzn, który mieszka od lat w tamtej okolicy. Na pewne osoby padnie strach.

Niewątpliwie zabity koń i morderstwo mężczyzny ma związek z czymś z przeszłości, co wydarzyło się w tym odosobnionym i dość odizolowanym od świata i ludzi miejscu. Tu niby wszyscy wszystkich znają ale tak naprawdę nikt nic o sobie nie wie a jeśli wie to boi się głośno to powiedzieć. Lęk, strach, podskórna atmosfera narastającego i kumulującego się zła, które zaowocuje kolejną zbrodnią, do tego niezwykle wiarygodne i plastyczne opisy zimnej, ponurej krainy , w której śledczy wraz z pomocnikami prowadzi śledztwo , to wszystko sprawiło, że podczas lektury miałam nie raz niemal dosłowne ciarki na plecach. Do tego jest to jeden z tych kryminałów, od których nie można się oderwać. No i, za co wielki plus, to tego rodzaju kryminał, którego rozwiązanie naprawdę pojawia się na niemal ostatnich stronach książki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście tego kryminału , to ogromnie go Wam polecam a sama idę szukać jakie jeszcze tytuły Bernarda Miniera ukazały się na naszym rynku.

Moja ocena to 6 / 6.

„Miłość 44”. Agnieszka Cubała.

Podtytuł książki „44 prawdziwe historie powstańczej miłości”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Niedługo minie 75 lat od dnia, w którym wybuchło Powstanie Warszawskie. Nie ukrywam, że co roku w związku z kolejnymi rocznicami tego wydarzenia, mam chęć sięgnąć po książkę związaną z Powstańczą tematyką. W tym roku zdecydowałam się wybrać książkę autorki, która wydaje się być specjalistką od Powstania Warszawskiego sądząc po tym ile książek związanych z PW już napisała a więc tym chętniej sprawdziłam to jak o tym wydarzeniu pisze.

Ujęcie Powstania Warszawskiego nie pod kątem militarnym a właśnie od strony miłości zaskoczyło mnie ale nie ukrywam, że właśnie sprawiło, że chętnie po „Miłość 44” sięgnęłam.

Po pierwsze, podoba mi się to, że właśnie 44 historie miłosne w różnym ujęciu zostały tu ukazane. Jak w posłowiu pisze sama autorka, opowieści na książkę było zdecydowanie więcej, jednak wybrała taką a nie inną ich ilość, ze względu na tytuł książki.

Wśród czterdziestu czterech opowieści są historie uczuć osób znanych nam z kart historii , związanych z polityką lub kulturą, takich jak Krzysztof Kamil Baczyński i Barbara Drapczyńska, Zdzisław (Jan Nowak) Jeziorański i Jadwiga Wolska , Ludwik i Anna Solscy ale i Powstańcy , jak również osoby anonimowe, o których jest jakaś opowieść czy nawet jedna z warszawskich prostytutek.

W „Miłość 44” jest dużo o zauroczeniu, sympatii ale i miłości prawdziwej czy, seksie. Wydaje się, że w dniach gdy wydawało się, że „jutra może nie być” niektórzy starali się jakby żyć na zapas, jakby za dwoje , troje , zwłaszcza, że faktycznie wielokrotnie okazywało się, że tego jutra nie było.

Książka przedstawia fotografie większości osób opisywanych w poszczególnych rozdziałach co stanowi zdecydowanie duży dodatek. Chociaż kiedy patrzy się na fotografie w większości młodych ludzi, ba, dzieci niemal często, kiedy widzi się ich uśmiech i pełne nadziei spojrzenie, w człowieku rodzi się ogromny smutek, gdyż znając bieg historii wiemy jak skończyły się losy może nie tych tu opisanych ale i innych , o których w książce nie ma mowy.

Nie dyskutuję tu jednak o aspektach politycznych PW a powracam do tego , o czym jest ta książka.

Pokazuje ona bowiem jak w zawierusze i zamęcie człowiek potrzebuje rozpaczliwie obecności drugiego człowieka ale nadto uczucia i miłości właśnie. Człowiek potrzebuje też być dla kogoś drugiego wsparciem , pomocą.

Kiedy dookoła wybuchają pociski a na ludzi „polują” strzelcy, można w wiele rzeczy zwątpić ale paradoksalnie właśnie nie w to, że może narodzić się uczucie. To co,że często wydaje się ono „ekspresowe”, to co, że ktoś określiłby małżeństwa jakie wtedy zawierano jako „pospieszne”. Okazuje się, że między innymi to właśnie niosło nadzieję na to, że być może uda się dotrwać do jutra, doczekać wyzwolenia.

Nie wszystkie związki przetrwały. Jedne zostały rozdzielone przez wojnę i działania wojenne. Inne nie przetrwały próby czasu. Każdy jednak związek w chwili gdy się rodził był jeden jedyny i niepowtarzalny a towarzyszyło mu przekonanie, że miłość jest w stanie dodać skrzydeł, pomóc i sprawić, że razem będzie łatwiej, nawet jeśli to przekonanie trwać będzie zbyt krótko.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Tak to już jest”. Laurie Frankel.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2019).

Przełożył Dariusz Żukowski.

Tytuł oryginalny This Is How It Always Is.

Wygrałam tę książkę całkiem niedawno w konkursie Wydawnictwa na stronie na Fb i czułam, że muszę po nią sięgnąć bez odkładania na tak zwany „stosik wstydu” 🙂

Nie żałuję bo jest to bardzo dobra książka. Chociaż poruszająca niezwykle trudny temat a właściwie tematy bo jest ich w tej obszernej książce całkiem sporo.

Nie tak dawno w Polsce w internecie zawrzało. Oto ksiądz napisał (nie było to pozytywne w wydźwięku chociaż nie wprost) krytykę faktu, że matka małego chłopca przyprowadziła dziecko na procesję z okazji Święta Bożego Ciała podczas której ów chłopiec sypał kwiatki. Czyli wykonywał czynność, do której osoby uczęszczające na tego rodzaju celebrę przywykły widzieć w wykonaniu dziewczynek. Nie znam całego aspektu sprawy, nie wiem czemu ów ksiądz postanowił skrytykować matkę dziecka a właściwie, nie ukrywajmy , głównie małego, niewinnego chłopca, który najwyraźniej miał takie marzenie aby sypać kwiatki podczas procesji a matka najwyraźniej nie widziała w tym problemu. Wszak powiedział Jezus „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, prawda?

Dlaczego poruszyłam temat, który tak naprawdę w minionym czasie bardzo mnie zasmucił a oscyluje tak naprawdę w okolicach nie religioznawczych a politycznych? Ano dlatego, że książka „Tak to już jest” opowiada o chłopcu, który wyłamał się z przyjętych ogólnie i akceptowalnych społecznie granic. I w wieku pięciu lat zdeklarował fakt , że chce być dziewczynką. I chociaż w Polsce chodziło tylko i wyłącznie o to, że chłopiec chciał zrobić coś, co „zarezerwowano” dla jednej płci , pokazuje to jak w chociażby drobiazgu dotyczącego płci czy naszych wyobrażeń na jej, można się poróżnić.

Rodzina Rosie i Penna to rodzina zwykła. No, oczywiście jeśli ktoś nie robi problemu z faktu, że rodzina ta ma pięcioro dzieci (fakt posiadania większej ilości dzieci najwyraźniej rodzi również pewne zdziwienie i problemy).

Roo, Ben, bliźniacy Rigel i Orion i najmłodszy Claude, to ich pociechy.

Rodzina wzajemnie się wspiera i kocha. Pani domu pracuje jako lekarka na oddziale ratunkowym, pan domu zajmuje się domem i dziećmi a jednocześnie pisze powieść życia. Układ trwa i ma się świetnie. Do czasu gdy Claude deklaruje, że chce zachowywać się, ubierać i żyć jak dziewczynka, nie jak chłopiec. Rodzice i bracia nie stwarzają problemu, nie widzą go na razie bo jaki w sumie miałby być? Niemniej jednak szybko okazuje się, że jednak problem jest. Nie w nich, nie w ich rodzinie ale w osobach z zewnątrz , które najwyraźniej nie są tak tolerancyjne jak mogłoby się wydawać. Nie opłaca się najwyraźniej być szczerym i otwartym a gdy dochodzi do sytuacji dramatycznej, która zbiegnie się z wydarzeniem na oddziale ratowniczym, w którym bierze udział Rosie, zapada nagła decyzja. O przeprowadzce do Seattle. Na drugi koniec kraju. Nie bardzo biorąc pod uwagę potrzeby niektórych z dzieci , za to dbając o potrzeby Claude’a. Który to w Seattle, nie do końca z winy Rosie i Penna , występować już będzie jako dziewczynka. Drugą klasę szkoły podstawowej w nowym miejscu rozpocznie nie Claude a Poppy. Poppy nareszcie czuje, że jest w miejscu, w którym zawsze chciała być. Reszta rodziny wspiera ją w tym i nie widzi przeszkód. Niemniej jednak w wyniku pewnej rozmowy, rodzina postanawia fakt tego, że Poppy urodziła się jako chłopiec, zatrzymać jedynie dla siebie.

I tak oto rodzi się sekret. Tajemnica, której nie wolno zdradzić nikomu. Bo w poprzednim miejscu fakt ujawnienia tego przyniósł jedynie gorycz i zmartwienia a w efekcie wyprowadzkę? ucieczkę? na drugi koniec kraju.

Co prawda Penn wszędzie może łączyć zajmowanie się domem i pisanie książki a Rosie znajduje pracę w prywatnej placówce lekarskiej, niemniej jednak nie wszyscy członkowie rodziny są szczęśliwi ze zmiany.

Najgorzej zniesie ją najstarszy syn Roo, wkraczający w wiek nastoletni i mający najwięcej problemów z adaptacją. Niestety, rodzice skupiający się na Poppy trochę przegapili znaki ostrzegawcze. Cóż, najwyraźniej nikt nie jest rodzicem idealnym, czyż nie?

Wydawało by się jednak, że sytuacja z niespokojnej i dość niepewnej nareszcie się ustabilizowała.

Rosie i Penn zaprzyjaźniają się z sąsiadami. W nowym mieście bowiem mieszkają w domu niemal w centrum a nie na przedmieściach. Zyskują nowych przyjaciół , a dzieci nowych znajomych i znajome. Poppy ma Najlepszą Przyjaciółkę, rówieśniczkę Aggie. Pozostali chłopcy również starają się jakoś zaakceptować nową sytuację, z czego o czym już pisałam, najgorzej poradzi sobie Roo będący w trudnym wieku zmian, kontestowania zastałą rzeczywistość, wieku buntu.

Rodzice siłą rzeczy muszący rozproszyć swoją uwagę na większą ilość dzieci, w tym jedno z ogromnymi potrzebami, najwyraźniej coś niecoś przegapią. Nie są w końcu robotami, prawda?

To bardzo ciekawa powieść. Nie do końca fikcja, nie jest tak, że autorka nie wie o czym pisze, o czym w jej osobistym posłowiu możemy przeczytać. Tak, jej synek również pewnego dnia stwierdził, że chce być dziewczynką. I , podobnie jak mama Claude’a , Laurie Frankel postanowiła syna wspierać. Na pewno cała sytuacja jest ogromnie ciężka, trudna i potwornie stresogenna.

Każdy rodzic doskonale wie jak bardzo chciałby aby jego dziecko nie natrafiło w życiu na zło, nieszczęścia, złych ludzi. Oczywiście są to pobożne życzenia bo życie jest życiem. Ale jak w samym posłowiu pisze Laurie Frankel, porównując powieść i życie rodzica, o ile w tej pierwszej nadmiar akcji i nieszczęść może być atutem, o tyle w tej drugiej sytuacji, cytuję „(…) To drugie wydaje ci się tym lepsze, im mniej fabuły”. I nie będę tu teraz dyskutować z osobami , które zarzucą mi to, że popieram nudę. Ci, którzy wiedzą o co chodzi, rozumieją o co chodzi. Ci, którzy nie rozumieją, niech nie rozumieją , nie mam chyba siły dyskutować o co dokładnie autorce chodziło.

Dla mnie ta książka oprócz tego,że jest próbą samej autorki zmierzenia się z tematem, z którym jak rozumiem, dopiero niedawno zaczyna się zmagać, jest książką o niesamowitej sile (niedobrej sile) tajemnic i sekretów. O tym, jak bardzo ukrywanie czegoś wciąga nie jedną a wiele osób, jak destruktywnie wpływa na osoby, które owe sekrety zatrzymują nie mając z kim o nich porozmawiać. Tajemnice w końcu nie są wieczne. Kiedyś wyjdą na jaw. A trzymanie ich przy sobie powoduje to, że zbyt wiele decyzji podejmujemy kierując się strachem. To najgorszy z możliwych wyborów.

W książce ogromną rolę odgrywa co wieczorna opowieść Penna dla dzieci. Początkowo opowiadana rekreacyjnie ale z myślą o tym aby zamiast dobierać lekturę dla każdego z dzieci z osobna, umiejętnie zająć całą piątkę jednocześnie, szybko zmienia się w coś więcej niż tylko wieczorna opowieść taty. To coś w rodzaju opowieści terapeutycznej. Początkowo o Grumwaldzie, z czasem zyska bohaterkę wróżkę nocną Stephanie. Ta opowieść jest niezwykle istotna zarówno w życiu tej rodziny jak i w samej książce. W pewnym momencie, już niemal pod koniec książki, Rosie poznaje coś, co nazwie na swój użytek „Rozpraszaniem strachu”. Coś takiego „uprawia” ojciec Claude’a , Poppy ale i sądzę, po trochu ta książka jest dla samej autorki tego typu rodzajem osobistej terapii.

Gdyby przyszło mi powiedzieć o czym jeszcze jest „Tak to już jest”, to jest to opowieść o tym jak płynne wydaje się pojęcie tolerancji i to, co jedna osoba akceptuje dla innej może stanowić coś nie do zaakceptowania. O odwadze, bo nie jest łatwo powiedzieć prawdę i narazić się na społeczny ostracyzm, zwłaszcza w wieku gdy grupa rówieśnicza jest najistotniejsza. To wreszcie opowieść o wielkiej miłości , o sile miłości rodzinnej. Jak mówi Carmelo, babcia dzieci, matka Rosie, babcie są w końcu po to aby (mowa o wnuczętach), cytuję „(…) Żeby je kochać niezależnie od wszystkiego”.

A w odniesieniu do tolerancji Carmelo stwierdza po prostu „(…) Jestem za stara, żeby nie być otwarta i tolerancyjna”.

Rosie zaś w kontekście swoich odczuć matczynych myśli tak , „(…) nikt na świecie nie będzie kochał, cenił ani wspierał jej dzieci równie mocno jak ona sama. Mimo wszystko jednak musiała je w ten świat posyłać”.

To też książka o rodzicielstwie, o tym jak niełatwa to sprawa. O tym, jak bardzo chce się dobrze dla dziecka, ale jak przy tym łatwo jest o zbytni parasol ochronny nad dzieckiem, który może więcej mu zaszkodzić niż pomóc.

Jest tu wiele tak bardzo bliskich mi stwierdzeń takich jak (wiem, truistyczne ale cóż poradzę na to, że prawdziwe?) , cytuję „(…) Trzymasz swoje malutkie, doskonałe niemowlę w ramionach pierwszego popołudnia w domu, a dziesięć miesięcy później zaczyna czwartą klasę liceum”.

Nie ochronimy naszych dzieci przed wszystkim złem i niesprawiedliwością tego świata i tak naprawdę nie jest to nasza rola ale możemy starać się być najlepszymi rodzicami jakimi możemy być a przede wszystkim stanowić dla naszych dzieci wsparcie i opokę.

To bardzo dobra i mądra książka, polecam ją Waszej uwadze.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.